menu

Różycka Krystyna Maria – Pamiętnik

Różycka Krystyna Maria – Pamiętnik

Krystyna Różycka (1903-2004), w czasie okupacji mieszkała wraz  z mężem – płk. Tadeuszem Różyckim-Kołodziejczykiem, żołnierzem AK oraz córkami – 16-letnią Marią i 12-letnią Teresą przy ul. Mochnackiego 9 na warszawskim Mokotowie. Wybuch Powstania zastał Tadeusza Różyckiego-Kołodziejczyka poza domem – pierwsze dni sierpnia były więc dla Krystyny Różyckiej czasem lęku, samotności i niepokoju o los męża.  9 sierpnia 1944 roku została pognana wraz z córkami do punktu zbornego na Zieleniaku, gdzie w wielkim napięciu musiały przeczekać noc. Stamtąd zostały przewiezione do obozu Dulag 121, a następnie – po pobycie w pruszkowskim obozie – wysłane kolejno do KL Buchenwald i  KL Bergen-Belsen (w obozach koncentracyjnych w sumie przebywały kilka dni) oraz  obozu pracy Holzminden koło Hanoweru. W swoim pamiętniku prowadzonym od 8.1944 do 1.1945 Krystyna Różycka opisywała losy swojej rodziny podczas Powstania oraz późniejszej tułaczki. Publikujemy fragment pamiętnika, który został przekazany Muzeum Dulag 121 przez syna Pani Krystyny. W narracji, oprócz opisu wstrząsających wydarzeń, uderza jej „wewnętrzna”, psychologiczna warstwa,  autentyczność uczuć. Ze względu na charakter teksu zachowujemy jej oryginalny styl i słownictwo. W archiwum Muzeum znajdują się także wspomnienia młodszej córki Krystyny Różyckiej –Teresy.

Powstanie. Zieleniak. Pruszków, do obozu

T. Różycki-Kołodziejczyk. Fot. z pryw. arch.

Straszne przeżycia związane z zaaresztowaniem Tadeusza (męża) 18.V.1944 do 29.Vll.1944 minęły z jego zjawieniem się rano 29-go tj. w sobotę. Nareszcie powrócił, nareszcie będę mieć spokój i radość, że mam go przy sobie, że już mu się nic nie może stać, nareszcie będę go odżywiać i wróci do swych dawnych sił. Kamień z serca mi spadł!  Mało, czułam się szczęśliwa, zadowolona.

Bolszewicy się zbliżają! W mieście popłoch, już nic z żywności dostać nie można. Lecę jeszcze na miasto szczęśliwa, lekka, jakaś radosna. Pamiętam dostałam kawałek mięsa, zdaje się pęczek buraków, jagód i chleb w szalonej cenie. Z tym wszystkim wracam do domu. Ruch na ulicy niebywały. Pięćsetki nie idą. Trudno je rozmienić. Wybiegam jeszcze raz, kupuję jeszcze co się tylko da: kapustę, ogórki. Wieczorem byliśmy u Zakrzewskich.

Niedziela upłynęła nam spokojnie, byliśmy na spacerze, siedzieliśmy przeważnie w domu. Poniedziałek (31.Vll). Uganiam się ciągle za prowiantami. Zostają mi same pięćsetki. Już nic dostać nie można. Przynosimy z Marysią kartofle, zdaje się 20 kg. Wszędzie sprzedają resztki towaru i zamykają budki.

To samo — wtorek (1.Vlll). Deszcz leje od rana. Janusz M. przychodzi rano, zawiadamia T. (Tadeusza) o obiedzie wyprawianym na cześć uwolnienia go z Pawiaka. Obiad zjadamy same o godzinie pierwszej. Koło drugiej, trzeciej spodziewam się powrotu T. Niestety nie ma go, robi się nieprzyjemnie. Przypomina mi się 18 maj, gdy go tak daremnie, ze strasznym niepokojem, czekałam.

Krystyna Różycka z córkami – Teresą i Marysią, 1939 r. Fot. z pryw. arch.

Wreszcie p. Pieniążkowa z wielce tajemniczą miną doniosła mi, że właśnie dziś ma wybuchnąć powstanie. Nie uwierzyłam, ale mój niepokój wzrósł. Godzina czwarta, szczekaczka, na której zwykle bywał Tadeusz, bodaj nieczynna, ale Tadeusza, jak nie ma, tak nie ma. Co robić, może osłabł po obiedzie, bo przecie po Pawiaku wycieńczony. Telefon nieczynny. Co się z nim stało? Zachodzę w głowę. Myślę, może biec do Mieszczańskiego, może on co wie, ale zostawiać tak dzieci, a nuż to prawda, co mówiła Pieniążkowa o powstaniu.

Wyglądam oknem, czy gdzie z dala nie zobaczę męża. I widzę, widzę idących młodych ludzi, przeważnie w długich butach z cholewami. Idą pojedynczo, po dwóch, trzech, czterech. Idą… za chwilę znów. Piąta się zbliża. Tadeusza nie ma, może bierze udział i nie przyjdzie.

Teresa leży. Ma anginę, bo gardło ją boli, ma gorączkę. W razie czego nie zniosę jej do piwnicy, zostaniemy w holu.

Piąta się zbliża. Ruch w mieszkaniu. Ludzie się pakują. Urszulka wyszła z młodzieńcem. A Tadeusza jak nie ma, tak nie ma. Nagle padają strzały. Popłoch na ulicach. Strzały gęste. Karabiny i karabiny maszynowe. Jakby tuż pod oknem. Porywam Tereskę na ręce i zbiegam do piwnicy. Tam przytomnieję. Po co narażać dziecko na takie niewygody? Wystarczy przecież hol lub łazienka. Wracamy. Łóżeczko przenoszę do holu. Strzelanina mocna, nawet działa. Wygląda mi to jakby na atak na Dom Akademicki. Na ulicach pustka. Okna pozamykałam od ulicy, zostawiłam tylko lufcik.

