menu

Szczepankowska Aleksandra – Wspomnienia z Powstania Warszawskiego

Szczepankowska Aleksandra – Wspomnienia z Powstania Warszawskiego

Aleksandra Szczepankowska vel. Siwiera vel.2 Wachowska w czasie wybuchu Powstania Warszawskiego miała 32 lata. Była absolwentką szkoły zawodowej. Mieszkała na przy ul. Sieleckiej 31 na Czerniakowie. 5 września została wygnana z Warszawy do obozu Dulag 121, skąd została wywieziona do Gorzkowic i przyjęta przez gospodarzy z pobliskich Łąk Małych. Prezentujemy fragment wspomnień, z dni 2-13 września 1944 r., spisanych w 1976 r., wydanych w publikacji „Exodus Warszawy. Ludzie i miasto po Powstaniu 1944” [Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1992, T.1, s.582-602]. Zachowujemy styl tekstu i pisownię zgodną z oryginałem.

[…] 2 września 1944. Przez całą dzisiejszą noc trwała strzelanina i walka o dom nr 29. Z jednej strony od ulicy Chełmskiej byli powstańcy, a od Podchorążych Niemcy. Całą noc siedzieliśmy w piwnicy. Słychać było po polsku: „ognia” i po niemiecku: „Feuer”. To była straszna noc. Ranni zarówno ze strony polskiej, jak i niemieckiej wołali pomocy. Niestety, nie mogliśmy im nic pomoc. Rano weszło do nas kilku powstańców i kazali nam zapakować trochę bielizny, jedzenia i cieple ubranie, bo szybko tu nie wrócimy. Na zimę na pewno nie. Wiemy już o tym, że Niemcy wywożą do Pruszkowa ludność cywilną. Pakuję więc najpotrzebniejsze rzeczy. Trochę bielizny, futro, zimowe buciki, kołdrę i poduszkę oraz aparat fotograficzny i sporo zdjęć oraz budzik. Razem robimy z Piotrem [Piotr Niewiadomski, kolega męża, który przeszedł na ul. Sielecką z Woli 29 VIII razem z 8-letnim synkiem Zdzisiem – przyp. aut.] dwie większe paczki i dwie mniejsze oraz torebkę niedużą dla Zdzisia. W tej właśnie torebce mam zdjęcia, aparat i budzik. W dużej mam pościel, a w drugiej dużej zimowe ubrania moje i męża buty, w małej podręcznej trochę chleba, z pół kilo razowej mąki i trochę soli oraz razowe suchary.

Wychodzimy z domu całą dużą grupą. Naszą ulicą iść nie można, bo Niemcy strzelają z bunkra. Przechodzimy więc przez nasze podwórko dziurą w murze. Na podwórku następnym morze ognia. Mamy tylko wąskie, może trzy metry, przejście pomiędzy palącym się domem i palącym się wysokim drewnianym płotem. Musimy tędy przejść, żeby dostać się na następne podwórko i wyjść na ulicę Stępińską. Przebiegamy więc między morzem ognia szybko, pojedynczo, a jest nas razem ze trzydzieści osób. Jesteśmy już na Stępińskiej, ale tu trzeba przejść na drugą stronę, żeby dostać się do schronu po drugiej stronie ulicy. Stoimy w bramie palącego się domu i zastanawiamy się, co dalej robić. Wzdłuż ulicy strzelają Niemcy z bunkra, więc będą nas widzieli, idziemy prawie do końca ulicy przez dziury. Dalej iść nie można. Zbieramy się całą gromadą i przebiegamy bardzo szybko na drugą stronę. Niemcy puszczają na nas serię z karabinu maszynowego. Jest jedna osoba zabita – czternastoletni chłopiec i trzy ranne. Dwie osoby lekko ranne w nogi, trzecia, moja sąsiadka, co mieszkała nade mną, ranna poważnie. Kula tkwi w udzie, nie może chodzić, nie ma jej kto dać pomocy, nie mamy żadnych lekarstw. Ja mam trochę jodyny, waty i bandaż, ale tym kuli nie wyjmę. Noga jej mocno krwawi. Robimy ucisk na żyły i tętnicę. Jest trochę lepiej. Naokoło rany smaruję jej jodyną i zawijam bandażem, żeby ulżyć chociaż tym prowizorycznym opatrunkiem. Ojciec zabitego chłopca strasznie rozpacza, to jego jedyny syn. Przyciągnął ciało na podwórko. Tu mężczyźni wykopują mu grób. Wiem, że miał na imię Staś, ale nazwiska nie pamiętam. Miał 14 lat. Ojciec nie chce iść do schronu. Prawie siłą go wciągają, bo nad gruzami domu wciąż krążą samoloty, bombardują i strzelają. Siedzimy w tym bunkrze cały dzień i całą noc. Śpimy tam na gołym cemencie. Kołdrę i poduszkę dałam do spania dzieciom. Mamy ich tu czworo od roku do pięciu lat. Siedzą cichutko, jakby wyczuwały grozę sytuacji. Zastanawiamy się, gdzie jutro uciekać, bo tu dłużej nie możemy być.

