menu

Stokowska Maria – Obóz w Pruszkowie

Stokowska Maria – Obóz w Pruszkowie

Maria Stokowska, ur. ok. 1907 r., z wykształcenia inżynier rolnik, od 10 sierpnia 1944 r. do końca października niosła pomoc więźniom obozu Dulag 121 jako sanitariuszka. Współpracując m.in. z Kazimierą Drescher wyprowadziła na wolność wielu więźniów obozu, a część wygnanych znalazła pierwsze schronienie w jej domu w miejscowości Szczęsne koło Grodziska Mazowieckiego. Uczestniczyła także w wyprawach do powstańczej oraz popowstańczej Warszawy w celu ewakuacji szpitali oraz odzyskiwania zostawionych w stolicy dóbr. Prezentujemy fragmenty wspomnień spisanych około 1976 r., wydanych w publikacji „Exodus Warszawy. Ludzie i miasto po Powstaniu 1944” [Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1992, T.1, s.106-121]. Zachowujemy styl tekstu zgodny z oryginałem.

Armia Krajowa i inne zgrupowania podziemne zorganizowały pomoc dla ewakuowanej ludności. Chodziło między innymi o to, aby jak najwięcej członków AK znalazło się wśród personelu obozowego. Około 10 sierpnia otrzymałam skierowanie do Pruszkowa w charakterze siostry miłosierdzia. Dostałam tajną notatkę polecającą mnie jednej z sióstr, już tam pracującej, aby udostępniono mi wstęp do wszystkich działów. W ten sposób, kiedy w Warszawie trwała zaciekła walka z okupantem, włączyłam się z wieloma innymi do walki o życie ludzkie tych, którzy ocaleli. Odtąd codziennie rano dojeżdżałam kolejką EKD z Grodziska do Tworek, a stamtąd piechotą do Pruszkowa w stroju sanitariuszki, z przepustką w kieszeni, uprawniającą do wstępu na teren obozu.

Pierwszego dnia przez bramę, strzeżoną przez kilkuosobową wartę, zostałam wpuszczona i skierowana do budynku, w którym urzędowała siostra przełożona, dr Kiełbasińska, co do której ostrzeżono mnie, że jest podobno na usługach Niemców. Zostałam przez nią krótko poinformowana, co należy do, moich obowiązków, a więc udzielanie pomocy chorym, rozdział żywności i meldowanie o objawach epidemii. Ta odprawa niewiele mnie zorientowała, poszłam więc do siostry Drescherowej, do której miałam skierowanie. Ona dopiero objaśniła mi strukturę organizacji obozu.

Pociągi z Warszawy przychodziły przeważnie późnym wieczorem na kraniec terenu, koło pawilonu nr 14. Z tego punktu do centrum obozu było około półtora kilometra. Wyładowanych z wagonów ludzi często od razu selekcjonowano, a potem pędzono do odpowiednich baraków. Początkowo mężczyzn przywożono stosunkowo niewielu, bo większość była zatrzymywana w kościele Św. Stanisława na Woli i tam rozstrzeliwana bądź zabierana do budowy barykad lub gnana przed czołgami przy atakach na powstańców. Pierwszy dzień krążyłam po obozie jak błędna, chociaż byłam przygotowana, że zastanę tu ciężkie warunki, mimo to byłam przerażona tym, co zobaczyłam. Jak pomóc, co robić, aby wyciągnąć jak najwięcej osób głodujących, wyczerpanych fizycznie i moralnie. Jak wyprowadzić ich z tego piekła poza mur obozowy?

Jeszcze nie byłam zaznajomiona z metodami działania organizacji podziemnej i nie mogłam sobie wyobrazić, że można pokonać zasieki drutów, oszukać straż i gestapo. Wkrótce zorientowałam się, że pierwszym etapem było przeprowadzenie ludzi do pawilonu nr 2, aby stamtąd drogą legalną wyprowadzać ich poza bramę pod pozorem choroby lub niezdolności do pracy. Obrałam metodę udawania, że nic nie rozumiem po niemiecku i nie zwracałam uwagi, kiedy strażnicy stojący przy pawilonach wołali za mną lub mówili do mnie, usiłując mnie zawrócić. Wchodziłam i wychodziłam do pawilonów, wyszukując młodych ludzi, którym groziło wywiezienie i przy najbliższej okazji przeprowadzałam ich do hali nr 2. Powoli strażnicy przyzwyczaili się do mojego widoku i po paru dniach przestali mnie zatrzymywać, kiedy wyprowadzałam poszczególne osoby. Pierwszego dnia szokiem był dla mnie widok selekcji robionej przez gestapowca, wymachującego pejczem. Jeszcze raz robił przegląd grupy z pawilonu nr 1. Krzyk, a raczej wrzask, bicie pejczem, szarpanie, popychanie ludzi, gdy nie chcieli się rozdzielić, był teraz codziennym widokiem, który towarzyszył mi w pracy. Byłam bezsilna, patrząc na ten ponury dramat. Nam, siostrom, nie wolno było się zbliżać w tych momentach do grupy. Groziło to odebraniem legitymacji i wydaleniem z pracy.

Jakaś biedna, młoda dziewczyna oddzielona od matki staruszki błagała gestapowca, aby pozwolił zostać jej z matką. Oczywiście nic to nie pomogło. Płakała tak strasznie, że postanowiłam spróbować ją uratować od wywiezienia do Niemiec. Podeszłam od tyłu do grupy wyznaczonej na wyjazd na roboty. Wyprowadziłam dziewczynę na jej koniec, nakazując uspokoić się i czekać na mnie. Selekcja odbywała się między pawilonem nr 1 a nr 2. Od placu, na którym przeprowadzano rozdział, było do pawilonu nr 2 około 200 metrów. Wyczekałam moment, gdy wybuchło jakieś zamieszanie wokół gestapowca, krzyczącego coraz głośniej, wzięłam wówczas dziewczynę za rękę i wyprowadziłam poza grupę. Strażnik stojący opodal spojrzał na mnie z wahaniem, lecz potem odwrócił się. Odeszłam jeszcze dalej, po chwili jednak zawróciłam i spokojnie skierowałam się do pawilonu nr 2. Przeszłyśmy nie zatrzymane przez nikogo. Dziewczynę zostawiłam w pawilonie przeznaczonym dla chorych i nie nadających się do pracy, nakazując usiąść gdzieś w kącie i czekać na mnie, aż przyprowadzę jej matkę.

