menu

Skorupska Anna z d. Widbek – Dzieciństwo na wygnaniu

Powiązane hasła

Skorupska Anna z d. Widbek – Dzieciństwo na wygnaniu

Anna Skorupska z d. Widbek urodziła się w 1934 roku. W momencie wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkała wraz z matką  Eugenią oraz szóstką rodzeństwa – Zbigniewem (ur. 1924), Ryszardem, Henrykiem, Wiesławem (ur. 1935), Zofią (1938) i Barbarą (ur. 1940) przy ul. Tyszkiewicza na Woli. Starsi bracia, by wziąć czynny udział w walkach, opuścili dom 1 sierpnia. 6 sierpnia dziesięcioletnią Annę z matką i młodszym rodzeństwem wypędzono z domu. Rodzina, która cudem uniknęła śmierci w ulicznej egzekucji, została popędzona do kościoła św. Wojciecha, a następnie do obozu przejściowego w Pruszkowie. Stamtąd zostali wysłani do obozu w Breslau. Po pewnym czasie dziećmi zaopiekowali się polscy gospodarze z okolicznego Wieruszowa, ich matka została natomiast przewieziona do KL Ravensbrück, a następnie do KL Auschwitz. Przekazane Muzeum Dulag 121 wspomnienia, których fragment prezentujemy, Pani Anna Skorupska spisała w 2012 roku. Opowiada w nich o straszliwych mordach mających miejsce na warszawskiej Woli, o cierpieniu związanym z pobytem w obozie, ale również o pomocy, której udzielono rodzinie podczas wygnania oraz o wysiłkach podejmowanych przez rodzinę, aby rozpocząć „na nowo” życie w powojennej Warszawie. Zachowujemy ich oryginalny styl oraz słownictwo.

Ania, Zosia i Wiesław Widbek, koniec lipca 1944. Fot. z pryw. arch.

Był upalny dzień 1 sierpnia 1944. Mama przyszła z pracy i ugotowała kapuśniak. Pachniała ta zupa nawet na schodach. Chłopcy o dziwo zjawili się o jednej porze. Kręcili się po mieszkaniu, zbierali skarpety, podkoszulki. Mieli uszyte przez mamę torby z brezentu. W tych  torbach zawsze „skarby”, do których bronili dostępu. Nawet nie chcieli jeść. Na pytanie co się dzieje – powiedzieli, że idą do powstania. Mama krzyczy: „akurat Was tam potrzebują!” Zamknęła drzwi na klucz. Dopóki nie zjedzą i nie powiedzą, gdzie ich szukać. Zaczęła płakać. Ustąpili, powiedzieli, że idą tylko na zbiórkę i wrócą. Nie wezmą nawet ubrań, ani zapasowych butów. Zjedli, pożegnali się jak zawsze i poszli. Z okna widzieliśmy jak idą ścieżką przez działki. Nie wrócili tego dnia. Mama chlipała pół nocy patrząc na zostawione w przedpokoju kamasze i kurtki. Z braćmi Zbyszkiem i Rysiem spotkaliśmy się dopiero po wojnie.

Zbyszek (ps. „Komar”) działał w konspiracji od maja 1940 r. w szeregach Komendy Obrońców Polski (KOP). W pierwszych dniach sierpnia walczył na Woli w rejonie ulic Żytniej i Karolkowej, od 6 sierpnia przeszedł na Stare Miasto z przydziałem do sekcji karabinów maszynowych przy drugim plutonie 102 kompanii (Bończa). Po powstaniu został osadzony w  Stalagu XIB Fallingbostel, otrzymał numer 140729. Ryszard – żołnierz Armii Krajowej – został aresztowany i osadzony w KL Buchenwald. Najmłodszy Henryk ps. „Kotek” jako żołnierz Brygady Zmotoryzowanej w grupie łączności kapitana Stalińskiego, uruchamiał połączenie telefoniczne Starówki ze Śródmieściem.

Zbyszek wrócił z obozu w 1946 r wraz z piękną żoną Wacławą i jej rodziną. Mieszkał najpierw w Otwocku, potem dostał mieszkanie w W-wie. Całe życie przepracował w Centralnym Zarządzie Kin na Jagiellońskiej, a potem na Jasnej. Owdowiał, ma córkę Basię. Rysiek wrócił, dostał skierowanie na Ziemie Odzyskane, gdzie miał pracować jako nauczyciel, otrzymał w „Nakozie” zdewastowany budynek, ograbiony, nie ogrzewany. Jeździł na rowerze, zbierał co się dało do tej szkoły. Dzieci siedziały w klasach w paltach, było zimno i głodno. Gotował wielki gar kaszy, krasił olejem. Sam nie dojadał. Wieczorami uczył starszych ludzi. Młody organizm nie wytrzymał. Dostał zapalenia płuc i zmarł. Nikt poza Ameryką nie słyszał o penicylinie. A najmłodszy Heniuś, dostał się z oflagu do Włoch, potem do Anglii. Skończył kurs lotniczy – zaczął latać. Niestety w 1946 r. zginął nad Anglią. Władze brytyjskie przesłały nawet odszkodowanie. Jak nasz rząd zaczął przeliczać te funty – wyszła jakaś śmieszna suma. Wobec tego mama i brat kazali odesłać te pieniądze do Banku Angielskiego, żeby przekazać je dziewczynie Henia. Dla niej to była dość pokaźna suma. Jakiś czas jeszcze pisała do nas. Przysłała Henia osobiste rzeczy. Dla nas ważna była malutka figurka św. Antoniego w miniaturowym pudełeczku, z którą brat się nie rozstawał. Trzymam ją do dziś. Tak więc historia moich braci przewijała się przez cały czas mojego życia.

