menu

Przybyszewska Wiesława – Wspomnienia z pobytu w obozie

Przybyszewska Wiesława – Wspomnienia z pobytu w obozie

Wiesława Przybyszewska z d. Rozdębska, ur. w 1922 roku, wygnana z warszawskiego Żoliborza, przebywała w obozie Dulag 121 w dniach od 1 do 3 października 1944 roku. Następnie została wywieziona transportem na Kielecczyznę do wsi Odrowąż, skąd przedostała się do rodziny mieszkającej w Kielcach. W swojej krótkiej relacji opisuje warunki panujące w obozie, opowiada również o stosunkach między więźniami, a także o ogromnym strachu przed wywózką w nieznane. „Było to dla mnie ogromnie stresujące i poniżające, stawiające mnie w sytuacji ściganej zwierzyny.” – pisze. Prezentujemy wspomnienia Pani Wiesławy przekazane Muzeum Dulag 121.

Jestem byłą mieszkanką warszawskiego Żoliborza. Ostatni okres przed wypędzeniem z Warszawy mieszkałam z Rodzicami i siostrą Anną w domu ZUS przy ul. Mickiewicza 27, w części sytuowanej od strony pl. Wilsona. W dniu 1 października 1944 roku, po kapitulacji Żoliborza, wyszłam z grupą mieszkańców z naszego domu do obozu w Pruszkowie. Pod eskortą żołnierzy niemieckich przeszliśmy ulicą Mickiewicza do wiaduktu żoliborskiego, skąd ulicą Leszno doszliśmy na Wolę, gdzie w kościele św. Wojciecha rozdawano przy bocznym ołtarzu kawę i zarządzano krótki odpoczynek. Następnie ul. Skierniewicką przeprowadzono naszą kolumnę na Dworzec Zachodni, gdzie załadowano do pociągu towarowego.

Po godzinie wysiedliśmy na stacji Pruszków, stąd skierowano nas do Zakładów Naprawy Taboru Kolejowego, gdzie urządzono prowizoryczny obóz przejściowy w pustych halach o betonowej podłodze. W bramie obok stały wozy konne z emblematami Czerwonego Krzyża, a pracownicy PCK [pracujący na terenie obozu sanitariusze posługiwali się znakiem Czerwonego Krzyża, jednak według oficjalnych informacji sama organizacja PCK nie działała na terenie obozu  – przyp. red.] w białych fartuchach wręczyli każdemu z nas po dwa pomidory i dwie cebule (dowiedziałam się potem, że były to dary okolicznych ogrodników dla mieszkańców Warszawy). Stopniowo hale zapełniały się, dotarłam do hydrantu z wodą, umyłam pobieżnie twarz i ręce, ale o dalszych „zabiegach” sanitarnych można było marzyć. „Toalety” były rowy z przerzuconymi w poprzek deskami. I już nie pamiętam, czy były tam „damskie” i „męskie” czy też nie. Załatwianie swych potrzeb było nie lada problemem.

Pracownicy PCK rozwozili wozami kawę w beczkach stojących wysoko na wozach. Kiedy wyciągnęłam w kierunku beczki swój harcerski kubeczek, chochla z kawą chlupnęła zamiast do kubka na mój rękaw. Sytuacja była mało komfortowa. Żadnej słomy na betonowej podłodze nie było, zmuszone byłyśmy rozciągać zimowe płaszcze, które niosłyśmy na rękach, na brudnej podłodze, gdyż nie było innego wyjścia. Noc minęła względnie spokojnie, ale nazajutrz rozpoczęła się gehenna. Formowano grupy na „wywózkę” do Rzeszy (obozy koncentracyjne lub roboty przymusowe). Dotarła do mnie wiadomość, że kobiety z małymi dziećmi lub opiekujące się starszymi niedołężnymi osobami będą kierowane do Generalnej Guberni. Uczepiłam się tej myśli jako jedynej deski ratunku (miałam 22 lata, siostra 16). Niestety moje rachuby zawiodły, staruszka którą zamierzałam się zaopiekować była tak niedołężna, że fizyczna niemożliwością było ruszenie jej z miejsca. Projekt opieki nad „wypożyczonym” dzieckiem okazał się też iluzoryczny, gdyż żadne z dzieci nie tylko nie dało się wziąć na ręce, a nawet za rękę. Trzymały się kurczowo matczynych spódnic i przestraszone płakały rozpaczliwie. Usłyszałam od jednej z kobiet z Marymontu, matki wieloletniej rodziny, że „paniusie z Żoliborza to kiedyś śmiały się z takich rodzin, a teraz każda chciałaby mieć choćby jedno małe dziecko”. O takich sytuacjach nie słyszałam, ale cierpką uwagę musiałam „przełknąć”.

Wcielane byłyśmy obie z siostrą kilkakrotnie do grup kierowanych do pociągów wywożących warszawiaków do Rzeszy, ale w porę udało nam się wycofać i ukryć w halach, uważnie śledząc, które były już przeglądane przez patrole wojskowe. Było to dla mnie ogromnie stresujące i poniżające, stawiające mnie w sytuacji ściąganej zwierzyny.

Następną noc spędziłyśmy w innej hali w tłoku i brudzie. Starałam się dostać do lekarza, ale przy olbrzymim natłoku „chorych” było to w ogólne niemożliwe. Następnego dnia „polowanie” na ukrywających się w halach warszawiaków zaczęło się od początku. Już nie przypuszczałam, że mi się uda, kiedy przyszła wiadomość, że siostry PCK organizują grupę kobiet z dziećmi i ludźmi starszymi do transportu do Generalnej Guberni. Wprawdzie żadna z nas nie „pasowała” do żadnej z grup, ale wmieszałyśmy się w środek kolumny i korzystając z tego, że żandarmi zajęci obiadem w pobliskim baraku nie byli obecni przy przejściu przez bramę obozu i wejściu na peron, a w końcu do wagonu towarowego. Udało nam się przejść „sito” segregacji. W wagonie zalegały cuchnące śmieci pozostawione przez poprzednich użytkowników. Po 2-3 godzinach nerwowego oczekiwania pociąg późnym popołudniem ruszył w drogę. Jeszcze nie wierzyłam, że uniknęliśmy najgorszego t.j. osadzenia w obozie koncentracyjnym lub wywiezienia na roboty przymusowe.

Rano transport zatrzymał się na Kielecczyźnie i wolno nam było opuścić wagony. Nasza grupa powędrowała do wsi Odrowąż, gdzie w okolicznych chałupach, zresztą więcej niż biednych, ugotowałam, na udostępnionej nam prze gospodynię kuchni, kilka ziemniaków, które wolno nam było zabrać z kopca na małym placu.

We wsi spotkałam panią profesor Marię Wipszycką  z córką, wykładowcę z naszego Gimnazjum i Liceum na Żoliborzu. Wynajmowała właśnie furmankę i kierowała się na stację kolejową w Skarżysku – Kamiennej. Przystała na moją prośbę i zabrała nas ze sobą do Skarżyska, skąd obie pojechałyśmy pociągiem do Kielc, gdzie miałyśmy krewnych. Obawę wzbudzało posiadanie przez nas Kennkarty z Warszawy, ale „uratowała” nas dziura w płocie na stacji kolejowej w Kielcach i w ten sposób umknęłyśmy kontroli żandarmów.

Tyle smutnych i przykrych wspomnień z pobytu w obozie w Pruszkowie.

 

Powiązane hasła

”None