menu

Sidorowicz Jadwiga – Wspomnienia okupacyjne i z czasu Powstania

Sidorowicz Jadwiga – Wspomnienia okupacyjne i z czasu Powstania

Jadwiga Sidorowicz, urodzona w 1931 roku, podczas wybuchu II wojny światowej mieszkała wraz z rodzicami – Ireną i Witoldem Sidorowicz, młodszym o 4 lata bratem Janem oraz siostrą babci, Jadwigą Rzeszotarską, na warszawskim Bemowie (dawniej: Boernerowo). Lata okupacji dla rodziny Sidorowiczów to szereg tragicznych wydarzeń, rozstań z bliskimi oraz zmian adresów zamieszkania. Wybuch Powstania Warszawskiego zastał Irenę Sidorowicz z dziećmi przy ul. Flory 7. 6 sierpnia 1944 roku mieszkańcy kamienicy zostali popędzeni na podwórze gmachu Gestapo przy al. Szucha, gdzie – głodni i spragnieni – spędzili noc. Na drugi dzień uwięzionym udało się przekroczyć barykadę i dostać się na teren zdobyty przez powstańców. Następnie rodzina zamieszkała przy ul. Hożej 47, gdzie dotrwała do końca Powstania. Z Warszawy zostali wypędzeni 7 października. Po spędzeniu dwóch dni w obozie przejściowym w Pruszkowie zostali wywiezieni pociągiem do Kocmyrzowa koło Krakowa, a następnie do Babic. Swoje wspomnienia spisane po latach oraz zachowane dokumenty i zdjęcia – pamiątki tamtych czasów – Pani Jadwiga Sidorowicz przekazała Muzeum Dulag 121 w 2016 roku.

Urodziłam się 24 stycznia 1931 roku w Warszawie. Do 1 września 1939 roku mieszkałam wraz z Rodzicami Ireną i Witoldem, młodszym o 4 lata bratem Janem i siostrą babci Jadwigą Rzeszotarską w Boernerowie [dzisiejsze Bemowo – przyp. red.]. 1 września 1939 roku był nalot bombowy. Niemcy zbombardowali sąsiadujące z osiedlem Boernerowo, lotnisko i radiostację. Spakowaliśmy w pośpiechu dobytek. Tramwajem nr 20 uciekliśmy do Śródmieścia, na ul. Żurawią, do Wujka (brata Mamy), Jerzego Kasperowicza, gdzie gnieździliśmy się z liczną rodziną w małym mieszkaniu, przesiadując przeważnie w piwnicy, chroniąc się przed bombardowaniem.

W nocy z 6 na 7 września nasz Ojciec, Witold Sidorowicz, jako pracownik wydziału zagranicznego Banku Polskiego, ewakuował się wraz z Bankiem na wschód, zostawiając Mamie odprawę pieniężną. Nie pamiętam, czy pożegnał się z dziećmi, bo była noc. Ojciec już nigdy nie wrócił do kraju. Podczas okupacji próbował nas ściągnąć do Francji przez zieloną granicę, ale Mama bała się ryzykować. Ja z bratem zobaczyliśmy się z Ojcem dopiero po 1956 roku (po odwilży) w Algierze. Wtedy byłam już lekarzem, brat studentem Politechniki Śląskiej. Pracowaliśmy w Algierze ponad rok. Ojciec chciał, abyśmy tam zostali i sprowadzili Mamę, ale sytuacja stawała się niebezpieczna z powodu tzw. wyzwoleńczej kolonialnej wojny arabsko-francuskiej. Wróciliśmy do kraju. Ojciec wyjechał do Francji i tam pozostał aż do swojej śmierci w 1981 roku.

Na ul. Żurawiej przeżyliśmy bombardowanie Warszawy, naloty dywanowe. Pamiętam, jak jednego dnia nadleciały nad Warszawę bombowce niemieckie, było to 18 września. Wtedy to bomba zapalająca trafiła w podwórze domu i zapaliła się kuchnia i pokój mieszkania, w którym przebywaliśmy. Pamiętam, że uratowałam wtedy swoją sukienkę. Ciotka Wanda Nowakowska, siostra Ojca, której mąż oficer poszedł na wojnę, też tam przebywała wraz ze swoim psem Nerem (seterem irlandzkim). Pamiętam, że podczas pożaru, siekierą odrąbywała drut od nogi stołu do którego Nero był przywiązany, żeby nie uciekał. Psa uratowała, ale niedługo później – nie mając domu ani warunków do jego utrzymania, oddała go żołnierzowi, który wracał do domu z kampanii wrześniowej.