O godz. szóstej odzywa się megafon: „Zarządzam stan obłażenia, mieszkańcom nie wolno pokazywać się na ulicach miasta, do przechodniów będzie się strzelać. Kto by strzelał z mieszkań, dom taki zostanie spalony i zrównany z ziemią.” Powtórzono to jeszcze parę razy, co godzinę. Strzały były tak gęste, że trudno było pokazać się na ulicy, [wychodzili] tylko ci co musieli, bo mieli służbę. Tadeusz pewno osłabiony, zmęczony obiadem i spacerem po Warszawie, gdzieś dłużej zabawił i nie wrócił do domu. Strasznie o niego się bałam. Dlaczego w takich chwilach jesteśmy rozdzieleni. Żeby tylko nie narażał się teraz na strzały i nie zechciał do nas za wszelka cenę dostać się.

Śpimy częściowo w łazience, częściowo w holu. Gdzieś pożar, daleko. Nad ranem trochę ciszej. Spać nie mogłam. Co się stało z Tadeuszem? Skoro świt wstałam. Strzały znowu. Przechodzimy do holu. Strzały znowu. Gaz w kuchni działa całe szczęście. Na prędko przyrządzam śniadanie. Chleba mam trochę w zapasie. Trochę sucharów, zresztą dużo zapasów kaszy, mąki, pszenicy, jeszcze kilka kilo cukru. Trzy puszki konserw mięsnych. Mleko skondensowane, soków owocowych, kilka butelek, konfitur. A co najważniejsze tłuszcz: masło świeże i topione, smalec, boczek. Całą puszkę jaj w wodzie szklanej, przeszło sto sztuk. Dla kanarka i szczygiełka zapas nasionek. W piwnicy drzewo i węgiel. Woda w kranie, a gdyby zabrakło, jest w podwórzu. Zawsze w nocy można będzie zaczerpnąć. Jakoś więc musimy przetrwać, nawet gdyby trwało to wszystko miesiąc.

Obiad gotujemy jeszcze na gazie. Pamiętam, było jeszcze mięso końskie, były ogórki, nawet, pamiętam, była jakaś zupa, jednego dnia kapusta, innego burakowa itp.

W środę (3 Vlll), gdy przyrządzałam coś w kuchni, widzę pp. Czerwińskich na balkonie, więc wychylam się do nich, a oni z uśmiechem do mnie zadowoleni, jakby mi chcieli pokazać, że są pełni nadziei, że ot jutrzenka wolności świta. Tegoż dnia zaszli do nas młodzi ludzie po żywność. Daliśmy na co nas stać było, nawet wódka i papierosy się znalazły. Cały dzień strzały, my w holu lub w łazience. Przeważnie w łazience. Z daleka gdzieś dymy. Co się dzieje poza tym, nie wiemy. Telefony już dawno nieczynne. Nikt na ulicę nosa nie wytknie, nikt do nas nie zajrzy, chyba że do ogródka. Była więc p. Muszka Szonnertowa, doktor. Dochodziły nas tylko jakieś niejasne wiadomości, że to na Pradze bolszewicy, że mosty w posiadaniu bolszewików, że już są na Krakowskim, że lada chwila nasi zwyciężą.

Pożary coraz większe. Co się pali, nikt nie wie. Kto podpala, też nie wiemy. Jeden telefon, w którymś domu działa, ktoś porozumiewa się z miastem. Dochodzą nas przez niego wieści o jakichś Ukraińcach, którzy strasznie rabują, zabijają ludność. Strach mrowiem przechodzi. Strzały coraz mocniejsze, głośniejsze, pożarów coraz więcej, zapowiedzianych wybawców-bolszewików nie widać.

Wreszcie któregoś dnia słyszymy jakieś dziwne łomotanie i głosy rosyjskie. Czyżby bolszewicy? A to łomotanie, co to jest? Dymy pożarów coraz bliżej. Nie chce się myśleć nic złego, bo włosy stają na głowie. Nikt już do nas po żywność nie przychodzi. Nawet sąsiedzi nie zaglądają, ani p. prof. Kolankowski, który się raz pokazał, ani Kurnatowski, ani pani Muszka.

Dzień za dniem płynie, ciągle głośno od strzałów. Już pp. Czerwińscy nie kłaniają się z radosnym uśmiechem, jak to było pierwszego dnia powstania. Smętnie kiwają głowami załamując ręce smutnie popatrując na coraz więcej dymów i pożarów nas otaczających. Już wiemy… nie udało się. Oczekiwanych zbawców nie widać. Co teraz z nami będzie? Co oni z nami zrobią? Słyszymy teraz co dnia okrzyki „Dawaj! Dawaj!”. Coraz bliżej, już gdzieś niedaleko. To ludność wysiedlają z mieszkań, a sami dzielą się łupem, nie tylko pozostawionymi rzeczami w mieszkaniach, nie, raczej opłacało się samych mieszkańców opuszczających domy często tylko z jedną walizką z jednym tobołkiem, ograbić. My sobie jeszcze nie zdajemy sprawy, co to jest. Widzimy tylko przez ogródek przemykających się łudzi z tobołkami z dziećmi, tak ot przechodzących z jednego domu do drugiego. Zapytywani dlaczego wyszli odpowiadają: „Tam rabują, tam Ukraińcy, palą i grabią, ludność wysiedlają”.

