menu

Orłowski Kazimierz – Do dziś nurtuje mnie – dlaczego?

Orłowski Kazimierz – Do dziś nurtuje mnie – dlaczego?

Kazimierz Orłowski,  ur. w 1938 roku,  wraz z rodzicami – matką Bronisławą Orłowską z d. Łoboda i ojcem Janem Kazimierzem Orłowskim oraz siostrą Krystyną mieszkał  w Warszawie przy ul. Elektoralnej 47. Rodzina, wraz z dalszymi krewnymi – Julią i Tadeuszem Borzymowskimi z dziećmi Danutą i Ryszardem – podczas Powstania Warszawskiego ukrywała się w piwnicach kamienicy. Jan Orłowski oraz Tadeusz Borzymowski, bojąc się śmierci z ręki Ukraińców, odłączyli się od bliskich.  Nie zdołali jednak uniknąć tragicznego losu – zostali wygnani z Warszawy, a następnie osadzeni w obozie przejściowym w Pruszkowie, skąd trafili do KL Gross-Rosen. Jan Orłowski nie przeżył obozu, zginął 18 grudnia 1944 roku. Bronisława Orłowska z synem oraz rodziną Państwa Borzymowskich, również wygnani z walczącej stolicy, uniknęli osadzenia w Dulagu 121, gdyż szczęśliwie udało im się uciec z transportu. W 2018 roku w Muzeum Dulag 121 Kazimierz Orłowski opowiedział wojenną historię swojej rodziny.

Urodziłem się 1 stycznia 1938 roku. W momencie wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkałem z rodziną – mamą, tatą i starszą siostrą Krystyną w Warszawie przy ul. Elektoralnej 47 m 31, naprzeciwko Hali Mirowskiej, mogę powiedzieć, że to był Plac Mirowski, bo okna wychodziły na ten plac. Wejście do domu było też od Placu Mirowskiego.

Kazimierz Orłowski, ok 1940 rok. Fot. z arch. pryw. K. Orłowskiego
Zdjęcie ślubne Bronisławy i Jana Orłowskich. Fot. z arch. pryw. K. Orłowskiego
Jan i Bronisława Orłowscy, zdjęcie przedwojenne. Fot. z arch. pryw. K. Orłowskiego
Jan Orłowski, zdjęcie przedwojenne. Fot. z arch. pryw. K. Orłowskiego

Moja mama zajmowała się nami w domu, a mój ojciec przed wojną pracował w firmie Dunlop jako magazynier. Pamiętam, że tuż przed rozpoczęciem wojny przez Radio Polskie ogłaszano alarmy wojenne – wzywano mężczyzn, aby zgłaszali się na punkt zborny. Kilkakrotnie było tak, że tato żegnał się z nami i szedł, ale alarm odwoływano i wojna się nie rozpoczynała. Wtedy mężczyźni wracali do domów. Choć nie wszyscy – niektórzy, w tym mój ojciec, z radości szli do knajpy. I tak ojciec z dużego nasilenia nerwowego – rozpił się.  W czasie okupacji magazyny firmy Dunlop były pod nadzorem Niemców, ale ojca nie zwolnili z pracy, natomiast – żeby mógł być na każde wezwanie w pracy – otrzymał przepustkę, z którą mógł się poruszać po Warszawie 24 godziny, nie obowiązywała więc ojca godzina policyjna. Z tą przepustką  był odpowiednim kurierem dla Armii Krajowej. Spowodowało to dalsze problemy nerwowe, z alkoholizmem włącznie.

W dniu rozpoczęcia Powstania Warszawskiego przyjechała do nas z Grochowa siostra rodzona mojej mamy, Julia Borzymowska, z mężem Tadeuszem i z dwojgiem dzieci – córką Danutą i synem Ryszardem. W godzinach porannych moja mama wraz z wujkiem Tadeuszem pojechali na Bielany do Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego (obecnie AWF), gdzie pracował wujek Tadek jako fryzjer. Gdy mama i wujek wrócili do domu opowiadali, że gdy wracali tramwajem, widzieli samochód ciężarowy pełen nieżyjących Niemców. Tramwaj, którym jechali chciała zatrzymać żandarmeria niemiecka, ale jeden z pasażerów wyjął pistolet i kazał motorniczemu przyspieszyć, a pasażerom – położyć się na podłodze w tramwaju. Niemcy strzelali w stronę tramwaju, ale nikogo nie trafili. Tramwaj z dużą szybkością ominął obławę.