Uciekaliśmy z płonącego mieszkania przy ul. Żurawiej w popłochu, wraz z ciężko chorą na serce siostrą babci, Jadwigą Rzeszotarską. Mężczyźni, którzy nie wyszli z Warszawy na rozkaz płk. Umiastowskiego [płk. Wojska Polskiego Roman Umiastowski 6 września 1939 roku na antenie Polskiego Radia ogłosił, by zdolni do walki mężczyźni opuścili stolicę i udali się na wschód, gdzie zostaną wcieleni do polskiej armii – przyp. red.], gasili pożary. Nie wiadomo było, gdzie uciekać; tułaliśmy się po bramach z resztą ocalonego dobytku. Pamiętam jak siostra babci, Jadwiga Rzeszotarska, nosiła i chroniła puszkę z mlekiem w proszku, aby nakarmić mojego wtedy czteroletniego brata. Dzieci płakały, a noworodek Wujka, Andrzej Kasperowicz, darł się wniebogłosy.

Po wielu godzinach tułania, znaleźliśmy się na parterze jakiegoś domu przy ul. Śniadeckich. Tam ktoś dał nam, czy Mama kupiła, mały bochenek chleba. Nie pamiętam, jak długo tam przebywaliśmy. Następnie Mama przeprowadziła nas do domu przy ul. Flory 7 (jak mi wiadomo, był to dom Banku Polskiego). Dozorca tego domu, Wakuliński, dał nam klucze do mieszkania Zofii Sulimy-Samujłło z domu Strzembosz (zmarła 1 września 1983 r.). W tym mieszkaniu przebywaliśmy około miesiąca, do czasu powrotu właścicielki. Następnie przenieśliśmy się do trzypokojowego pustego mieszkania w tym samym domu, do którego Mama sprowadziła ocalałe resztki dobytku z domu z Boernerowa, w którym stacjonowali Niemcy. Wczesną wiosną w 1940 roku w tym mieszkaniu zmarła siostra babci Jadwiga Rzeszotarska, która mieszkała z nami. Mama ciężko przeżyła tę śmierć, bo bardzo kochała swoją ciocię. Mieszkając na Flory, w 1940 roku chodziłam do prywatnej szkoły podstawowej profesor Chyczewskiej na ul. Klonowej, chodziliśmy z Mamą do Łazienek, zimą jeździłam na sankach na Agrykoli, dopóki Niemcy nie zamknęli Łazienek i Al. Ujazdowskich.

Irena Sidorowicz z dziećmi – Janem i Jadwigą. Warszawa, park Ujazdowski, 1941 rok. Fot. z arch. Muzeum Dulag 121
Wanda Nowakowska (pierwsza z lewej) oraz Irena Sidorowicz (z prawej) z dziećmi. Warszawa, park Skaryszewski, 1942 rok. Fot. z arch. Muzeum Dulag 121

Po zlikwidowaniu szkoły pani Chyczewskiej przez Niemców, uczęszczałam na tajne komplety w różnych miejscach na Mokotowie w mieszkaniach prywatnych, przy ul. Narbutta, przy ul. Kazimierzowskiej, ul. Skolimowskiej. Pamiętam, jak w Al. Ujazdowskich widziałam na niemieckich ciężarówkach fragmenty pomnika Chopina Niemcy wysadzili. Pamiętam też, że nie mogłam dojechać tramwajem do szkoły, bo ruch tramwaju w Alejach Ujazdowskich został wstrzymany. Okazało się, że tego dnia był zamach na Kutscherę. Całe Aleje Ujazdowskie były obstawione żandarmerią. Miejsce egzekucji, w pobliżu obecnej Ambasady Amerykańskiej, było grubo posypane piaskiem.