Chodziliśmy na strych popatrzeć, co się dzieje. Kościół św. Jakuba podziurawiony od strzałów armatnich, za kościołem domy też jakby puste, bez okien, ściany dziurawe. Tam widocznie strzelali. U nas nie ma mężczyzn, okna zamknięte, nas to nie może spotkać!

Dom rodziny Różyckich, ul. Mochnackiego 9. Fot. z pryw. arch.
Widok z Mochnackiego 9 na kościół św. Jakuba. Fot. z pryw. arch.

Pewnego dnia samoloty. Schodzimy do schronu, podobno zrzucają zapalające bomby. Możliwe. Tak nisko latają. To niemieckie. Nareszcie jednego dnia tuż koło nas mnóstwo pożarów. Jeden jakby na Akademickiej, jeden na Mochnackiego, dom dalej. Trzask jeden za drugim: co to może być? Amunicja? Nie. Biegnę na strych i oczom mym [ukazuje się] straszny widok! Pali się na Mochnackiego dom naprzeciw Domu Akademickiego, aż trzeszczą pękające dachówki. Na dole wojsko Własowa z okrzykami przypominającymi dzikusów: „Dawaj, dawaj!” grabi ludność wysiedlaną z sąsiednich domów. Byłabym dalej patrzała, ale gdzieś blisko padł strzał, kule zaczęły świstać, może mnie zobaczyli. Wracam do córek. Co będzie z nami? Co oni z nami zrobią? Boże! Boże! Czy nas śmierć czeka, czy nas wywiozą gdzie na roboty, co z nami zrobią? Rozumiem, że nas, niewinnych, ukarzą za powstanie. Jestem na to przygotowana, jednocześnie chciałabym osłonić dzieci. Dzieci niech nie cierpią. Co z nimi zrobić? Wyjść gdzie w nocy, ale gdzie? Co robić? Co robić? Gdzie mój mąż, czemu go tu nie ma w tak ciężkiej dla mnie chwili.

Piękna pogoda cały czas, czasem, gdy [nastaje] jakaś cisza, strzałów mniej, wytykamy nos na podwórze choć na chwilę. Gazu już w kuchni nie ma. Po wodę już tylko do piwnicy schodzimy. Kulki coraz rzadziej wpadają do mieszkań. Do pokoju p. Kowalczyka wpadła jedna, rozbiła zegar.

Nagle dnia 8 (VIII) tj. we wtorek, przyszli i na nasz ogródek. Już rano poprzedniego dnia jacyś państwo uciekli z Filtrowej róg Mianowskiego i siedzą u nas na schodach. Poprosiłam ich do nas na górę. Miałam i ja w tym interes: po prostu myślałam o mężu, może mi go tam jaka litościwa dusza przytuli do swego mieszkania na czas strzelaniny i nakarmią mi go, boć przecie strasznie zbiedzony wrócił z Pawiaka. Weszli do holu i tak razem siedzimy.

Następnego dnia zaczęło się u nas w ogródku. Krzyki, wrzaski. Wyprowadzają wszystkich z mieszkań. Nie patrzę na to wszystko. Wolę się modlić. Klękamy z dziećmi w naszym pokoju, pani Wasiljew z nami, i mówimy pacierz. A tu w ogródku coraz więcej ludzi: i Zakrzewscy i Głowińska i inni. Wchodzą i do naszego domu i do doktora. Siedzimy zebrani w holu z tobołami i przygotowani. Wchodzi blady doktor. Wprowadzam go do dziecinnego pokoju, proszę żeby się położył, daję wody.

Do nas nie przyszli. Głosy i strzały przycichły. Na pewien czas może spokój. Może o nas zapomnieli, a może nie opłaca się z małych domków wysiedlać, może tych rozwalać nie będą. Z ogródka dochodzą jęki. To chory, czy ranny umiera. Kule wciąż świszczą, nie można dojść do niego. Naprzeciwko, pod czwórką, leży zabity żołnierz ukraiński.

Domy się palą. Narożny dom [na rogu] Filtrowej i Mochnackiego cały w płomieniach, naprzeciw gdzieś za ogródkiem też straszny dym i tu, na lewo, to samo. Łuny, łuny, gdzie tylko wyjrzeć. Może i nasz dziś tak samo. Gdzie my się ukryjemy? Co zrobimy, jeśli o nas zapomnieli?

Kładę się przy Tereski łóżku na Tadeuszowym kożuchu choć trochę się przespać. Nie wiem, co mnie jutro czeka. Trzeba mieć siły.

(9.Vlll) Skoro świt znów wstaję, przeglądam tobołki, jeszcze raz je zmniejszam, żeby można było udźwignąć. Zabieram wszystkie boczki, konserwy, mleko. Jemy jak najwięcej: jaja, konfitury, cukier. Walą od rana niemożliwie. Gotuję krupnik dla wszystkich, ale ciężko, ciągle do schronu. Już nie mogę, już nie do wytrzymania. Dom się chwieje. Rozwalają zdaje się nasz dom. Karabiny maszynowe grają. Kule świszczą. Zabieram dzieci i schylone schodzimy na dół do doktora, tobołki i płaszcze zabrałyśmy z sobą. Muzyka strzałów straszna. Stoimy blisko ścian, dzieci blade. Wreszcie rozumiemy, że zaraz przyjdą i po nas, słychać ich wrzaski. Walnęli gdzieś granatem. Na dole wreszcie łomotanie do drzwi kolbami. Za chwilę i tu do drzwi walenie i okrzyk: „Otwirat”. Skoczyłam szybko, by otworzyć, nie zniecierpliwić bestii, gdy padły strzały: jeden, drugi, trzeci. Dzieci narobiły krzyku: „Mamusiu,  Mamusiu!”. Wobec tego cofnęłam się. Doktor był odważniejszy; otworzył.