Pamiętam, że mój tato powiedział wtedy, że się „zaczęło”.

Wyglądając oknem widzieliśmy, jak z ulicy Ciepłej (naprzeciwko naszych okien) wyszedł umundurowany Niemiec. Nikogo nie wpuszczał na tą ulicę. Po chwili wszedł w głąb ulicy, a zaraz wybiegł na czele grupy cywilów z opaskami biało-czerwonymi na rękach oraz z karabinami. Później okazało się, że była to grupa Powstańców, która miała opanować gmach sądów w Lesznie. My zeszliśmy do piwnicy, gdzie ukrywaliśmy się przez cały okres Powstania, aż do momentu wypędzenia przez Niemców z Warszawy.

***

Kiedy wiadomo było, że Niemcy i Ukraińcy idą od Woli w kierunku Śródmieścia, poszła fama, że wszystkich mężczyzn zabijają. Wujek z ojcem pożegnali się więc z nami i uciekli za Halę Mirowską i dalej, na Stare Miasto. Wtedy widziałem ojca po raz ostatni. My zostaliśmy w piwnicy i jak już przyszli Ukraińcy z Niemcami, to wszystkich wypędzali z piwnic. Wychodząc strasznie płakałem – dostałem jakiegoś szoku. Widocznie się nasłuchałem, że Ukraińcy i Niemcy wszystkich mordują… Jak wyprowadzali nas z tej piwnicy to Ukrainiec chciał mnie przebić bagnetem. Zamachnął się, ale Niemiec krzyknął na niego, żeby tego nie robił.

Ludność Warszawy pędzona przez Plac Mirowski. Fot. z arch. Muzeum Powstania Warszawskiego

Pędzili nas Elektoralną, Chłodną do Dworca Zachodniego. Między ulicą Elektoralną i Chłodną – bo to dwie ulice równoległe – minęliśmy kościół [Kościół pw. św. Andrzeja Apostoła  – przyp. red.]. Z tego kościoła wyciągnięte były ławki na ulicę i na tych ławkach siedzieli Ukraińcy, którzy zaczęli wywoływać  mężczyzn, idących z kobietami i dziećmi, do rewizji. Rewidując ich, darli dokumenty, a banknoty wyrzucali na ulicę. Potem zabijali tych mężczyzn. Pamiętam, był wiatr, który zwiewał banknoty wyrzucane przez Ukraińców pod krawężnik chodnika.

Na Chłodnej wpędzili nas do sklepu, w którym były manekiny. Chłodna jest wybrukowana takimi, jak to mówią, kocimi łbami i mnie nóżki się wyginały i płakałem, że jest mi niewygodnie. Pamiętam, że były tam kafelki. Możliwe, że był to sklep krawiecki. Mama posadziła mnie na ladzie, żebym odpoczął. Pamiętam, że było ciepło, świeciło słońce, a my byliśmy bardzo zmęczeni… Jednak za moment  przyjechał Niemiec na koniu i kazał nas wypędzić z tego sklepu. Poszliśmy dalej, a tam wpędzili następnych ludzi. Odeszliśmy może sto, może dwieście metrów i nastąpił wybuch. Okazało się, że ten sklep był podminowany i to my mogliśmy w tym sklepie zginąć,  a zginęli inni… Oni tak sobie odblokowywali zatory. Ludzie po tym zdarzeniu żegnali się i dziękowali Bogu, że się uratowali. Ukraińcy i Niemcy stali po bokach i pilnowali, żeby nikt nie uciekał.

