menu

Przedpełski Józef – Moje wspomnienia z obozu w Pruszkowie

Przedpełski Józef – Moje wspomnienia z obozu w Pruszkowie

Józef Sławomir Przedpełski, urodzony w 1921 roku – podporucznik wojska polskiego, weteran kampanii wrześniowej, obrońca Warszawy. Był dowódcą I batalionu Obrony Narodowej „Warta”. Mieszkał w Łodzi, skąd, we wrześniu 1944 jako zastępca dowódcy, a następnie jako dowódca I kompanii wyruszył  do walczącej Warszawy. Podczas Powstania Warszawskiego brał udział w walkach na ul. Radzymińskiej na Śródmieściu. Pod koniec września otrzymał przepustkę, dzięki której mógł spotkać się z żoną, Anną Przedpełską z d. Żołek, będącą wówczas w pierwszym miesiącu ciąży i przeprowadzić ją – dla większego bezpieczeństwa – do domu jej matki. Nie zdążył już na powrót dołączyć do swojej jednostki – wraz z Anną Przedpełską zostali wypędzeni z Warszawy i  trafili do obozu Dulag 121. Tam  – dzięki temu, że Józef Przedpełski podał się za tramwajarza – uniknęli rozdzielenia podczas selekcji i razem zostali wysłani na przymusowe roboty na tereny III Rzeszy. Zostali przewiezieni przez obozy przejściowe w Breslau, Schulzendorf oraz Erkner, a następnie osadzeni w obozie pracy w Berlinie, gdzie Józef Przedpełski pracował w zakładach naprawczych niemieckiej kolei.  Po wojnie wraz z żoną i nowonarodzonym dzieckiem wrócili do Łodzi. Poniżej zamieszczamy fragment wspomnień Józefa Przedpełskiego pt. „Okruchy wspomnień. Dzieje jednej polskiej rodziny na tle wydarzeń XIX i XX wieku.”, który przekazał Muzeum Dulag 121 w 2017 roku.  Opowieść Józefa Przedpełskiego rozpoczyna się w chwili, gdy docierają wraz żoną do mieszkania jej matki przy ul. Solec 46.

Józef Przedpełski. Źródło: Zbiory Józefa Przedpełskiego

Dom nr 46 to szczytowy dom przy zbiegu ulicy Solec z ulicą Dobrą. Jego szczytowa ściana wchodzi na mały placyk, za którym nad Solcem znajduje się wiadukt kolejowy i obok wysokie nasypy.

W pewnej odległości w kierunku przeciwnym, znajdowała się Elektrownia [obecnie Elektrownia Powiśle, zwana również Elektrownią Warszawską i Elektrownią Miejską znajduje się przy ul. Elektrycznej 2a – przyp. red.], właśnie oblegana przez Niemców, ale 5 września ciągle trwająca jeszcze w boju obronnym.

Matkę żony znaleźliśmy w piwnicy zalanej wodą głęboką do połowy łydek. Mimo tej powodzi,  mieszkali tu wszyscy lokatorzy tego czteropiętrowego domu. Ponieważ moja przepustka była ważna do następnego dnia, a właśnie zbliżał się wieczór, postanowiłem wrócić do swojego oddziału nazajutrz rano. Nadchodzącą noc spędziłem więc w tutejszym quasi basenie.

W MATNI

Nazajutrz rano, gdy żegnałem się z żoną, potężny huk wstrząsnął posadami domu. Wybiegłem szybko i wychyliłem się z bramy, aby sprawdzić, co się stało i czy będę mógł wyjść. Zaskoczył mnie niezwykły widok. Na wiadukcie kolejowym i przyległym nasypie stał niemiecki pociąg pancerny. Jedna z luf ciężkiego działa była wycelowana wprost w szczytową ścianę naszego domu. W tym właśnie momencie nastąpił błysk i potężny huk. Cofnąłem się do bramy. Pocisk trafił w szczytową ścianę naszego domu. Pomyślałem, że może po paru strzałach pociąg odjedzie, i będę mógł wrócić do Śródmieścia. Ale po paru minutach, nagłe otworzyły się drzwi pancernych wagonów i po nasypie zaczęli zbiegać SS-mani z automatami gotowymi do strzału. Wbiegli szybko w ulicę Dobrą i w Solec, nawołując ludność do wychodzenia z domów i ustawiania się w kolumnę. Byłem tu jedynym żołnierzem i nie wiedziałem jak mnie potraktują, więc odruchowo ściągnąłem opaskę AK. Gdy wyszła żona z grupą ludzi, dołączyłem do nich.