Ulica Flory należała w czasie okupacji do dzielnicy niemieckiej, stosunkowo bezpiecznie było tam udzielać pomocy Żydom. Akcją pomocy Żydom, ich ukrywaniem zajmował się brat Mamy, Jerzy Kasperowicz. Przez około 2 lata u nas, na Flory 7, mieszkali Żydzi, Państwo Górscy – Danusia Górska, drobna, szczupła blondynka z mężem. Nie mieli semickich rysów, wychodzili na miasto, sami się utrzymywali. W czasie, gdy byliśmy na wakacjach w Kazimierzu, w naszym domu, piętro niżej naszego mieszkania, była obława na jakiegoś mężczyznę i natychmiast po tym zdarzeniu Państwo Górscy się wyprowadzili. Następnie, któregoś dnia pojawiły się dwie młode żydówki, które Mama utleniła, a które nigdy nie wychodziły z domu, nie podchodziły nawet do okien. Te pozostawały na utrzymaniu Mamy. Po krótkim pobycie wyszły z domu i więcej nie wróciły. Później od Wujka dowiedzieliśmy się, że te dwie żydówki otrzymały od Niemców fałszywą propozycję uzyskania paszportu na wyjazd z Generalnego Gubernatorstwa, a Niemcy wysłali tę grupę Żydów do Oświęcimia. Z tamtego okresu pochodzą nieliczne fotografie, kenkarta Mamy, które pozostawiam w archiwum. W mieszkaniu na ul. Flory 7 przebywaliśmy do 6 sierpnia 1944 roku.

Jadwiga i Jan Sidorowicze. Warszawa, czerwiec 1944. Fot. z arch. Muzeum Dulag 121

Był 1 sierpnia 1944 roku, dochodziła godzina 17. Przed chwilą dowiedzieliśmy się, że o tej porze ma wybuchnąć powstanie. Byliśmy z Mamą i dziewięcioletnim bratem Jaśkiem poza domem, na ul. Żurawiej. Co sił w nogach biegliśmy do domu przy ul. Flory 7. Ulice były już wyludnione, przejeżdżały nimi tylko samochody wojskowe, pełne uzbrojonych żandarmów z bronią gotową do strzału. Dobiegliśmy zdyszani do bramy domu, którą z hukiem zatrzasnął za nami dozorca Wakuliński, który czuwał dniem i nocą nad budynkiem i jego mieszkańcami. W tym momencie rozpętała się straszna strzelanina. Skryliśmy się w piwnicy domu. Dowiedzieliśmy się, że z sąsiedniego domu przy ul. Flory 9 (róg Bagateli) wybiegało kilkudziesięciu chłopaków z rewolwerami, aby zaatakować gmach SS na Szucha. Tam były bunkry, zasieki, czołgi i stąd ta strzelanina. Niedługo do naszej piwnicy zaczęto znosić rannych. Układano ich na węglu i na stole w pralni. Jeden z rannych, którego ułożono na pryzmie węgla, miał przestrzelone płuca – trzy dziury na plecach, mocno krwawił i straszliwie jęczał. Nasza Mama przyniosła z mieszkania poduszki i prześcieradła, aby podłożyć mu pod głowę i plecy. […] Podobno próbowano ich przetransportować piwnicami kamienic. Jednak nie udało się ich uratować – Niemcy wszystkich zamordowali.

Po niedługim czasie strzelanina ucichła. Przyszedł dozorca Wakuliński i powiedział „nasi jak koty skaczą po dachach”. Wyczuliśmy, że jest źle, bo znaczyło to, że powstańcy nie opanowali nawet ul. Bagateli. Po Powstaniu dowiedziałam się, że to batalion „Jeleń” atakował budynek Gestapo w alei Szucha i praktycznie został wybity do nogi. W rejonie Szucha 500 powstańców atakowało 1500 uzbrojonych po zęby Niemców. Powstańcy mieli tylko rewolwery i granaty własnej produkcji.