A my – nazajutrz wybuchły walki na Woli. Na cmentarzu Ewangelickim na Młynarskiej byli powstańcy. Wokół padały bomby. Alarm za alarmem. Ludzie przenieśli się do piwnic. Mama zniosła do piwnicy materac i tam spaliśmy. Okno w mieszkaniu zastawiliśmy szafą. Brakowało wody, w ciągu kilku dni skończyły się zapasy mąki, kawy, chleba. Sąsiadka z mamą nosiły kawę dla powstańców na cmentarz w kotle do bielizny. 5 sierpnia ostatni raz pobiegły. Wróciły z przestrzelonym kotłem i złymi wiadomościami. Dziś w nocy powstańcy muszą przedostać się do lasów. A 6 sierpnia Niemcy już byli na naszej ulicy. Kazali wychodzić z piwnic na ulicę, gdzie stały czołgi. Kto nie wyszedł o własnych siłach ginął od granatów wrzucanych przez okienka piwniczne. Gdy uformował się sznur ludzi ze wszystkich kamienic – zagnano nas na ul. Górczewską róg Płockiej. Była tu ogromna barykada. Wszyscy musieli ją rozebrać. Wyciągano szafy, wózki, wozy i odstawiono na pobocze, aby mogły przejechać czołgi. Najpierw do utworzonego leja powrzucano rozstrzelanych ludzi. Kiedy skończono tę pracę zaczęło się rozstrzeliwanie mieszkańców. Po kilkadziesiąt osób wpędzano na podwórze domu Wawelberga. Tam po lewej stronie była murowana ściana. Ustawiano ludzi na wprost karabinu maszynowego. Ludzie krzyczeli, słychać było strzały. Mama kazała nam trzymać się mocno za ręce i mówić pacierz. Czekaliśmy na swoją kolej. Ludzie odrętwieni ze strachu i grozy nie oponowali. Szli jak ociemniali na podwórze. Z ul. Płockiej wyjechał duży motocykl. Niemiec zeskoczył z niego i dał jakiś świstek pozostałym Niemcom. Potem odjechał. Nam kazano ustawić się szóstkami i maszerować. Wpędzili nas na teren przy kościele św. Wojciecha na Wolskiej. Tu nastąpiła selekcja. Mężczyzn i młodych chłopców pędzono osobno. Kobiety i dzieci mają zostać. Krzyki, płacz rannych, niektórzy chyba tracili zmysły. Było bardzo gorąco. Mama znalazła „bigsę” – puszkę po marmoladzie. Nabrała w nią wody z hydrantu. Kazała usiąść na trawie. W ostatniej chwili przed wypędzeniem wpadła do mieszkania i złapała wiszącą nad kuchnią poszewkę wypełnioną sucharami z bułek i chleba. Ta poszewka zawsze tam wisiała, nigdy czerstwego pieczywa nie wyrzucaliśmy. Teraz każde z nas dostało do ręki suchar. Moczyliśmy go w wodzie i jedliśmy. Obok nas siedziała sąsiadka, która w naszym domu miała sklep spożywczy, pani Bulzakowa. Jej kilkuletni synek darł się, widocznie był głodny, widział, że my jemy. Mama wyszukała dla niego czerstwą bułkę, namoczyła ją w wodzie i dała małemu. Nie lubiłam chodzić do tego sklepu, bo kiedy mama wysyłała mnie po coś na kredyt, pani wskazywała na kartkę z napisem „Kredyt umarł – zabili go dłużnicy”. Teraz sama była w potrzebie. Zamiast jedzenia ściskała przy sobie małą walizeczkę z jakimiś „skarbami”. Zresztą i tą walizeczkę musiała rzucić na pobocze, bo nie miała siły nieść synka i „bagażu”.

Ustawieni szóstkami pod eskortą ruszyliśmy w drogę. Gnano nas Wolską do Pruszkowa. Mama niosła Basię, ja i Wiesiek trzymaliśmy się jej chusty. Zosię prowadziła jakaś pani. Mama kazała ją trzymać za rękę, bo inaczej by tę panią skierowali jako wolną do innej grupy – na terenie dziedzińca kościelnego. Tu szły matki z dziećmi, osoby starsze i młode dziewczynki. Trzymaliśmy się razem, co jakiś czas stawaliśmy. Ludzie usiłowali uciekać, ale dosięgały ich strzały Niemców. Za nami płonęła Warszawa. Czerwona łuna sięgała nieba. Do dziś nie mogę patrzeć na zachód słońca, bo kojarzy mi się z tamtym exodusem.

Rano dotarliśmy na dworzec w Pruszkowie. Tu już były setki ludzi. Siedzieli, leżeli wszędzie. Niektórzy byli ranni. Dużo dzieci. Spotkaliśmy naszych sąsiadów. Dzieliliśmy się sucharami i wodą. Na drugim peronie zgrupowano mężczyzn, za płotem. Ludzie krzyczeli, pytali o nazwiska. Około południa podstawiono pociąg towarowy. Niemcy otworzyli wagony i kazali wchodzić. Wszyscy wiedzieli, że zawiozą nas do Oświęcimia. Uciec nie było gdzie. Mama podsadziła nas kolejno i weszła sama, zajmując miejsce w rogu wagonu. Upchano nas jak sardynki w puszce. Mama zdjęła swoją kraciasta chustę, rozłożyła na podłodze i kazała nam się położyć. Posnęliśmy jak kociaki. Obudził nas krzyk kobiety, która rodziła. Jakoś szczęśliwie dziecko przyszło na świat. Niektóre kobiety zdjęły swetry, aby owinąć niemowlaka. Mama miała w torebce sztućce srebrne owinięte w ścierkę. Oddała tę ściereczkę, która posłużyła za pieluszkę.

