menu

Szabunowska Aleksandra – rozmowa

Szabunowska Aleksandra – rozmowa

Aleksandra Szabunowska z d. Rudnicka, ur. w 1928 r. w Warszawie, była świadkiem przedwojennego, wojennego życia stolicy oraz jej odbudowy. Przed okupacją rodzina Rudnickich – państwo Janina i Gabriel z dziećmi Aleksandrą, Krystyną, Barbarą i Maciejem –  mieszkała przy ul. Twardej, nieopodal placu Grzybowskiego, w centrum żydowskiego życia Warszawy. Pani Aleksandra do dziś wspomina gwar tamtych ulic, wspólne zabawy z dziećmi z sąsiedztwa na tętniących życiem podwórkach, smak bajgli. Podczas okupacji rodzina została przeniesiona na ul. Żelazną, a widok z okien ich domu wychodził na teren getta. Po 8 września 1944 roku, podczas tymczasowego zawieszenia broni, rodzina została pognana do obozu Dulag 121. Tam, podczas selekcji Aleksandra wraz z siostrą Basią zostały odłączone od reszty rodziny, na szczęście jednak zdołały przejść przez odgradzający baraki drut i wraz z rodzicami zostały wysłane do wsi Klimontów. Po wojnie rodzina powróciła do Warszawy.  W zarejestrowanej w 2019 roku rozmowie Pani Aleksandra z dużym afektem opowiada  o zdarzeniach związanych z życiem w stolicy oraz czasem wygnania.

 

Nazywam się Aleksandra Szabunowska, z domu Rudnicka. Urodziłam się w 1928 roku.

Gdzie mieszkała wtedy Pani rodzina?

W Warszawie, na ulicy Królewskiej, mieliśmy trzy pokoje z kuchnią. Potem, w trzydziestym którymś roku, zaczął się kryzys i musieliśmy się przeprowadzić do pokoju z kuchnią na Twardą 10. To była żydowska kamienica o trzech podwórkach, wielka. Właściciel nazywał się Cuker. Myśmy tam mieszkali do wojny. Ulica Twarda jest przy Świętokrzyskiej. Nieopodal był plac Grzybowski, gdzie stał – i do dziś stoi – kościół Wszystkich Świętych.  Teraz jest tam taki żydowski ośrodek, Teatr Żydowski. Tam była bożnica i z naszych okien było widać tę bożnicę. W niej odbywały się śluby, różne uroczystości. Było to bardzo ciekawe. Z naszego okna w kuchni było widać jak na dłoni tę bożnicę. Ona jest teraz odbudowana.

Mieszkała  więc Pani w centrum żydowskiego życia w Warszawie. Jak je Pani zapamiętała?

Tak, to była dzielnica żydowska. Cudowna dzielnica, muszę Pani powiedzieć. Przyjemnie było, wesoło, pełno ludzi na ulicach. Był tam taki ruch, takie życie, targi, różne stragany, a wieczorem, jak się wychodziło, to Żydzi bajgiel robili i można było ciepłe bajgle kupować na kolację.

Miała Pani kolegów wśród Żydów?

Miałam. Chodziłam do szkoły podstawowej na Królewską. Dużo Żydówek i Żydów tam chodziło, bo oni woleli być w polskiej szkole. Była na ulicy Twardej żydowska szkoła, ale nie odpowiadała im, bo nasze szkoły były spokojniejsze. Taka elita żydowska chodziła do naszych szkół. Mieszkałam przy ulicy Twardej 10, a naprzeciwko, Twarda 9, mieszkała moja koleżanka Jasia Weiberg. To była moja przyjaciółka. Myśmy chodziły razem do szkoły. Jak pierwszy raz żeśmy poszły do pierwszej klasy, to nauczycielka od razu posadziła nas razem. Żeśmy się zawsze przyjaźniły. Ona miała bardzo dobre warunki, nam było gorzej, bo myśmy musieli się z tych trzech pokoi do jednego z kuchnią przeprowadzić i tam mieszkaliśmy w siedem osób. Miałam dwie siostry i brata. Brat był najmłodszy, siostry zaś były ode mnie starsze. Tata stracił pracę, więc mama zaczęła pracować, bo miała skończoną szkołę pielęgniarską. Źle nam nie było, ale mieliśmy małe mieszkanie. A jej rodzice mieli kamienicę naprzeciwko, też o trzech podwórkach, jak miasto. Tam były stragany, handlowali sobie, tam można było sobie kupić wszystko. Właśnie z nią się bardzo przyjaźniłam i chodziłam do niej wieczorem, jak jej rodzice gdzieś do teatru wychodzili. Jej mama przychodziła do nas i pytała: „Czy Danusia…”, bo mimo że mam Aleksandra na imię, ale na drugie Danuta i dlatego nazywali mnie wszyscy z drugiego imienia: „Czy Danusia może przyjść do nas, do Jasi, żeby się pobawić, bo ona zostaje sama, ze służącą?”. Szłam do niej, służąca robiła nam kolację, żeśmy się bawiły. Ona miała siedem pokoi, bo cały dom był ich własnością. Później przyszła ta wojna cholerna. Jak była ta zawierucha, to myśmy z rodzicami wyjechali do ciotki na Grochów.

Jak Pani zapamiętała wybuch wojny?