Pojawił się polski oficer, do którego wszyscy zwracali się „Panie rotmistrzu” (Lech Głuchowski, dowódca batalionu „Jeleń”) i zapytał naszą Mamę „czy pod dziewiątką są już Niemcy?” (wykazując tym pytaniem kompletny brak rozeznania sytuacji). Zrozumieliśmy, że jest źle i uciekliśmy na piąte piętro, do mieszkania. Po ulicy zaczął jeździć niemiecki samochód, z którego przez megafon zapowiadano, że jeżeli z jakiegoś domu padnie strzał, to wszyscy mieszkańcy zostaną rozstrzelani. Mimo tego, pojedyncze strzały wciąż padały. Niemcy rozstrzelali wszystkich mężczyzn i chłopców z budynków nr 5 i 9 przy ul. Flory w odwecie za zabicie przez powstańców kilku żołnierzy niemieckich. Jak dowiedzieliśmy się, dobili bagnetami wszystkich rannych i zastrzelili wszystkie pozostające z nimi sanitariuszki.

Pozorny spokój w kamienicy trwał do 6 sierpnia. W tym czasie pożar trawił cukiernię Dakowskiego po drugiej stronie ulicy. Do naszej kamienicy wrócił pies lokatora, terier tricolor, ale bez pana, który przepadł bez wieści. Jego żona, Bogumiła Kreft, została z dwuletnią córeczką, którą nazywała Gabi. Przed 6 sierpnia dozorca Wakuliński powiedział Mamie, że jest źle, bo Niemcy kopią doły w ogródku Jordanowskim przy Bagateli.

6 sierpnia wpadli do domu żołnierze z oddziałów typu niemieckich kolaborantów, wrzeszcząc po polsku, żądając wydania „bandytów” (żołnierzy AK) – wszyscy byli pijani. Domagali się wódki. Złapali butelkę z jakimś alkoholem, którą miała ukrywająca się u nas Żydówka, pani Tomaszewska, której akurat w tym czasie nie było w domu. (Po wojnie dowiedzieliśmy się, że przeżyła wojnę, podobnie jak Górscy, którzy znaleźli się w Pradze czeskiej, ale nie szukali z nami kontaktu). Za chwilę pojawili się następni żołnierze i rozkazali wszystkim mieszkańcom zejść na dół, przed bramę domu. Zażądali oddania biżuterii i zegarków. Mamie ściągnęli z ręki złoty zegarek wraz z bransoletką i obrączkę, ja swój zegarek ściągnęłam szybko za plecami Mamy i schowałam do kieszeni, mimo gróźb, że „jak znajdą, to będzie źle”. Popędzili nas w kierunku Placu Unii Lubelskiej i następnie w aleję Szucha. Z kamienicy przy Flory 7 wyprowadzono z nami również dozorcę Wakulińskiego z żoną, córką Natalią, synami szesnastoletnim, osiemnastoletnim i najmłodszym, którego przebrano za dziewczynkę. Chodniki na trasie naszego marszu były zalane krwią – całe kałuże krwi. Bezdomny pies podniósł z chodnika ludzki palec i pobiegł przed siebie. Dotarliśmy z grupą mieszkańców domu przy Flory 7, głównie kobiet i dzieci, do Placu Na Rozdrożu, gdzie zobaczyłam straszny widok. Stał tam czołg, na który kazano wdrapywać się kobietom. Towarzyszył temu przerażający lament. Dodatkowo przed czołgiem uformowano kolumnę z kobiet. Czołg odjechał w kierunku Alei Piusa, skąd zaczęły do nas dochodzić potworne huki wystrzałów.

Następnie popędzono nas, głównie mieszkańców domu przy Flory 7 przez bramę na wewnętrzne podwórze gmachu Gestapo (aleja Szucha). Usiedliśmy pod ścianą. Na podwórku obok leżały zwęglone zwłoki powstańców. Z nastaniem nocy przyszli Niemcy. Zabrali mężczyzn, którzy tam byli, w tym dozorcę Wakulińskiego i jego trzech synów, również tego najmłodszego. Niestety, mimo przebrania, Niemcy go rozpoznali. Wyprowadzono ich z podwórza gęsiego, byli bladzi jak kreda, i pognano w nieznanym kierunku. Jak dowiedzieliśmy się później – wszystkich rozstrzelano [Według danych PCK Niemcy rozstrzelali Władysława Wakulińskiego, zamieszkałego ul. Flory 7/19; według „Powstańczych Biogramów” zamieszkały przy ul. Flory 7/19 Florian Wakuliński, ur. 1921 był uczestnikiem Powstania Warszawskiego  – przyp. red.].

