menu

Olkowicz Alfreda – Tamte dni

Olkowicz Alfreda – Tamte dni

Alfreda Olkowicz, ur. w 1938 roku, podczas wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkała wraz z rodziną na Starym Mieście, skąd 2 września została wypędzona z domu i przewieziona do Dulagu 121 w Pruszkowie. Następnie trafiła do obozu w Rozprzy, skąd udało jej się uciec i przedostać pod Częstochowę, gdzie doczekała wyzwolenia. Prezentujemy fragment spisanej po latach relacji, która po raz pierwszy została opublikowana w wydawnictwie Fundacji Moje Wojenne Dzieciństwo („Moje wojenne dzieciństwo”, tom nr 18, wspomnienie pt. „Tamte dni”).

Pod koniec powstania (na Starym Mieście) w naszej piwnicy mieliśmy coraz więcej rannych, a coraz mniej jedzenia i wody. Coraz częściej płakaliśmy. Brakowało nam zabaw na dworze i częściej ktoś na nas krzyczał. Nawet z pani K. nie śmieliśmy się. Naloty bardzo się wzmogły, tak że nawet nocą nie można było wyjrzeć na podwórko. Nasza Starówka umierała. Drugiego września rozeszła się wieść, że będziemy opuszczać Stare Miasto. Ludzie wpadli w panikę. Jedni mówili aby nie opuszczać piwnic, inni, że Niemcy nic ludności nie zrobią. Zdrowi i bez dzieci mieli się przedostać kanałami do Śródmieścia.

Ludzie nie wiedzieli co robić. Zostać, przejść kanałami, czy poddać się Niemcom. Wiadomo było jedno, z każdej strony groziła śmierć. Postanowiono, żeby zdolni do dalszej walki w nocy z drugiego na trzeciego przeszli do Śródmieścia. Ciężko ranni musieli pozostać, gdyż nie było możliwości przetransportowania ich kanałami. Zresztą przy kanałach działy się okropne sceny. Ludzie topili się, dusili gazem, który Niemcy wrzucali do kanałów. Zostając w piwnicy można było liczyć na humanitarność. Sporo ludzi pozostało więc tutaj.

Pamiętam noc poprzedzającą wygnanie. W bramie kobiety piekły na „kozie” placki na drogę, a także dla pozostających tutaj ciężko rannych. Inni wiązali tłumoki, zakopywali w piwnicy cenniejsze rzeczy, których nie można było wziąć ze sobą. Nastał ranek drugiego września. Mama zrolowała koc, cukier przesypała do poszewki. Z piwnicy poza cukrem i kocem nie zabrała nic. Było bardzo ciepło, wobec czego jeszcze przed wyjściem zdjęła z siebie sweter i zostawiła na pryczy. Mama przekonana była, że Niemcy nas rozwalą. Przecież widziała, jak likwidowali getto, dlatego nic nie brała. Zresztą o lasce – cóż można było wziąć. Koc przewiesiła mi przez ramię. Stołeczek składany wzięłam dla mamy w rękę. Zabrałam też szkaplerzyk Matki Boskiej Częstochowskiej i byłam gotowa do drogi. Mama w jedną rękę wzięła laskę, a w drugą woreczek z cukrem.

Piwnice opuściliśmy rankiem 3 września. Na miejscu pozostali tylko ciężko ranni. Wraz z nimi pozostała też pani Mazanowska (dozorczyni) z mężem oraz jeszcze trzech powstańców. Gdy wyszliśmy przed dom, nie mogłam poznać naszej ukochanej ulicy. Gruzy sięgały do pierwszego piętra. Nie pamiętam dlaczego, ale krążyliśmy wokół naszego domu. Wszyscy krzyczeli, płakali i przeklinali. Z jednej strony ulicy, tj. od strony Freta, Niemcy poganiali wszystkich, aby szybciej opuszczać piwnice. Z drugiej zaś – od strony pl. Krasińskich – stali powstańcy i nie pozwalali nam wychodzić ze Starego Miasta. Tak więc krążyliśmy tam i z powrotem. Trwało to bardzo długo, gdyż trzeba było pokonywać zwały gruzów. Przy wejściu do hali leżał młody powstaniec pilnowany przez Niemców. Był rozebrany prawie do naga. Był ranny, chyba umierał. Nie potrafię przypomnieć sobie jego twarzy, lecz na zawsze pozostaną mi w pamięci jego ogromne, czarne oczy. Oczy, które prosiły o pomoc. Jednak tej pomocy nikt nie był w stanie mu dać, bo ktokolwiek próbował się zbliżyć to Niemcy strzelali. Jedna pani chciała chłopcu podać trochę wody, wówczas stojący obok hitlerowiec postrzelił ją w nogę. Już nikt więcej nie próbował się zbliżyć do rannego.

Po trzecim okrążeniu i pokonaniu zwałów gruzów pod eskortą Niemców dostaliśmy się na Nowe Miasto, a następnie na plac przed szkołę przy Stawkach. Na boisku było już bardzo dużo ludzi. Wśród krzyku i popychań Niemcy kazali ustawić się w kolejce. Nastąpiła pierwsza selekcja. Mężczyźni i młode kobiety osobno, a matki z dziećmi i ranni osobno. Do mamy podeszła znajoma – chyba pani Ciborowska. Dala nam kawałek chleba i dwie pomarańcze. Od niej mama dowiedziała się, że mężczyzn i młode kobiety wywożą do obozów do Niemiec, a pozostałych do Pruszkowa. Natomiast ciężko rannych zabijają.