Wpadli z wymyślaniem dlaczego długo nie otwieraliśmy. Kazali się zabierać i wychodzić. Ten jeden był strasznie groźny i krzyczał. Bodajże był pijany. Zabrałam swe tobołki i wyszłam do sieni. Tam także stali i spokojniejsi jacyś, gdy zaczęło się z nimi rozmawiać. Radzili wziąć żywność. Chciałoby się wziąć mnóstwo rzeczy, taki żal jakiś za serce chwycił, że to wszystko z takim trudem zdobyte znowu trzeba porzucić, czym przyjdzie okryć dzieci zimą? Ale buty, zmianę bielizny i trochę ciepłych rzeczy mamy w tobołku.

Nie było czasu na rozmyślanie. Kazali iść! Idę więc pierwsza ulicą Mochnackiego wprost na nich, na tych bandytów, którzy na rogu ulicy stali ze swymi autami i potworami do strzelania. Idę, za mną moje córy. Dokąd? Nie wiadomo, może zaraz strzelą i będzie po nas. Może dopiero za miastem. Może nas wywiozą. Nic nie wiadomo. Czuje się nieswojo i mówię modlitwę.

Koło Domu Akademickiego zaczyna się rewizja. Zegarek czy mam? Nie. (Mam go w kieszeni w płaszczu). Złoto? Też nie. Obejrzeli torebkę i puścili. Następna grupka drapieżców także musiała przejrzeć toboły i zatrzymali mi ten najważniejszy z ciepłymi rzeczami, z bucikami i moim futrem. A także mój nieprzemakalny płaszcz spodobał im się. W kieszeniach były lekarstwa i ten nieszczęsny zegarek. Termometr. Szkoda. Żywność także tam była: trochę mąki, boczku, mleko skondensowane. Idziemy dalej, trochę lżej bez tego toboła, upał straszny. Na letniej sukience mam kostium. Nogi bez pończoch w sandałkach. Następna grupa rewiduje szczegółowo. Koniecznie chce zegarka lub złota. Ofiarowuję pieniądze. Tymi gardzą. Spodobały się natomiast mężowskie spodnie. Marynarkę zostawiają. Jakiś drań maca zębami nawet ręce, boki, mnie, potem Marysię. Z Marysią gorzej, ona zaczyna się śmiać, a ten coraz więcej zaczyna ją macać. Powiadam mu, że to dziecko, niech da spokój. Nie. Jestem przerażona! Matko Bosko, ratuj mi dziecko! Sięgam do kieszeni: Różaniec! Wyciągam go i daję Marysi. „Weź go dziecko, niech cię ratuje”. Spojrzał na mnie. Coś go ruszyło. Puścił mi córkę! Czem prędzej zabieram ją dalej. Już przestali rewidować. Odetchnęłam. Pierścionek został. Trochę żywności, tobołek z zapasowymi sukienkami, trzy prześcieradła, marynarka Tadeusza. Woreczek z butelką z sokiem surówkowym wypada na bruk, rozbiła się butelka.

Ustawiają nas na ulicy. Ludzi ciągle przybywa. Na ulicy pełno szpulek z nićmi. Czarne i białe, w dobrym gatunku, do szycia. Pomyślałam sobie, gdyby tak podnieść, miałoby się za nie trochę forsy i przydałyby się do szycia, ale w tych warunkach co szyć, a nosić z sobą to balast. Co innego, gdyby to był chleb. I obojętna na wszystko nie schyliłam się po nie. Nie pomyślałam, że właśnie nici by mi się przydały. Jeden z panów, może to był p. Kumatowski, podniósł szpulkę i podał mi. Machinalnie schowałam do kieszeni. Domy wokół spalone, ulice zaśmiecone rożnymi rzeczami. Można tam było znaleźć: bieliznę, pantofle damskie, męskie, firanki, płaszcze itp. Po drugiej stronie ulicy spod dużego papieru wyzierała czarna trupia ręka. Koło nas coraz gwarniej, staruszki, chorzy. Jakiś żołnierz przyniósł kubeł wody. Upał. gorąco, pijemy. Nabieram do butelki. Siedzimy na tobołkach. Patrzymy tylko przerażonymi oczyma na domy puste, spalone i nie chcemy myśleć, co z nami będzie, co z nami zrobią. Kiedy znów zobaczymy swych najbliższych, których może ten sam los czeka? Kilka niewiast wywołano, zabrano do przewiezienia rannych. Rzeczywiście za chwile wróciły, spełniwszy tę czynność.

Wreszcie ustawieni trójkami, czy czwórkami ruszamy. Idziemy powoli, tyle starców wśród nas, prowadzą nas Rosjanie uzbrojeni w karabiny. Idziemy koło Instytutu Marii Skłodowskiej. Spalony! Gdzie okiem sięgnąć, wszędzie domy spalone, a z daleka widać dymy palących się domów. Kościół Zbawiciela – jeszcze wieże całe, a naokół szkielety domów. Idziemy przez pola w stronę ulicy Opaczewskiej. Słońce piecze, choć musi być dobrze po piątej. Cudny dzień, idziemy wzdłuż drogi, którą najczęściej chodziliśmy z Tadeuszem na spacery. Kiedyż nią znów pójdziemy? Czemu nie zaraz, nie dziś? Taki cudny dzień. A jemu po Pawiaku tak potrzeba słońca. Nie ma go tu z nami, martwi się pewno o nas i martwić jeszcze nie raz będzie. Może on jest z nas wszystkich najbiedniejszy. Ja przynajmniej razem z dziećmi jestem. Ale po co myśleć. Tobół ciąży, choć nieduży, tylko w nim to, co najpotrzebniejsze, ale tak gorąco w kostiumie. Dzieci dźwigają jedzenie i są w zimowych płaszczach. W nocy będą miały się czym przykryć. Idziemy Opaczewską, na chwilę przystajemy, odpoczywamy, biedne starowinki siadają na ziemi, zażywają lekarstwa. Ktoś bardzo prosi o wodę do lekarstwa. Nie może nigdzie dostać, lituję się, oddaję swoją butelkę z prośbą o oddanie, otrzymuję zapewnienie i na tym się kończy. Pozostaję bez wody i bez butelki. Idziemy dalej.