Spaliśmy długo, całą noc. Rano pociąg stanął na jakiejś stacji. Kazano nam wysiadać. Była pompa, ale woda była niezdatna do picia. Niemcy wrzeszczeli, aby nie pić. Mama umyła nas tylko. Znów schrupaliśmy suchary, następnie pognano nas drogą. Było to przedmieście Wrocławia. „BRESLAU” wyczytaliśmy. Szliśmy między ogródkami, aż do miasta. Środkiem ulic. Szły matki z małymi dziećmi, starsi ludzie, ranni. Z okien domów padały wyzwiska w języku niemieckim. Dopędzono nas do dużego budynku ogrodzonego żelaznym płotem. Była to jakaś szkoła albo koszary. Z lewej strony ogromna sala gimnastyczna, na wprost wiaty, z prawej komendantura. Na środku podwórza duży klomb. Komendant, jednoręki Niemiec mówił po niemiecku, a tłumaczyła kobieta: „Pod wiatami są sienniki i słoma. Każdy musi sobie wypchać siennik i zanieść do sali. W łaźni jest woda i mydło. Można się umyć.” Mama miała wprawę w upychaniu sienników. Chłopcy od dawna spali na takich w domu. Napełniła dwa i zanieśliśmy na salę. Jeszcze nie usiedliśmy, gdy wjechała kuchnia polowa. Podano brunatną zupę z buraków z kilkoma ziemniakami. Ale nikt nie miał w czym jeść. Mama nabrała w swoją „bigsę” (cały czas niosłam ją) zupę, wyjęła łyżki z torebki i jedliśmy. Potem umyliśmy się, kazano nam zgłaszać nazwiska i adresy. Spisywała jakaś kobieta w szarej grubej książce. Spaliśmy w ubraniach tak, jak staliśmy. Rano apel – czytanie nazwisk. Przyjechała kuchnia. Gorąca czarna kawa i po kawałku czarnego chleba. To było śniadanie. Komendant mówił, a tłumaczyła baba. Nie ma lenistwa. Kobiety muszą czyścić [nieczytelne] specjalnym papierem, sprzątać łaźnie i kible, pielić i czyścić klomb. Dzieci muszą wyzbierać śmieci i porozrzucaną słomę. Potem zamieść cały plac. Tak rozpoczął się pierwszy dzień w obozie „Zimpel Platz” we Wrocławiu. Żarcie takie samo, zmieniła się zupa. Buraczaną zastąpił krupnik, gdzie można było doszukać się odrobiny kaszy. Ponieważ skończyło się mydło, pojawił się bród i wszy. Mama pożyczyła od kogoś nożyczki i obcięła nam włosy bardzo krótko. Ludzie stłoczeni na małej powierzchni zaczęli chorować. Zepsuły się rezerwuary. Przepełnione ubikacje wylewały nieczystości. Kobiety myły ściany, drzwi, a komendant dbał, aby się nie nudziły.

Któregoś dnia mój brat przeszedł między prętami ogrodzenia. Miał 9 lat, ale był chudy. Jak wyszedł, poszedł dalej. Obok obozu był park, dalej ogródki działkowe. Dostał się tam i przyniósł pod bluzką jabłka i śliwki. Od tej pory cichcem wymykał się z obozu i wracał z owocami. Był piegowaty, miał białe włosy jak len. Opowiadał mamie, że w parku jest budka z lodami. Wobec tego mama wysupłała jakieś fenigi i nauczyła go po niemiecku „Proszę 3 sztuki” albo dwie. Tak więc mieliśmy frajdę z lodami, krótko ale… skończyły się lody, zaczynały się chłody. W budce sprzedawano dynię marynowaną, słodką na papierowej miseczce. Tak mój brat się starał, ryzykując baty, które komendant często wymierzał.

Dni upływały, traciliśmy nadzieję na zmianę. Aż pewnego dnia do obozu przyszedł jakiś mężczyzna. Pytał o komendanta, potem długo z nim rozmawiał. Gdy wyszedł z biura, poszedł na salę gimnastyczną, gdzie spaliśmy. Po polsku przedstawił się: Bolesław Piekarek. Jestem Polakiem, mam gospodarstwo. Mogę zabrać dwoje dzieci. Będą miały opiekę, wyżywienie. Jakoś nikt się nie zgłaszał. Wtedy usiadł na naszym sienniku i rozmawiał z mamą. Zdecydowali, że ja i Zosia pojadę z nim. Mama zapisała jego adres kopiowym ołówkiem na podszewce torebki, nazwisko nr kenkarty. Umyła nas i poszła z nami do komendanta. Dostaliśmy jakieś papierki i odprawiono nas do bramy. Darłyśmy się, ale nic nie pomogło. Pan „B” wziął Zosię na ręce i poszliśmy na dworzec. Tu kupił bilety. Wsiedliśmy do pociągu. Powiedział, żeby nie rozmawiać i siedzieć cicho. Zosia zaraz usnęła, ja czuwałam. Pociąg jechał dość długo. Zatrzymał się na jakiejś stacji. Wysiedliśmy i za budynkiem stała bryczka zaprzężona w konika. Wsiedliśmy, a pan „B” cały czas rozmawiał z woźnicą. Bryczka stanęła przed jakąś chałupą, było ciemno.

Gospodarz wprowadził nas do kuchni. Gruba, młoda kobieta przywitała nas, wybudzona ze snu nie bardzo wiedziała, co ma robić. Gospodarz wlał nam do kubków gorącego mleka, posmarował masłem dwie pajdy chleba i kazał jeść. Chleb tak, ale mleka nie – bo pływały wielkie kożuchy, których nie lubiłyśmy. Wtedy gospodarz przecedził sitem mleko, dolał czarnej kawy i wtedy wypiłyśmy. W tym czasie gospodyni ustawiła w kuchni wanienkę, wlała gorącą wodę i kazała nam się myć. Dawno nie myłyśmy się w ciepłej wodzie, a poza tym miałyśmy wszy. Gospodyni zlała nam włosy śmierdzącym płynem, zawiązała szmatkami i poszłyśmy spać. Spałyśmy obie w czystej pościeli w pachnącym jabłkami pokoju. Rano wstałam, aby rozejrzeć się, gdzie jesteśmy. Pies uwiązany przy budzie zaakceptował mnie. Po podwórku łaziły kaczki, kury, gęsi. W sadzie pod drzewami leżały jabłka i żółte liście. Obeszłam wszystko i wróciłam do domu. Gospodyni ugotował grubą kaszę, dolała mleka i postawiła na stole. Zjadłyśmy z apetytem, była dobra. Potem było czesanie gęstym grzebieniem i znów strzyżenie, zupełnie na krótko. Do kuchni przyszedł gospodarz z małym chłopcem. Powiedział, że mam się nim opiekować, gdy żona jest zajęta. Mały był ładny, grubiutki. Ciągle się przewracał i robił w majtki. Te majtki musiałam prać przy studni i suszyć przy piecu. Ale dawałam sobie radę. Zosia zbierała jabłka do kosza, nosiła trawę do królików i ciągle wyłaziła za furtkę na drogę. Chciała do mamy i poszłaby, gdybym jej nie pilnowała. Gospodyni dbała, abyśmy nie były głodne.