Nasz dom został zupełnie zniszczony w 1939 roku. Zupełnie. Myśmy zostali tak, jak żeśmy stali. Tata mówił: „Co ty, wojny nie będzie, nic nie zabierajcie”. Mama brała nam jeszcze palta zimowe, bo to już był schyłek lata, a ojciec wyrzucał te palta i mówił: „Wojna się skończy za trzy miesiące!”. Panowało takie przekonanie, że wojny długo nie będzie. „To nie jest moja pierwsza wojna, to jest druga wojna, teraz mają takie armaty, że wszystko pójdzie szybko”. A tutaj nie było szybko… W każdym razie nasz dom został zniszczony i dobrze, że mama te nasze palta zabrała, bo mieliśmy co włożyć w zimę. Wszystko inne zostało zniszczone. Moja mama lubiła zbierać piękne obrazy i w ogóle różne rzeczy. Miała trzy córki, szykowała więc dla nich pościele, obrusy, dywany – takie wiana, jak to dawniej mówiono. I to wszystko zniszczono – cały nasz dobrobyt. Myśmy jakiś czas zostali u ciotki na Grochowie, ale moja mama nie mogła wytrzymać, taka już była, i poszła do Warszawy. Tam spotkała sąsiadkę i ta jej powiedziała, że jest wolna kawalerka na Pańskiej. „Przyjdźcie, możecie tę kawalerkę zająć”. Mama zajęła to mieszkanko i poszła do pracy. Firma Omega była niezniszczona, mama została tam zatrudniona jako pielęgniarz, felczer. Zabrała nas od ciotki. To była taka prywatna klinika w Alejach Jerozolimskich, pracujące tam pielęgniarki były opłacane przez chorych. Ona jest do tej pory przy hotelu Polonia, tylko inaczej się nazywa.

A czym się ojciec zajmował?

Tata najpierw był cukiernikiem, pracował w cukierni Majewskiego. To była duża cukiernia – wytwórnia cukierków, czekolad i wszystkiego. Jak firma zbankrutowała – jeszcze przed wojną – to ojciec został bez pracy. Mój ojciec podczas I wojny światowej był ułanem krechowieckim, dlatego później dostał pracę od swoich kolegów. Oni mieli własny związek ułanów krechowieckich – nawet jest taka ich tablica pamiątkowa w kościele św. Krzyża. Dostał stanowisko państwowe w Głównym Urzędzie Statystycznym i tam pracował.

Wojna wybuchła i jak to podczas wojny – wszystko zniszczone. Mama zaczęła pracować, zabrała nas do tej kawalerki, a później zaczęły się awantury z Żydami i utworzono getto. Niemcy zaczęli wyznaczać, które ulice będą w getcie, a które znajdą się po polskiej stronie. Dlatego musieliśmy się zamienić z Pańskiej na Żelazną, bo wzdłuż Żelaznej jedna strona ulicy była polska, a druga żydowska. Tutaj były druty, miejscami zaś postawiono mury. Myśmy się zamienili z jakimś Żydem, on był lekarzem. Poszedł do tej naszej kawalerki ze swojego mieszkania na Żelaznej, a myśmy dostali jego mieszkanie – dwa pokoje z kuchnią, takie wysokie, przedwojenne. To była piękna kamienica i ta kamienica ocalała. Dopiero w Powstaniu te łobuzy ją zniszczyły. Tyle jeszcze było domów przedwojennych. Niemcy chcieli tę Warszawę przedwojenną zniszczyć i niszczyli wszystko, co zostało.

Dom przy ul. Żelaznej. Fot. z pryw. arch.

Myśmy widzieli tę całą tragedię Żydów po drugiej stronie. Mieszkaliśmy na drugim piętrze. Jak się wyszło na balkon, to wszystko się widziało po drugiej stronie. Oddzielały nas druty kolczaste. Nie da się tego opisać, nie da się wypowiedzieć, to trzeba było zobaczyć, co tam się działo. Żydzi zostali skupieni w takim niewielkim getcie, dali im mały obszar. Biedne głodne dzieci – nie wytrzymały przecież – przechodziły na polską stronę pod tymi drutami. Tutaj u nas żebrały, to człowiek im dawał warzywa i owoce. Oni mieli takie palta z podszewką. Tę podszewkę mieli tak zszytą, że wkładali sobie do niej te wszystkie rzeczy. Szwaby zrobiły sobie żydowskich policjantów i ci żydowscy policjanci byli podli. Była taka sytuacja, że dzieci musiały przechodzić z takim tobołem wkoło, bo nie mogły  przejść przez druty kolczaste, zahaczały się o nie. Widziałam jak taki policjant to zobaczył, Szwaba przyprowadzał i ten Szwab złapał jednego dzieciaka, kopał i gniótł go, żeby mu to wszystko wyjąć. To było coś okropnego. Jak myśmy stali na balkonie i patrzyli na to, Niemcy strzelali do nas, nie chcieli, żebyśmy to wszystko oglądali. Wtedy myśmy zza firanki to obserwowali. Pewnego razu, to już był wieczór, cisza, spokój, taka dziewczynka – z pięć lat miała – co chwila wychodziła z tej bramy i krzyczała: „Jestem głodna!”. Myśmy nie mogli wytrzymać. Ludzie rzucali jej różne kanapki, a przecież Polacy nie mieli co jeść, Szwaby dawały takie niewielkie przydziały, ale mimo to mieszkańcy wszystko jej tam rzucali. Ona wzięła te kanapki i zaczęła sobie jeść, ale potem przyszła znowu i wołała, że jest głodna. Taki żydowski policjant to zauważył. Zamiast tego dzieciaka schować jakoś, to on przyprowadził Szwaba. Ten Szwab wziął dziecko, żeby nie było widać, do tego podwórka i prawdopodobnie zabił. No, bo co z nią zrobił? Już nie wychodziła stamtąd.

Na terenie getta na placu Grzybowskim został Kościół Wszystkich Świętych. Stoi w tym miejscu do dziś. Niemcy pozwalali nam tam chodzić na msze i myśmy z nianią Józefą chodziły na nabożeństwa. Józia to była taka nasza przyjaciółka właściwie, ona z nami całą okupację spędziła i po wojnie z nami była, i nawet teraz leży w naszym grobie na Bródnie. Ta moja koleżanka Jasia została w getcie, w tej swojej kamienicy, z rodzicami. Jak ją spotkałam, gdy jeszcze mogli chodzić, bo nie było jeszcze zamkniętego getta, to nie mogłyśmy się rozstać. Ona nosiła już taką opaskę i mówiła: „Ale Danusia, ty nie możesz ze mną być, bo ja mam opaskę, mogą ci Niemcy coś zrobić, bo z nami nie wolno się zadawać”. A ja na to powiedziałam: „Co ty opowiadasz?!”. Człowiek był głupi, bo młody.

