menu

Sińczak Andrzej – Wygnany ze Śródmieścia

Sińczak Andrzej – Wygnany ze Śródmieścia

Andrzej Sińczak urodził się w 1938 roku w Warszawie. W czasie okupacji mieszkał wraz z rodziną przy ul. Nowogrodzkiej. Po upadku Powstania Warszawskiego został wygnany do obozu Dulag 121, a następnie wysłany transportem do Nowego Sącza. Rozmowa z Panem Andrzejem, której fragment publikujemy, została przeprowadzona w 2013 roku.

Nazywam się Andrzej Sińczak, jestem rodowitym warszawiakiem. Urodziłem się 23 lipca 1938 roku. Kiedy upadło Powstanie Warszawskie, miałem sześć lat. Ciężkie to były chwile, mieszkaliśmy bowiem w Śródmieściu na ulicy Nowogrodzkiej. Toczyły się walki, leciały bomby, my siedzieliśmy w piwnicach, a u nas na dole, na parterze, był szpital polowy Przez piwnice były poprowadzone podziemne korytarze, poprzebijane były ściany i tak był utworzony cały ciąg komunikacyjny. Pamiętam z czasu powstania takiego sąsiada, z którym ojciec pozostawał w dobrej komitywie. W tej chwili nie przypomnę sobie jego nazwiska. On – tak jak mój ojciec – był powstańcem. W pewnym momencie został ranny w bark i tam w szpitalu go zaopatrywano. Pamiętam też, jak akowcy prowadzili do tego szpitala jakiegoś powstańca, który był poparzony napalmem. Całą twarz miał brązową i tylko widać było czerwone oczy. Ciotka i matka chodziły do tego szpitala i jakąś pomoc świadczyły. To sobie przypominam z czasu powstania. Potem powstanie upadło. Po kapitulacji wysiedlono nas z naszych mieszkań i ogłoszono zbiórkę, najprawdopodobniej na ulicy Brackiej koło domu handlowego braci Jabłkowskich. Któregoś dnia wyszliśmy, to musiało być rano.

Czy to było nagłe wyjście? Jak ono wyglądało?

Nie, to nie było tak, że przyszli i krzyczeli: „Raus, raus alles!” [wszyscy wychodzą]. Po prostu pojawiły się jakieś komunikaty i wszystkich mieszkańców wyprowadzili. Punktem zbornym był plac na Brackiej. Jednego dnia była zbiórka, trzymali nas całą noc, musieliśmy gdzieś nocować, więc ojciec wszedł przez jakieś okno do takiego opuszczonego mieszkania na parterze i w tym mieszkaniu przenocowaliśmy do następnego dnia rano. Ojciec był powstańcem, więc jako jeniec wojenny miał punkt zborny w innym miejscu, nie pamiętam gdzie. W tym momencie nasza rodzina się rozłączyła. Myśmy pozostali w gronie: moja matka, mój dwuletni brat, ja, a także matka mojego ojca i siostra mojego ojca, która się nazywała Anna Sińczak, Nusia.

Czyli było Was pięcioro.

Tak.

Czy udało się Pana rodzinie wziąć coś ze sobą?

Proszę Pani, cóż można było wziąć… Niewiele. Mama zabrała jakieś kosztowności, które miała, i to, co można było zarzucić na plecy czy włożyć do wózka brata. To było wszystko, nawet nie pamiętam szczegółów. W każdym razie wszystko, co było w tym naszym mieszkaniu, to zostało. Cały dobytek został. Sklep kolonialny ojca – dobrze zaopatrzony – został, mieszkanie zostało.

Czy pamięta Pan emocje, jakie temu towarzyszyły temu, że się wszystko zostawia, że nie wiadomo, co się z tym stanie?

Nie, wie Pani, byłem dzieckiem, to trudno o takie refleksje.

A może Pan odczuwał to, co przeżywali dorośli?

To była jedna wielka niepewność, bo nikt nie widział, co z nami będzie. Ojciec nas doprowadził na tę Bracką i nastąpiło takie pożegnanie z matką. Matka koniecznie chciała, żeby ojciec został, żeby nie wracał na punkt zborny powstańców. Ojciec jednak zostawił nas, pożegnał się i poszedł na tę swoją zbiórkę.

W piątek została sformowana kolumna i w tej kolumnie pieszo szliśmy tutaj, do Pruszkowa. Pamiętam, że mieliśmy tylko wózek, w którym jechał mój brat. Innych szczegółów jakoś nie przypominam sobie. Szliśmy w kordonie wojskowym z psami.

Szli państwo pieszo, pewnie trudno będzie odtworzyć drogę, prawda?

Wie Pani, to jest zupełnie niemożliwe, bo to by była jakaś konfabulacja, gdybym chciał powiedzieć, którędy. Pamiętam tylko, żeśmy szli. Nie przypominam sobie trasy. Czytałem w internecie, że część ludzi wozili, ale myśmy szli.