Kolumnę ludzi obarczonych tobołkami Niemcy poprowadzili Wybrzeżem Kościuszkowskim w stronę ulicy Bednarskiej. Przechodząc obok Elektrowni, której dzielna załoga, ciągłe walcząc, właśnie zaczęła się wycofywać, obserwowałem jak wielkie siły i środki zgromadzili tam Niemcy. Byli dobrze ukryci w zagłębiu obniżonego terenu pomiędzy jezdnią, a brzegiem Wisły. Ustawili tam w długim szeregu dziesiątki granatników, niewidocznych z Elektrowni, z których stromą krzywą balistyczną ostrzeliwali załogę Elektrowni.

Żołnierze ze grupowania Krybar bronią elektrowni na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Źródło: Powstanie Warszawskie w Ilustracji, Warszawa

 

Ulicą Bednarską poprowadzono nas w górę, do Krakowskiego Przedmieścia. Na Placu Saskim zatrzymano nas i ustawiono pod murem domu. Chwila była bardzo niebezpieczna. Mieliśmy bowiem już informacje o nieprawdopodobnych mordach ludności cywilnej na Woli w pierwszych dniach powstania. Jak dziś wiemy, wprowadzona tam specjalna grupa SS pod dowództwem Gruppenführera SS Heinza Reinefartha wymordowała w okropny, najbardziej nieludzki sposób, ponad 30.000 cywilnych ludzi, nie biorących udziału w walkach. Zabijano wszystkich, łącznie z kobietami i dziećmi.  Staliśmy pod murem dość długo i nic się nie działo. Tylko od czasu do czasu podchodzili jacyś żołnierze niemieccy poszukujący biżuterii. Po jakimś czasie poprowadzono nas dalej, niestety właśnie w kierunku Woli. Przed kościołem Św. Wojciecha przeprowadzono pierwszą segregację, polegającą na oddzieleniu kobiet od mężczyzn. Nie zapowiadało to niczego dobrego. Kobiety wprowadzono do kościoła, a mężczyzn ustawiono na zewnątrz, pod murem ogrodzenia. Gdy już zapadł zmrok, kobiety wyprowadzono z kościoła i gdzieś odprowadzono. Była to chwila wielkiej niepewności. Co Niemcy zrobią z kobietami? Czy jest to rozstanie z żoną na zawsze? A co z mężczyznami ustawionymi pod murem? Dlaczego nas zostawili?  Co teraz zrobią z nami?

PRUSZKÓW

„Ich bin ein Strassenbahner”

Gdy czarna noc już zapadła, poprowadzono nas na Dworzec Zachodni, gdzie z pewnym zdziwieniem zobaczyliśmy gotowy do drogi elektryczny pociąg. Było oczywiste, że zostaniemy gdzieś wywiezieni. Ale dokąd? Wreszcie załadowano nas do wagonów elektrycznej kolei i dowieziono do Pruszkowa. Tam poprowadzono nas w stronę wielkich warsztatów kolejowych. Znajdowało się tam wiele budynków i hal z czerwonej cegły, które zostały przez Niemców wykorzystane do urządzenia tu wielkiego obozu na kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Teraz zwożono tu tysiące cywilnych mieszkańców, z których opróżniano Warszawę. Gdy w kompletnych ciemnościach nocy przechodziłem przez obozową bramę, nagle z dużej grupy kobiet stojących za bramą usłyszałem, powtarzające się co chwilę, głośne wołanie:

— Sławek… Sławek… Sławek…

To moja żona, którą przywieziono tu wcześniej, korzystając z ciemności, wyszła z pawilonu, w którym ją umieszczono i przy bramie, przez którą od czasu do czasu wprowadzano nowych wygnańców, czekała z nadzieją, że może w jakiejś grupie znajdzie się i jej mąż. Ponieważ w ciemnościach nie było możliwe rozpoznawanie poszczególnych ludzi, więc głośno wywoływano imiona, lub nazwiska, z nadzieją, że jeśli wywoływany jest w przeprowadzonej grupie, to usłyszy, i w ten sposób się odnajdzie. Wreszcie żona doczekała się. Z wprowadzanej kolumny wyłonił się jej mąż. Trzeba dodać, że był to jedyny sposób wynalezienia w tłumach tysięcy ludzi kogoś bliskiego. Mąż i żona mogli być w tym samym czasie nawet w tym samym pawilonie, a nigdy się nie znaleźć. Za kilka dni mogli się znaleźć w zupełnie innym końcu Niemiec lub Europy. Radość ze znalezienia się była więc wielka. Na ponowne spotkanie oboje nie mieliśmy już żadnej nadziei. Aż tu nagle i niespodziewanie znów byliśmy razem. Ale czy radość nie była przedwczesna? Wkrótce okaże się, że już nazajutrz odbędzie się właściwa i ostateczna segregacja, decydująca o tym, gdzie kto zostanie wywieziony. A segregacja ta będzie połączona z ponownym bezwzględnym oddzielaniem kobiet od mężczyzn. Głównym jej celem będzie jednak coś jeszcze bardziej groźnego. Będzie to podział na trzy grupy:

  1. tych których wywiezie się do pracy przymusowej w Niemczech;
  2. tych którzy zostaną wywiezieni do obozów koncentracyjnych,
  3. tych, którzy do niczego się Niemcom nie nadają: starcy, inwalidzi, kobiety obarczone małymi dziećmi.

Tych wywiezie się do GG. Ale tam będą musieli sami znaleźć sobie środki i warunki do życia. (W tej grupie znajdzie się matka mojego ojca Jadwiga Teresa Przedpełska z córką Wandą Jeżową. Babka Jadwiga mająca 86 lat, nie przeżyje tego exodusu. Dziwne, że zdołała dojść aż do Milanówka. Tam jednak, ta dzielna matka czterech synów i czterech córek, znajdzie kres swojego godnego życia. Umrze na betonowym chodniku, podtrzymywana przez córkę. Wanda zostanie uwięziona i wywieziona do obozu koncentracyjnego Ravensbrück. Okoliczności jej aresztowania nie znam. Posiadam jednak oryginalne urzędowe dokumenty o jej pobycie w Konzentrationslager Ravensbrück, oraz o wykonywanych tam zbrodniczych eksperymentach na jej nogach. Dokumenty te otrzymałem po jej śmierci ze Szczecina, gdzie mieszkała po wojnie, po śmierci męża i po sprzedaniu domu w Łodzi przy ul. Zacisze 4.)