Pewnego razu, kiedy miałam iść z Józefą do kościoła na mszę, powiedziałam: „Odwiedzimy Jasię”, Józia na to: „Danusia, nigdzie nie chodź, ja sama pójdę”. Wzięła słoninę do koszyka, coś jeszcze i powiedziała: „Zaniesiemy im”, i zaniosła. Mama Jasi strasznie ją prosiła, żeby ona chociaż Jasię wyprowadziła z tego getta, ale Jasia była tak podobna do Żydówki, miała takie kręcone kasztanowe włosy i rysy charakterystyczne miała – każdy by poznał, że jest Żydówką. Ona obiecała: „Proszę pani, jeżeli będę mogła, jeśli mi się uda, to ją na wieś do rodziny wywiozę”, bo Józefa miała na wsi swoją siostrę. Jej bracia jeszcze przed wojną wyemigrowali do Ameryki. Dwóch braci miała. Ona mówiła: „Wie pani, jak to jest teraz”. Myśmy nie zdążyli nawet tego zrobić, bo Niemcy tak szybko likwidowali to getto, że coś okropnego. Wywieźli ich. Jak myśmy szli między tych Żydów, jak ten pochód szedł, mówiliśmy „Nie jedźcie, jedziecie na śmierć”. Oni nie wierzyli: „My jedziemy do ogrodów robić, w ziemi”. Oni myśleli, że ich wywożą na roboty. To tyle wiem.

Potem wybuchło Powstanie żydowskie. Nie wiem, co tam wtedy było, jak tam było, w każdym razie ludzie rzucali się z okien, Szwaby strzelały do nich i tak się skończyło. Ale Polacy im pomagali. Myśmy wszyscy wiedzieli, że na parterze mieszka kobieta – taka siwa była – która przetrzymuje Żydówkę. Ona nie była specjalnie podobna do Żydówki. Nawet my, dzieci, nie wiedzieliśmy, że ona jest Żydówką – dopiero po wojnie się dowiedziałam – ale dorośli wiedzieli. Jak było słońce, ona sobie siedziała tak na winklu domu. Jak myśmy szli, to zawsze „dzień dobry” mówiliśmy.

Koło nas, w bramie na Żelaznej, mieszkała taka Marysia z mężem. W 1941 roku, już jak getto było, to oni chodzili kanałami, zanosili tam jedzenie Żydom. Żydzi dawali im jakieś ubrania do sprzedania, żeby za to kupić im jedzenie itd. Zostali w kanale zabici. Józefa tam z nimi zawsze kontakt miała. Nie znam nazwiska ani jej, ani tego męża. Wiem tylko, że Marysia miała na imię, a tak to nie pamiętam. Mało się mówi o takich ludziach, którzy rzeczywiście pomagali Żydom, żeby przetrwali, a przecież oni zostali zabici.

Dzięki temu, że Pani teraz tu o tym opowiada, będziemy mogli te historie i tych ludzi zapamiętać. Co jeszcze pamięta Pani z czasów okupacji?

To, co było za okupacji, te łapanki, to zabijanie ludzi na ulicy i zbieranie innych, żeby patrzyli, jak zabijają tych, którzy byli przeciwko Niemcom, Aleje Jerozolimskie, róg Marszałkowskiej. Nie wiem, czy zrobili tam jakiś pomnik, czy nie. Tam byli rozstrzeliwani ludzie, a innych tam spędzali na siłę, żeby patrzyli, jak ci zostają zabici. Później tam sklep zrobili z dywanami, z ubraniami. Nie wiem, czy teraz jest ten sklep.

Straszne były rzeczy, te godziny policyjne, te łapanki, to było straszne. Idzie Pani i nie wie, co się dzieje, a tu już buda stoi, Szwaby zabierają i koniec. Też byłam w takich opałach, na Złotej. Szłam ulicą Złotą, ludzie już sobie podają, że łapanka. Schowałam się w jakiejś klatce schodowej. Na ostatnie piętro wlazłam, tam czekałam. Potem pomalutku zeszłam. Patrzę, cisza i spokój, to poszłam.

Pomagały dokumenty, że jest się gdzieś zatrudnionym czy się gdzieś uczy?

Raz pomagały, a raz nie. Ciach, ciach i już, zdeptał nogą i koniec. Moja mama miała taką koleżankę. Jej siostra przychodziła do nas, bo nie pracowała, obydwie mieszkały razem. Przychodziła do nas, bo nie miała co robić, to cerowała nam, bo dawniej się cerowało pończochy. Nie było za co kupić nowych. Łatało się ubrania. I ona nam to robiła, bo ładnie łatała. Bawiła się z nami w chowanego. Przypomniałam sobie, nazywała się Janka Jeżycka. Bawiła się z nami, a my ją lubiliśmy. Na drugi dzień przychodzi cała w błocie, spłakana. „Pani Janko, co się stało?”, „Niemcy mnie złapali, powiedzieli, że jestem Żydówka i chcieli mnie zabić”. Ona była podobna do Żydówki, „Kazali mi mówić pacierz, kopali mnie, w błoto mnie rzucili” – rozpaczała strasznie. Mama ją uspokoiła, wymyliśmy ją, wypraliśmy ubrania. Takie przeżycie miała właśnie. Klękała, modliła się, a oni ją tłukli, bili, przewracali. Szwaby tak się nad nią znęcały.