Z obozu w Pruszkowie pamiętam tylko fragment. Otworzyli drzwi hal i tłum ruszył do środka, żeby zająć sobie jak najlepsze miejsca, znaleźć jakieś swoje obozowisko. Myśmy się rozlokowali w którymś z hangarów, chyba to było stanowisko kuźni, tak sobie to przypominam. I tam rozłożyliśmy swoje rzeczy. Wokół było pełno różnych rodzin, które też sobie pozakładały koczowiska. Parę dni tam byliśmy. Ile dokładnie – nie wiem. Wszystkie wrota były zawarte, byliśmy zamknięci i pozostawieni sami sobie. Przypominam sobie, że na jednym z takich koczowisk ktoś umarł i leżał przykryty tylko jakimiś prześcieradłami czy czymś innym. Dopiero po kilku dniach otworzyli wrota i pierwszy raz wypuścili nas na zewnątrz. Jeśli chodzi o jedzenie, to wtedy podjeżdżali jakimiś samochodami ciężarowymi czy czymś takim, w każdym razie z podwyższenia nakładali nam to jedzenie. Oczywiście zebrała się cała grupa, masa ludzi, z jakimiś pojemnikami, menażkami, nie wiem czym jeszcze, oni nalewali nam taką zupkę. W cudzysłowie zupkę. W każdym razie to był pierwszy posiłek po tych paru dniach. I udostępnienie wyjścia na zewnątrz.

Powiedział Pan, że w hali zaczęli Państwo organizować sobie obozowiska. Na czym to polegało?

Po prostu ciotka wpadła pierwsza, bo i była najbardziej energiczna, i wolna, matka miała nas pod opieką. Ciotka wpadła na tę halę i szybko zajęła jakieś miejsce. Każdy szukał jakiegoś skrawka, gdzie mógł przekoczować. Tak wynalazła to miejsce przy kuźni. Tam był rodzaj wnęki. Przypominam sobie, żeśmy weszli do tej hali i po lewej stronie było stanowisko kuźni. Ono o tyle było wygodne, że byliśmy z dwóch stron przy ścianie.  Myśmy tam z całym naszym dobytkiem się usadowili. Już nie pamiętam, czy ten wózek jeszcze był, czy go nie było, tego już nie pamiętam, w każdy razie zajęliśmy koczowisko takie.

Swoje miejsce.

Spanie, nie spanie.

Na czym się spało?

Mieliśmy jakieś bety. Nie wiem, czy spałem na tym palenisku. I właśnie tam nieopodal nas ktoś umarł.

Jakie były relacje między ludźmi, czy o czymś się w hali rozmawiało?

Wszyscy byliśmy zamknięci, to była jedna wielka niewiadoma, ale jaka była atmosfera, tego nie pamiętam. Wiem tylko, że gdzieś chodziła raz matka, raz ciotka i że musiało to być parę dni. Czy trwało to tydzień, czy dłużej, tego nie potrafię powiedzieć, wiem tylko, że parę dni byliśmy zupełnie zamknięci.

Czy przez te kilka dni mieli państwo coś podstawowego do jedzenia?

Coś tam musiało być, bo żeśmy jakoś przetrwali. Nie wiem, skąd to było. Przypominam sobie, co zrobiło na mnie kolosalne wrażenie. Przede wszystkim to, jak było zorganizowane załatwianie potrzeb fizjologicznych – kiedy jeszcze byliśmy zamknięci, ludzie robili to wewnątrz hali. Potem na zewnątrz była wybudowana latryna, taka na podniesieniu. Tam kierowali nas w tych celach fizjologicznych. Dla mnie jako dziecka był to straszny szok, bo trzeba było wchodzić po takich schodach przypominających drabinę. Tam nie było ścian, tylko jakaś podłoga, po niej się podchodziło do belki, pod kolanami opierało o tę belkę, tyłek, za przeproszeniem, się wystawiało i tyle. Mama mnie tam wysadzała, bo to było wysoko zmontowane.

Ile czasu tam mieszkaliśmy, trudno mi powiedzieć, nie pamiętam tego. Po jakimś czasie padła komenda, że wszyscy wychodzą na zewnątrz. Zabieramy swoje rzeczy i się wynosimy. Przed tym hangarem Niemcy dokonywali selekcji. Na lewą stronę kierowali ludzi młodych, a dzieci, matki z dziećmi i starsze osoby na prawą. Ponieważ chcieliśmy, żeby cała nasza grupa, cała ta nasza rodzina była razem, moja mama wzięła na rękę brata, a mnie za rękę prowadziła ciotka z babcią. Ten tzw. selekcjoner ciotkę odsunął na lewą stronę, a nas pozostawił po prawej stronie.

Pana z babcią.

Tak. Wtedy moja matka jakimś takim instynktem nadprzyrodzonym podeszła pod ten kordon, pod taką umowną linię oddzielającą te dwie grupy. Ciotka też się zbliżyła, ona znała niemiecki, więc zamieniła kilka słów, gdy moja matka złapała ją za rękę i przeciągnęła na tę naszą stronę. Dała jej mojego brata, zamieniły się chustkami i wmieszaliśmy się w tłum. Znowu byliśmy razem.