Na rogu koło szkoły ogrodzenie, tam nas prowadzą. Rewizja. Chyłkiem się przemykamy. Udało się! Wchodzimy na plac zabrukowany kocimi łbami. Pod murem i bliżej wyjścia pełno ludzi. Stoimy. Gdzie się ulokować? Wreszcie obok nas znajdują się Wasiliewicze, p. Pieniążek z córką i Janka. Jakaś pani odstępuje nam trochę kartofli i radzi nabrać desek na nocleg. Więc bierzemy się do roboty. Przeważnie ja i młody syn Wasiliewów.

W pewnym momencie, gdy stoimy grupką i rozmyślamy, gdzie się ulokować, a może też opowiadamy o ostatniej rewizji, podchodzi do nas jakiś Rosjanin i powiada do Janki, aby szła kartofle obierać. Ta przerażona cofa się. Ten widać pijany. Janka spodobała mu się, dziewucha tęga o szerokiej twarzy, rumiana na gębie, w zielonym zawoju na głowie w typie rosyjskim. Widzę, że źle się zanosi, z Wasiliewem zwracamy się do pana W., przecież Rosjanin. Ratuj pan dziewczynę. Ten więc zaczyna rozmowę. Najpierw, żeby ją zostawił, potem powoli o innych sprawach. A tymczasem kiwam na J., która powoli się odsuwa i odchodzi. Za nią wszyscy po kolei. A Wasiliew z tym mochem zostaje i zabawia go.

Rozkładamy się obozem nie wchodząc w tłok, ale i nie zupełnie oddzielnie. Rozpalamy ognisko, pieczemy kartofle. Okazuje się, jest dużo znajomych. Głowińska z Czarusiem. pp. Czerwińscy z Haneczką, doktor Cieszyński z nami. Kumatowski też się nas trzyma. Z naprzeciwka ta piękna pani z małą Tereską i służącą. Ludzie palą ogniska, grzeją wodę, gotują zupy, jeśli maja z czego, herbatę, kawę, pieką kartofle. Przychodzą mi pytania – jak my tu długo zostaniemy, co będziemy jeść? Na razie wrzucam do popiołu parę kartofli. Strasznie długo się nie pieką. Jakiś jegomość pyta się, czy kto ma mannę, bo potrzebna dla małego dziecka. Mam, więc daję. Uszczęśliwiony, że może swojemu dziecku dać jeść, pomaga mi urządzić lepsze ognisko, ale dołączają się służąca od małej Tereski i już nie mam do swego ognia dostępu. Trzeba też pomyśleć o wodzie, o szykowaniu spania, bo noc niedługo. Wszystkie panny i co ładniejsze mężatki robię na czarownice, żeby tylko nie wpadły w oko jakiemu rosyjskiemu żołnierzowi, którzy nas pilnują. Chodzą po placu i robią rewizje, tj. grabią. Marysi kazałam siedzieć na ziemi i zrobiłam ją na dziewczynkę z kokardką. Okazało się, że miejsce nasze złe, bo dostępne za bardzo dla Ukraińców. Wobec tego przenosimy się więcej w tłok, lokujemy się tak, żeby niewiasty leżały w środku, mężczyźni po bokach. Dziewczynkom rozkładam tobołki pod głowy, płaszcze do przykrycia i tak koło siebie, zmówiwszy pacierz, kładziemy się. Zmrok już zapadł. Ciemno się robi, gwar ustaje, strzały, które za dnia rozlegały się nawet na samym placu cichną. Leżę przykryta żakietem i marynarką męża. Leżę wpatrzona w piękne gwiaździste sierpniowe niebo. Co się z nami stało? Jesteśmy wyrzucone z domu, co z nami będzie? Ludzie rozmaicie mówią. Mimo tych myśli nie mogę nie podziwiać cudnego nieba. W stronie Warszawy łuna. Ciągle się pali, pali. Nasza Warszawa, nasze domy. Leci samolot. Rakiety. Samolot wyrzuca świetlane znaki. Jakie ładne czerwone kule świetlne, jest ich coś siedem. Patrzę na to wszystko z jakimś dziwnym spokojem. Jestem jakby ogłuszona, nie zdaję sobie sprawy, że to właśnie mnie, mnie samą to spotkało. Że nie mogę wrócić do domu, że męża ze mną nie ma, że ja i moje córki skazane na coś nieznanego, co na pewno przyjemne nie będzie. Żeby nas zwolnili! Gdzie Tadeusz? Co z nim? Czy żyje? Boże… Boże… Tobie go oddaję w opiekę, siebie i córki nasze. Tyle już nacierpiał się. A ja. Już dosyć przeszłam w tej wojnie. I tylem się modliła. Nie mogę myśleć źle. Nie może mnie spotkać to, co najgorsze. Możemy odcierpimy swoje, ale musimy przeżyć to wszystko. Czy spałam tej nocy? Nie. Może, gdy już „Ukraińcy” przestali się włóczyć.

Rano (10.VIIl) obudził mnie straszny chłód. Na kostium nałożyłam marynarkę i poszłam oglądać się za wodą i ogniskiem. Słońce nie wzeszło, ale ruch się już rozpoczął. Zimno. Do spółki z Kurnatowskim udało nam się rozpalić ognisko. zdobyć wodę i garnek, wreszcie ugotować kawę. Słońce było dość wysoko, gdy napiliśmy się kawy.