Pamiętam kapliczki. Kapliczka była w każdym podwórku, teraz nieraz widzę, że gdzieś jeszcze są. Myśmy się schodzili wieczorem i modliliśmy się przy tych kapliczkach. Przyszły Szwaby, bo Szwaby od dziesiątej godziny chodziły, bo do tej godziny Polakom wolno było przebywać na zewnątrz. Jeszcze nam wyłączali światło. W jednej dzielnicy prąd był od szóstej do ósmej, a w innych dzielnicach od ósmej do dziesiątej. Człowiek był już nieraz taki zmęczony, że usnął. Trzeba było zasłaniać okna, żeby światła nie było widać, bo przecież alianci bombardowali wszystko. Dobrze robili, my się cieszyliśmy, jak bomby leciały na Szwabów. Przyszli kiedyś do nas na Żelazną, walą w drzwi jak licho. Boże święty, Szwaby! Przyszli, że u nas światło widać. Ojca już chcą zabierać, a że to były takie Szwaby z Wehrmachtu i policjanci, to my mówimy, żeby policjant przetłumaczył, że my nie wiedzieliśmy, myśmy usnęli i dlatego się światło świeciło, nie zakryliśmy, bo nie zdążyliśmy. On nic. W końcu mówi: „Dajcie im parę złotych, to pójdą”. Rzeczywiście, zebraliśmy trochę tych pieniędzy. Pamiętam, że u nas nocowała jeszcze koleżanka Józefy, to ona nam pożyczyła, bo nie mieliśmy grosza. Dzięki niej obłaskawiliśmy tego Szwaba, poszedł.

Kiedyś Józefa poszła gdzieś, bo podobno kartofle tanio były. Poleciała po te kartofle, niesie je na plecach, dźwiga, a tu Szwab idzie pijany i mówi: „Matka, dawaj!”, taki pół polski, pół śląski. Ona mówi na to: „Ja mam dzieci, niech pan mi nie zabiera tych kartofli, ja mam dzieci!”, „Dawaj!” i koniec. On wziął worek na plecy, ona go szarpie, żeby on jej oddał te ziemniaki, a on pyta: „Gdzie mieszka?”, i przyniósł nam te ziemniaki. To był Ślązak, u Niemców. Przyniósł nam te ziemniaki, zjadł z nami kartoflankę, bo Józefa od razu ugotowała, i poszedł. Dał nam jeszcze parę cukierków.

Doczekaliśmy się Powstania Warszawskiego. Entuzjazm był ogromny.

Czy rodzina wiedziała, że wybuchnie Powstanie? Czy ktoś działał w konspiracji?

Myśmy nie wiedzieli, bo myśmy nie należeli do żadnej konspiracji. My, dzieci, byłyśmy jeszcze małe, mama się o nas bała, więc myśmy się nie udzielały, ale przychodziła do nas koleżanka mojej najstarszej siostry, która rzeczywiście należała do konspiracji. Przychodziła do nas także jej siostra Irka, taka mała, przyjaźniła się ze mną. Któregoś dnia ta starsza nam mówi tak: „Słuchajcie, wy jesteście takie dziewczynki młode. Jak będę szła do domu, to patrzcie, czy ktoś za mną chodzi”. My z Irką, jak ona szła, podążałyśmy za nią i rzeczywiście chłop w kapeluszu szedł za nią i wypatrzył, gdzie ona mieszka. Ona mieszkała u rodziców na Pańskiej, przecznica Żelaznej. Na drugi dzień mówimy jej: „Halina, widziałyśmy człowieka za tobą, takiego i takiego”. Wywieźli ją do lasu, do partyzantów. Ona rzeczywiście należała do konspiracji.

Jak wybuchło Powstanie, to mojej najstarszej siostry nie było w domu. Ona gdzieś tam poszła i już tam została, bo nie mogła się do nas przedostać. Chyba na Mokotowie, ale teraz nie mogę sobie przypomnieć. Ona tam całe Powstanie przeżyła. Potem, jak już się wszystko skończyło, to ona uciekła przez most Poniatowskiego, pontonowy wtedy, i dostała się do ciotki na Grochów. Tam spotkała się z nami, jak myśmy już z rajzy wrócili.

Jak Pani zapamiętała wybuch Powstania?

Pięknie było, to był entuzjazm nie do opowiedzenia. Kto tylko był żyw, wyszedł. Od razu zbieraliśmy jedzenie dla powstańców. Kosze takie wielkie się natychmiast znalazły. Chodziliśmy po podwórkach i mówiliśmy: „Zbieramy jedzenie dla powstańców”. Wszyscy rzucali, co mieli. Potem żeśmy barykady budowali, dwie – na Żelaznej przy Siennej była jedna, druga za Pańską. Myśmy te barykady budowali z czego się dało. Brało się z domu różne krzesła, wyjmowało się z bruku płyty, potem się robiło jeszcze takie balustrady, żeby przejść po wodę, bo wody nie było przecież. Gazu nie było, wody nie było, wszystko Szwaby wyłączyły. Ludzie studnie budowali sobie na podwórkach. Myśmy mieli takie małe podwórko. To był piękny dom, podwórko było całe wyłożone kafelkami. Piękna brama z kafelkami szafirowymi. Mieszkania były od frontu i od kuchni, a ten front był cudowny. Na suficie widniały piękne malowidła.

Przebywali Państwo w mieszkaniu czy trzeba było zejść do piwnicy?

Myśmy mieszkali w piwnicach całe Powstanie. Do domu się szło, żeby wziąć kubek czy coś innego. Pamiętam, że Niemcy strasznie bombardowali i mieli takie jakieś armaty, czy działa, które, jak nakręcali, to one tak buczały. Myśmy je nazwali krowami. Pamiętam, że jak się tylko słyszało to nakręcanie, to już się do piwnicy uciekało, bo „krowy, krowy, krowy!” i od razu zaczynało się bombardowanie tymi krowami.

 Gdzieś dobrą studnię zrobili, więc chodziliśmy tam po wodę, przez te barykady, przez to wszystko. Na dachach stali snajperzy i strzelali do ludzi. Ilu ludzi zastrzelili w ten sposób! Pani nie ma pojęcia. Ludzie musieli iść, żeby sobie wody nabrać, bo bez wody żyć było trudno. Nasz dom zapalił się na piątym piętrze od bomb zapalających, które zrzucali. A tu wody nie ma, nie ma czym gasić, ale tak żeśmy zrobili, że tylko to piętro się spaliło, a cały dom ocalał. W jaki sposób to było robione, nie wiem, ale myśmy ocalili ten dom wtedy.