Tak minął jakiś czas. Jednego dnia gospodarz powiedział nam, że zawiezie nas w inne miejsce: do swojej matki. Niedaleko. Miałyśmy być rozdzielone. Jak powiedział, tak zrobił. Wsadził nas na furmankę, przykrył kocem. Zosię zawiózł do wsi Galewice do gospodarstwa Kolarskich. Oni mieli już swoich troje dzieci. Zosię przywitali gospodarz i dzieci. Były bardzo miłe, zaopiekowały się nią. A ja pojechałam dalej do wsi Osiek do gospodarstwa Piekarków. Dotarliśmy na obiad. Starsza pani ucieszyła się z wizyty syna, mnie pogłaskała po twarzy i zaprosiła na obiad. Jadłam pierwszy raz w życiu czerninę z kluskami i ziemniakami z królikiem w śmietanie. Mój gospodarz zjadł, pożegnał się z matką i siostrą i odjechał. Wtedy ciocia (tak mam się do niej zwracać) przyniosła do kuchni małą dziewczynkę w poduszce. Była śliczna i gaworzyła. Pokazała jak mam przygotować dla niej grysik, jak zmienić pieluszkę i tak zaczęła się moja służba. Dostałam spanie: małe żelazne łóżko z czystą pościelą, długą nocną koszulą i kapcie dużo za duże. Do moich obowiązków należało zmywanie naczyń, opieka na małą Brońcią, karmienie królików i noszenie wody dla trzody. Wodę czerpałam z kanału blisko domu stojąc na kładce. Wiadro było duże, więc nie napełniałam go po brzegi, bo nie mogłam go unieść. A zwierząt było dużo: krowa, owce 3 sztuki, koza, kozioł. Piły chętnie i często. Siano było w tym samym domu co mieszkaliśmy, więc rozkładałam na ziemi płachtę, na niej siano, potem na plecy i do obory – trzymając rękoma cztery rogi płachty. Rano, po śniadaniu babcia i ciocia Jasia szły na pańszczyznę. Było to kopanie kartofli, buraków lub inne prace w polu. Zawsze w koszach coś przynosiły: kapustę, marchew lub buraki cukrowe dla krowy. Sklepu tu nie było. Była wojna, ludzie musieli sobie radzić. W mieście, w Wieruszewie kupowało się tylko sól, świece, buty. Mąka, mleko, sery, masło – robione swoje. Kwasiło się kapustę, ogórki. Babcia co sobota piekła chleb. Był na dobry tydzień. Lubiłam pajdę jeszcze ciepłego chleba z masłem, które sama robiłam w dziczce.

Życie toczyło się spokojnie. Ponieważ podarły mi się sandały, pojechałam z ciocią do miasta. Kupiła mi sznurowane trzewiki i pończochy. Po przyjeździe, wykroiła mi z flaneli kaftanik, przyszyła po dwie gumy po bokach z pętelkami. Pod pończochę wkładałam guzik i zapinałam na tę pętelkę. Oczywiście sama ten kaftanik uszyłam „za igłą”, jak Ciocia mówiła. Babcia powiedziała: „i maszyną lepiej nie uszyłabym”. Niedługo nauczyłam się wyrabiać chleb z zaczynu, robić makaron na niedzielę i upiec kurę. Jednego tylko nie zrobiłam: zabić kurę, koguta, czy królika. Znikałam z domu jak babcia tę czynność wykonywała.

Przyszła zima. Śnieg zasypał wszystko. Wieczorem przychodziły sąsiadki. Skubały pierze, łuskały fasolę, śpiewały i modliły się na przemian. Obsiadały całą kuchnię. Ja parzyłam herbatę z suszonych jagód, piekłam na kuchni placki, na blasze. Robiłam na drutach. Babcia nauczyłam mnie robić skarpety, rękawice. Tu miałam pole do popisu, babcia przędła owczą wełnę czarną, szarą i białą. Zrobiłam babci wełniane pończochy, rękawice do pracy w polu, szalik. Za zrobione rękawice babcia dostawała kawał słoniny od sąsiadki albo wątrobę. Nosiła te moje wyroby do tych gospodarzy gdzie bito świnie.

Mała Brońcia rosła i wyłaziła z kołyski. Zrobiłam jej szelki i na nich prowadziłam ją po mieszkaniu. Potem już nie chciała spać w kołysce, tylko ze mną. Ciocia chwaliła mnie za zrobione dla małej grube kapciochy. Zima skończyła się! Wylęgły się kaczki, urodziło się koźlątko. Pod płotem, prawie w śniegu wyrosła zielona pietruszka, jakieś kwiatki. Sadzałam małą Brońcie w wanience w ogródku i kopałam grządki. Wsadziłam co miałam: groch, fasolę, mak. Dla sąsiadki zrobiłam wełniany pas na nerki, za który dostałam jakieś nasiono. Wysiałam to wszystko bez ładu i składu. Powschodziło, wlazło to jedno na drugie, diabli wiedzą co jeszcze. Poznałam czosnek, majeranek, lubczyk. Nad oknami uwiły gniazdo jaskółki. Na drzewach owocowych pojawiły się kwiaty, a na nich pszczoły. Babcia pokazała mi jak się łapie za oba skrzydełka pszczołę i przystawia do jej chorego kolana. Jej to pomagało na artretyzm.

Przyszła Wielkanoc. Porządki w całym domu, mycie okien, trzepanie i wietrzenie ubrań i pościeli. Szorowanie po zimie okiennic, pranie chodników. Do tego codzienne obowiązki. Naszykowała babcia „święcone”. Inne niż u nas w domu: bochen chleba, osełka masła, kiełbasa, jajka, chrzan – słowem wszystko, co będzie się jadło w święta. Jajka pomalowane cebulową łuską, krepiną. Włożyłam trzewiki (na co dzień chodziłam w kaloszach cioci i dwóch parach skarpet) nowy serdak i w towarzystwie rodziny  poszłamdo kościoła. Na plebanii ksiądz święci pokarmy w koszach. Ja, piekąc chleb na święta, upiekłam kilka małych bułeczek. W środek włożyłam suszone śliwki utytłane w miodzie. Znalazły miejsce w koszu ze święconką. Ksiądz robiąc przegląd koszy mógł sobie wybrać coś dla siebie. Zaszczytem było, aby wziął kawałek mięsa, serek. Ode mnie wziął dwie bułeczki ze śliwką, posypane makiem. Ja byłam dumna z tego, a babcia mnie pochwaliła. Cieszyłyśmy się, bo ksiądz mówił, że wojna skończy się niebawem, że wie to od Boga. Niczego innego sobie nie życzyłyśmy.