Każą się ustawiać i wychodzić w porządku za ogrodzenie. Gdzieś prowadzą, mówią, na dworzec. Ze względu na czyhające niebezpieczeństwo ze strony Ukraińców na biedne nasze warszawianki, postanawiamy także iść. Szybko się zbieramy i idziemy. Tobołek dźwigam na plecach. Kostium i marynarkę w nim, bo upał robi się silny. Wchodzimy, już jesteśmy za bramą, może teraz udałoby się gdzie zapodziać i uciec, ale gdzież tam, pilnują ze wszystkich stron. Nasze towarzystwo trzyma się razem. Z jednego domu Ukraińcy pomagają zabrać dzieci jednej dozorczyni-mleczarce z naszego ogródka. Coś nie w porządku, ona uśmiecha się, ale jakaś taka blada, oczy wpadnięte. podsinione. Pomyślałam sobie o niej (że ją spotkało) tylko, co można najgorszego. Wieczorem widziałam ją zapłakaną nie miała rzeczy, a może nawet żywności. Nie powiedziała, choć pytałam się. Poradziła sobie. Idziemy, nagle w rowie widzimy na materacu czy kołdrze leżącą staruszkę, umiera. To matka doktorowej Cieszyńskiej. Idziemy dalej, ktoś mówi, że na prawo leży jakiś trup, strasznie wygląda, lepiej nie patrzeć. Odwracam głowę, po co, mam i tak pełno okropności przed oczami i w sercu.

Kroczymy dalej, pola rozpoczynają się coraz więcej ukazywać, tu kapusta, tam zżęte żyto, dalej kartofle. Lecą samoloty nieprzyjacielskie. Stajemy. Wszyscy pragniemy, by zrzucili bomby, może by się udało zwiać. W kartofle i szukaj wiatru w polu. Przeleciały. Szkoda. Idziemy, skręcamy, to już na pewno w stronę Dworca Zachodniego. Znowu domy spalone, znów trupy. Ogród… tam cebula. Ach, żeby mieć jej trochę dla dzieci, toć witaminy. Idziemy, znów cebula. „Panie – zwracam się do młodego Wasiliewa – zerwij nam Panie trochę cebuli”. Zerwał, ale ani mu się śniło mi dać choć jedną. Idziemy powoli, szeregiem, taki długi z nas sznur. Starcy i młodzi i dzieci nawet. A także maleństwa przy piersiach. Matki świeżo z połogu powstałe. Idą. Przechodzimy pod mostem kolejowym, skręcamy na tory, na dworzec. Widzimy jeszcze z daleka Warszawę płonącą wciąż. Wieża kościoła św. Jakuba stoi zdaje się cała, może ocaleje? Przecież kościołów nie spalą. Wśród znajomych przesuwał mi się dr C. (Cieszyński), teraz go nie widzę, może gdzie zwiał.

Na dworcu prawie zaraz siadamy do pociągu. Tłok duży, trzymamy się swoich. Jedziemy. Na niektórych stacjach ludzie starają się uciekać. Jednym to się udaje, innych cofają. Mnie przychodziło to na myśl, ale po prostu nie zdawałam sobie sprawy, co mnie czeka i uważałam, że to by było za ryzykowne. I tak dojeżdżamy do Pruszkowa. Wysiadamy. Idziemy wzdłuż toru. Czemu jeszcze wtedy nie zdołałam zwiać? Idziemy: tu niosą rannych, czy chorych, tam dają zupy, nam każą iść. Robiliśmy to niechętnie. Siostry Czerwonego Krzyża radzą nie wchodzić do hali, a stąd raczej wynieść chorego czy t.p. Wciąż mi się zdawało, że ja z dziećmi jestem poza niebezpieczeństwem. Że nas zwolnią. Dziewuszki dostały trochę zupy, zjadłyśmy z apetytem, tylko mało. Każą iść znowu dalej, a my szukamy jeszcze zupy, ale zmuszone idziemy ze wszystkimi. Kurnatowski daje nam garnek i prosi, żebyśmy jeszcze wróciły po zupę, może dostaniemy. Wrodziłyśmy, dostałyśmy zupę, zjadłyśmy i tę z apetytem. Wyszłyśmy z założenia, że lepiej samemu zjeść, niż nosić innym i postanowiłyśmy skłamać, że zupy nie dostałyśmy, co znaczy to trochę. Zrobiłam jedno świństwo, a nie przyszło mi na myśl zrobić drugie i nie wracać do nich, tylko się ukryć tu, bo jakoś Niemców nie ma, trzeba było się schować, tylko ten garnek nie nasz. Może by się udało. Czemuż nie próbowałam?? Poszłyśmy dalej. Widzimy hale… Spotykamy panią Kostro, kilka słów z nią, ona idzie w przeciwną stronę. Czemu mnie nie zawróciła? Gdybym ja wiedziała, że gdy przestąpię te hale, to jakbym przestępowała więzienie? Na lewo czerwony budynek, tam na parterze pp. Czerwińscy, tak tam cicho, spokojnie. Miałam ochotę tam wejść, ale jak, przez okno? Przez drzwi nie można, a tu tyle osób, wszyscy by chcieli. Nie było zachęty ze strony pp. Czerwińskich. Poszłyśmy dalej… Może to była ostatnia okazja.