Z początku to było cudownie, ale później to już było strasznie. Takie tragedie działy się, że coś okropnego. Miałam koleżankę, z którą później maturę robiłam. Ona mieszkała na Woli z mamą i bratem. Nie wiem, co z ojcem było, bo nie mówiła o ojcu. Oni, jak wybuchło Powstanie, zostali zwołani, groby musieli sobie naszykować, czwórkami szli, a Niemcy do nich strzelali. Ona też szła w tej grupie z matką i z bratem. Mama jej tak powiedziała: „Módl się do Matki Boskiej »Pod Twoją obronę«”. Oni szli i mówili „Pod Twoją obronę” cały czas i w pewnym momencie: „Halt! Ludzie są potrzebni, czołgi!”. Posłużyli jako żywe tarcze i w ten sposób uratowała się i ona, i jej mama, i brat. Przeżyli dzięki temu, że wzięli ich przed te czołgi. Nasi powstańcy ich odratowali wtedy, zaczęli strzelać do Szwabów, podkładać butelki z benzyną pod ten czołg, ten czołg się zapalił i koniec. Ona przeżyła straszne piekło. Ale się uratowała, to najważniejsze. Była wtedy jeszcze małą dziewczynką, dzieci inaczej to widzą. Gdyby była starsza, toby na pewno to przeżywała okropnie.

Drugie takie zdarzenie to na Starym Mieście było. Nasi zdobyli czołg. Wielka radość, bo czołg zdobyty, tak jak wtedy kiedy PAST-ę zdobyli. Ale ten czołg był załadowany bombami i wybuchł. Ludzi, którzy tam stali przy czołgu, zmasakrowało. Tam zginęli właśnie nasi znajomi – żona znajomego była w ciąży, a on poszedł z dwoma synkami cieszyć się z tego czołgu. Zginął on i te dzieci zginęły, między innymi.

Mówi Pani o strasznych wydarzeniach. Kiedy zostali Państwo wypędzeni?

8 września. Z piwnic przy Żelaznej. To była Żelazna 41, mieszkania 18. To było straszne. Ci powstańcy zostali, niektórzy jeszcze stali na tych barykadach, młodzi chłopcy, a myśmy szli. Oni mówią: „Co wy idziecie? Do Niemców idziecie?”.

Działo się to w momencie chwilowego zawieszenia broni?

Tak. Jak byśmy nie wyszli, to oni by wszystko zniszczyli i wszystkich ludzi zabili. Myśmy więc z tego skorzystali. Bardzo dużo ludzi wyszło wtedy, to była kolumna. Baliśmy się. Nie pamiętam, kogo myśmy się tak bali… Już lepiej było wyjść na Węgrów, bo tam stali Węgrzy i Ukraińcy. Ci ostatni byli najgorsi. Mój ojciec przed wojną zawsze mówił o Ukraińcach, że z nimi nie da się żyć, bo żeby człowiek im nie wiem co zrobił dobrego, to oni ciągle będą przeciw Polakom, i tak rzeczywiście było. Mówię Pani, straszne to było. Szliśmy i szliśmy na ten Pruszków.

Był czas, żeby wziąć jakieś rzeczy?

Chwilę dali, ale co Pani mogła wziąć w rękę? Przecież człowiek był zmęczony, głodny, jeszcze ojciec mi powiedział, żebym psa nie brała. Biedny, zjedli go powstańcy, którzy jeszcze zostali. Z nami była jeszcze taka dziewczynka, pojawiła się, kiedy się zaczęła ta zawierucha, te bombardowania i już Powstanie wybuchło. Miała ze 12 lat. Z tym pieskiem tak się trzymała, do naszej piwnicy się dostała, wcześniej zgubiła rodziców i cały czas była z nami, nawet z Powstania wyszła z nami. Myśmy doszli do Pruszkowa.

Całą drogę przebyli Państwo pieszo czy jechali kawałek drogi koleją?

Pieszo. Nawet nie wiem, być może myśmy kawałek jechali, tego już nie pamiętam. Przypominam sobie, że myśmy szli, szli i szli. Dotarliśmy do Pruszkowa. Tam było piekło. Weszliśmy do tego Pruszkowa. Tam była jakaś zburzona kolejowa…

Tak, przed wojną tam były Warsztaty Kolejowe.

Aha. To wszystko było zburzone, gruzy. Takie wielkie szyny wystawały, że nawet nie było gdzie się położyć. Niemcy rozdzielali rodziny – ojców od żon, od dzieci. Tylko małe dzieci zostawiali z matkami. A takie jak my… To były takie sektory… To się inaczej nazywało, ale zapomniałam. Ludzie darli się wniebogłosy, nie chcieli się rozłączyć. To było coś strasznego. Warunki takie, że coś okropnego. Moja mama zupełnie wariacji dostała, jak nas rozdzielili z siostrą. Zabrali nas za druty, a ją z Maćkiem, Józefą – ona miała taki garb, więc jej nie ruszali – i ojcem zostawili. Nasz ojciec źle wtedy wyglądał, miał zapadnięte policzki, więc wzięli go na sektor chorych. Mnie i siostrę Baśkę oddzielili od nich. My tam stoimy, beczymy jak nie wiem co, że nas rozłączyli, mama krzyczy wniebogłosy. Chodzili tacy Niemcy ze szpicrutą, hitlerowcy, mieli czaszkę na czapce, a mama do jednego takiego Szwaba, klęka przed nim, że jej córki zabrali. Już nie wytrzymałam, krzyczałam na cały głos: „Mama, odejdź, on cię kopnie, on cię zastrzeli! Mama, odejdź od niego!”. Wie Pani, tak się darłam, że coś okropnego. A on – nie wiem, czy znał polski, czy co – odwrócił się na pięcie i odszedł od mamy. Przecież strzelali do  takich. Jak zobaczyli, że krzyczą, to bach!

Była Pani świadkiem takich scen, kiedy Niemcy strzelali do więźniów?

Tak. Ojciec mówi: „Chodź, idziemy”. Poszli na ten barak. „Jedynka” to się nazywało.

Ona była tuż przy torach, przy murze.

Tam było strasznie.