A na razie trzeba wygnać bydło na zieloną trawę. Ciocia pilnowała Brońcię, a ja szłam rano w pole. Miałam pilnować, aby kozy i owce nie ogryzały kory młodych drzew przy rowie. Miałam utrapienie, bo jak nie koza to baran robiły to na przemian. Wreszcie wpadłam na pomysł, uwiązałam na postronku najgorszego kozła do krowy. Chodził za nią spokojnie, aż do chwili, gdy krowę ukąsił giez. Co ona nie wyprawiała! Skakała, kopała i biegała jak szalona. Kozioł za nią. Ledwo ich uspokoiłam i zagnałam do obory. W nocy kozioł zdechł, chyba miał naderwany łeb. Babcia stwierdziła, że się przeżarł. A mnie było go żal.

Aż pięknego poranka zjechało się do nas ruskie wojsko. Na wozach. Koniach, gazikach. Rozlokowali się prawie we wszystkich chałupach, stodołach – gdzie można było. Byli głodni, brudni i zawszeni. U nas było ich sześciu. Najmłodszy z harmonią. Babcia nagrzała wody we wszystkich saganach. Wyniosła na podwórze balię i kazała im się myć, co chętnie zrobili. Ponieważ mieli być 3 dni, wyprała im bluzy i gacie. Bluzy miały przyszyte do kołnierzy białe kawałki płótna. A pod płótnem wszy. Wyprała te kołnierzyki, wyprasowała. Ja musiałam je na miejsce przyszyć – pokłułam palce igłą, taki twardy był materiał na bluzy. Czyści, najedzeni, ogoleni w wypranych koszulach wylegiwali się na słońcu. Smażyli na patelni kartofle ze słoniną i cebulą, pili dużo kwaśnego mleka. Wieczorem długo siedzieli w sadzie, grali w karty, na harmonii, palili machorkę. Zjedli pół beczki kapusty, jednego barana, kilka kur. Na odchodne dostali świeżo upieczony chleb, wędzone żeberka, czyste płótno na wszelki wypadek i odjechali.

Zaczęłyśmy sprzątać, myć wszystko. Spokojnie położyłyśmy się spać. Jeszcze dobrze nie odetchnęłyśmy, a tu na drugi dzień Niemcy. Szli z lasu polem. Wynędzniali, brudni, wystraszeni, głodni. Przyszli i pokornie proszą o coś do jedzenia. I znów babcia smaży jajka, masło, chleb, mleko. Zasłonięte okiennice. Ciocia Jasia włazi na strych i znosi im cywilne ubrania swojego męża, swetry, spodnie, buty, kapoty, czapki. Oni pokazują zdjęcia dzieci, mówią że są żołnierzami Wermachtu, że przegrali wojnę. Zjedli, dostali na drogę tytoń i bibułkę, chleb. Jak przyszli – tak o zmroku poszli. A my pomodliliśmy się, żeby już nikt nas nie odwiedzał. Ciocia dodała: „Jędruś (mąż na wojnie) nie gniewaj się, że dodałam twoje buty. Jak wrócisz kupimy nowe.” Babcia potwierdziła: „niech tylko wróci zdrów”.

Życie toczyło się spokojnie, wojna rzeczywiście się skończyła, a to za powrotem drugiej córki, która została wywieziona do Niemiec na roboty. Przyjechała! Radość ogromna. Na kuchni gotuje się rosół, czysta pościel w gościnnym pokoju. Ogień w piecu. Na kolację jabłka w cieście. I przez całą noc opowiadanie. No i nareszcie: że przyjechała ale musi wracać na zachód. Jest ktoś kto na nią bardzo czeka, jak na jaskółkę. Obiecała mu, że wróci. Babcia markotna. Jeszcze jedna noc przegadana. Walizeczka spakowana. Odprowadzamy Helę do końca drogi. Dalej sama: koleją w nieznane życie, w nieznany los. Obiecała pisać. Miła, spokojna, dobra. Życie musi toczyć się dalej. Praca, kościół, obowiązki. Mija lato i wiem, że się nic nie zmieni. Jest jesień: idę z wiaderkiem po wodę do kanałku. Na nogach wielkie kalosze. Nagle na drodze widzę jakąś kobietę. Nie jest to ktoś ze wsi. Ma ładny śliwkowy płaszcz, niesie dużą torbę. Gdy dochodzi do mostku słyszę jak woła „Anula”. Tylko ona tak mnie wołała. Rzucam wiadro i pędzę do niej. Ciągnę do domu i wołam: „Mama! Mama przyjechała!” Porzucone wiadro przynosi ciocia Jasia. Mama opowiada: że znalazła nas, bo ksiądz, który jechał z nią w pociągu mówił, że tu są jakieś dzieci z powstania z Warszawy. A ponieważ p. Kolerski był sołtysem więc tam trafiła do Zosi. Zapomniałam napisać, że niedługo po nas, ktoś inny trafił do obozu i zabrał Wieśka i Basię. Byli w sąsiedniej wsi. Wiesiek pomagał w gospodarstwie jak umiał, a Basia cała we wrzodziankach  kurowała się. Była mała, chora, ale była oczkiem w głowie bezdzietnej młodej gospodyni. Tak więc Mama nasza jak Niobe, pozbierała nas. Jeszcze długo nie mogłam uwierzyć, że jesteśmy znów razem. Otwiera mama torbę, dostaję płaszczyk, babcia piękną chustkę z kaszmiru. Ciocia piękne pończochy, rękawiczki, Brońcia wielką czekoladę. Z dumą wkładam płaszcz, cieszę się. Opowiada mama, jak oddała dwoje dzieci – została sama, zaraz zabrali ją do obozu do Ravensbrück, potem za jakieś przewinienie – do Oświęcimia. Już straciła nadzieję. Gdy skończyła się wojna, z obozu zabrali ją do Szwecji na leczenie. Dzięki akcji dr. Bernadotte w Szwecji znalazło się dużo kobiet z obozu. Wyleczone, wyposażone, niektóre, w tym mama, pierwszym rejsem Batorego, wróciły do kraju.

Paszport Eugenii Widbek 3
Paszport Eugenii Widbek wystawiony w 1945 roku na wyjazd do Szwecji. Fot. z arch. Muzeum Dulag 121
Eugenia Widbek z koleżanką. Szwecja, 1945 rok. Fot. z pryw. arch.