To był mój pierwszy konkretny czyn, pierwsza osoba uratowana od wywiezienia. Następnego dnia dziewczyna i matka razem wyjechały z transportem do Generalnej Guberni. Po paru dniach pracy w obozie pruszkowskim byłam już dobrze zorientowana w możliwościach i metodach ratowania ludzi. W pierwszych dniach otwarcia obozu wyprowadzano chorych i rannych bez żadnych przepustek i list, tylko po sprawdzeniu kenkart przez strażników w bramie. Kiedy tu przyszłam (około 10 sierpnia), wyprowadzanie chorych odbywało się już tylko na podstawie list podpisanych przez władze obozowe, musiał więc być podpis dr. Koeniga lub jego zastępcy i pieczątka Gestapo. Na tym polu działała podziemna organizacja. Dostawałam od siostry Drescherowej, sekretarki dr. Koeniga lub też od siostry Urbańskiej [Siostra Urbańska – ps. Janiny Jakubowskiej, obozowej tłumaczki – przyp. red.] podpisane już listy przez niemieckie władze. Na listach były czasem opuszczone miejsca do wpisania dowolnego nazwiska lub zawierały nazwisko fikcyjne, pod które podstawiałam osoby wybrane spoza pawilonu nr 2. Pouczałam je, jakie mają teraz nazwiska, a na żądanie pokazania kenkarty miały odpowiadać, że dokumenty spaliły się. Cała trudność polegała na przeprowadzeniu tych osób do pawilonu nr 2 wcześniej lub w momencie wyprowadzania grupy poza teren obozu. Były przypadki, że dostawałam całe niewypełnione nazwiskami listy podpisane przez dr. Koeniga; wpisywałam na nie osoby z pawilonu nr 1 i nr 4, a potem oddawałam siostrze Drescherowej, która w jakiś sposób załatwiała na nich akceptację Gestapo. Raz jeden tylko zatrzymano mi taką grupę, nie pozwalając jej wyprowadzić z pawilonu nr 4. Nie pomogły moje tłumaczenia, że prowadzę chorych do lekarza, musieliśmy wrócić. Rozpacz więźniów była straszna, ale przez następne dwa dni przeprowadziłam wszystkich po kilkoro do pawilonu nr 2 i stamtąd za bramę.

Innym sposobem było wyprowadzenie indywidualnie na swoją legitymację w stroju sanitariuszki. Było to bardzo ryzykowne i stosowane przez siostry w wyjątkowo ważnych wypadkach lub dla najbliższej rodziny. Sposób ten stał się wkrótce niemożliwy, gdyż zaczęto wymagać od nas, sióstr, przepustek z fotografią i czasem żądano przy przejściach przez straże okazywania kenkart. Trzecia droga prowadziła przez wywożenie wozami, przeznaczonymi do transportu ciężko rannych i chorych. Młodych ludzi układaliśmy na dno wozu, na to nosze, ludzi chorych i toboły. Był też jeden wóz przywożący produkty żywnościowe, specjalnie przygotowany, o podwójnym dnie. Oczywiście ten ryzykowny sposób stosowałyśmy bardzo rzadko, gdy było wiadomo, że nie będzie innej okazji wyprowadzenia więźniów.

Można było również wydostać się przez kuchnię. Ludzie zatrudnieni w kuchni uciekali wieczorem przez druty, było to możliwe dzięki przekupywaniu strażników, najczęściej własowców, którzy pilnowali tego odcinka, szczęśliwie usytuowanego na boku obozu. Prawie codziennie wychodziły tędy kilkuosobowe grupy. Oczekiwał na nie łącznik, który je przeprowadzał do wyznaczonych miejsc, gdzie otrzymywały prowiant i ekwipunek na drogę. Szły dalej w lasy, znów walczyć o wolność Polski. Może mieszkańcy naszego domu i sąsiedzi pamiętają jeszcze długie szczekanie psów. To właśnie przychodzili uciekinierzy.

Otrzymywali wyżywienie i wyruszali w drogę. Moim zadaniem było doprowadzenie młodych ludzi na wymianę w kuchni. Ewakuowanej ludności z Warszawy przybywało coraz więcej i personelu do pracy w kuchni musiało być więcej. Niemcy dawali kawę i chleb. Zupy były gotowane z produktów przysyłanych przez Delegaturę RGO. Podczas rozwożenia posiłków do poszczególnych baraków doprowadzałam uprzednio wybraną młodzież, która zajmowała stanowiska rozwożących i dzięki temu dostawała się na teren kuchni; przekupieni strażnicy obsłudze wracającej z rozwożenia posiłków nie sprawdzali przepustek. Właściwy personel po jakimś czasie wracał do kuchni, mając stałe przepustki. To była bardzo ważna droga, dzięki niej dużo osób udało się uratować przed wywiezieniem. I tak mijał dzień za dniem.

Codziennie wyjeżdżałam rano z domu, nie mogąc niestety nic zabierać z aprowizacji, bo miałyśmy zakaz przynoszenia prowiantów. Czasem przemycałam trochę cukru dla dzieci. Wolałam się jednak zachowywać lojalnie wobec strażników, którzy względnie przychylnie odnosili się do nas, sióstr, i przez cały czas mojej pracy nie cofnęli mi przy wyprowadzaniu ani jednej osoby. Czasem tylko uśmiechali się złośliwie, gdy kilkakrotnie wywoływany z listy nie odzywał się. Zdenerwowany zapominał swego nowego nazwiska, pod którym widniał na liście. Trudno mi określić, ile osób i kogo wyprowadziłam, bo nauczona w konspiracji nie pytałam o nazwiska, które w wielu przypadkach były nieprawdziwe lub starałam się ich nie pamiętać. Ludzie, którzy wydostali się z Pruszkowa, stanowią bardzo niewielki procent tych, którzy przezeń przeszli.