Przypędzili nas na Dworzec Zachodni, wsiedliśmy w pociąg i przywieźli nas do Pruszkowa. Tam otworzyli drzwi i z pociągu wyszedł Niemiec, by zapytać się, gdzie nas przekazać. Na peronie siedzieli inni młodzi Niemcy na plecakach, karabiny mieli między nogami. Moja mama zapytała ich, czy może wysiąść z pociągu, bo tu mamy rodzinę. Jeden z tych młodych Niemców nic nie powiedział, tylko machnął ręką, żeby iść. Mama wzięła mnie za rękę, ja siostrę, siostra ciotkę z dziećmi – i takim szpalerem w sześć osób uciekliśmy z pociągu. Ludzie krzyczeli, że zaczną strzelać, że nas zabiją, ale my uciekliśmy. Tylko my wtedy uciekliśmy – sześć osób (dwie kobiety i czworo dzieci). Wszyscy  przeżyliśmy wojnę. Byliśmy na końcu peronu i biegliśmy w stronę elektrowni na Żbików. Tam na Żbikowie przy ul. Mickiewicza 20  mieszkał ojciec mojego taty, Marcin Orłowski, mój dziadek, któremu synowie, czyli mój ojciec i jego brat, wybudowali dom, w którym mieszkał.

Zamieszkaliśmy u dziadka. Nie było gdzie spać więc spaliśmy na podłodze. Nie mieliśmy co jeść, więc z bratem Ryśkiem chodziliśmy do budynku szkoły na Żbikowie [dawna Szkoła Kolejowa przy ul. Broniewskiego – przyp. red], gdzie byli zakwaterowani żołnierze Niemieccy i prosiliśmy o chleb mówiąc „Panie, eso Pan da Broud”. Niemcy dawali nam kostki czarnego chleba – nie takiego świeżego, tylko zwykłego chleba. A naprzeciwko natomiast był sklep i piekarnia i stamtąd pachniało nam takim świeżym chlebem… Mama z ciocią go kupowały, nie wiem skąd miały pieniądze. One później chodziły z nim w kierunku torów kolejowych i czekały przed bramą wyjazdową do obozu, z nadzieją, że będą jechać wujek z ojcem i wrzucą im ten chleb do wagonu. Parę razy byłem z nimi, ale akurat w tym dniu, kiedy ojciec z wujkiem jechali, to mnie nie było. Ojciec podobno krzyknął, gdy zobaczył mamę i ciotkę. Z okna pociągu rzucił dla mnie pakunek – spodenki i dwa buty nie do pary.

Pamiętam, że Niemcy brali mamę i ciocię do odgruzowania ulic Warszawy. Wozili je samochodem ciężarowym do Warszawy, żeby uprzątnąć na bok te gruzy, tak żeby mogli przejeżdżać. Jeździły z większą grupą osób – woziło je parę samochodów ciężarowych. Miały się zgłosić o określonej godzinie na punkt zborny i tam wsiadały w samochód i przewożono je do Warszawy. W sumie były chyba trzy razy w Warszawie. Pamiętam, że się bały, że w końcu je wezmą do obozu. Słyszałem rozmowę mamy z ciocią, że ten samochód, którym przyjechały z Warszawy zatrzymał się przed bramą obozu w Pruszkowie i mama właśnie cioci mówiła – „słuchaj a jak oni wjadą do obozu?  Jak się wydostaniemy?” Mama z takiego wyjazdu, kiedy akurat odgruzowywały Belweder, przywiozła wisiorki z kryształowego żyrandola (…). Mama mówiła, że będzie pamiątka, jak dożyjemy.

***

Opowiem teraz o tym, jaki los spotkał mojego ojca i wujka, Tadeusza Borzymowskiego. Tam ze Starówki też zabrali ich w transport – przez Pruszków do obozu do Gross-Rosen. Tak o tym wszystkim opowiadał mój wujek Tadeusz Borzymowski. Opowiadał też, że w obozie  Gross-Rosen miało miejsce pewne zdarzenie. Fryzjerowi, który strzygł głównego kapo obozu wstrzyknięto zastrzyk, po którym sparaliżowało mu rękę i nie mógł strzyc. W transporcie, w którym był wujek i ojciec szukano fryzjera, dano rozkaz, żeby wszyscy, którzy są fryzjerami wystąpili – wystąpił też wujek. Każdego w tych fryzjerów pytano, w jakim zakładzie fryzjerskim pracował. Przed Niemcem i tłumaczem, którzy wybierali, szedł fryzjer, ten, któremu wstrzyknięto zły zastrzyk. Fryzjer ten znał wujka i jak go zobaczył to powiedział „Tadek, jak będą pytali, gdzie strzygłeś to powiedz, że w Trzech Asach na Placu Teatralnym.” Tam strzygli najlepsi fryzjerzy w Warszawie. I tak wujek został fryzjerem tego Niemca do końca obozu. Mało tego, wkupił się Niemcowi likwidując mu na twarzy kurzajkę, za co otrzymał dodatkowo zupę i chleb, którymi podzielił się z moim ojcem.