* * *

W Pruszkowie na pierwszą noc umieszczono nas w olbrzymim pawilonie nr 5, zrazu wspólnym dla wszystkich zwożonych tu ludzi. Tysiące stłoczonych ludzi koczowało w kompletnych ciemnościach, na betonowej podłodze, a z braku miejsca, nawet na dnie kanałów służących do pracy pod wagonami kolejowym. Ale i kanały były przepełnione. Jeśli tu ktoś zasypiał, to tylko z powodu wielkiego przemęczenia. Nazajutrz kolumnę ludzi wyprowadzano na wielki plac. Jej czoło zbliżało się powoli do kilku oficerów, którzy „organoleptycznie” segregowali i kwalifikowali nieszczęsnych ludzi. Po prostu palcem wskazywali, kto do której z trzech grup ma podejść. Kolumna była w ciągłym ruchu i nie było czasu na żadne ceregiele. Bez pardonu rozbijano rodziny. Niestety tutaj ponownie oddzielano kobiety od mężczyzn. Gdy któraś grupa liczyła około trzydziestu osób, dwaj uzbrojeni żołnierze odprowadzali ją do właściwego dla niej pawilonu. Stało się oczywiste, że za chwilę nasze małżeństwo ponownie zostanie rozbite, tym razem może już na zawsze. Ja, jako młody mężczyzna, miałem zapewnione miejsce w obozie koncentracyjnym, to jest tam, gdzie już od roku był mój brat. Moja młoda żona, której ciąża jeszcze długo nie będzie widoczna, zostanie najpewniej przymusową robotnicą, gdzieś w Wielkiej Rzeszy. A obóz koncentracyjny, najczęściej równał się z wyrokiem śmierci. Mając taką perspektywę, obawialiśmy się, że mogą to być ostatnie wspólne chwile i ostatnie pożegnanie. Chyba tylko cud mógłby zmienić nasz los. Gdy już zbliżaliśmy się do wszechmogących oficerów, zaintrygował mnie funkcjonariusz niemieckich kolei, stojący na boku w kolejowym uniformie, w towarzystwie urzędniczki kolejowej w białej bluzce. Zwracając się w stronę posuwających się ludzi, coś głośno nawoływali po niemiecku. Zrozumieliśmy że nawołują, aby z posuwającej się kolumny występowali kolejarze i tramwajarze i gromadzili się przy nich. Oczywiście nas to nie dotyczyło. Mężczyzna, który podszedł do kolejarzy i pokazał jakieś dokumenty, został z powrotem odesłany do kolumny. Najciekawsze dla nas było jednak to, że kolejowo-tramwajowi fachowcy mogli występować razem z żonami. Niestety ta „atrakcyjna” propozycja nie była dla nas. Nie byliśmy kolejarzami, ani tramwajarzami, lecz urzędnikami szkolnictwa. Kolumna była w ciągłym ruchu i właśnie już bezpowrotnie mijaliśmy to miejsce, tak korzystne dla kolejarzy i tramwajarzy. Ale w ostatniej chwili coś się w mojej głowie zakotłowało! Nagle błysnęła mi genialna myśl: Przecież warszawskie tramwaje są przedsiębiorstwem miejskim, a ja mam w kieszeni miejską legitymację! Wprawdzie nie tramwajową, lecz Miejskiego Urzędu Szkolnego, ale może te legitymacje są podobne? Mam legitymację z SYRENĄ, wydaną przez Zarząd Miejski. Tramwajarze muszą chyba mieć podobną, a na pewno z SYRENĄ. Jeżeli jest to jedyna możliwość uniknięcia rozdzielenia nas, to muszę zaryzykować! Spróbuję przedstawić się niemieckim kolejarzom, jako warszawski tramwajarz! Może się uda. Oczywiście takie oszustwo było bardzo ryzykowne, ale postanowiłem spróbować. Śmiało wyszedłem z kolumny, podszedłem do „białej bluzki” i powiedziałem:

– Ich bin em Strassenbahner.

Funkcjonariuszka w białej bluzce oczywiście zażądała:

– Ausweis bitte!

Ponieważ wszystko działo się w pośpiechu, gdyż kolumna ciągle się przesuwała, „biała bluzka” nie mogła zbyt dokładnie studiować dwujęzycznego dokumentu. Spojrzała tylko na legitymację, na której obok SYRENY zobaczyła miłą jej oczom niemiecką „gapę”, więc zwracając mi legitymację, energicznie zdecydowała:

– Ist Gut!

To mówiąc, wskazała ręką, gdzie mam stanąć z żoną, jako tramwajarz. (!).

Dzięki tej błyskawicznej, acz ryzykownej decyzji, nasze małżeństwo nie zakończyło się w Pruszkowie. Pojedziemy razem do Niemiec, gdzie jako warszawscy tramwajarze, będziemy pracować w zakładach kolejowych: Zdobędziemy nawet nowe zawody: żona jako Putzfrau, ja jako Malerei.

Fotografię mojej „tramwajarskiej” legitymacji, która zdecydowała o naszych losach, a może nawet i o moim życiu, przechowałem przez całą pożogę berlińską i trudną drogę powrotną.