Zapadła noc, zaczął padać deszcz, siedzieliśmy na ziemi z głową na kolanach naszej Mamy i nikt się nami nie interesował. Naprzeciwko płonęły domy przy Marszałkowskiej i wielkie płomienie strzelały co chwilę w górę. Nad naszymi głowami zawisły nogi jakiegoś żandarma, który siedział w oknie na parterze i co chwila strzepywał popiół z papierosa na nasze głowy, śpiewając po polsku „z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej…” i co jakiś czas strzelał z karabinu, gdy zobaczył kogoś w polu widzenia na ul. Marszałkowskiej. Tak przeszła noc. Trzymano nas tam ponad dobę bez jedzenia i picia. Rano wpadli gestapowcy i przegnali nas – grupę kobiet z dziećmi – płonącą Marszałkowską do barykad powstańczych na Placu Zbawiciela. Przerażeni, że zaraz będą strzelać – wszyscy biegli. Sąsiadka z naszego domu, Bogumiła Kreft, z 2 letnim dzieckiem na ręku, pchała przed sobą wózek z dwoma walizkami, trzymając psa teriera na smyczy (tego, który wrócił bez pana). Nie mając sił (dziecko na ręku i pies na smyczy) poprosiła naszą Mamę, aby pchała ten wózek z walizkami, a sama schroniła się z dzieckiem i psem w jakiejś bramie dopalającego się domu przed Placem Zbawiciela. I tyle ją widzieliśmy; przepadła bez wieści, mimo dalszych jej poszukiwań przez Mamę. W tych walizkach były damskie ubrania, które posłużyły nam za okrycie.

Widzieliśmy na Marszałkowskiej, obok jakiegoś sklepu blisko Oleandrów, stos trupów mężczyzn. Na Placu Zbawiciela wszędzie leżały trupy mężczyzn i kilku kobiet oraz kilku żołnierzy niemieckich, którym ktoś już zdążył ściągnąć buty. Przerażeni, ostatkiem sił wspięliśmy się na barykadę powstańczą, która stała na rogu ul. Mokotowskiej u wylotu Placu Zbawiciela. Poczuliśmy się ocaleni. Za barykadą była Polska – polskie flagi, powstańcy. Był to dla nas ratunek i ocalenie. Liczyło się tylko to, że zachowaliśmy życie.

Nie wiedzieliśmy, jaki czeka nas los. Mama znała adres swojej znajomej Hani, siostry Zofii Sulimy-Samujłło, [mieszkającej] przy ul. Hożej 47 i tam znaleźliśmy tymczasowy dach nad głową. W drugim, czy trzecim dniu pobytu na ul. Hożej 47 przeżyliśmy kolejny nalot bombowy. W mieszkaniu na parterze w pewnym momencie wypadły okna zabite deskami. Zrobiło się ciemno od pyłu, a gdy ten opadł, ujrzeliśmy górę gruzu, w którą zamieniła się cała kamienica po drugiej stronie ulicy Hożej. Śmierć przeszła zaledwie dziesięć metrów od nas. Po tym zdarzeniu przenieśliśmy się na piąte piętro, do mieszkania nieobecnych właścicieli ziemskich, Bagińskich. Opiekowała się nim Meyerowa, której dzieci poszły do powstania i nie miała z nimi kontaktu.

Tymczasem niemiecka artyleria i lotnictwo systematycznie burzyły miasto. Bez przerwy, cały dzień Niemcy bombardowali, używając bomb burzących i zapalających – dom za domem, dzielnica za dzielnicą. Baliśmy się chronić w piwnicy, aby nas nie zasypało.

