menu

Rozbicka Irena z d. Olejarczyk – Wspomnienia z czasu Powstania

Rozbicka Irena z d. Olejarczyk – Wspomnienia z czasu Powstania

Irena Mirosława Rozbicka z d. Olejarczyk, ur. w 1935 roku, w czasie okupacji mieszkała wraz z rodzicami, Władysławą i Witoldem, na warszawskim Śródmieściu. Podczas Powstania Warszawskiego  rodzina zmuszona była do ukrywania się w piwnicach i ucieczek bombardowaniami. Na początku października 1944 roku Państwo Olejarczyk z dziewięcioletnią Ireną, jej nowonarodzoną siostrą Marią oraz babcią, Stanisławą Olejarczyk, zostali wygnani z miasta i osadzona w obozie Dulag 121, a następnie wysłani do Bolechowic k. Krakowa. „Dochodzę do mety życia. – pisze Pani Irena na wstępie swoich wspomnień – Nie ma już moich najbliższych. Coraz mniej przyjaciół i znajomych. Nie mam komu przekazać wspomnień, które są jeszcze w mojej pamięci. Dlatego niech na półkach muzeum zostaną nazwiska ludzi, którzy przeżyli koszmar okupacji, powstania, obóz pruszkowski i dalszą tułaczkę. Napisałam w wielkim skrócie, co przeżyliśmy w czasach, gdy nienawiść zabijała wszystko dobro.” Swoje świadectwo spisane po latach Pani Irena przekazała Muzeum Dulag 121 w 2014 roku.

Urodziłam się 18.10.1935 r. w Warszawie przy ul. Chmielnej 76, róg Sosnowej. Mieszkanie nieduże, ale są plany na przyszłość. Tatuś pracuje w swoim wyuczonym zawodzie. Jest zecerem. Zarabia bardzo dobrze. Mamusia zajmuje się domem. Jest bardzo pracowita, gospodarna. Nigdy (prawie do końca życia) nie widziałam jej siedzącej bez zajęcia. Niestety, 1 września 1939 roku koryguje plany nie tylko mojej rodziny. Tato wraz ze swoim bratem wędrują na wschód. Wracają dosyć szybko do domu, ale nie ma pracy. Coś trzeba robić, bo pieniądze odłożone w banku przepadają. Tato zaczyna pracę wartownika w elektrowni.

Państwo Olejarczykowie z córką Ireną, Warszawa Śródmieście, 1939. Fot z pryw. arch.
Witold Olejarczyk z córką, Plac Starynkiewicza, 1941 r. Fot. z arch. pryw.

Na początku okupacji rodzice przeprowadzają się do większego mieszkania, też na ul. Chmielną 124, róg Żelaznej. Nasze mieszkanie jest przystanią dla potrzebujących. Zawsze znajdzie się miejsce do spania i coś do jedzenia. Przy ul. Kolejowej mamy działkę, a na niej rosną różne warzywa i owoce, potrzebne nie tylko nam. Ulicą Żelazną rano i wieczorem wędrują z getta do pracy i z powrotem Żydzi. Mamusia pamięta swój głód z okresu I wojny światowej. W miarę możliwości daje tym Żydom warzywa, ziemniaki, chleb, a wieczorem na kuchni czeka zupa dla dwójki dzieci (na pewno młodszych ode mnie), które przeciskają się pod murem getta. Były też i inne wydarzenia, w których uczestniczyła mamusia, zawsze rozsądna i pełna wiary w pomoc Bożą.

1 sierpnia tuż po wybuchu powstania przychodzą do nas młodzi ludzie i polecają opuścić mieszkanie. Przez wybitą w ścianie domu dziurę przechodzimy do sąsiedniego domu, a potem dalej na ul. Chmielną 106, gdzie w podwórku na 3 piętrze mieszka babcia i stryjostwo.

3 sierpnia pali się nasz dom. Część rzeczy udaje się uratować i ustawić w kącie podwórka na ul. Chmielnej 106.

4 sierpnia od rana siedzimy w piwnicy. My obcy na samym końcu, daleko od wejścia i przejścia do sąsiedniego budynku. Słychać latające samoloty i bombardowanie. W pewnym momencie sypie się na nas gruz. Udało nam się przeżyć. Wychodzimy z piwnicy. Straszny widok. Podobno zginęło wtedy 30 osób.

Przerażeni, bez zastanowienia dużą grupą przenosimy się na drugą stronę ulicy, do warsztatów kolejowych należących do Niemców. Oprzytomnienie, strach. Chowamy się w jakiś zakamarkach. Wieczorem wracamy na Chmielną 106. Nas i innych przyjęli do siebie obcy ludzie mieszkający na parterze. Byliśmy u nich do kapitulacji. Stryjek i stryjenka, Maria i Edmund Olejarczykowie, wychodzą z Warszawy na początku września. Docelowo dotarli do Austrii.