Weszłyśmy do hal. Tam pełno ludzi. Była to fabryka, czy jakaś ślusarnia, wyrabiali tam rożne potrzebne metalowe rzeczy do wygódek i łazienek. Można było znaleźć tam najrozmaitsze rzeczy. Ludzie z kanap porobili sobie spania, także deski najrozmaitsze do tego służyły, na to kładziono jakieś pakuły lub trociny, co kto znalazł. Ruszyłam się i ja za tym. Choć był ranek, ale potem może nie być, poszłam więc na ostatnia salkę i stamtąd taszczyłam rożne dechy itp. Miejsce mieliśmy niewygodne, gdzieś blisko wyjścia, w strasznym tłoku. Przenieśliśmy się jeszcze do innej bocznej sali, gdzie było ciszej, spokojniej.

W Pruszkowie byliśmy zdaje się jedną dobę tylko i kilka godzin, a mnie jeszcze dziś zdaje się, że byłam tam kilka dni. Ciągle coś robiłam, ciągle w ruchu to coś gotowałam, to myłam. To szykowałam, to czekałam przy piecu na swą kolej, żeby choć trochę strawy zagotować. I ciągle strach mnie przejmował, jak to z nami będzie. Higieniczne warunki zaczęły panować straszne. Dwie ogólne wygódki były tak zanieczyszczone, że niepodobieństwo było tam wejść. Zaczęli ludzie załatwiać się w kanały, najpierw gdzieś dalej, potem bliżej, aż było tego pełno wszędzie. Upał, gorąco i jeszcze ten smród. Coś strasznego! Włosy mi na głowie stawały, gdy słyszałam, że ludzie tu po kilka dni siedzą, że my może tak samo, a to przecież choroby. Za wszelką cenę chcę stąd wywiać. Jakaś siostrzyczka szuka matek z małymi dziećmi, jest blisko naszego pierwszego siedliska. Proszę ją, aby i nas przeniosła, pokazuję małą Tereskę. Zabiera nas. Bierzemy tobołki, idziemy z nią.

Wypuszczają nas na podwórze. Siostra każe nam czekać na siebie. Czemuż nie wiałyśmy, może tym razem by się udało? Czemu? Stoimy, nagle niemiec przylatuje i każe nam z powrotem iść na salę. Boże! Znów do tego smrodu? Nic siostra nie pomoże. Wracam ja z dziećmi, wracają inne matki. Przy wejściu tłok, ledwo się przecisnęliśmy, bałam się, że mi dzieci zgniotą. Czemu nas nie puścili? Czemu? Czemu? Czekamy przy tym wyjściu, może znów się co uda. Tłoczno strasznie, co pewien czas niemiec pilnujący się złości i nawet strzela na postrach. Wtedy ludzie się cofają. Prócz pilnowania okazji, trzeba jeść. Więc często stoimy w ogonku przeraźliwie długim, aby nic nie dostać. Pewniej samemu ugotować. Zbiera się węgiel, nakłada na piec i dmucha się specjalnym urządzeniem (trzeba kręcić korbą) i w mig się gotuje, żeby tylko było co. Niestety i przy tym coraz większa kolejka. To samo do mycia, do wody. Kranów kilka. Każdy potrzebuje wody to do picia, to znów umyć się choć trochę z kurzu.

Noc. Kładziemy się na tobołkach, deski rozłożone na ziemi, na nich jakieś trociny wyjęte ze skrzyni (czyste). Ciemno, wszystko się ucisza. Śpimy. Ale cóż to za sen. Słyszę każdy pociąg, który przejeżdża niedaleko. Jakieś krzyki. Może bolszewicy? Nadsłuchuję, nic nie rozumiem, może to nowy transport. Żeby już ta noc minęła spokojnie. Gdzież to ja się znajduję? Tak ciemno. Twardo, dzieci koło mnie, a Tadeusz? Co się z nim stało? Tyle strasznych rzeczy się nasłuchałam, [o tym] co robili z naszą ludnością. Czy żywy? Jeśli tak, co się z nim dziać będzie, gdy nas w domu nie zastanie? A dom spalony. Taki wyczerpany po Pawiaku, a tu jeszcze nowe strapienia. Zasypiam. Znowu jakiś hałas mnie budzi. Jakieś głosy, ktoś chodzi z latarkami. Może to Ukraińcy szukają dziewcząt? Idą w naszą stronę. Przykrywam dziewczynki szalem na oczy, by im nie świecili latarkami i sama też udaję, że śpię. Chodzą i szukają kogoś lub coś. Wszyscy śpią lub udają, że śpią. Zauważyłam tylko karabiny. Twarzy ich nie widziałam. Wyszli nic nie znalazłszy na naszej sali.

(11 Vlll) Niedługo zaczęło świtać. Ruch się podniósł. I myśmy wcześnie wstali. Może coś się stanie i zwolnią nas dzisiaj! Trzeba dzieciom choć trochę gorącej wody na śniadanie nagrzać, naszykować jakieś śniadanie. Krzątam się więc, stoję w kolejce po wodę, potem przy ognisku. Dostaliśmy kawę od p. Kurnatowskiego. Toboły znów zapakowane, przygotowane do drogi. Roboty pełno. Smród, zaduch wzmógł się. Ludzi przybyło. Do ubikacji niemożliwe wejść. Załatwiamy się i my gdzieś za maszynami. Z rozpaczą myślę o dzisiejszym dniu. Znowu pilnujemy wejścia, znów kolejka beznadziejna po zupę. Tłok okropny.