W dniach największego nasilenia od 20 sierpnia do połowy września i później, po kapitulacji Warszawy, w pierwszych dniach października, bywały dni, że liczba uchodźców sięgała 30 tysięcy. Według przybliżonych ocen przeszło przez obóz pruszkowski około 600 tysięcy osób. Prowadzenie ewidencji, na skutek wielkiej przelotowości, było bardzo trudne. Podstawę obliczeń stanowiły sprawozdania kolejarzy, podających, ile dostarczyli wagonów. Wiadomo bowiem było, iż Niemcy załadowywali do jednego wagonu od 50 do 60 osób.

Oprócz tego były jeszcze podobozy w Ursusie, Ożarowie i Piastowie, gdzie po kapitulacji skoncentrowano oddziały powstańcze. Parę wypadków, które utkwiły mi w pamięci, postaram się opisać szczegółowo.

Pewnego dnia rano, gdy dochodziłam do bram, podszedł do mnie znajomy i poprosił:

– Siostro, dziś odchodzi transport z hali nr 6 (hala dla mężczyzn), trzeba koniecznie stamtąd wyciągnąć człowieka. Musi to siostra zrobić, nazywa się Janusz.

– Ależ z szóstki to bardzo trudne – powiedziałam – jest mało czasu.

– Trzeba – odpowiedział mi zwięźle.

Po wejściu na teren poszłam natychmiast do siostry Drescherowej z prośbą o wpisanie mi na jakąś listę fikcyjnego nazwiska, na przykład Baranowskiego.

– Oczywiście kenkarta spalona – dodałam – będzie z „szóstki”. Dziś wieczorem wychodzi transport.

Tego dnia pracowałam trochę roztargniona. Wyprowadziłam tylko jakiś grupę na legalną listę i przy tej okazji zobaczyłam, kto ma popołudniową wartę przy wyjściu. Byli to Bawarczycy, zmiana dobra, jowialni, niezłośliwi. Wracając próbowałam wejść do pawilonu nr 6. Bezskutecznie. Strażnik zagrodził mi drogę, mówiąc – „transport”, a więc już przygotowywali mężczyzn do wywiezienia. Pobiegłam do siostry Drescherowej. Uradziłyśmy, że ona uformuje grupę według listy już przygotowanej i doprowadzi ją naprzeciwko pawilonu nr 6. Ja natomiast spróbuję doprowadzić Janusza do tej grupy.

Gdy wróciłam pod pawilon, już usłyszałam wrzaski gestapowców. Wyganiali wszystkich mężczyzn i z boku pawilonu ustawiali ich w czwórki, liczyli, popychali. Poczekałam chwilę, aż wszyscy wyszli i bocznym wejściem, gdzie chwilowo nie było strażnika, dostałam się do pustej hali, potwornie brudnej. Zaczęłam krążyć wkoło, wołając Janusza po imieniu, w końcu wyszedł spod stosu kawałków dykty i tektury. Był człowiekiem w sile wieku. Rozmowa była krótka:

– Janusz? – spytałam.

– Tak.

– No to idziemy.

Łatwiej było powiedzieć niż wykonać. Wyszliśmy. Kolumna mężczyzn otoczona wojskiem stała w pewnej odległości od baraku. Siostra Drescherowa na głównej ulicy prowadzącej do wyjścia, z grupką ludzi, sprawdzała  – pewnie już nie wiem, który raz ich ewidencję. A ja muszę przez tę pustą przestrzeń przejść z Januszem, nie zwracając uwagi Niemców.

Idziemy, mój podopieczny obejrzał się z niepokojem.

– Proszę się nie oglądać  – powiedziałam ostro  – i proszę mnie słuchać. Nazywa się pan Baranowski, kenkarta spalona, ma pan rodzinę w Pruszkowie. Przypadkowo powstanie zastało pana w Warszawie. Boli pana noga, proszę utykać. Dojdzie pan ze mną na koniec tej grupy i włączy się do szeregu.

Wydawało mi się, że bardzo długo trwała droga od pawilonu do oczekującej nas siostry Drescherowej. Szczęście mi dopisało. Niemcy zajęci ustawianiem kolumny do transportu nas nie zauważyli. Tym razem się udało. Doszliśmy. Grupa przywitała mnie nieprzychylnym pomrukiem. – Tak długo na siostrę czekamy, już późno, pewno nie pozwolą nam wyjść, wrócimy do baraków.

Pamiętam, że wśród nich był profesor Tatarkiewicz [Władysław Tatarkiewicz – historyk filozofii, estetyk i historyk sztuki, profesor UW – przyp. red.], zdenerwowany, jak inni, zmęczony, wyczerpany. Nie miałam do nich żalu, rozumiałam ich zniecierpliwienie. Przecież tylko jedna Drescherowa wiedziała, jak ciężkie chwile przeżyłam. Wzięłam od niej listę i ustawioną już grupę wyprowadziłam na wolność. Do dziś nie wiem, kim był ten człowiek i jak się naprawdę nazywał. Wróciłam jeszcze do obozu, myśląc, że pozwolą nam, siostrom, podać do wagonów chociaż chleb i kawę. Niestety pociąg był mocno obstawiony wojskiem, nie dopuszczono nikogo.

Na drugi dzień, wychodząc z domu, żegnałam się z moimi najbliższymi. Pamiętam, gdy całowałam serdecznie jednego z mych synów, spytał:

– Mamo, czemu tak codziennie żegnasz się z nami, przecież wieczorem wracasz?

– Tak, wracam, ale czasem mogę wrócić później. Nie wiem, czy dziś wrócę na pewno, więc dlatego się z wami żegnam.