Racje żywnościowe  były w obozie niewystarczające i któregoś dnia ojciec z grupą więźniów napadli na szafki Niemców pilnujących obozu, za co dostali 21 batów pejczem. Po tym biciu tato mój skonał. Konając wypowiedział słowa „Gdzie ten Kajtek? – bo tak mnie nazywał – Poszedł z kluczami, a ja z Bronią (moją mamą) czekam, bo nie mogę dostać się do domu.” Po śmierci ojca nie pochowali, tylko wzięli za ręce i nogi  i wrzucili do takiej wielkiej latryny. Na drugi czy trzeci dzień przyszło wyzwolenie. To cała opowieść mojego wujka.

***

Później po wyzwoleniu wyjechaliśmy od dziadka i wróciliśmy do Warszawy. Zatrzymywaliśmy się w paru miejscach, bo nie było gdzie mieszkać – dom był doszczętnie zburzony. Mieszkaliśmy to u jednej ciotki, to u drugiej – po jeden, dwa dni. W końcu zatrzymaliśmy się u Julii Borzymowskiej – tej ciotki, z którą byliśmy w Pruszkowie. Ona mieszkała na Grochowie przy ul. Międzyborskiej. Mieszkaliśmy w pokoju z kuchnią w sześć osób. Czekaliśmy na wujka i ojca, ale oni nie wracali. Dopiero po pewnym czasie powrócił tylko wujek i opowiedział nam wszystko… Powiedział, że ojciec już nie wróci.

W tej sytuacji musieliśmy coś ze sobą zrobić. Mama miała drogocenny pierścionek, a mój chrzestny ojciec otwierał restaurację na Nowym Świecie 48, która nazywała się Kresowianka. Zaproponował mamie, żeby sprzedała ten pierścień i dołożyła się do uruchomienia tej restauracji. I mama oddała jemu ten pierścień, w zamian za pracę.

Kazimierz Orłowski z matką. Zdjęcie komunijne. Warszawa, 1946 rok. Fot. z arch. pryw. K. Orłowskiego
Bronisława Orłowska (w czarnej sukience) pod barem „Kresowianka”. Warszawa, ul. Nowy Świat 84. Fot. z arch. pryw. K. Orłowskiego

***

Wciąż myślę o ojcu. Jako młody człowiek grałem w klubie piłkarskim „Warszawianka”. Byliśmy na obozie przygotowawczym 10 km od Gross-Rosen i tam biegaliśmy marszobiegi pod bramę obozu. Wcześniej opowiadałem kolegom o tym, jak zginął w tym obozie. Gdy dobiegliśmy do tablicy pamiątkowej z nazwiskami ludzi, którzy zginęli, nazwiska mojego ojca nie było. Do tej pory mnie nurtuje – dlaczego?

Zdjęcie przedwojenne. Rodziny Borzymowskich i Orłowskich. W górnym rzędzie od lewej stoją: Julia i Tadeusz Borzymowscy, Bronisława i Jan Orłowscy, w drugim rzędzie: Danuta, Ryszard, Krystyna i Kazimierz. Fot. z arch. pryw. K. Orłowskiego
Zdjęcie powojenne. Rodziny Borzymowskich i Orłowskich. Stoją od lewej: Tadeusz Borzymowski, jego żona Julia, obok niej – Bronisława Orłowska. Siedzą: Danuta (pierwsza po lewej), Krystyna (pierwsza po prawej). Kazimierz (po lewej) Ryszard (po prawej). Drwalewiec pod Warszawą. Fot. z arch. pryw. K. Orłowskiego
Po wojnie Kazimierz Orłowski został sportowcem i czynnym działaczem sportowym. Na zdjęciu Kazimierz Orłowski (pierwszy po prawej) jako pracownik techniczny podczas Wyścigu Pokoju, 1970 rok. Fot. z arch. pryw. K. Orłowskiego

Powiązane hasła

”None