Nie było już wtedy wody ani jakiegokolwiek jedzenia, zresztą nic się nie gotowało, bo cały czas spadały bomby. Jedynie nocą było trochę spokojniej od ciężkiej artylerii i samolotów. Po wodę chodziłam z Mamą na sąsiednie podwórze, gdzie była bardzo wydajna studnia głębinowa z agregatem prądotwórczym, który uruchamiano tylko przez godzinę. Cała część Południowego Śródmieścia oraz szpital powstańczy zaopatrywały się w wodę w tej studni. Stojąc w tasiemcowej kolejce po wodę, przytuleni do muru pod ostrzałem, widzieliśmy stosy amputowanych rąk, nóg na tym podwórzu.

Gdyby nie Mama, która podjęła desperacką decyzję — aby zdobyć trochę żywności wyprawiła się z grupą kobiet do spalonego browaru Haberbuscha przy ul. Krochmalnej, by przez wykop przenieść woreczek nadpalonego jęczmienia — zapewne umarlibyśmy z głodu. Ten jęczmień wielokrotnie mieliłam w młynku do kawy na kaszę, którą można było ugotować w nocy na resztkach węgla w jakiejś piwnicy. Taka dieta i cudem znaleziony jakiś groch doprowadzał nas do rozstroju żołądkowo-jelitowego. Krewny Mamy – Wierzbicki, profesor Politechniki, do którego udaliśmy się na ul. Lwowską, podarował nam zjełczałą słoninę i trochę cukru. Właściwie to było nasze całe zaopatrzenie na okres prawie dwóch miesięcy. Głodowaliśmy.

Już w połowie sierpnia zaczęły umierać małe dzieci z głodu i chorób. Matki niemowląt nie miały pokarmu, a starsze dzieci żywione cukrem i suszonymi ziemniakami — nie mogły długo przeżyć. Co parę dni na podwórku wyrastała mała mogiłka.

Na dachy sypały się wciąż bomby zapalające w postaci małych fosforowych kuleczek, które trudno było zlokalizować, mimo pełnionych przez mieszkańców dyżurów przeciwpożarowych. Na głowy leciał bez przerwy szary popiół z palących się wokół domów. Nie było czym oddychać. Nie działały wodociągi, nie było elektryczności, zapychała się kanalizacja. W nocy było jasno, bo niebo rozświetlały łuny pożarów oraz oślepiające „flary” zrzucane po 15 września z samolotów sowieckich (kukuruźników), które zrzucały w pojemnikach, bez spadochronów, broń i suchary w gruzy. Ta pomoc albo trafiała do Niemców albo w gruzy i była psu na budę, bo miasto już nie istniało!

To piekło skończyło się po 63 dniach. Uratowaliśmy życie! Nie chcieliśmy opuszczać Warszawy i dopiero 7 października wygnano nas. Wychodziliśmy bez niczego. Ja w letniej sukience z krótkimi rękawami i w sandałkach. Z wózka dziecięcego odpadły kółka, Mama porzuciła go wraz z jedną walizką. Na szczęście kuśnierz Michalski z Żurawiej 8, który miał również przechowalnię futer i dywanów, widząc ogołocone nieszczęścia ludzkie, rozdawał okolicznym wygnańcom opuszczającym Warszawę futra, pelisy, błamy. Mama otrzymała dwa lisy i używaną pelisę na kotach, brat błam, ja futerko z brązowych karakułów, które służyło mi wiele lat.

Pieszo dotarliśmy na Dworzec  Zachodni, stąd [przewieziono nas] pociągiem do obozu w Pruszkowie. Tam odnaleźliśmy brata Mamy z Jego żoną i 5 letnim synem. Tam również spotkaliśmy się z Panią Zofią Sulimą-Samujłło, która nawet w tych śmierdzących, ohydnych halach, rozkładała na ziemi serwetki. W obozie byliśmy dwa dni, ale to wystarczyło, aby oblazły nas wszy. Byłam wygłodzona i słaba, i mimo smrodu (ludzie mieli biegunkę, z powodu braku ubikacji załatwiali się na torowiskach) spałam na betonie. Nie pamiętam, czy coś jadłam. Nie przypominam sobie, abyśmy w halach kolejowych w Pruszkowie otrzymali wcześniej jakieś jedzenie. Mama bała się nas zgubić w tym tłumie i może dlatego nie szukała jakiegoś pożywienia. W obozie rozdzielili nas z Wujkiem (bratem Mamy) i jego rodziną. Oni pojechali na roboty do Niemiec, Mama i my – na wysiedlenie.