Czy z państwa rodziną były wtedy też jakieś znajome osoby, np. sąsiedzi z waszego domu?

Nie, bo, jak się zgromadziliśmy na tym placu na Brackiej, to wszystko się wymieszało.

Czyli bardziej się państwo trzymali jako rodzina, te pięć osób.

Tak. Po jakimś czasie przegnali nas pod wagony towarowe i zaczęli nas w nie upychać. Nie wiedzieliśmy, dokąd jedziemy, domyślaliśmy się tylko, że jak z dziećmi, to raczej nie do pracy ani obozu, ale to wszystko była jedna wielka niewiadoma. Zapakowali nas w te wagony. Poupychali tak do pełnego, pozamykali i znowu każdy usiłował jakiś skrawek dla siebie znaleźć. Pociąg ruszył. Jechaliśmy, jechaliśmy, ale fizjologiczne potrzeby dały o sobie znać. Pamiętam, że w rogu wagonu wywalili w podłodze dziurę, która służyła za wygódkę. Też musiałem z niej korzystać i to był kolejny szok, bo akurat ta dziura była umiejscowiona nad kołem, więc to dudniło, huczało. Nie wiem, ile czasu trwała jazda, pamiętam tylko, że ten pociąg się zatrzymywał w różnych miejscach. Jak się zatrzymywał, to zawsze był otoczony kordonem wojska, a za wojskiem stała ludność, która próbowała nam wrzucić jakieś jedzenie. I tu kolejny szok, bo nie mogłem w swojej głowie pomieścić, dlaczego my siedzieliśmy w wagonach jako jeńcy, a tam, na zewnątrz, byli ludzie, też Polacy, wolni. Nie wiedzieliśmy w ogóle, co jest grane. Miałem okazję to obserwować, bo mieliśmy miejsce przy umieszczonym w górze oknie, tam jakoś ktoś mnie podsadzał i widziałem to. Wywieźli nas do Nowego Sącza.

W Nowym Sączu na dworcu były jakieś organizacje pomocowe i nastąpiło rozlokowanie tego całego transportu. Myśmy się dostali do Starego Sącza. Zostaliśmy zakwaterowani u sołtysa. Oni tam byli nam niezbyt przychylni, ale ponieważ było to z nakazu, więc byliśmy tak zwanym złem koniecznym. Ale już tam byliśmy poniekąd na własną rękę, już nie byliśmy jeńcami obozu, tylko po prostu ludźmi wysiedlonymi, z możliwością przemieszczania się. Z tego okresu szokujące dla mnie było to, jak w nocy przychodzili partyzanci i tłukli tego sołtysa. Bili go.

Dlaczego?

Dlaczego? Bo wszyscy mieli mu za złe kontakty z drugą stroną. Z racji tego, że był sołtysem, musiał mieć z tymi Niemcami jakieś relacje. W nocy powstańcy tłukli go za kontakty z Niemcami, a w ciągu dnia przychodzili Niemcy i bili go za kontakty z partyzantami. I ten sołtys biedny był cały czas poobijany.

Później pojawił się problem jakiegoś zaopatrzenia, więc mama i ciotka zrobiły rekonesans, gdzie co można dostać do jedzenia, bo przecież byliśmy małymi dziećmi, potrzebne były jakieś podstawowe produkty żywnościowe. Wiem, że matka chodziła do parafii do księdza, żeby coś tam od niego dostać. Miała chyba jakieś kosztowności, w każdym razie pamiętam, że ksiądz nie był bezinteresowny, lubił wymianę na biżuterię. Matka przynosiła dzięki temu mleko czy inne produkty z tej parafii. To się jakoś mija z tą prawdą, że księża tak bezinteresownie pomagali. Byli bardzo, bardzo interesowni i tak, jak mogli, zbijali swój kapitał. Po jakimś czasie – też nie wiem, jak to się stało – wyjechaliśmy do dziadka, bo on był w Wieluniu. Pojechaliśmy do Wielunia. Wieluń jest koło Łodzi.

Czyli sporą część Polski trzeba było przejechać, żeby się dostać.

Najpierw dotarliśmy do Jeżowa. W Jeżowie jakiś stryj ze strony matki miał aptekę, więc myśmy tam do niego pojechali, on nas przyjął. Potem z tego Jeżowa ruszyliśmy do Łodzi. W Łodzi mieszkaliśmy w jakimś mieszkaniu. Aha, jeszcze sobie przypominam, że w którymś momencie myśmy chyba z tego Jeżowa przyjechali jakimś ciężarowym samochodem do Warszawy.

Zastanawiałam się właśnie, czy Państwo przyjechali choć na chwilę do Warszawy, zobaczyć co stało się z domem.

Tak, wróciliśmy do Warszawy. Jechaliśmy jakąś ciężarówką, pamiętam. Ulice były zawalone. Jechaliśmy do naszego mieszkania. Wszystko było zniszczone, splądrowane, na środku leżała tylko klatka po kanarku, którego miałem. Potem się zaczęła dalsza podróż. […]

Powiązane hasła

”None