Słuchamy, pijemy herbatę z malin i jest cudownie. Tylko babcia jakaś markotna. Zbiera moje klamoty. Wełniane skarpety, druty, wełnę. Teraz w mieście będzie zimno. Jak po wojnie, brak wszystkiego. Oczami wyobraźni przewidziała, jakie to będzie życie. Wpakowałam to wszystko do torby, a ciocia poprosiła sąsiada Słominę aby nas zawiózł do wsi, gdzie już czeka reszta rodzeństwa – do Galewic. Zosia już miała być adoptowana, gdy wróciła mama gospodarze uznali starania za niebyłe. Do Wieśka i Basi! A ta ani myśli wyjeżdżać. Siedzi na kolanach gospodyni i wrzeszczy. Dopiero gdy Wiesiek złapał swoją torbę i wsiadł do fury – zlękła się i pobiegła do niego. Odwieziono nas do Wieruszewa. Za pół godziny będzie pociąg do Warszawy. Stoimy, każde ze swoim węzełkiem i trzęsiemy się z emocji. Wreszcie jest lokomotywa, pociąg zatrzymuje się, z boku wagonu kartka za siateczką, a na niej napis „Warszawa Wileńska”. Wsiadamy i lokujemy się w przedziale. Twarde drewniane ławki. Mama otwiera torbę i wyjmuje butelkę ze słodką kawą. Wlewa do kubeczka, pije sama, potem my kolejno. Jemy bułki. Potem pospaliśmy na tych twardych ławkach jak koty. Wiesiek ze szczęścia zsikał się w spodenki. Gdy obudziliśmy się pociąg stał na stacji. Mama głośno przeczytała: „Warszawa – jesteśmy w domu”. Wyszła z wagonu i zestawiała nas kolejno na peron. Byliśmy rozespani, oszołomieni hałasem. Podbiegła do nas młoda kobieta i dała mamie karteczkę z tekstem piosenki:

Jak uśmiech dziewczyny kochanej
jak wiosny budzącej się zew,
jak świergot jaskółek nad ranem
młodzieńcze uczucia nieznane…

Sama śpiewała, aby zapoznać wysiadających z melodią. Wszyscy dostali tekst.

Przy wojskowym kotle stała gruba kobieta i wrzeszczała: „do herbaty!” Wszyscy dostaliśmy gorącą herbatę i bułkę z kiełbasą – za darmo. No i dalej w drogę w kierunku Wisły. Most był zburzony, ale przeprawa odbywała się mostem pontonowym zbudowanym przez wojsko. Weszliśmy na ten most – a mnie zdawało się, że on płynie. Na drugiej stronie Wisły stały samochody ciężarowe. Kierowcy krzyczeli: „Na Ochotę! Na Wolę! Na Mokotów!” Mama wybrała „Na Wolę”. Kierowca pomógł nam wejść do samochodu, dobrano jeszcze parę osób i ruszyliśmy. Samochód podskakiwał na wybojach, dziurach chwiał się, a ludzie obijali się o siebie. Podróż trwała dość długo, niektórzy wysiadali wcześniej. Wreszcie kierowca krzyknął „Koniec jazdy! Młynarska – Wolska.” Wysadzono nas na zupełnie zburzonej ulicy. Młynarską wiodła tylko wąska dróżka między minami. Jeden tylko dom stał cały: pierwszy z lewej strony nr 7. Ruszyliśmy pieszo. Wszędzie gruzy i sterczące kominy. Wreszcie Plac Opolski i Tyszkiewicza. Wiesiek bez namysłu wchodzi do bramy i na drugie piętro. Kłopotliwa sytuacja, bo nasze mieszkanie jest zajęte. Otwiera pan w średnim wieku. Wyjaśnia mama, że tu mieszkała, że stoją nasze meble i właśnie wracamy z obozu. Na to on: obowiązuje prawo „kto pierwszy ten lepszy”. Ja tu teraz mieszkam. Idźcie na ul. Działdowską, tam przydzielą wam mieszkanie.

Mama po powrocie ze Szwecji przyjechała do domu, ale nie zastała nikogo. Poszła więc do sąsiadki p. Roztkowskiej. Jej córki przyjaźniły się z moimi braćmi. Przyjęto mamę, przenocowała u nich. Ruszyła na poszukiwanie dzieci: znała tylko jedną miejscowość. Zostawiła cały bagaż – wiano ze Szwecji – u sąsiadki. Trwało to dość długo zanim nas odnalazła. Część produktów, kawa, czekolady, mleko w proszku – sąsiadka spożytkowała. Teraz chce pomóc. Spać będziemy na podłodze, potem zobaczymy. Jakoś się ułożyliśmy, ale najpierw pobiegliśmy oglądać stare kąty. Rano mama poszła ze mną do kwaterunku, aby wyjaśnić sprawę. A tam mówią: może pani zająć każde nadające się mieszkanie, proszę przyjść i damy nakaz. Więc wracamy, oglądamy zburzone, zniszczone domy. Jest dom na Młynarskiej 7, ale na bramie wisi tablica że jest spalony i grozi zawaleniem. Wchodzimy jednak na podwórze: w niektórych oknach palą się świece. Więc ludzie mieszkają. Oglądamy puste, zalane wodą pomieszczenia. Wreszcie decydujemy się na jeden pokój. Znów do kwaterunku po nakaz. Teraz na Tyszkiewicza po nasze klamoty. Nasz nowy adres: Młynarska 7 m 7a. Najlepsza był klatka schodowa. Z jednej klatki do drugiej można było przejść przez dziury w  ścianach. Łaziliśmy po tych mieszkaniach, znaleźliśmy jakąś miednicę, trochę drewna z połamanych krzeseł. Wiesiek ruszył na dalsze poszukiwania. Znalazł zalane wodą małe materace z łóżka. Przyniósł i postawił w przedpokoju. Obok wolne były jeszcze dwa pokoje i kuchnia, ale zalane wodą. Więc szukaliśmy jakichś naczyń, aby woda z sufitu spływała do nich, a nie na podłogę. Wszystkim zajmował się 9 letni brat. Mama trochę uprzątnęła. Nie było wody, światła. Znalazłam w ruinach wiadro, było zasypane gruzem, ale całe. Z tym wiadrem chodziłam długo na Wolską do „Franaszka” (dziś zakłady fototechniczne), gdzie było jedyne ujęcie wody. Mama poszła do komitetu BOS i dostała jakieś pieniądze. Od razu kupiłyśmy świece i węgiel. Ale napalić nie było gdzie. W składzie opałowych dostałyśmy za grosze „kozę” taki piecyk i rury. Wróciłyśmy obładowane, zgrzane. Mama poszła szukać gliny. Długo jej nie było, ale znalazła glinę i piasek. Wybiła znalezionym drągiem dziurę w szczytowej ścianie (dwa dni kuła). Wpuściła tę rurę od piecyka, resztę połączyła drutami razem z „kozą”, wszystko uszczelniła gliną z piaskiem. Postanowiła napalić. W tym celu połamane krzesło znalazło swój koniec w piecyku. Dymiło się początkowo, ale pomału koza się rozpalała i ciepło rozeszło się po mokrym i zimnym pokoju. Krążyłyśmy jeszcze po opuszczonych mieszkaniach, przybyło nam sporo gratów: czajnik, jakieś kubki bez uszu, trochę drewna. Już w ciepłej wodzie umyłyśmy okno i drzwi. Domknęłyśmy spaczone okno. Dziurę po wytłuczonej szybie mama zakleiła papierem. Jakoś udało nam się przespać – legowisko przysunęłyśmy blisko piecyka. Mama znów wysupłała jakieś pieniądze i poszła z Wieśkiem do składu opałowego. Kupili całe wiadro węgla (ok. 10 kg) i teraz hajcowało się w piecyku że hej! Przynosiłam wodę i gotowałyśmy kawę zbożową. Na Działdowskiej był punkt „UNRRA” gdzie można było czasem coś dostać. Chodziłam tam, miałam taką kartkę, że trzeba nam pomagać, gdyż wróciłyśmy z obozu. Najczęściej dostawałam puszkę mleka w proszku, mąkę lub olej. Było już bardzo zimno, a na szczytowej mokrej ścianie świecił się szron. Wszystko, co się dało spalić – lądowało w piecyku. Poszły na opał półki, które miały zawisnąć na ścianie, jakieś koła drewniane, a i tak marzłyśmy.