Tam poszła rodzina, tak?

Tak. A mnie z Baśką tu zostawili.

Gdzie się odbywała ta selekcja?

Jak tylko się weszło. Nie wiem, jak to opisać… Na powietrzu, na takim równym terenie. My stoimy, Baśka ryczy, ja ryczę, dziewczyny różne płaczą, a z nami była jeszcze ta dziewczynka z pieskiem, też do nas doliczona. Tam posługiwały siostry miłosierdzia, ludziom pomagały, widocznie Szwaby na to pozwoliły. Przyszła do nas jedna z nich i tak mówi: „Dziewczyny, jak możecie, to uciekajcie, bo wasz transport jest dziesiąty, a co dziesiąty jedzie do Oświęcimia”. Jak ona to powiedziała, to ja mówię: „Baśka, uciekamy!”, a ona na to: „Co ty, zastrzelą nas!”. Bała się jak licho, nie chciała. A tych wszystkich takich oddzielonych pilnowali zwykli żołnierze, z Wehrmachtu, z karabinem, to nie byli esesmani, tylko Wehrmacht. Chodzili tak wkoło nas. Aha, sanitariuszka powiedziała jeszcze: „Jak przyjdzie następny transport, będzie zamęt, wtedy uciekajcie”. Rzeczywiście, przyszedł następny transport, przybyło ludzi, zrobił się zamęt, krzyk, rwetes. Wtedy mówię: „Baśka, uciekamy!”, a ten Niemiec naprawdę się odwrócił do nas tyłem. Podniosłam druty, mówię: „Idziesz czy nie, bo cię zostawię!”. Ona już nie miała możliwości, wzięłam jeszcze tę dziewczynę z tym psem, sama wyszłam, a za nami jeszcze dwie wyszły. Tak żeśmy uciekły na tę „jedynkę”. Tam żeśmy zobaczyły, co się działo. Głód, smród, wszy straszne, w ogóle coś okropnego. Jaki człowiek był tam biedny. Każdy – czy chory, czy zdrowy. Z tej „jedynki” były transporty ludzi, wsadzali do wagonów świńskich i wywozili na wieś. To była właściwie wolność. Ale jak się stamtąd wydostać, bo tam też przy tych wagonach pilnowały Szwaby. Baśka rozkrwawiła sobie sama nogę, mama jej zawiązała, krew jej leciała, okulary włożyła. Ja byłam trochę młodsza, więc zawiązałam sobie warkoczyki, żeby mnie przepuścili, a Baśkę jeszcze podsadzali. Wszyscy żeśmy weszli do tego wagonu świńskiego, nie było ani dachu, ani nic, tylko taki prawdziwy bydlęcy. Tymi wagonami żeśmy jechali z tydzień.

Ile dni spędzili Państwo w obozie w Pruszkowie?

Nie wiem, chyba z tydzień lub dłużej żeśmy siedzieli, żeby jakoś się wydostać. Myśmy się bali, głód był straszny. Przywozili zupę, więc kto miał garnek, to dostał zupy, a kto nie miał garnka… A kto mógł mieć garnek, jak wychodził z Warszawy? Kto myślał o garnku? Moja mama na szczęście pomyślała, bo przeszła I wojnę światową i już miała pojęcie o Szwabach i kacapach. Wzięła taki garnek, ale łyżek nie mieliśmy i tak żeśmy z tego garnka chlipali tę zupę. Dostaliśmy tej zupy dużo i jeszcze innym daliśmy.

Codziennie dawali taką zupę?

Tak. Taka zupa była codziennie. Poza nią nie było nic. W Powstaniu Warszawskim też nic nie mieliśmy, ale moja mama zawsze suszyła chleb. Jak ktoś nie zjadł, to ona nie wyrzucała tego chleba, dzięki temu u nas zawsze był suchy chleb. Jak przyszła wojna i nastał głód, to myśmy mieli ten suchy chleb. W Powstaniu korzystaliśmy z tego suszonego w czasie okupacji. Ten chleb nas uratował, dzięki niemu żeśmy z głodu nie umarli. A jeszcze był tam na Żelaznej taki prywatny sklep spożywczy i ci ludzie z tego sklepu mieli taką włoszczyznę zasuszoną. Z tej zasuszonej włoszczyzny robili ludziom zupy. Straszna była ta zupa, okropna, bez żadnego tłuszczu, bez niczego. Tę zupę ludzie jedli, pamiętam. Było dużo takich osób, co z innych kamienic do nas przyszli, bo ich domy były już zburzone. Dużo ludzi było, coś okropnego. Tego się nie da opowiedzieć, człowiek już tyle zapomniał tego wszystkiego.

Dokąd zostali Państwo wysłani z obozu?

Jak żeśmy jechali, to było straszne. Odkryte wagony, deszcz lał jak z cebra. Jedna kobieta rodziła w tym wagonie, krzyk był niemożliwy. Ludzie wołali: „Gdzie Ty jesteś, Boże?”. Coś okropnego. Stanął gdzieś ten pociąg i stał 12 godzin.

Wiedziała Pani, dokąd jedzie?

Nie. Na którejś stacji stanął w nocy i stał. Niemcy się pochowali, bo deszcz padał, to ludzie zaczęli mówić: „Uciekamy!”. Zaczęli uciekać z tego wagonu. A z tego wagonu wyjść było trudno, mimo że była to tylko platforma. Niektórzy ludzie uciekli, myśmy się wygrzebali z tego wagonu, a wtedy Niemcy się obudzili i „Halt!”, zatrzymali nas, ojca chcieli rozstrzelać. W ogóle to cud był, bo moja mama zawsze się modliła do Matki Boskiej i wtedy powiedziała: „On poszedł siusiu robić, nie uciekał!”. „No, włazić z powrotem!” i żeśmy weszli. Dojechaliśmy do Sędziszowa, wieś Klimontów. Tam nas Niemcy wysadzili.

Wszystkich tam wysadzili?