Z czasem poprawiały się warunki na terenie obozu. Dostawy żywności były nieco większe. Od Czerwonego Krzyża z Genewy przyszły wagony z mlekiem, owsianką i środkami opatrunkowymi. Trzeba było chodzić po poszczególnych pawilonach samemu i rozdawać żywność dzieciom, bo jak zwykle w tak dużym zbiorowisku ludzi zdarzały się wypadki, że wygłodniali dorośli potrafili dla siebie zabierać produkty przeznaczone tylko dla najmłodszych. Dostarczono również więcej naczyń, gdyż osoby nie mające w co wziąć jedzenia z kotła, po prostu nie jadły. Czasem bywało tak, że nie starczyło dla wszystkich zupy, gdyż w kuchni nigdy nie wiedziano, ilu jest wysiedleńców. Chorym i starszym przynosiłyśmy w miarę możności jedzenie, aby nie umarli z głodu. Gdy nastąpiło duże nasilenie transportów, oddzielono w każdym pawilonie pomieszczenie, w którym urzędowali polscy lekarze i przyjmowali chorych, kierując ich do pawilonu drugiego, gdzie jednak ostateczną decyzję co do niezdolności do pracy wydawał doktor niemiecki. Ten często skreślał z listy osoby niezależnie od decyzji lekarza-Polaka. Ułatwiało mi to i tak pracę, bo  oficjalnie można było przeprowadzać ludzi do pawilonu nr 2, a mimo skreślenia wpisywałam odrzuconych na swoje listy. Przeprowadzenie z pawilonu szóstego było niemożliwe, gdyż Niemcy z góry zakładali, że tam niezdolnych do pracy nie ma.

Chyba w końcu sierpnia powiadomiono mnie, że w nocy przyszedł transport rannych z Żoliborza, przeważnie zagazowanych przy przechodzeniu przez kanały. Leżeli w pawilonie nr 7. Opiekę nad tym pawilonem miał dr Rudzki, nie mający dobrej opinii. Na jego terenie pracowały tylko siostry Niemki. Trzymając się zasady, że tupet popłaca, poszłam do kuchni, dostałam kilka puszek mleka i skierowałam się do tego pawilonu. Nikogo o nic nie pytając, zameldowałam się u dr. Rudzkiego, oznajmiając mu, że przyniosłam mleko dla chorych i nie czekając na odpowiedź poszłam na salę. Widok był smutny. Jak biednie wyglądali ci chłopcy, leżący na prowizorycznych pryczach, zasłanych tylko odrobiną słomy, trudno opisać. Prawie wszyscy, około trzydziestu osób, mieli czerwone, łzawiące oczy, a niektórzy nawet chwilowo nie widzieli na skutek użytego przez Niemców gazu. Rozdałam im mleko, które pili chciwie. Wielu było rannych, paru tylko we względnie dobrym stanie. Siostry-Niemki leniwie robiły opatrunki.

Nie minęła godzina, jak zobaczyłam moich młodych pacjentów, pędzonych przez Niemców do wagonów. Wywieziono wszystkich rannych z ósemki i z siódemki bez względu na ich stan. Okazało się bowiem, że w tym dniu mieli przyjechać przedstawiciele Czerwonego Krzyża z Genewy. Niemcy więc usunęli szybko rannych i zagazowanych.  Podobno wywieziono ich do Częstochowy, ale czy tak było naprawdę, nie miałam możliwości sprawdzenia.

Nasilenie liczby ludności w obozie było coraz większe. Częściowo więc już od razu po pierwszej selekcji wywożono kobiety i dzieci na teren GG. Kiedyś, gdy asystowałam przy przygotowaniu takiego przyspieszonego transportu, podeszła do mnie młoda kobieta, błagając, abym pomogła jej zostać w obozie, aby mogła doczekać się przyjścia męża, którego zatrzymano na Woli w kościele Św. Stanisława parafii Św. Wojciecha. Na poparcie swej prośby wtykała mi w dłoń złoty pierścionek. Z trudem wytłumaczyłam jej, że powinna jechać, korzystając, że z powodu rany głowy przydzielono ją do tej grupy, a na pewno później spotkają się z mężem.  Pierścionek niech zachowa na gorsze jeszcze czasy. Młoda mężatka zostawiła mi nazwisko męża. Pamiętam, nazywał się Drewnowski. Błagała, abym go wyprowadziła z obozu. Obiecałam. Przez dłuższy czas codziennie, chodząc po wszystkich pawilonach, wywoływałam jego nazwisko. Niestety nie znalazłam go. Z kościoła Św. Stanisława niewielu mężczyzn trafiało do obozu.

Innego dnia znów wywożono ludzi bezpośrednio z pawilonu nr 1. Korzystając z tego, przygotowałam listę do wyprowadzenia przez bramę. Wśród nich był profesor Hempel, budowniczy mostu Poniatowskiego [Stanisław Hempel – inżynier, projektant i konstruktor, profesor PW, projektant i realizator odbudowy mostu Poniatowskiego oraz budowy mostu Śląsko-Dąbrowskiego]. Zleciłam całej grupie czekać na mnie przy baraku. Korzystając, że gestapowcy byli zajęci przy ekspediowaniu transportu, zebrałam moich podopiecznych i wyszliśmy, kierując się w stronę bramy wyjściowej. Nagle przy wagonach odezwały się strzały. Strażnicy nieraz przy próbach ucieczki lub też na postrach rozpoczynali bezładną strzelaninę. Obejrzałam się. Cała moja gromadka uciekła z powrotem do baraku. Z trudem znów ich pozbierałam i pośpiesznie wyprowadziłam.

Bywały jednak i takie dni, że nie otrzymywałam ani list podpisanych przez dr. Koeniga, ani list z wolnymi miejscami. Byłam wtedy bezsilna, nie mogłam nikomu przyjść z pomocą. Takimi były właśnie pierwsze dni września, kiedy do obozu przyszła ludność Starówki. Przez parę dni szły transporty jeden po drugim. Połowa osób lżej lub ciężej ranna. Wszyscy śmiertelnie zmęczeni, głodni. Twarze ich były szare, jakby je przysypał popiół z gruzów Starego Miasta.

1 września do południa nie pozwolono nam, sanitariuszkom, wchodzić na tereny pawilonów.

