menu

Peretiakowicz-Obniska Elżbieta – O wysiedleniu z Warszawy

Peretiakowicz-Obniska Elżbieta – O wysiedleniu z Warszawy

10-letnia Elżbieta Peretiakowicz (obecnie Obniska) mieszkała wraz z rodzicami: znanym  profesorem prawa Antonim Peretiakowiczem (1884-1956) i Aleksandrą z Łebińskich od 1939 roku w Warszawie, dokąd rodzina uciekła w obawie przed niemieckimi represjami w Wielkopolsce. W swoich wspomnieniach, nadesłanych do Muzeum Dulag 121 w 2013 roku, opisała wysiedlenie z Warszawy i pobyt w obozie przejściowym Dulag 121 i losy rodziny w Piotrkowie Trybunalskim. Na wysiedleniu Peretiakowicze spotkali się z wielką solidarnością i pomocą wysiedlonych do Generalnego Gubernatorstwa mieszkańców Wielkopolski, dla których Antoni Peretiakowicz był znaną osobą.

Mój ojciec Antoni Peretiatkowicz w latach 1936–1939 pełnił funkcję rektora Uniwersytetu Poznańskiego. Był prawnikiem, pierwszym dziekanem Wydziału Prawa UP. Pisał na temat doktryn politycznych. Nie miał wątpliwości, że doktryna faszystowska jest zbrodnicza i że po wkroczeniu Niemców zostanie zgładzony. Z tego względu w sierpniu 1939 roku przenieśliśmy się do Warszawy. Tutaj zastało nas Powstanie Warszawskie. W chwili wybuchu Powstania miałam dziesięć lat (urodziłam się w 1934 roku). Mieszkaliśmy na ulicy Kazimierzowskiej 1, róg Rakowieckiej. Naprzeciwko były wielkie niemieckie koszary. Do nas powstańcy nie dotarli.

Ojciec autorki, Antoni Peretiakowicz. Źródło: Wikipedia

Pod koniec sierpnia – daty nie pamiętam – Niemcy zaczęli ewakuować ludność cywilną z tej dzielnicy. Szliśmy z tłumem innych aleją Niepodległości na Dworzec Zachodni. Wszędzie leżały trupy, miasto było rozbite. Mój ojciec niósł ogromną walizkę, a w niej swoje rękopisy. Obok szedł jako konwojent żołnierz Wehrmachtu. Spytał wtedy, co tatuś niesie, a kiedy się dowiedział, że ojciec jest profesorem i niesie rękopisy, powiedział, że jest księgarzem z Lipska i pomoże dźwigać tę walizkę. Całe życie rodzice go wspominali.

Z Dworca Zachodniego zostaliśmy przewiezieni wagonami bydlęcymi do Pruszkowa. Wzdłuż torów stali mieszkańcy i rzucali nam pomidory i owoce. Przez ostatni miesiąc nie jedliśmy takich rzeczy, dlatego to utkwiło mi w pamięci.

W Pruszkowie zostaliśmy umieszczeni na terenie zakładów naprawczych lokomotyw [od 1939 roku niemieckie Warsztaty Naprawcze Wagonów]. Jak długo tam przebywaliśmy, tego nie pamiętam. Wiem, że spaliśmy na betonowej podłodze, a kiedy tatuś znalazł jakąś słomianą podkładkę dla mnie, to jakaś kobieta ją wyniosła. Po pewnym czasie nasza rodzina została zakwalifikowana do wywiezienia do Piotrkowa Trybunalskiego. Pamiętam, że jechaliśmy wagonami bydlęcymi, chyba długo.

W Piotrkowie Trybunalskim zostaliśmy wysadzeni na rampę dworcową. Pamiętam, że był wieczór i że przyszło wielu mieszkańców tego miasta. Myślę o tym do dziś ze wzruszeniem. W Piotrkowie mieszkało dużo ludzi wysiedlonych wcześniej z Gniezna. Były to osoby, które studiowały w Poznaniu. Mój ojciec był dla nich człowiekiem znanym. Zabrał nas do siebie lekarz dentysta, nazwiska nie pamiętam. Było nas pięcioro – rodzice, ja z bratem i babcia. Brudni, zawszeni i głodni zostaliśmy nakarmieni, mogliśmy się umyć i spać w czystej pościeli. Pamiętam, że pewien restaurator z Gniezna dał nam darmowo obiady, a inny uczeń tatusia baranicę i porcelanę. Dzięki panu Kuberze, późniejszemu adwokatowi, ja z bratem zostaliśmy umieszczeni w Kamiszewiczach koło Piotrkowa u pp. Hryniewskich, gdzie mieszkaliśmy do stycznia 1945 roku. W lutym 1945 roku do Piotrkowa wkroczyła Armia Czerwona. Mimo tych traumatycznych przeżyć moi rodzice spotkali się z dowodami życzliwości i pomocy. Pamiętam, że profesor Górski, który był wówczas w Krakowie, dawał ogłoszenia w prasie z pytaniami o los naszego ojca. Kiedy się dowiedział, gdzie jesteśmy, przesłał paczkę z owocami i pościelą.

Powiązane hasła

”None