Wreszcie nie wiem już która godzina, gdy mi mówią, że teraz wypuszczają matki z dziećmi. Lecę więc po dziewczynki i rzeczy i wychodzimy. Żegnamy się z p. Pieniążkową i innymi. Ja rozgorączkowana, podniecona. Może wypuszczą. Idziemy w stronę wyjścia, znów nam mówią, tylko innym wyjściem mamy iść. Rzeczywiście ludzie wychodzą całymi gromadami. Dziwi mnie tylko, że większość mężczyzn. Ale idę, niech się co chce dzieje, warunki tu na miejscu są tak straszne, że niemożliwe jest zostać i nie rozchorować się na jaki tyfus brzuszny. Wychodzimy na powietrze. Cudna pogoda. Piękny sierpniowy dzień. Gorąco, my w płaszczach z tobołami w rękach lub na plecach. Idziemy z wszystkimi, czasem stajemy. Pełno niemców, rozdzielają nas. Zapytujemy, czy aby na pewno nas uwolnią. Polki siostry zapewniają nas, ale jakimś takim tonem pocieszającym. Robi mi się straszno. Widzę matki z małemi dziećmi, idą na lewo. Starcy też na lewo. Boże! Żeby i nas tam do tych dzieci z matkami! Marysi każę się kurczyć. Zła jestem na nią, że zdjęła kokardki z włosów i że poważnie wygląda. Jeszcze raz mi przychodzi myśl, by któreś z nas udało chorą, ale siostry zapewniają, że w Łowiczu puszczą na pewno. Idziemy wciąż wolno. Coś niemcowi się nie spodobało i wszystkie matki z tymi maleństwami przydzielił do nas powrotem. Jest więc nadzieja, że w Łowiczu nas zostawią. Czy aby prawda? Pociąg towarowy długi stoi. Każą nam wsiadać. Gdzie? Jak? Po co? Boże! Uciec? Jakaś kobieta chce dalej przejść, nie wolno. Wchodzimy do wagonu. Dość luźno, dostajemy miejsce na tobołki na wprost drzwi pod drugimi drzwiami. Pierwsze moje zmartwienie, że wody nie mam. Upał, gorąco, duszno, a ja nie mam butelki ani żadnego naczynia na wodę.

(11.Vlll) Zamykają drzwi z zewnątrz na zasuwę, ruszamy. Źle mi, duszno, dzieci płaczą. Trzeba je pocieszyć. Na zewnątrz jestem spokojna. A czuję się strasznie niedobrze. Marycha płacze. Ludzie starają się uciekać. Przedostać na zewnątrz, uciec. Niemcy strzelają. Wielu im się udaje.

W Skierniewicach rozdają chleb. Dają i w naszym przedziale, wszyscy się pchają, dla mnie nic nie ma. Wyciągam więc ręce z rozpaczą i wołam: „Jeszcze dla moich dzieci proszę chleba”. Ustąpili się trochę i ledwo dostałam jakieś dwa kawałki spore. Chciałam mieć przecież jeszcze na drogę w nieznane trochę zapasu żywności. Suchary się kończą, tłuszczu niewiele. Co to znaczy to wszystko, gdy nie wiadomo na jak długo ma starczyć, a myśmy już od dwóch dni mało jadły i żyłyśmy chlebem i kawą lub wodą z sokiem. Miałam jeszcze dwie puszki konserw mięsnych, jedna puszkę mleka, boczki dwa, trochę sucharów, cukru, kaszy.

Jedziemy. Mijamy Łowicz. Niedobrze. Jestem od kilku dni jakby uderzona w głowę. Cóż mogłam się spodziewać, że mnie spotka. Jedziemy znaczy na roboty, będziemy pracować. Co zrobię z dziećmi? Przychodzą mi na myśl rożne przytułki i sposoby niemczenia dzieci. To było by ze wszystkiego najstraszniejsze. Żeby nas tylko nie rozdzielili. Nie przeżyłabym tego. Tulę te moje dwa skarby do siebie, które zmęczone śpią na tobołkach. Jedziemy przez Łódź. Pociąg tak huczy, dudni, trzeszczy, taki przeraźliwie głośny. Zdaje się mówi: „Nie wrócisz, nie wrócisz, jedziesz na śmierć, na śmierć”. Wojna się kończy, ale czy my wytrzymamy te trudy, jakie nas tam czekają. Czy mi moja wątła dzieciarnia przeżyje w strasznych warunkach rozmaite choroby, na które będzie narażona. Dosłownie włosy mi dębem stają. Matko Boska! Tobie oddaję me dzieci w opiekę. Przyrzekam zawsze Cię czcić i modlić się do Ciebie, jeśli z tej opresji wyjdziemy cało.

Sieradz, Zduńska Wola, Błaszki. Byliśmy tu przed wojną z Tadeuszem we dwójkę u Antków Murzynowskich. Jak to było przyjemnie. Przypominają mi się szczegóły z tej wycieczki. Zocha, Antek, gościnni, mili. Hela — moja sympatia. Potem przychodzi mi na myśl nasza wcześniejsza podroż do Kalisza, gdym jechała jako panna na święta. Jechaliśmy druga klasą. Jechałeś do Paryża. Przypomina mi się mieszkanie rodziców na Jasnej, potem na Babinej. Już dojeżdżamy do Kalisza. Może ja śnię, może tu wysiądę i zajedziemy do rodziców moich kochanych na Babiną i tam odpoczniemy i przeminie ten straszny sen, że jadę na roboty do Niemiec. Krótki postój. Ruszamy znów. Zasypiam, a raczej zapadam w jakieś odrętwienie i tylko na stacjach zapytuję gdzie jesteśmy i tak zapamiętałam: Ostrów, Leszno, Wrocław, Drezno. Wagony nam otworzono, już nie tak duszno, choć na stacji można wyjrzeć. Rano zmęczeni strasznie, chcemy coś ciepłego napić się. Niestety nie. Pijemy sok z wodą, zagryzamy chlebem z masłem lub konfiturami. Otwieram mleko skondensowane. Trzeba dzieci odżywić. A co będzie dalej?

 

Strona z pamiętnika Krystyny Różyckiej. Fot. z pryw. arch.

 

 

Powiązane hasła

”None