Legitymacja poświadczająca zatrudnienie Józefa Przedpełskiego w Miejskim Urzędzie Szkolnym. Źródło: Zbiory Józefa Przedpełskiego
Legitymacja  Józefa Przedpełskiego. Źródło: Zbiory Józefa Przedpełskiego

* * *

Jak się miało wkrótce okazać, dzięki mojemu [kolejnemu] bezczelnemu pomysłowi, jeszcze dwóch innych młodych inteligentów polskich uniknie absolutnie pewnego, bo w ich przypadku już zadecydowanego, odesłania do obozu koncentracyjnego. Co więcej, obóz kolejowy i praca na kolei okażą się nieco mniej restrykcyjne, niż w innych niemieckich zakładach pracy i w innych obozach.

CO ROBIŁEM W PRUSZKOWSKIM OBOZIE

Po zebraniu większej grupy „ kolejarzy” odprowadzono nas do oddzielnego pawilonu, przeznaczonego wyłącznie dla kolejarzy i tramwajarzy. Pawilon wraz z niewielkim terenem był ogrodzony płotem z drutu kolczastego. Przez następny tydzień koczowaliśmy na betonowej podłodze naszego kolejowego pawilonu.

Przez dwa dni nie otrzymaliśmy absolutnie nic do jedzenia. Dopiero trzeciego dnia przed nasz pawilon wjechał parokonny wóz, na którym stały dwie beczki z grochówką. Przysłał je polski dziedzic z pobliskiego majątku. Kto miał jakieś naczynie, dostawał porcję zupy. My niestety nie mieliśmy żadnego naczynia, gdyż zbyt nagle wypędzono nas z zalanej piwnicy na Solcu. Ale byliśmy bardzo głodni. Wtedy przypomniałem sobie, że gdzieś na naszym terenie widziałem wyrzuconą blachę obudowy samochodowego reflektora. Miała wprawdzie z boku dziurę na kable, ale odpowiednio przechylona mogłaby posłużyć za naczynie. Szybko odnalazłem, wymyłem i… dostałem dwie porcje zupy!

W dzień, zza kolczastego płotu bardzo pilnie obserwowałem ruchy w tym oryginalnym obozie, starając się rozszyfrować i zrozumieć ich wymowę i znaczenie. Między innymi zwróciłem uwagę na mężczyznę w białym kitlu z opaską Polskiego Czerwonego Krzyża, który swobodnie poruszał się po całym obozie. Kiedyś wszedł on na nasz teren i wyraźnie kogoś szukał. Może na przykład chorych  lub rannych? Ale okazało się, że szuka… właśnie nas! Był to bowiem drogista pruszkowski, mąż przyjaciółki siostry mojej żony – Ady, która rano w dniu wybuchu powstania wybrała się do niej z wizytą, a nie mogąc z powodu wybuchu powstania wrócić do Warszawy, u nich z konieczności przebywała. Oczywiście drogista nic konkretnego dla nas nie mógł zrobić, ale od niego dowiedziałem się wiarygodnych szczegółów dotyczących organizacji obozu, segregacji, i co najważniejsze, przeznaczenia poszczególnych pawilonów.