– To Banditen – powtarzali Niemcy i odmawiali udzielenia pomocy wysiedlonym. Po długich pertraktacjach między Gestapo, administracją, niemiecką obozu a polskimi przedstawicielami z Czerwonego Krzyża i Delegatury RGO zgodzono się na opatrywanie rannych. Powołano grupy po dwóch, trzech lekarzy polskich na każdy pawilon, którzy przy naszej pomocy mieli się zająć chorymi. Dostałam przydział do pawilonu nr 4. Zanim zorganizowano jakieś ambulatorium z kilkoma siostrami, zaczęłyśmy roznosić wodę z kranów, ledwo przesuwając się wśród pokotem leżących. Pili chciwie, prosząc jednak o jakiś posiłek. Rannych informowałyśmy, aby ustawili się w kolejce po lewej stronie baraku, gdzie w dwóch małych pokoikach zorganizowano ambulatorium. Rozpoczęłyśmy opatrunki strasznie ropiejących ran, przeważnie od oparzeń i odłamków granatów. Po ciężko rannych miał przyjechać wóz, aby wywieźć ich do okolicznych szpitali. Opatrując rannych zauważyłam, że doktor, któremu pomagałam, człowiek strasznie zmęczony, niewiele znał się na swoim fachu. Zrozumiałam, że nie był prawdziwym lekarzem, po prostu zgłosił się do tej pracy, myśląc, że łatwiej mu będzie wydostać się z obozu, pełniąc taką funkcję.

– Panie doktorze – powiedziałam proszę odpocząć, tu jest obok trochę kawy, a my będziemy opatrywać dalej. Spojrzał na mnie spłoszony. Domyślił się, że odgadłam, iż nie jest lekarzem. Lekko próbował protestować.

– Jak będzie coś poważniejszego – spokojnie dodałam – to pana poproszę.

Podałam mu kubek kawy. Usiadł z ulgą. Miałyśmy jakąś maszynkę spirytusową, na której gotowałyśmy wodę do przemywania ran i kawę, rozdając po parę łyków. I tak pracowałyśmy cały dzień, a szeregi chorych ciągnęły się bez końca.

– Siostro, siostro – zawołał mnie ktoś – tam się biją, przywieźli zupę.

Wybiegłam przed barak. Szczęśliwie już było spokojnie, pojedynczy incydent został zażegnany. Ludzie podchodzili do kotła, podsuwając naczynia, jakie kto miał.

– Dawajcie mało – szepnęłam cicho do obsługi rozlewającej zupę – tu jest masa osób, trzeba, aby starczyło dla wszystkich.

Niektóre siostry brały zupę do baniek i roznosiły ciężko rannym. Konwojent z kuchni nachylił się do mnie i szepnął mi:

– Kilku ludzi do kuchni, a zaraz dwóch.

Trzeba było wybrać parę młodych osób na wymianę do obsługi kuchni. Wróciłam do baraku. Jakiś człowiek w średnim wieku stał pod ścianą, obok niego chłopiec kilkunastoletni.

– Czemu pan nie idzie po zupę? – spytałam.

– Nie mam naczynia  – odparł.

– Proszę iść za mną, potrzeba ludzi do pracy w kuchni, zaprowadzę was.

– Chodź, tato, chodź  – ciągnął ojca za rękę chłopiec  – jestem głodny.

Oddałam ich pod opiekę konwojentowi.

– Proszę tu przywieźć koniecznie jeszcze zupę i osobną bańkę do ambulatorium dla rannych  – dodałam.

Nowi pracownicy usiedli na wozie, dawni poszli z tyłu. Strażnik ostentacyjnie odwrócił się. Powróciłam do rannych. „Doktor”, chociaż trochę nieudolnie, ale robił opatrunki. Późnym wieczorem gestapowcy przyszli i kazali nam już obóz opuścić. Kropla w morzu nieszczęść ta nasza praca, ale nic więcej nie można było zrobić.

Wyszłam na zewnątrz. Od strony torów kolejowych szedł znów transport, sami mężczyźni. To chyba powstańcy. Podeszłam bliżej, aby się dowiedzieć, z jakiej dzielnicy. Żołnierz niemiecki szarpnął mnie za ramię” i odepchnął. Żoliborz, Starówka, Powiśle – padały nazwy. A więc oddziały powstańców. Odprowadzono ich na szóstkę. W następnym dniu, kiedy przyszłam, odeszły w nocy transporty z szóstki, czwórki i trójki. Moich rannych z czwórki już nie było. Pozostali tylko ciężko ranni i chorzy, bezskutecznie czekający na wywiezienie do szpitali. „Doktora” już nie było, może znalazł jakąś drogę wyjścia.

Przydzielono innych lekarzy, bo barak znów był zapełniony nowymi wysiedleńcami. Przez trzy dni przychodziły i odchodziły transporty z rożnych dzielnic Warszawy, wszystkie do Niemiec. Tylko starców i kobiety z dziećmi kierowano na tereny GG. Ciężkie były dni, kuchnia nie nadążała gotować posiłków. Nieraz do wagonów podawałyśmy tylko wodę i chleb.

Nieraz, patrząc na ten ponury obraz obozu zadawałam sobie pytanie  – jak długo taki stan może trwać, dyzenteria-czerwonka zaczęła się szerzyć coraz bardziej. W pobliskich szpitalach brakowało miejsc. Podręczny szpital obozowy był nim tylko z nazwy, tak antysanitarne panowały w nim warunki. Delegatura RGO stanęła przed zadaniem organizowania nowych punktów szpitalnych w okolicach Pruszkowa.

Po 10 września nasilenie wysiedlonych było mniejsze, natomiast zacięto przyprowadzać do obozu ludzi z okolic Warszawy. Z Włoch, Ursusa, Podkowy Leśnej, Milanówka, Pruszkowa, wyłapywano osoby mające warszawskie kenkarty i z powrotem osadzano w obozie, wiele z nich odjechało transportami do Niemiec. Znów więc obóz był przepełniony. Pozwolono lekarzom Polakom w każdym baraku kwalifikować chorych do wyjścia oraz dawać przepustki osobom posiadającym kenkarty spoza terenu Warszawy. Oczywiście te przepustki musiały być poświadczone przez „zielony wóz”, czyli władze Gestapo.