W następnym tygodniu poszłam z mamą na bazar na Pańską. Tu mama sprzedała swoją obrączkę, którą przechowywała zaszytą pod guzikiem żakietu. Za te pieniądze kupiłyśmy kaszę, słoninę, cebulę i chleb. Potem jeszcze musiałyśmy iść do „taniego źródła” na Młynarską po lampę naftową i naftę. W domu wieczorem było widno od szklanego klosza. Każdego dnia szłam na zbieractwo po zawalonych piwnicach i zawsze coś przynosiłam. W punkcie pomocy były wojskowe koce. Przyniosłam dwa oraz puszkę oleju. Ja musiałam przynosić wodę, Wiesiek opał, a Zosia i Basia pilnowały mieszkania. Po kilku dniach mama znów podniosła dno torebki i wyjęła cenny malutki złoty naszyjnik – prezent od koleżanki – Szwedki, dostała go w dniu wyjazdu do Polski. I znów poszłyśmy na bazar. Jak cenny był to przedmiot, świadczy o tym ilość zakupów. Zosia i ja – nowe wiśniowe płaszczyki z obszytym białym futerkiem. Dla Basi malutkie futerko z królików i dla siebie mama kupiła kapcie. Były to filcowe wysokie buty łączone ze skórą, ciepłe i wygodne. Wiesiek dostał wreszcie sznurowane buty, bo do tej pory chodził w obciętych kaloszach. Nadszedł grudzień – zajrzał głód. Żadnej pomocy znikąd. Za kilka dni święta, a tu tylko kasza na oleju na cały dzień. No i żeby koza się paliła.

I wtedy chyba los nam zesłał wujka Władka (mamy brata). Został zdemobilizowany po dotarciu do Berlina. Przyjechał z narzeczoną do Warszawy do rodziny. Mieszkają na Pradze. Dowiedział się, że mieszkamy na Młynarskiej (od Czerwonego Krzyża). Dzień przed wigilią zjawił się u nas. Przyjechał na wojskowym motorze z „cygarem”, czyli koszem. Zostawił mamie trochę pieniędzy i w wigilie do nas przyjedzie, aby nas zabrać na święta. Mama zaraz kupiła kartofle, słoninę, cebulę i nasmażyła placków. Reszta poszła na naftę i węgiel. Czekaliśmy na wujka umyci, uczesani. Przyjechał, zabrał nas na ten motor. Mama siedziała za plecami wujka, przed siebie wziął Wieśka a my trzy do kosza. Przykrył nas kocem, nawet nie widziałyśmy, gdzie jedziemy. Była to duża willa na Pradze. Choinka do sufitu ubrana cukierkami. Śledzie, smażona ryba, kapusta, ciasto. Spaliśmy na podłodze na mięciutkim dywanie pod pierzyną. Pod głowami poduszki. Święta spędziliśmy u nich, potem nas odwiózł do domu. Sam musiał wracać do Wrocławia, bo dostał stanowisko starosty we Wrocławiu. Mieszkał w dużym domku na Psim Polu. Mama rano przeczytała ogłoszenie na bramie: że do szpitala na „Czystem” przyjmują do pracy. Uczesałam mamę w kawiokę, nałożyłam cieniutką siateczkę i poszłyśmy. Rzeczywiście w pawilonie Nr 1 była „Izba przyjęć” na pierwszym piętrze już leżeli chorzy. Praca polegała na sprzątaniu pomieszczeń. Od razu dostałyśmy mydło, ścierki, rękawice i pasty do mycia okien. Była podgrzana woda. Po dwóch godzinach usunęłyśmy śmiecie, umyłyśmy okna, drzwi, podłogi. Schody trzeba było drapać blaszką. O godzinie drugiej zawołano nas na obiad do stołówki. Był pyszny krupnik na mięsie, chleb ile chcesz. Mama nie chciała jeść, aby zanieść dzieciom. Ale kucharka powiedziała, że zupy zostało dużo i może zabrać do domu. O czwartej skończyłyśmy ze schodami i zaczęto wnosić żelazne łóżka, pościel, koce i prześcieradło. My pognałyśmy do domu. Od tej pory mama szła do pracy na 7:00 do szpitala. Na razie nie dostawała żadnych pieniędzy tylko wyżywienie dla siebie i dzieci. Było pod dostatkiem chleba, nieraz smalec, placki, zupa. Moim zadaniem teraz było maszerować co dzień do szpitala na skróty (przez dzisiejszą zajezdnie tramwajową), aby zabrać duży szary dzbanek zupy, chleb i nieraz jakieś zawiniątko z kawałkiem kiełbasy lub masła. W domu podgrzewałam zupę, dzieci jadły. Nie byliśmy głodni. Za pierwszą wypłatę mama kupiła dwie poduszki, kołdrę i pościel.

