menu

Pomazański Ryszard – Dotrzymali słowa

Pomazański Ryszard – Dotrzymali słowa

Ryszard Pomazański w 1944 roku, jako 15-letni chłopak, brał udział w toczących się w stolicy walkach. Po upadku powstania wyszedł z Warszawy jako cywil. Znalazł się w grupie, którą Niemcy utworzyli, by wykorzystać przy plądrowaniu opuszczonych domów, po czym trafił do obozu przejściowego Dulag 121 w Pruszkowie. Stamtąd został wywieziony do Niemiec, gdzie pracował przymusowo pod Berlinem, a następnie w Talle.  Po wojnie wraz z rodziną osiedlił się w Milanówku. Wspomnienia Ryszarda Pomazańskiego po raz pierwszy ukazały się na łamach Kuriera Południowego (nr 351) w 2010 roku.

1 sierpnia 1944 roku pragnąca walki młodzież doczekała się długo wypatrywanego wybuchu powstania. Niestety, rozkazy punktów zbiórek poszczególnych oddziałów dotarły do nas zbyt późno, bowiem dzielnice i drogi zostały już zablokowane, a przejście przez główne arterie było zbyt niebezpieczne. Przebywałem wtedy w swoim mieszkaniu przy ulicy Prostej. Była to bardzo dobrze mi znana okolica, co więcej mieliśmy tam przez pewien czas zabezpieczenie kulinarne – w nieustannym ogniu walki konie pociągowe były albo ranne, albo zabite i dostarczały nam cennego mięsa. Poza tym w pobliżu był młyn parowy, a w nim mąka i ziarno. Z kolei na Grzybowskiej, dwie ulice dalej, znajdował się browar Haberbuscha z magazynami pełnymi cukru i zboża. Te wszystkie dobra okazały się jednak zbyt skromne na dwa miesiące powstańczej burzy. Ja, jako 15-latek, znalazłem się w zgrupowaniu Armii Krajowej „Chrobry II” w 2 kompanii. Odcinek ten został nazwany „Twardym Frontem”. Nasze oddziały zajęły ulicę Towarową, Aleje Jerozolimskie i tory w tunelu linii średnicowej przy Żelaznej. W okresie powstańczych walk poznałem prawdziwych bohaterów, koleżeńskich, uczynnych i gotowych do wszelkich poświęceń dla ratowania towarzyszy broni. Śmierć zbierała jednak żniwo. Polegli miedzy innymi Jan Jaroszek, pseudonim „Proboszcz”, który zniszczył kilka czołgów i wozów pancernych i Mirosław Biernacki, ps. „Generał”. Natomiast rotmistrz Witold Pilecki, który w ostatnich dniach powstania był naszym dowódcą w 2 kompanii zgrupowania „Chrobry II”, został w maju 1948 roku skazany na karę śmierci i wkrótce stracony, podobnie jak wielu, wielu innych żołnierzy AK.

Wkrótce nastąpił koniec heroicznych dni. Za zgodą dowódcy oddziału nie wyszedłem wraz z powstańcami, tylko pozostałem w domu z rodzicami i z psem, którym musieli się pod moją nieobecność opiekować. Od 6-7 października przez nasze ulice prowadzono tłumy ludzi z innych części miasta do Towarowej, Grójeckiej i dalej Kopińską do Dworca Zachodniego. My również zostaliśmy po kilku dniach wypędzeni, a tym, którzy nie chcieliby opuścić swoich domów, Niemcy grozili śmiercią. Pognano nas do dworca i zapakowano do bydlęcych wagonów, którymi dojechaliśmy do Ursusa. Tam odbyła się selekcja. Wybranych mężczyzn przywieziono z powrotem na Dworzec Zachodni, skąd pod eskortą zostali doprowadzeni na plac J. Piłsudskiego. Pozostali trafili do mieszczącego się w Pruszkowie obozu przejściowego Dulag 121, gdzie, jak nam powiedziano, mieli na nas czekać.