Pewnego dnia odnalazł mnie znajomy i prosił, abym wyprowadziła dwie panie, jego i jego znajomego. Nie byli oni mieszkańcami Warszawy, więc wydawało mi się to łatwe. Obiecałam ich wyprowadzić, tym bardziej że przeżyli dwa dni w kościele Św. Stanisława i stan ich nerwów był bardzo zły. Znaleźli się w centrum Warszawy przypadkowo w dzień wybuchu Powstania. Uzyskałam przepustki od lekarza polskiego i oddałam do poświadczenia w biurze Gestapo. Niestety, oddano mi je poświadczone tylko dla pań, a na wyjście mężczyzn nie udzielono zgody. Co robić? Ludzie ci żyli już tylko nadzieją wyjścia. Postanowiłam zaryzykować i wyprowadzić ich bez zgody Niemców. Dostałam listę chorych i starszych osób z baraku nr 2 do wyprowadzenia. Do niej dołączyłam cztery indywidualne przepustki i z tą gromadką ruszyłam do bramy. Nastąpiło, jak zwykle, dokładne sprawdzenie listy. Cztery przepustki indywidualne strażnik mi odrzucił, twierdząc, że takiego dokumentu nie zna. Zaczęłam mu tłumaczyć, że jest nowe zarządzenie, że to są ludzie z kenkartami spoza Warszawy. Wtedy nadszedł wychodzący z obozu dr Koenig. Strażnik podszedł do niego zapytując, czy te przepustki są ważne. Zrobiło mi się zimno ze strachu. Tylko pierwsza i ostatnia przepustka miały pieczątkę Gestapo, środkowe nie. Dr Koenig przewrócił na drugą stronę pierwszą przepustkę, sprawdził, czy jest pieczątka Gestapo, odwrócił ostatnią, nie zaglądał do środkowych i oddał żołnierzowi, kiwając głową, że wszystko w porządku. Wyszliśmy za bramę. Odetchnęłam głęboko. Tego dnia nie wróciłam do obozu, bałam się, że po dokładnym sprawdzeniu przepustek zauważą brak pieczątek i skojarzą sobie, że ja wyprowadzałam tę grupę. Wolałam nie ryzykować i nie pokazywać się strażnikom.

Wróciłam wcześniej do domu. Dziwne, że przez cały ten okres nie przyniosłam żadnej choroby, żadnego zarazka. Co prawda przed wejściem do domu w krzakach przebierałam się, myjąc się dokładnie na zewnątrz. Dzięki temu szczęśliwie ani ja, ani nikt z moich bliskich nie zachorował. A w domu wciąż był hotel. Jedni ludzie przychodzili, inni odchodzili, nocowali i nazajutrz szli dalej. Cały dzień bez przerwy moja siostra i kuzynka były na nogach, rozdając jedzenie, chleb i mleko.

Na drugi dzień z pewnym strachem wchodziłam do obozu, strażnicy byli inni, nikt mi nie zakwestionował wczorajszych przepustek.

Nie dochodząc do obozu, nieraz spotykałam młodego harcerza, który dawał mi grypsy, na których było napisane: „Wyprowadzić dwóch kolejarzy z baraku nr 3. Na 1 ukrywa się już trzeci dzień taki i taki, prosimy wyprowadzić.” Jemu też zaczęłam oddawać grypsy, które wynosiłam, i myślę, że na pewno dochodziły. Nie miałam kiedy ich roznosić. Czasem chodziłam sama na plebanię w Pruszkowie i odnosiłam otrzymane od Drescherowej kartki z ewidencją ilości osób na terenie obozu. Były to dane przybliżone, ale mogły być przydatne do przeprowadzenia choćby nawet niedokładnej statystyki.

Pod koniec września zaszedł wypadek, który bardzo skrępował moją działalność. Wchodząc któregoś z tych pięknych dni wrześniowych na teren obozu, spotkałam mocno zdenerwowaną siostrę Urbańską, która powiedziała, że Drescherową na podstawie oskarżenia siostry Niemki zaaresztowano za ułatwianie opuszczania obozu i że ona boi się, że ją czeka to samo, i opuszcza obóz. Radziła mi, abym postąpiła podobnie. Na próżno tłumaczyłam, że lepiej będzie, jak zostanie, bo jej nieobecność zwróci uwagę, ja zostałam. Po siostrę Urbańską przed wieczorem przyjechało gestapo do domu. Wywieziono ją podobnie jak i Drescherową do Oświęcimia.

W tej sytuacji zostałam pozbawiona list, na które mogłam wpisywać nazwiska. Musiałam radzić sobie inaczej. Wobec dużego przepływu wysiedlonych upoważniono polskich lekarzy do sporządzania list na wyjście, miałam więc okazję umieszczenia wybranych osób na listach. Pracować trzeba było ostrożnie, gdyż do każdego lekarza polskiego była przydzielona siostra Niemka, oczywiście szpiegująca. Ludności wysiedlonej wciąż przybywało, w miarę jak Niemcy zajmowali nowe dzielnice. Organizowanie wyżywienia przez RGO było coraz trudniejsze i niewystarczające. Radzono sobie w ten sposób, że przez mur przerzucano pieniądze, a ludność okoliczna stojąca po drugiej stronie przerzucała chleb, kiełbasę, tłuszcz. Kto sprytniejszy, to jakoś sobie organizował pobyt, ale dzieci, starcy, kobiety poza wszystkim cierpiały głód. Warunki sanitarne były niewiarygodnie złe, nie było nawet na czym i gdzie usiąść. W początkach października po podpisaniu kapitulacji (2x) przyszła olbrzymia fala wysiedlonych.

Wojskowych i powstańców nie przywożono już do Pruszkowa, tylko do podobozów w Ursusie, Piastowie i Ożarowie bądź ładowano ich bezpośrednio do pociągów. Z jednego transportu pod Częstochową wyskoczył mój brat przez maleńkie okienko wagonu towarowego. Wyłamali kraty i trzech lub czterech chłopców zdołało wydostać się z pędzącego pociągu. Strzelano za nimi, ale pociąg nie zatrzymał się. Doszli lasami w okolice Radomska i stamtąd mój brat przyjechał do nas pod Grodzisk. W dłonie miał powbijane odłamki szutru. Lekarz, do którego go zaprowadziłam, zdziwił się, że nie dostał gangreny.