Wszystkich, którzy byli w tych wagonach. Nie w jednej wsi, bo porozdzielali nas na różne wsie. Jedna wieś by wszystkich nie wyżywiła. Nas wysadzili w Klimontowie. Przyjechał taki Szwab na koniu, zaczął do nas mówić po niemiecku, miał tłumacza przy sobie i ten tłumaczył: „Gdyby wam tu było źle, gdyby wam wieś nie chciała dać jeść czy coś, to powiedzcie nam, a my do nich pójdziemy”. Pewnie, że byli niektórzy chłopi skąpi jak nie wiem co. Jak myśmy się dostali na kwatery, to po dwoje nas rozdzielano, ja z Józefą byłam, Baśka z ojcem, mama z Maćkiem. Mamę wzięli do najbogatszego gospodarza, to snopek słomy dostała na ziemię, zimno jak licho, nawet łóżka jej nie dał, jeszcze mówił, że „warszawiacy to bułki wyrzucali przed wojną i teraz ich Pan Bóg skarał”.

A Pani w jakich warunkach mieszkała?

My z Józefą dostałyśmy kwaterę u takich biednych ludzi o jednej mordze. Boże, jak nam tam było dobrze! Bielikowie się nazywali, a ten bogacz to Śmiechowski. Łóżko nam od razu oddali. Mieli takiego synka trzyletniego, on im ciągle chorował, kaszlał, ona go leczyła jak tylko mogła, bo lekarzy wtedy nie było. Oni lekarzy nie mieli też przed wojną. Bimber gnali, jak licho, zapijali się tym bimbrem, a ludzie z lasu przychodzili i im go rozbijali, żeby się nie rozpijali. Tak dbali. „Jak będzie po wojnie, to co będziecie robić? Będziecie pijakami?” – tak ich tam napominali.

Moja mama była bardzo energiczna, nie potrafiła żyć na cudzym, więc pojechała do Radomia. Wiedziała, że tam jest w fabryka skóry. Ci chłopi tutaj chodzili w długich butach, bo nie mieli dobrej drogi, tylko taką błotnistą, niewyasfaltowaną, niczym nieprzykrytą i oni musieli chodzić w takich długich butach. Mieli szewca, który ciągle im te buty szył, i potrzebna im była skóra. Mama poszła po rozum do głowy – miała taką „żydowską” głowę,  przecież ona z Żydami bardzo dobrze żyła na Twardej. Mama zaczęła handlować tą skórą. Przywoziła, sprzedawała i jechała po następną.

Dzięki temu były jakieś pieniądze.

Oczywiście. Mama jeździła tam z Maćkiem i pewnego razu nie mieli gdzie przenocować w tym Radomiu. Tam było takie RGO. Nie wiem, to jest skrót.

Rada Główna Opiekuńcza.

O! I oni tam nocowali z Maćkiem, bo matkę z dzieckiem to zawsze zostawiali, nie patrzyli, co ma, nie zabierali nic, choć Szwaby przecież wszystko zabierały. Mama jak jeździła z Maćkiem, miała dobrze. Kiedyś przyszedł tam jakiś pan i powiedział, że potrzebuje dziewczyny do opieki nad dzieckiem, bo oni z żoną pracują. Mama powiedziała, że ma dwie córki, nawet nasze zdjęcia pokazała i on mnie wybrał. Chętnie pojechałam z tej wsi do Radomia i tam byłam u nich. Jak już Niemcy uciekali, to mama przyjechała i mnie stamtąd zabrała, żebyśmy byli razem.

To była polska rodzina?

Tak. Rodzice tej kobiety mieli restaurację w Radomiu, jeszcze sprzed wojny, i tam razem pracowali. Ten jej mąż złotem handlował, wie Pani, jak mógł, żeby przetrwać. A ja się zajmowałam chłopczykiem, Lolo się nazywał i do mnie zawsze mówił: „Lolo, kuś papusia”, to znaczyło, żebym mu ugotowała jedzenie.

Później pojechałam z mamą na tę wieś i od razu powiedziałam: „Do Warszawy jedziemy, już można jechać, do Warszawy jedziemy”. Tak napierałam na mamę: „Wracamy i koniec!”. Moja siostra mówi: „Jest takie zimno. Gdzie będziemy?”. Ja na to: „Wracamy i koniec, jak nie chcecie, to sama będę wracać”. Już byłam przecież panienką. Mama mówi: „Wracamy”. Józefa nasza także mówi: „Dobrze mówisz, Danusiu, wracajmy”, mimo że ona ze wsi była, ale tak kochała Warszawę, że nie wiem.

A jeszcze jak żeśmy jechali na tę wieś, to było takie bombardowanie, nie wiem, czy kacapów, czy aliantów, a myśmy jechali w takim wagonie pocztowym. Byłam tak zmęczona, że się zakryłam w tym pocztowym wagoniku i spałam. Mama mówi: „Danusia, uciekajmy, bo jest nalot!”, a ja na to: „Ja nigdzie nie uciekam, najwyżej mnie tu nalot spotka i koniec, trudno, zabije mnie, nie idę!”. No i mama z Maćkiem też nie poszła, tylko żeśmy zostali w tym wagonie i dobrze żeśmy zrobili, bo było takie bombardowanie, że ci ludzie, którzy uciekali z tego naszego pociągu, leżeli pokotem koło wagonu, zabici.

Mama miała w Koluszkach brata ciotecznego, takiego kuzyna dalekiego, i przypomniała sobie, że on pracował w Koluszkach na stacji. Jak się okazało, był już zawiadowcą stacji. Mama nas zostawiła z Maćkiem w takiej restauracji, herbaciarni i poszła zobaczyć, czy on gdzieś tam jest. Jak tylko powiedziała nazwisko, to powiedzieli, że on tu mieszka, i się spotkali. On mówił: „Janka, czego ty szukasz? Zabieraj dzieci i do mnie!”. Myśmy tam do nich poszli, trochę żeśmy u nich byli, trochę na wieś pojechaliśmy i do Warszawy.