Ponieważ kolumny ludzi przybywających z Warszawy, przechodziły tuż obok nas, drogą idącą wzdłuż naszego drucianego płotu, mogłem obserwować, czy nie dojrzę kogoś znajomego. Pewnego dnia, gdy wprowadzano nowe kolumny wypędzanych warszawiaków, nagle zobaczyłem dobrze mi znajomą rodzinę z Łodzi. Byli to dwaj synowie dyrektora Aleksego Zimowskiego, właściciela naszej łódzkiej szkoły. Jednym z nich był Stanisław, student IV roku filologii polskiej. Szedł niosąc na ręku małe dziecko, a obok niego żona, trzymająca za rękę drugie dziecko. Drugim Zimowskim był jego starszy brat, ode mnie starszy o sześć lat Olek (kawaler, magister prawa i ekonomii). Szedł z zarzuconym na ramię jutowym workiem. Obok niego jego przyjaciel – mgr chemii Bogdan Olędzki, syn kierowniczki szkoły powszechnej w Łodzi przy ul. Głównej. (Po wojnie mgr Bogdan Olędzki będzie dyrektorem departamentu w Ministerstwie Rolnictwa i Aprowizacji, a jego żona zostanie chrzestną matką mojego syna, który w danym momencie jeszcze się nie urodził, ale „był już w drodze.”) Idącym znajomym pomachałem ręką, więc mnie także zauważyli i nawiązaliśmy kontakt wzrokowy. Spotkanie w tych warunkach, dobrych znajomych z Łodzi, było poruszającym przeżyciem.[…]  Stasiek Zimowski obarczony żoną i dwojgiem małych dzieci, może mógł w Pruszkowie liczyć na zwolnienie do GG, ale Olek Zimowski i Danek Olędzki, jako samotni młodzi mężczyźni, mieli z góry załatwiony obóz koncentracyjny. Rozmyślając na ich temat pomyślałem, że jedynym dla nich ratunkiem byłoby zaryzykowanie w nocy potajemnego przedostania się z ogólnego pawilonu nr 5, gdzie będą spędzali pierwszą noc, do naszego pawilonu kolejowego. Tak myśląc, postanowiłem ich o tym poinformować i zainteresować. Ale byłoby to przedsięwzięcie bardzo trudne i bardzo ryzykowne. Pawilon nr 5 był dość odległy i oddzielony od nas całkowicie pustą przestrzenią. Mimo to, postanowiłem podjąć tę próbę. Chodziło przecież o los, a może i o życie  przyjaciół. Gdy zapadły ciemności, sforsowałem kolczasty płot i niezauważony przez straże, dotarłem do pawilonu nr 5, gdzie Zimowscy spędzali pierwszą noc. Ale w pogrążonym w ciemnościach wielkim pawilonie było stłoczonych kilkanaście tysięcy ludzi. Czy możliwe jest znalezienie tu kogokolwiek? Było w zwyczaju, że ludzie szukali się w wielotysięcznym tłumie chodząc i głośno wywołując nazwisko lub imię. Chodziłem więc po ogromnej hali wypełnionej tysiącami ludzi i nie bacząc, że budzę tych, którzy już spali, głośno wołałem: Zimowscy! Zimowscy! … Znalazłem ich siedzących na dnie kanału roboczego. Powiedziałem im wprost, że według mojego rozeznania Olkowi i Dankowi grozi zsyłka do obozu koncentracyjnego. Namawiałem ich, aby przy mojej pomocy i pod osłoną nocy, przeszli ze mną do pawilonu kolejarzy. Tylko to może ich uratować. Im jednak trudno było uwierzyć, aby moje informacje o grożącym im niebezpieczeństwie były trafne. Nie wierzyli, że rozdziela się rodziny, i że Staś z żoną i dziećmi może zostać zwolniony do GG, a jego brat z przyjacielem skazani na obóz koncentracyjny. Uważali też, że przedzieranie się do innego pawilonu jest zbyt niebezpieczne. W rezultacie Olek Zimowski i Danek Olędzki nie zdecydowali się na moją propozycję. Nie byli w pełni świadomi, że rzeczywiście groził im obóz koncentracyjny. Moja bardzo ryzykowna wyprawa okazała się więc daremna. Było mi żal szczególnie Olka i Danka, bo na podstawie moich obserwacji byłem całkowicie pewien, że jutro obaj zostaną odprowadzeni do śmiertelnie niebezpiecznego pawilonu „Konzentrationslager”. Ciemności wrześniowej nocy pozwoliły mi bezpiecznie powrócić do mojego kolejowego pawilonu. Nazajutrz, stojąc przy drucianym plocie pilnie z daleka obserwowałem procedurę segregacyjną. Droga grupy mężczyzn odprowadzanych do złowieszczego pawilonu, w którym trzymano młodych mężczyzn zakwalifikowanych już do obozów koncentracyjnych, przechodziła tuż koło nas, wzdłuż płotu z drutu kolczastego, obok naszego pawilonu kolejarskiego. Mogłem więc dokładnie widzieć z bliska, kogo prowadzą do fatalnego pawilonu. Od czasu do czasu przechodziła tuż przede mną trzydziestoosobowa grupa nieszczęsnych „skazańców”. W kilku pierwszych grupach nie wypatrzyłem moich przyjaciół. Po dłuższym czasie doczekałem się. Idą! Olek ze swoim workiem na plecach i Danek z wielką skórzaną teką. A więc nie pomyliłem się. Idą niemal prosto do obozu koncentracyjnego. Gdy się zbliżyli, oni także mnie zobaczyli. Teraz już wiedzieli, że moje informacje były trafne. Że już wiedzieli dokąd ich prowadzą, można było poznać po ich przerażonych twarzach i oczach. Szli dwójkami, w grupie około 30 osób. Prowadziło ich dwóch strażników z karabinami: jeden szedł z przodu, drugi za ostatnią dwójką. Obaj przyjaciele wpatrywali się we mnie jak skazańcy idący na egzekucję. Początkowo szli w środku grupy, ale stopniowo przesuwali się na koniec, jakby chcieli opóźnić dotarcie do celu. Ja pilnie obserwowałem konwojenta, idącego tuż za nimi. Oby choć na chwilę odwrócił głowę w inną stronę. . . Wiedziałem już, co muszę zrobić.