Przed szkołą byliśmy prawie do wieczora i bardzo przydał się stołeczek, który zabrałam z piwnicy. Oczekujący byli zwróceni twarzą w stronę Starego Miasta. Nasza ukochana Starówka umierała. Wszędzie kłęby dymu i ognia. Po upływie wyznaczonej godziny na opuszczenie piwnic, niemieckie samoloty pikowały i niszczyły to, co pozostało. Ludzie w milczeniu płakali. Pod wieczór ustawiono nas w długą kolumnę i pognano w stronę Woli. Po drodze ludzie rzucali pobrane z sobą tłumoki.

Zagnali nas do kościoła św. Wojciecha na Wolskiej, gdzie spędziliśmy noc. Na ławkach i filarach pisaliśmy wiadomość, gdzie nas prawdopodobnie wywożą (aż do odnowienia kościoła były nasze nazwiska wyskrobane na kolumnie). Nie pozwolono wychodzić na zewnątrz, nawet za swoją potrzebą. Potrzeby fizjologiczne załatwiano przy wielkich drzwiach. Przy wejściu do kościoła też była selekcja. Niektórzy młodzi ludzie mieli pobandażowane głowy lub ręce czy nogi. Niemcy wyrywkowo sprawdzali rannych. Kilku młodych mężczyzn wybrali z kolumny i rozstrzelali.

Następnego dnia rano pognali nas na Dworzec Zachodni, a następnie bydlęcymi wagonami zawieźli do Pruszkowa. W Pruszkowie było okropnie. Byłam bardzo przestraszona. Wszędzie pełno ludzi. W ogromnej hali na słomie leżeli chorzy i ranni, kobiety i dzieci. Mama co chwilę spotykała znajomych. Witali się z radością i płaczem. Rozdano nam czarną kawę i po kawałku chleba. Nigdy chleb nie smakował mi tak jak wówczas. Zmęczona zasnęłam na zrobionym przez mamę barłogu. Nazajutrz obudziłam się głodna i wszystko mnie gryzło. Okazało się, że oblazły nas wszy, które nie opuściły nas aż do wyzwolenia. Do zmagań o przetrwanie doszła walka z wszawicą. Wszy były wszędzie. Im więcej się człowiek mył, tym więcej ich przybywało. Nie pomogło ścięcie włosów. Zachorowałam na czerwonkę. Bolał mnie brzuch. Za cukier, który mama zabrała, kupiła mi lekarstwo. Zabroniła mi mówić komukolwiek o mojej chorobie.

Z Pruszkowa Niemcy wywieźli nas do Rozprzy. Mieszkaliśmy w barakach. Spaliśmy na trzypiętrowych łóżkach. Na środku baraku stała „koza” (piecyk). Przebywaliśmy tam kilka dni. Któregoś wieczoru mamusia kazała mi położyć się spać w ubraniu. Nie mogłam zasnąć. Nocą wyszliśmy przed barak. Mama zwróciła się do żołnierza niemieckiego, z którym już wcześniej kilka razy rozmawiała. Po chwili kiwnęła na nas ręką i przez furtkę uciekliśmy prosto do lasu. Biegliśmy bardzo długo. Bardzo się bałam. W drodze pogubiłam trzewiki (były na mnie za duże). Mama nie dała mi ich poszukać. Miałam podrapane nogi i bardzo byłam zmęczona. Nad ranem spaliśmy w kopcu na polu.

Uciekło nas trzy rodziny: ja z mamą, pani Rafalska z Maćkiem i Basią oraz pani Cichocka (siostra pani Rafalskiej) z synem Zbyszkiem i córką Basią, a także stary ojciec. Po tej męczącej podróży znaleźliśmy się w okolicach Częstochowy. Miejscowości nie pamiętam. W każdym razie niedaleko od Częstochowy, gdyż co niedzielę chodziliśmy na mszę św. na Jasną Górę. Bardzo nie lubiłam tam chodzić, ponieważ ludzie bardzo tam płakali. A nikt nie chciał wytłumaczyć dlaczego. Każda rodzina mieszkała u innego gospodarza. Ja z mamą ulokowałam się w pokoju, gdzie w przepięknie rzeźbionej kolebce leżało jakieś małe dziecko. Pewnego dnia kazano mi pilnować dziecka. Tak bardzo podobała mi się kolebka, że wyjęłam je z niej i położyłam na łóżku. Sama weszłam do tej kolebki, aby się pobujać. W tym czasie przyszła właścicielka domu i bardzo mnie skrzyczała.

Któregoś dnia przyszedł do nas sołtys i poinformował, że przydzielono nam – warszawiakom opuszczony dom, abyśmy mogli wszyscy razem zamieszkać. Kiedy wprowadziliśmy się do tego domu, panował tam wielki bałagan. Nie było szyb, okna zabite deskami. Wszyscy zabraliśmy się do roboty. Po kilku godzinach nie można było poznać domu. Wszyscy bardzo się cieszyli. Nareszcie byliśmy razem. W domu tym doczekaliśmy wolności.

Powiązane hasła

”None