Do Warszawy jechaliśmy w takich strasznych wagonach ruskich. Mama, jak mieliśmy wracać, zrobiła sobie trochę bimbru, w małe butelki ćwiartkowe go rozlała. Moja mama była taka energiczna i mądra. Wymyśliła, żeby tym kacapom dawać. Żeśmy jechali ich wagonem, na wagonie stały skrzynie z amunicją. 24 stopnie mrozu, mówię Pani. Baśka krzyczała wniebogłosy: „Jezu kochany, zamarznę!”. Rzeczywiście było strasznie. A tu kacap przyszedł: „Co wy tutaj, na wagonie jest broń, wyłazić!”. „Dokąd? Wyskoczymy z tego wagonu?” – pyta mama. Ojciec znał trochę rosyjski z I wojny światowej, musieli się uczyć. Mama dała kacapowi ćwiartkę wódki, a on przyprowadził jeszcze innych, mama dała jednemu, drugiemu, a potem powiedziała, że więcej nie ma, ale jakoś się odczepili i dali nam przejechać. W nocy przywiózł nas pociąg gdzieś tam od stacji daleko, musieliśmy do Śródmieścia dojść. Idziemy, idziemy, nie wiemy, czy dom stoi, ciemna noc. Dobrze, że szliśmy nie tylko my, lecz i ludzie inni szli. Szedł i mój brat, mały chłopiec, najmłodszy z nas. Zachciało mu się siusiu. Wszedł w gruzy, żeby siusiu zrobić, a jakiś pan, warszawiak, mówi tak: „Jak ty możesz w Warszawie, na warszawskiej ulicy, robić siusiu?!”. Tak tę Warszawę żeśmy kochali, tę przedwojenną i obecną, mimo że jest bardzo zmieniona, ale nigdy bym nie mogła gdzie indziej mieszkać.

Jakie było pierwsze wrażenie, gdy zobaczyliście tę zburzoną Warszawę?

Straszne. Warszawa była gruzowiskiem. Nie można było iść. Po gruzach się szło jakby po górach, dolinach, nic nie było odgruzowane.  Idziemy. Dochodzimy do naszej bramy. Brama stoi. Idziemy dalej. Mama mówi: „Suwajcie nogami, żebyście nie wpadli w jakiś dół”, bo ciemno było, w nocy tam dotarliśmy. Suwamy tymi nogami, patrzę, a tam w oficynie światełko świeci. Mówię: „Mama, tu ktoś mieszka, światełko widać!”. Mama na to: „Tak, to on, stoi ten nasz dom”. Idziemy do klatki schodowej. Klatka jest. Idziemy na drugie piętro, a na naszym mieszkaniu już kłódka wisi, ktoś zajął. Jak to dobrze, że ja i Józefa parłyśmy do Warszawy. Okazało się, że sąsiadka jest, dała nam siekierę, otworzyliśmy drzwi. Rano przyszła kobieta: „Jak ktoś mógł moje mieszkanie otworzyć?!”. Mama na to: „Właściciel otworzył. Co pani sobie myśli?”, a ona: „A gdzie ja będę mieszkać?”. „Jest antresola u nas, niech pani sobie zamieszka”. To było takie wysokie mieszkanie, że było przedzielone w kuchni i była zrobiona antresola. Baba widocznie niejedno mieszkanie zamknęła na handel, bo poszła, jak jej mama powiedziała, że nic z tego nie będzie, bo my jesteśmy właścicielami. Mama poszła na milicję, kenkartę im dała, oni odnotowali i powiedzieli: „Wy jesteście w porządku i koniec, to jest wasze mieszkanie”.

Sprzęty się ostały w mieszkaniu?

A tam, nic! Okien żadnych nie było, drzwi powywalane, coś strasznego. Kuchnia była taka przedzielona, ale piec był prawdziwy. Desek i tego wszystkiego było tam mnóstwo w Warszawie, więc żeśmy nazbierali, mieliśmy czym palić i w kuchni żeśmy siedzieli. Później już można było co nieco kupić. Znaleźli się rzemieślnicy, wstawili okna, szyby. Tramwaj jakiś był, to zrobili z niego restaurację, zresztą to chyba na filmie jest, takim o Warszawie, nie pamiętam tytułu. Na Żelaznej stał ten tramwaj dokąd gruzów nie sprzątnęli. Wszyscy byli zatrudnieni, musieli codziennie ileś godzin pracować przy gruzach. Przecież myśmy sami odgruzowywali Warszawę, wszyscy. Ale z przyjemnością to się robiło, żeby była Warszawa. Z początku nie było wody, to zrobili takie krany na ulicy, szło się i tam się brało wodę, a później już była woda, gaz puścili.

Mówię Pani, wszystko było w tym domu, a oni ten dom zburzyli. Byłam wtedy mężatką, Baśka też, mama już nie żyła. W domu został tylko brat z tatą i Józią. Wiem, że byli tacy ludzie, którzy nie chcieli się wyprowadzić z tego domu, bo oni tam przed wojną jeszcze mieszkali. Nie było mieszkań, ludzie nie mieli gdzie mieszkać, a oni dobry dom zburzyli. Potem na tych gruzach wybudowali Muranów itd., a to, co można było zachować, to nie zachowali, tylko wszystko burzyli. Na placu Teatralnym był przecież zakon, kościół. To też to zburzyli, chociaż to było to wyremontowania. Na koniec Powstania Niemcy chodzili i żeby nikogo już w Warszawie nie pozostawić przy życiu, to takimi miotaczami ognia do tych okienek do piwnicy celowali. Ogień zapalał to wszystko. Domy paliły się wewnątrz, ale wszystkie mury dobre pozostały. Można było to wszystko naprawić. Niestety, nie chciało się. Na gruzach postawili nowe domy. Cały Muranów na gruzach przedwojennej Warszawy stoi. Myśmy odgruzowywali to wszystko, bośmy chcieli, żeby ta Warszawa stanęła na nowo. Człowiek kochał tę Warszawę.

Aleksandra Szabunowska. Fot. z pryw. arch.
Jadwiga Szabunowska z córkami, Basią i Krystyną. Fot. z pryw. arch.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Powiązane hasła

”None