Gdy chłopcy znaleźli się już prawie na przeciw mnie, zrobiłem instynktownie coś zupełnie nieoczekiwanego: nagle schwyciłem oburącz kolczasty drut ogrodzenia i całą siła podniosłem go do góry, a jednocześnie nogą mocno nadepnąłem na dolny drut. Mając zajęte ręce, tylko energicznymi ruchami głowy pokazywałem panom magistrom robiony otwór w płocie. Zrozumieli! Pierwszy rzucił się w moją stronę Olek. Przerzucił swój worek przez płot, a sam błyskawicznie cisnął się w zrobiony przeze mnie otwór i… znalazł się Po mojej stronie! Widząc to, Danek natychmiast też wybiegł z szeregu i zrobił to samo. Opuszczając drut spojrzałem na konwojenta. Patrzył na wprost przed siebie. Uuuff! Czy nie zauważył ucieczki? Przecież szedł tuż za nimi. Nigdy się nie dowiem, czy żołnierz ucieczki nie widział, czy tylko udawał, że nie widział. Faktem jest, że pozostałych, nieświadomych swego losu skazańców, spokojnie poprowadził wprost do pawilonu „Konzentrationslager”. Tak czy inaczej, w tym momencie personel Deutsche Reichsbahn zwiększył się o dwóch „kolejarzy”, wprawdzie fałszywych, ale za to… z tytułami magistrów. (!) Radość z tak nagle i niespodziewanie zmienionego losu obu przyjaciół była ogromna. Z Olkiem i Dankiem przejdziemy jeszcze przez trzy obozy etapowe w drodze do Berlina (Breslau, Schulzendorf, Erkner.) Niestety w końcu zostaniemy rozdzieleni i znajdziemy się wszyscy wprawdzie w Berlinie, ale w innych obozach. Zachowamy jednak ze sobą kontakt, a czasem nawet będziemy mogli się odwiedzać. […]

WIR FAHREN NACH BERLIN

Czyli z deszczu pod rynnę. Po kilku dniach wątpliwego odpoczynku w pruszkowskim obozie, załadowano nas do bydlęcego wagonu, i przez naszą ukochaną, rodzinną Łódź, której nie widzieliśmy od pięciu lat, a teraz mieliśmy okazję obejrzeć ją przez szparę w ścianie wagonu, zawieziono nas do wielkiego miasta Breslau. Tam poddano nas procedurze dezynfekcji i dezynsekcji, czyli (excusez le mot) odwszeniu. Następnie osobowym wagonem powieziono nas do podberlińskiej wsi Schulzendorf. Nie był to jednak to jeszcze koniec naszej drogi. (…)

Lagerausweis Józefa Przedpełskiego wystawiony 5 lutego 1945 roku w Berlinie. Źródło: Zbiory Józefa Przedpełskiego
Józef Przedpełski. Źródło: Zbiory Józefa Przedpełskiego

Powiązane hasła

”None