Podstawiono wagony węglarki, pełne miału węglowego na podłodze. Podczas wsiadania do tych wagonów Czerwony Krzyż rozdawał każdemu mleko skondensowane w puszkach przysłane z Danii, których nie było czym otworzyć. Nie pamiętam też, czy piłam to mleko. Wagon był szczelnie wypełniony kobietami z dziećmi. Jechaliśmy tym pociągiem od popołudnia. Po wielu dniach piekła wreszcie zobaczyłam pola, kolorowe lasy, było tak pięknie, cicho. Była słoneczna pogoda. Pociąg zatrzymał się chyba na drugi dzień rano w Częstochowie. Kolejarze i piekarze zorganizowali dożywianie dla wysiedleńców. Dali nam chleb, marmoladę z buraków i czarną, ciepłą kawę.

Wieczorem dojechaliśmy do stacji Kocmyrzów koło Krakowa. Rozkazano wychodzić z wagonów. Zaczął padać deszcz, na placu było błoto, a ja miałam na nogach sandałki. Podstawiono podwody (zaprzężone wozy konne) i okolicznym, biednym chłopom nakazano zabierać do siebie po jednej rodzinie. Wgramoliliśmy się na ten woź zaprzężony w jednego konia. Padał deszcz. Chłop okrył się workiem, Mama okryła nas błamem, który w czasie tej jazdy po dziurawej drodze i w deszczu ześlizgnął się i przepadł. Chłop, nazwiska nie pamiętam, zawiózł nas do swojej nędznej chaty w Babicach (kilka kilometrów od Krakowa). Dali nam tzw. „białą izbę”, gdzie była podłoga z desek i jedno krzesło. Pościelono na podłodze słomę. Przykryliśmy się futrami od Michalskiego. Gospodarze zaś mieszkali w tzw. „czarnej izbie”, z klepiskiem i małymi kurczętami, mimo, że żona tego chłopa była kilka dni po porodzie. Do jedzenia zaoferowali nam ziemniaki i mleko; sami też nic innego nie mieli.

Zaświadczenie wydane Jadwidze Sidorowicz przez RGO. Fot. z arch. Muzeum Dulag 121

Z Babic poszłyśmy z Mamą piechotą do Krakowa (około 5 km), żeby sprzedać futra z lisów i zdobyć parę groszy. Po sprzedaży lisów Mama miała trochę pieniędzy, aby zabrać nas stamtąd do dalszej rodziny w Piotrkowie Trybunalskim. Z Babic do Piotrkowa Trybunalskiego wyjechaliśmy pod koniec listopada. W Piotrkowie Trybunalskim do małego domu zjechała wysiedlona bliższa i dalsza rodzina, tak że dla nas trojga znalazła się mała izdebka z koźlętami, co mnie bardzo cieszyło, bo z bratem bawiliśmy się z nimi. Koza karmiła swoje małe i nas swoim mlekiem. Zima 1944/45 roku była bardzo sroga, odmroziłam wtedy palce u nóg i rąk. Tam przebywaliśmy do 15 maja 1945 roku.

Mama pod jęła decyzję, aby szukać dla nas domu, a dla siebie pracy i wyruszyła na Śląsk, do Bytomia. Znalazła tam mieszkanie i pracę. W Bytomiu mieszkaliśmy do 1961 roku. Tam skończyłam studia lekarskie, brat Politechnikę Śląską. Mama zmarła w wieku 86 lat w 1982 roku, w Warszawie. Brat dr inż. budownictwa lądowego mieszka w Montrealu (Kanada), ja w 1962 roku wróciłam do Warszawy i po 40 latach pracy w charakterze lekarza-pediatry jestem na emeryturze. Mieszkam w Warszawie, przy ul. Śliskiej 3, kilkaset metrów od miejsca, gdzie się urodziłam tj. w dawnym szpitalu Omega w Alejach Jerozolimskich vis a vis dworca Śródmieście. Tak więc, historia mojego życia zatoczyła koło.

Jadwiga Sidorowicz, powojenne. Fot. z arch. muzeum Dulag 121

 

 

 

Powiązane hasła

”None