Rano znów ogłoszenie na bramie: otwarto szkołę na Dworskiej (dziś Kasprzaka). Wszystkie obowiązkowo muszą iść do szkoły. Rano mama wzięła nas i poszliśmy. Szkoła była, ale w klasach nie było ławek, tylko kilka stołów, jakieś stołki, kilka krzeseł. Ale były tablice. Był sprawdzian „przy kredzie”, kto do której klasy. Trzeba było napisać coś trudnego, jakieś słupki policzyć. Ja z Wieśkiem zostaliśmy zakwalifikowani do III klasy. Zosia do pierwszej, a Basia tylko do świetlicy. Zaczynamy od jutra. Jeszcze tego samego dnia mama dała jakieś pieniądze i w „tanim źródle” kupiłam kilka zeszytów, ołówki, gumki i papier do rysowania. A mama siedziała całą noc i uszyła dwie torby na pasek, abyśmy zabrali te pomoce naukowe. Wiesiek – brat przez całą szkołę miał tylko jeden gruby zeszyt do wszystkiego – nie potrzebował torby. Zeszyt nosił za paskiem spodni. Uczył się nieźle. My się przykładałyśmy do nauki, ja byłam opóźniona przez wojnę, jak w naszej klasie większość. Przybywało krzeseł i ławek. Po lekcjach szliśmy do świetlicy na obiad. Zawsze dobra zupa, albo drugie danie. Kasza z gulaszem, ziemniaki z kiełbasą i kwaszona kapusta. Nieraz fasola. Jedno tylko nam się nie podobało. Nikt nie wlazł do stołówki, jak w drzwiach nie połknął łychy tranu. Można było zagryzać czarnym chlebem z solą. Co za świństwo! Ale może ten tran uratował nas przed krzywicą i innymi chorobami. Raz w tygodniu „mykwa”. Ciepła woda w łazienkach, prysznice. Całe klasy, chłopcy osobno. W salach śmierdziało mydłem i mokrymi kudłami chłopaków.

W ciągu jednego roku szkolnego przerobiłam III i IV klasę, w drugim V i VI razem z Wieśkiem. VII już normalnym trybem. Uczyliśmy się średnio, w domu nie było stołu, krzeseł. Co trzeba, odrabialiśmy w świetlicy, było widno i ciepło. Mama pracowała już za jakąś pensję. Często pomagała lekarzom. Chciała zostać pielęgniarką i miała ku temu powołanie. Chorzy bardzo ją lubili, umiała każdemu pomóc.

W kwietniu podłączono nam prąd. Zabłysła pod sufitem żarówka. Mama zrobiłam druciany stelaż, a ja go obszyłam jedwabną, cieniutką pończochą. Można było czytać, pisać. Niedługo potem przyłączono wodę. Na razie tylko w korytarzu, ale już nie musiałam biegać z wiadrem do „Franaszka”. Był to luksus. Przybyło trochę pościeli – wybrakowanej w szpitalu. Mama cerowała, łatała. W wakacje pojechaliśmy do babci do Kleszczel. Właśnie wrócili z Syberii i rozpoczęli życie na nowo. My mieszkaliśmy w czystym zadbanym domu, w ogrodzie było dużo drzew owocowych. Chodziliśmy na grzyby do Puchowa, kąpaliśmy się w rzece, łapaliśmy ryby i raki. W sąsiednim domu była mleczarnia i na porządku dziennym było dobre mleko, twaróg i sery, które babcia dostawała w zamian za pranie fartuchów pracowników mleczarni. Po wakacjach wróciliśmy do domu i do szkoły. W mieszkaniu zmiany. Mama postawiła przyzwoitą kaflową kuchnię z piekarnikiem. Było ciepło, przy kuchni stała „paka” pełna węgla – który przynosił Wiesiek.

Ja skończyłam podstawówkę i poszłam do Liceum na ul. Młynarską Nr 2. Ale zrobiłam tylko małą maturę (ósma i dziewiąta klasa). Mamie było ciężko utrzymać nas. Co miesiąc oddawała krew w Instytucie Krwiodawstwa, aby opłacić komorne, światło i utrzymać czworo dorastających dzieci. Zapisałam się na wieczorówkę w tym samym Liceum i poszłam do pracy. Właśnie ruszył „Kasprzak” i tam się zgłosiłam. Praca była nudna, na taśmie. Przepracowałam tylko miesiąc. Za zarobione pieniądze kupiłam mamie dwie sukienki na bazarze Różyckiego. Sukienka w groszki była tak zniszczona, ciągle ją mama cerowała. W szkole w mojej klasie poznałam Zbyszka, późniejszego męża. W czasie wakacji poszłam na kurs maszynopisania i stenografii na ul. Młynarską 16 (Zw. Młodzieży Polskiej). Po skończeniu kursu dostałam pracę w Radzie Narodowej W-wa Wola na ul. Bema. Miałam już pensję, a dodatkowo stenografowałam posiedzenia Rady i dostawałam premie. Moja mama była radną w I kadencji. Bardzo się starała i poświęcała tej pracy. Była to praca społeczna bez żadnego wynagrodzenia. Wkrótce mama przystąpiła do egzaminów na pielęgniarkę i otrzymała upragniony czarny pasek. Przepracowała w jednym szpitalu 48 lat. Uhonorowano ją Krzyżem Kawalerskim tuż przed przejściem na emeryturę. Ja nie skończyłam Liceum. W 1954 r. wyszłam za mąż. Zamieszkałam u jego rodziców. W XI 54 r. mąż poszedł do wojska do Zamościa. Ja byłam w ciąży i 19 VII 1955 r. urodziłam synka Mirusia.

Ania, Zosia i Basia Widbek. Warszawa, Park Sowińskiego, 1949 rok. Fot. z pryw. arch.

Powiązane hasła