menu

Stobieccy – historia wojenna

Stobieccy – historia wojenna

Wojenną historię rodziny Stobieckich z Mokotowa poznaliśmy dzięki pani Marii Wardeckiej z d. Stobieckiej, która jako mieszkanka Pruszkowa była i jest częstym gościem Muzeum Dulag 121.  Po raz pierwszy reportaż o wojennych losach rodziny ukazał się na łamach Kuriera Południowego w 2010 r. (wydanie pruszkowsko-grodziskie nr 341).

„Powinniśmy trzymać się razem”

Pani Maria Wardecka, wtedy Stobiecka, w roku 1944 miała dziesięć lat. Od najwcześniejszego dzieciństwa mieszkała  z rodzicami  Janiną i Czesławem Stobieckimi, starszymi braćmi Zygmuntem i Kazimierzem oraz siostrą Jadwigą w kamienicy na Mokotowie przy ul. Olesińskiej 4 m.15. Budynek ten już w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego został poważnie uszkodzony i cała rodzina, szukając nowego schronienia, trafiła bocznymi ulicami do znajomych na Puławską 102. Tam, podczas ostrzału, jeden z zabłąkanych odłamków dosięgnął i zranił mamę licznego rodzeństwa.

27 września, gdy upadł Mokotów, pani Maria Wardecka, jej rodzice, siostra i dwaj bracia oraz żona jednego z nich wraz z dzieckiem zostali, podobnie jak inni mieszkańcy Mokotowa, pognani ul. Puławską na Okęcie. Jak wspomina pani Maria Wardecka:

Przez kilka godzin trzymano nas w stajniach, po czym załadowano do bydlęcych wagonów   i powieziono w nieznanym kierunku. Dopiero na miejscu okazało się, że trafiliśmy do obozu przejściowego Dulag 121 w Pruszkowie. Nie spędziliśmy tam jednak wiele czasu, bo zaledwie jedną dobę.

Zazwyczaj umieszczone w obozie rodziny rozdzielano podczas selekcji. Zdrowych i sprawnych wysyłano na roboty, a osoby starsze i kobiety z dziećmi do różnych miejsc w Generalnym Gubernatorstwie. Tym razem stało się inaczej. Jak zaznacza pani Maria Wardecka:

Niemcy ogłosili, że wszyscy, którzy są kolejarzami tramwajarzami mogą w ciągu godziny się zgłosić, to z całymi rodzinami pojadą do Hanoweru. Tata z mamą stwierdzili po krótkiej naradzie, że bez względu na to, co ma się z nami stać, powinniśmy trzymać się razem. Umieszczono nas w wielkiej, nieogrzewanej hali z betonowymi posadzkami. Byliśmy też bardzo zmęczeni, toteż z krótkiego pobytu w Dulagu naprawdę niewiele szczegółów zostało mi w pamięci. Już następnego dnia znaleźliśmy się znowu w zaplombowanych wagonach. Nie wiem, jak długo trwała podróż, ale wywieziono nas do kolejnego obozu przejściowego, tym razem  w Pile, gdzie spędziliśmy aż tydzień, a potem do Lehrte. Tam przetrzymano nas jeszcze jeden dzień. W końcu, 10 października trafiliśmy do jednego z obozów w Hanowerze.

Janina Stobiecka, matka Marii Wardeckiej. Fotografia wykonana w 1944 roku w Hanowerze. Zbiory M. Wardeckiej.
Kazimierz Stobiecki, brat Marii Wardeckiej. Fotografia wykonana w 1944 r. w Hanowerze. Zbiory M. Wardeckiej.

 

Mężczyźni pracowali tam jako ślusarze, a kobiety zazwyczaj w kuchni, przy noszeniu cegieł lub sprzątaniu. Jeden z braci pani Marii Wardeckiej Zygmunt uległ bardzo poważnemu wypadkowi i przez jakiś czas był nieprzytomny. Miał pękniętą czaszkę i przeszedł operację. Trafił do szpitala, skąd jednak drugi brat zabrał go w nocy, obawiając się reakcji innych pacjentów,  którzy byli umysłowo chorzy. Nie było szans na umieszczenie polskiego więźnia w zwykłym szpitalu.

W obozie panowały trudne warunki, brakowało węgla i panował głód. Co odważniejsze dzieci (a do nich zaliczała się pani Maria Wardecka) przechodziły pod siatkami, by kraść warzywa z niemieckich ogrodów albo obierki ze śmietników. Zdarzali się tez oficerowie, którzy potrafili w tajemnicy przed kolegami podzielić się chlebem, czy nocą przynieść odrobinę mleka. Pani Maria Wardecka wspomina:

Mieliśmy takie porcje na tydzień, że można było zjeść je w ciągu jednego dnia. Czasami podstawiałam drugą miskę, żeby dostać trochę więcej jedzenia, ale jak ktoś się zorientował, to kopnął obie i nie miałam nic.

Po dwóch miesiącach starań czynionych przez brata pani Marii Wardeckiej, który doskonale znał język niemiecki, udało się uzyskać zwolnienie z obozu dla bratowej, matki sześciomiesięcznego dziecka. Miał on tydzień na odwiezienie żony do Poznania i ponowne stawienie się w Hanowerze. W przypadku gdyby nie wrócił, cała rodzina miała zginąć.

Brat oczywiście się spóźnił. Niemcy chcieli nas już zabić, ale moja mama padła do nóg kierownikowi obozu i całując go po stopach i rękach, prosiła o jeszcze dwa dni, zapewniając, że syn na pewno wróci, że spóźnia się ze względu na trwające działania wojenne. W końcu rzeczywiście wrócił i szczęśliwie przetrwaliśmy aż do wyzwolenia obozu przez Amerykanów. To było dosłownie niebo – mieliśmy wszystko. Po tygodniu czy dwóch przyszli jednak Anglicy i zabrali nam to, co dostaliśmy od Amerykanów, mówiąc, że zostaniemy wywiezieni do innego obozu. W tej sytuacji tata z bratem zdecydowali, że będziemy wracać na własną rękę. Pamiętam, że wyruszyliśmy o 3:00 nad ranem, zmierzając w stronę kolei.

Grupa byłych robotników przymusowych na terenie dawnego obozu pracy, Hanower, maj 1945 r. Oznaczona krzyżykiem dziewczynka to Maria Wardecka z d. Stobiecka. Zbiory M. Wardeckiej

 

Wędrówka trwała prawie miesiąc, rodzina znalazła się więc w Warszawie dopiero 28 czerwca. Budynek przy ulicy Olesińskiej został uszkodzony jeszcze w czasie Powstania i nie nadawał się do użytku. Po powrocie okazało się, że na miejscu jest także bratowa z dzieckiem. Jej rodzice mieli dom na Pradze i zdążyli już sprowadzić ją z Poznania. Pani Maria Wardecka dodaje na koniec:

Mieszkałam u nich przez jakiś czas, dopóki rodzice się nie urządzili. Potem dostaliśmy mieszkanie, ale było dla nas zbyt małe. W końcu przenieśliśmy się na ulicę Kazimierzowską i tam mieszkałam aż do zamążpójścia.

Powiązane hasła

”None