Wolał ryzykować ucieczkę niż jechać do Oświęcimia, do którego szedł transport. […]

W […] dniach październikowych pracy w obozie pruszkowskim miałam niemal ponad siły. Ogromna fala ludzi wysiedlonych znalazła się w okropnych warunkach. Przeładowane baraki nie mieściły tylu osób. Kuchnia nie nadążała z żywnością. Transporty odchodziły jeden za drugim. Selekcje robione w pośpiechu, jak zawsze, były okrutne i bezwzględne. Nie wiadomo było, do którego pawilonu iść najpierw, komu pomoc przede wszystkim. Były to bardzo ciężkie i trudne dni dla całego personelu. Tak minęło ponad dziesięć dni i obóz został rozładowany. Teraz Niemcy rozpoczęli łapanki w Pruszkowie i w okolicach, przyprowadzając z powrotem ludzi z Warszawy, którym udało się wydostać lub uniknąć obozu. Ciężkie to były chwile również dla organizatorów z zewnątrz obozu, starających się nieść pomoc wszystkim, którzy się z niego wydostali.

RGO skierowało do nas, do domu pod Grodziskiem, czterdzieści osób Z Pelcowizny. Trzeba było w pomieszczeniu gospodarskim zbudować prycze, prowizoryczne kuchnie, aby im stworzyć możliwe warunki do życia. Nasz dom już nie mieścił więcej osób. Nowi wysiedleńcy otrzymywali prowiant mniej więcej na tydzień w postaci kaszy, mąki, tłuszczu i mleka, a potem szli szukać pracy w okolicznych majątkach lub u gospodarzy. Kto tylko miał jakiekolwiek pomieszczenie, oddawał je do dyspozycji RGO.

Obóz w Pruszkowie powoli zamierał. Pozostawały rodziny lub samotni ludzie, którzy, chcąc być bliżej Warszawy, zgodzili się na prace w brygadach roboczych kierowanych przez Niemców, przy torach kolejowych lub przy kopaniu rowów przeciwczołgowych w jednym z baraków urządzono im możliwe warunki do mieszkania.

Przestałam codziennie jeździć do Pruszkowa. Było więcej pracy w terenie. Tam byłam bardziej potrzebna do organizowania nowych miejsc szpitalnych, wysyłania zdrowszych w dalsze okolice Polski. Zdobywaniem funduszy na pomoc doraźną i zaopatrzeniem szpitali zajmował się mój mąż. Zaczęło brakować środków. Tymczasem pieniądze ze zrzutów leżały zakopane w wielu miejscach w Warszawie, może już tam spłonęły. Łuna nad Warszawą nie gasła. Trzeba było zdobyć jakoś pieniądze. Powstał pomysł pojechania do Warszawy. Dwukrotnie próbowaliśmy dostać się dwoma podwodami opatrzeni w przepustki, aby wywieźć przede wszystkim jeszcze chorych, będących w szpitalach w Warszawie. Dwukrotnie nie wpuszczono nas w granice miasta. Wciąż zmieniała się administracja niemiecka na terenie stolicy i nie uznawała wystawionych w Pruszkowie przepustek.

Wreszcie w pierwszych dniach listopada wpuszczono nas od strony Włoch do Warszawy. Jechaliśmy dwoma wozami, dwóch woźniców i dwie siostry, opatrzeni w przepustki, aby przywieźć resztę chorych z prowizorycznego szpitala przy ulicy Jaworzyńskiej. Formalności trwały, bardzo długo, toteż dopiero po godzinie trzynastej wjechaliśmy w obręb miasta. Druga siostra będąca z nami zrezygnowała, twierdząc, że jest nonsensem wyprawa o tak późnej godzinie. Rzeczywiście, w mroczny, deszczowy dzień listopadowy jazda była dużym ryzykiem, lecz poza akcją ewakuacji chorych mieliśmy zadanie przywiezienia zakopanych dolarów. Zdecydowaliśmy się, że jedziemy. Deszcz w dalszym ciągu padał.

Głuchy odgłos kopyt końskich przerwał ciszę panującą w mieście. Jechaliśmy ulicą Wolską. Po obu stronach ruiny, poobstrzeliwane domy zionęły oczodołami wybitych okien. Im dalej, tym gorzej. Coraz smutniej, z coraz większym przerażeniem patrzyliśmy na zniszczone domy, barykady na ulicach, pozrywane bruki. Przerażająca pustka. Przestaliśmy rozmawiać, patrząc wokoło. Nie byliśmy w Warszawie od czasu Powstania. Z Wolskiej skręciliśmy w Żelazną. Chyba nie było tam żadnego całego domu, jeśli były niezupełnie zburzone, to strzaskane frontowe ściany poobnażały wnętrze mieszkań. Wszystkie sklepy rozbite. W jakimś miejscu tliły się stosy materiałów tekstylnych. Dalej stała otwarta perfumeria, na ziemi leżały słoiki, flaszki przysypane pudrem. Od czasu do czasu spotykaliśmy jeszcze palące się wnętrza. Masę barykad. Z trudem przejeżdżamy przez Aleje Jerozolimskie nie możemy przejechać i cofamy się do Srebrnej. Jakoś wydostaliśmy się na Grójecką, a stamtąd na plac Narutowicza. Stanęliśmy na początku Filtrowej. Z jednego z domów mamy z piwnicy wykopać pieniądze. Moj woźnica wchodzi do domu. Czekamy, wokoło pustka, zdaje się, że poza nami nie ma żywej duszy w tej stronie. Po chwili mój towarzysz wraca. Niestety nie można się dostać do piwnic, wszystkie zalane są wodą na wysokość człowieka. Szkoda. Nie wykonujemy zadania. Trzeba jechać dalej. Teraz na ulicę Jaworzyńską do szpitala.