11.09.1944 r. w nocy mama rodzi siostrę. Opatrzność czuwa. Mama ma pokarm dla siostry. Dokarmia też jeszcze dwoje dzieci i mnie, chorą na czerwonkę. Dokucza strasznie brak wody do mycia i prania.

Z Warszawy wychodzimy na początku października (nie pamiętam daty). Mama powtarzała, że siostra miała wtedy 3 tygodnie. Wędrujemy do Dworca Zachodniego, a stamtąd pociągiem do Pruszkowa. Jest widno, kiedy docieramy na miejsce. Tłum ludzi i krzyczący Niemcy. Hale Kolejowe. Zaduch, brud. Ciasno. Dostajemy wodę i trochę mleka, to wielkie szczęście. Przysiadamy gdzieś w kącie.

Po paru dniach, dalsza podróż. Przedtem selekcja na zdolnych do pracy i słabych. Tato wybrany do tych pierwszych. Rozpacz, co robić. Mama zawsze opanowana wcisnęła jakieś złoto w rękę Niemca i znów jesteśmy razem. Zaczyna się nasza podróż. Wagony towarowe odkryte. Zimno, pada. Śpię w dziecinnym wózku mojej siostry, a ona na kolanach rodziców. Pieluchy mokre suszy mama na sobie. Pociąg często się zatrzymuje. Czasem w czasie postoju dostajemy wodę do picia. Po paru dniach dojeżdżamy do Krakowa, a następnie do Zabierzowa. Z Zabierzowa wozami konnymi do Bolechowic. Jest późno, zimno, ciemno, pada deszcz. Jakaś sala, dużo ludzi. Dostajemy jedzenie. Mieszkańcy wsi zabierają nas do swoich domów. Nas przygarnia do siebie miejscowy szewc. Dom niewielki, ale serca ogromne. Mieszka z żoną i dwójką małych dzieci. Teraz jeszcze nasza czwórka, babcia i trzy sąsiadki.  Wreszcie możemy się umyć, położyć się na podłodze, na słomie.

Po paru dniach przenosimy się do innych gospodarzy. Pokój ogrzewany „kozą”. Zimno. Studnia zamykana na kłódkę. Woda wydzielana. Z RGO dostajemy codziennie zupę, okraszoną łojem, który krzepnie na ustach. Ale nie jesteśmy głodni. Siostra zaczyna chorować. Nie ma lekarza i leków. Ktoś z miejscowych wiezie mamę z dzieckiem do lekarza, Niemca. Dostają jakieś leki. Znów przydaje się złoto na zapłacenie.

Mama robi na drutach, by zarobić trochę pieniędzy. Pod koniec listopada 1944 r. przychodzi do nas Niemiec ze swoją znajomą. Chcą, by zrobić na drutach sukienkę i sweter. Rozpoczyna się wyścig z czasem, dzień krótki, wcześnie robi się ciemno. Udaje się. Dostajemy mąkę, cukier, słoninę, jakieś słodycze i chałkę. Będą bogate Święta, a także Nowy Rok.

Zbliża się ofensywa. Co z nami będzie? Znów wielka niewiadoma. W połowie stycznia docierają do nas żołnierze radzieccy. Jest ich wielu. Brudni, zmęczeni. W naszym pokoju robi się ciasno. Śpią na podłodze, na słomie, tak jak my. Dają nam mięso, bo wcześniej zarekwirowali we dworze świnie. Nie pamiętam, jak długo byli.My czekamy na jakieś wiadomości i powrót do Warszawy.

Z Bolechowic wyruszmy na początku marca 1945. Jedziemy w strasznym tłoku parę dni. Wracamy do siebie, do mieszkania babci. Mieszkanie zajęte przez 5 osób. Ciasno. Tata zostaje w Warszawie, zaczyna pracę w elektrowni.  My we trzy jedziemy 100 km od Warszawy, do rodziny mamy. Pod koniec sierpnia wracamy do Warszawy. Na Targówku kuzyn babci ma dom, przyjmuje nas do siebie. Jakaś stabilizacja. Niestety, siostra znów chora. Potrzebuje lekarstwa. Na szczęście tato pracuje i dostaje niewielką pensję. Na razie musi starczyć. Mama dorabia, klei torebki, szyje kaftaniki. Rodzice rozglądają się za własnym mieszkaniem. Na ul. Oboźnej jest spalona kamienica. Możemy zająć 2 pokoje. Trzeba tylko usunąć gruz, przeprowadzić instalację elektryczną, wstawić drzwi, okna, położyć podłogę oraz wytynkować ściany. Z pomocą rodziny i kolegów tato przygotowuje jeden pokój. W czerwcu 1946 r. przenosimy się na Oboźną. Od dobrych ludzi dostajemy stół z krzywym blatem i dwa różne krzesła. Śpimy na sennikach wypchanych słomą. Tato wraca do zawodu, do drukarni.  W 1961 roku rodzice przeprowadzają się na Rakowiec, gdzie mieszkają do śmierci, a ja w 1965 r. na Wolę.

Powiązane hasła

”None