Nasza wydzielona grupa została poinformowana przez oficera SS w randze majora, że mamy zachować i ocalić od zniszczenia rzeczy wartościowe. Zakwaterowano nas przy ulicy Rakowieckiej, w koszarach z jednymi wrotami, które zamykano na noc. Codziennie z kuchni polowej wydawane było śniadanie, po czym po pięć-sześć osób wraz z esesmanem lub żandarmem zaczynaliśmy przeszukiwania domów. Wskazane przedmioty ładowaliśmy na samochody, które jeździły za każdą z grup. Trwało to ponad tydzień, my zaś byliśmy przekonani, że już nigdy nie zobaczymy swoich bliskich i raczej nie wyjdziemy żywi z Warszawy, skoro widzieliśmy na własne oczy grabieże i podpalenia przetrząśniętych budynków. Któregoś dnia po pracy zostaliśmy jednak zebrani do wyjazdu. Niestety, nasi konwojenci, wypoczęci, syci i roześmiani, postanowili się z nami zabawić i przepędzić nas do Pruszkowa na piechotę. Odesłali samochody, którymi mieliśmy jechać, a sami wsiedli na motory. Późnym wieczorem resztką sił witaliśmy się z czekającymi na nas w Dulagu rodzinami. Tym razem Niemcy dotrzymali słowa, choć musieliśmy przejść 20 kilometrów. Warunki w obozie były bardzo ciężkie. Najlepiej miał chyba pies, który przez cały ten czas był z mamą. Niemieccy żołnierze dawali mu kawałki chleba a nawet mięso.

Po przyjęciu przez dwóch lekarzy otrzymaliśmy zaświadczenia o zupełnej niezdolności do pracy, ale niewiele nam to pomogło. Umieszczono nas w wagonach towarowych, które otwarto dopiero w Krzyżu nad Odrą.

Wszystkie obozy w Niemczech były już przepełnione, wobec czego zostawiano po kilka wagonów w różnych miejscowościach. My zostaliśmy umieszczeni w jakimś baraku pod Berlinem, a starsi Niemcy brali po kilka osób do prac domowych, sprzątania, rąbania drewna i różnych napraw. Przez trzy dni nie mieliśmy stałego zakwaterowania, codziennie pracując w innym miejscu. W końcu doprowadzono nas do Eggersdorfu. Czekaliśmy około dwóch godzin. W pewnym momencie pojawiło się dwóch wojskowych, którzy wypytywali wszystkich o zawody i stopień znajomości języka niemieckiego. Mój ojciec władał nim bardzo dobrze, toteż nasza rodzina znalazła się w grupie około 20 wybranych osób. W ten sposób trafiliśmy do Talle. Był to pilnie strzeżony ośrodek z luksusowo wyposażonymi barakami z wodą, kanalizacją i centralnym ogrzewaniem. Przebywało tam wielu ludzi różnych narodowości. Mój ojciec pracował jako elektryk, a mama w kuchni, która obsługiwała lotników Luftwaffe. Wszystkie zajęcia, bez względu na profesję, były surowo oceniane przez kontrolujących fachowców. Jak się dowiedzieliśmy po jakimś czasie, ośrodek nazywał się Wirtschaft Ministerium i był miejscem, gdzie lokowano zbombardowane w Berlinie ministerstwa.

Ja z mamą, ojcem i psem mieliśmy mały, ale przytulny pokoik w pobliżu kotłowni, w której czasami pracowałem, dowożąc opał. Byliśmy tam traktowani jak ludzie, żądano jedynie byśmy stosowali się do zakazów i wykonywali polecenia nadzoru. Jednak najlepiej, podobnie jak w Dulagu, miał mój pies. Stał się ulubieńcem lotników, którzy zostawiali mu resztki ze swoich obiadów. Przeżył on okupację, powstanie i pobyty w obozach, aby zakończyć swe psie życie w powojennym Milanówku. Po obozowych tułaczkach wróciliśmy do zrujnowanego miasta w maju 1945 roku.

Powiązane hasła

”None