Jedziemy Filtrową, może najmniej zniszczoną z dotychczas przejechanych ulic. Bliżej alei Niepodległości coraz większe zniszczenia. Potem mijamy szpital imienia, Piłsudskiego, nie zniszczony, ale pusty. Wjeżdżamy w ulicę Polną i Jaworzyńską. Stoi tam samochód ciężarowy i jakiś oddział niemiecki, paru robotników polskich ładowało jakiś sprzęt. Podeszłam, pokazałam przepustki. Tak, tu był szpital, dziś rano wywieziono chorych, nikogo już nie ma. Drugie zadanie znów nie wykonane. Nie bardzo nam się wiedzie w tej wyprawie. Wycofaliśmy się na Polną, na plac przed Politechniką, wjechaliśmy w Śniadeckich i na Marszałkowską. Chcieliśmy dostać się na róg Szopena i Mokotowskiej. Barykady nie pozwalały na przejazd. Na prawo w kierunku placu Zbawiciela widać palące się domy. Chcieliśmy wjechać w ulicę Piusa (dawna Piękna). Zatrzymali nas Niemcy, stojący w bramie przy Marszałkowskiej. Znów pokazaliśmy przepustkę, tłumacząc, że chcemy dostać się do swego domu na rogu Szopena. Niemiec radził zostawić wozy koło posterunku i dojść na piechotę. Tak też zrobiliśmy. Poszłam z jednym woźnicą, a drugi został z końmi. Z trudem przeskoczyliśmy pierwszą barykadę, obok leżał zabity koń, pełno krwi. Dalej jakiś staroświecki pistolet, hełm, panterka. Domy wokół strzaskane granatami. Szliśmy szybko, byle prędzej, mrok był coraz większy, jasna tylko była łuna nad miastem. Naprzeciw od Alei Ujazdowskich szła grupa żołnierzy niemieckich, śpiewali, krzyczeli. Nie mieliśmy ochoty ich spotkać. Schowaliśmy się we wnękę bramy. Oddział zbliżał się, ale szczęśliwie skręcił w Kruczą. Co chwila wybuchał pożar, słychać było huk granatów  – to Niemcy podpalali domy.

Mieliśmy obraz, jak Niemcy systematycznie palili to, co jeszcze ocalało po powstaniu. Musieliśmy prędko działać i odejść stąd, bo widać ta dzielnica była tego dnia przeznaczona do ostatecznego zniszczenia. Doszliśmy do ulicy Szopena. Dom się palił, smużki dymu wychodziły z piwnic. Zostałam na zewnątrz, mój towarzysz poszedł do piwnic. Czekałam z niecierpliwością. Aby mu się udało. Rozglądałam się wokoło. Przed następną bramą błyszczał ślicznie wyczyszczony samowar, obok srebrna cukiernica, filiżanki, jakby ktoś dopiero pił tu herbatę. Dalej stos mebli, widocznie wyrzuconych przez okno. Coraz więcej dymu wydostawało się z wszystkich domów. Jeszcze chwila, a zaczną te domy płonąć.

Nareszcie wybiegł mój towarzysz, w ręku niósł dużą puszkę od marmolady. Twarz ubrudzona, okopcona, przy rękawie tli się materiał. Wydostał się w ostatnim momencie. Wzięłam od niego puszkę, lepiej ja wezmę, jestem w stroju siostry, może mnie nie zaczepią Wracaliśmy szybko tą samą drogą. Krucza paliła się Po obu stronach. Okropny widok. Doszliśmy do podwód. Niemców nie było.

– Trzeba jechać  – mówię  – bo już bardzo późno.

Ruszamy, ale którędy? Teraz o zmroku widać wyraźnie, że wkoło pali się całe miasto. Jedziemy, ale czy się wydostaniemy? Próbujemy Marszałkowską. Bliżej Alei Jerozolimskich więcej barykad, przejazd niemożliwy, skręcamy w Hożą, tu .przystajemy i przekładamy. wydobyte pieniądze do odpowiednich skrytek w drugim wozie. Dalej posuwamy się Hożą do Chałubińskiego, potem Koszykową. Nie zburzony stoi szpital Dzieciątka Jezus. Część pawilonów spalona, wszędzie cisza. Czy nikogo żywego prócz nas nie ma? To jest przerażające. Robi się coraz zimniej. Nic do siebie nie mówimy. O czym tu mówić, gdy się widzi ten ogrom zniszczenia! Wciąż przed oczyma mam Niemców palących Warszawę ze śpiewem na ustach. Znów wjeżdżamy w Żelazną. Z trudnością przedostajemy się koło palącego się już pełnym płomieniem stosu materiałów. Wszędzie wokoło łuna. Chyba nawet deszcz nie zdoła zatrzymać pożogi.

– Czy już nic nie zostanie z Warszawy? – pytam.

Nie dostaję odpowiedzi. Dojeżdżamy do posterunku Niemców na końcu Wolskiej. Ostre światła latarek prosto w twarz, karabiny maszynowe wycelowane w nas  – w ten sposób odbywa się kontrola dokumentów. Wysłuchują mych wyjaśnień, dość powierzchowna kontrola wozów i jedziemy dalej. Za chwilę druga kontrola. Ta trwa dłużej. Niemcy nie mogą zrozumieć, po co pojechaliśmy do Warszawy. Ewakuacja szpitala, no tak –. mało przekonywujący argument, ale w końcu machają ręką. Jazda dalej.

Pustą szosą bez zatrzymywania docieramy prawie pod Pruszkowa. Tu się rozdzielamy. Drugi wóz skręca na polne drogi, musi uniknąć kontroli na pewno dokładniejszej w samym Pruszkowie. Jak się później dowiedziałam, dojechał szczęśliwie. W ten sposób zdobyliśmy trochę pieniędzy potrzebnych na szpitale, ekwipunek, pomoc dla wysiedlonych. Gdy dojechaliśmy do Pruszkowa, było już zupełnie ciemno. Kontrole były co parę kilometrów. Wóz przetrząsano dokładnie, kazano nam zsiadać, wciąż trzymając wymierzone w nas karabiny.

W końcu po wielu godzinach ciężkiej jazdy dojechałam do domu. Siedząc już w ciepłym mieszkaniu wydawało mi się nieprawdopodobne, że jeszcze parę godzin temu byliśmy w płonącej, bezludnej Warszawie jako pewnie jedyni Polacy i że wróciliśmy stamtąd żywi. Obraz miasta nie schodził mi sprzed oczu.

– Tak, to już koniec, jest niemożliwe, aby Warszawa była odbudowana. Warszawy nie ma.

– Co ty mówisz, o czym ty mówisz  – powtarzali wszyscy. Myliłam się. Została odbudowana ze zgliszcz i popiołów siłą woli i miłością ludności do swej Stolicy. Z gruzów powstała nowa, trochę inna i trochę taka sama, ale polska Warszawa.

 

 

 

 

 

 

 

Powiązane hasła

”None