3 września. Teraz w dzień nie ma mowy, żeby iść gdzieś dalej, musimy czekać aż do wieczora. Dziś widziałam, jak Niemcy systematycznie niszczą miasto. Po prostu szło ich trzech ulicą Stępińską, jeden rzucał do okien butelki z benzyną, a drugi granaty, trzeci szedł z karabinem i kto próbował uciekać, zabijał na miejscu. Tak więc dom po domu niszczyli. Cała ulica to jedno rumowisko i jeden ogień. Dom, w którym mamy schron, jest już zniszczony przez bomby. Prawie cały w gruzach, tylko schron ocalał, więc tam siedzimy, ale bardzo cichutko, żeby nas Niemcy nie zobaczyli, bo wrzucą do schronu kilka granatów i wszystkich nas zabiją. Przeszli tylko ci podpalacze, to jeden z mężczyzn wyszedł ze schronu, jakiś Niemiec go zauważył, dostał prosto w czoło. Boimy się wszyscy bardzo, nikt nie wygląda. Czekamy, jak się ściemni. Mocno ciemno to nie będzie, bo wkoło palą się domy, to widać przejścia i dziury, którymi chcemy dalej uciekać. Trzeba bardzo uważać, bo lecą rozpalone cegły i żelazo.

4 września. Wczoraj późno w nocy przeszliśmy ze Stępińskiej na Czerniakowską. Zatrzymaliśmy się w jakimś opuszczonym domu. Piotr chciał iść dalej, ale ja już nie miałam siły. Musiałam odpocząć chociaż ze dwie godziny. Raniutko pójdziemy dalej. Nic nie wiemy, czy jesteśmy u powstańców, czy u Niemców. Wszyscy znajomi z naszego domu gdzieś się rozproszyli w czasie nocnej ucieczki. Wokoło sami obcy ludzie. Ze znajomych został Piotr i Zdzisio. Postanawiamy trzymać się razem do ostatka. Całą noc słychać było tu ostrą strzelaninę.

5 września. Jest bardzo rano, dopiero wzeszło słońce. Strzelanina ucichła. Do naszej piwnicy wchodzi Niemiec, każe nam wychodzić. Jest nas grupa około 40 osób. Boimy się bardzo, że nas zaraz rozstrzelają, ale oni pędzą nas dalej ulicą Czerniakowską na Sadybę. Tu już zebrana jest ogromna grupa ludzi. Sama ludność cywilna. Jest nas pewno ze trzy, a może cztery tysiące. Teraz pędzą nas jak bydło. Dokąd, nie wiemy. Idziemy tak bez przerwy do godziny drugiej po południu. Zatrzymują nas na jakimś placu. Przychodzi tu więcej Niemców. Pozwalają usiąść i coś zjeść. Dzielimy się, czym kto ma. Po godzinie pędzą nas dalej, teraz już przez miasto. Widok jest okropny. Sklepy porozbijane, domy popalone. Meble, ubrania, bielizna powyrzucane na ulicę. Wszędzie pełno gruzu i szkła. Pomiędzy uchodźcami przeważnie kobiety, dzieci i ludzie starsi. Dużo jest lżej rannych. Mają pozawijane ręce i nogi, i głowy. Po drodze Niemcy dołączają jeszcze grupy ludzi. Robią nam zdjęcia. Na jednym zdjęciu jestem ja. Nie wiem, kto robił to zdjęcie. Powstańcy czy Niemcy. [Zdjęcie, na którym jestem, znalazłam w tygodniku „Przekrój” z 28 VII 1974, nr 1529, s. 11, Jestem naprzeciw prowadzącego nas Niemca. Niosę na plecach związane prześcieradło poduszkę i kołdrę – przyp. aut.]

Ulice, którymi nas pędzili, były na tyle uprzątnięte z gruzu, żebyśmy mogli przejść. Chciałam się zorientować, jakimi ulicami nas pędzą ale nie sposób było poznać ulicy, po której chodziło się setki razy. Zauważyłam tylko jedną tabliczkę i wiem, że szliśmy ulicą Rakowiecką. Domyśliliśmy się, że pędzą nas na lotnisko mokotowskie. Szliśmy bardzo wolno. Rozmawiać nie pozwalali. Kto rozmawiał, bili kolbami lub pejczami, krzyczeli po niemiecku: „Schnell, schnell, polnische Schweine”.

Kiedy szliśmy pomiędzy ogródkami, kilka osób zaryzykowało ucieczkę, ale im się nie udało. Z miejsca zostali zabici. Zresztą nikt nie miał chęci do rozmowy. Byliśmy tak przygnębieni i zmęczeni, że nie chciało się ust otwierać. Nad wieczorem doszliśmy do hangarów lotniczych przy lotnisku. Każdy, gdzie mógł, tam siadał lub kładł się. W dole hangaru puścili wodę, więc mogliśmy się trochę obmyć, a przede wszystkim ugasić pragnienie. Byłam strasznie zmęczona, umyłam się więc trochę i położyłam spać tak jak setki innych ludzi po prostu na gołym asfalcie, bo na kołdrze położyłam czworo dzieci. W czasie mycia zauważyłam, że mam bardzo poranione nogi drobnymi odłamkami. Co mogłam, powyjmowałam przy pomocy agrafki, a reszta odłamków została. Najbardziej bolała mnie noga prawa w kostce, ale nie wiedziałam od czego myślałam, że to od silnego uderzenia, o które było tak łatwo w czasie ucieczki przed pożarem czy bombami. Niewiele więc zwracałam na to uwagi. W nocy obudziły mnie krzyki Niemców: „Raus! Raus! Raus! polnische Schweine”.

Teraz Niemcy pędzili nas małymi grupkami, może po sto osób, do kolejki elektrycznej. Tu ładowali nas jak śledzie w beczce. Dopychali, kolanami kolbami, aby tylko zamknąć drzwi, żeby kolejka mogła ruszyć. Boże, jakie tam były krzyki, płacze, piski! Na nic nie zwracali uwagi. Bili po głowach i plecach i na siłę pchali do wagonów. Tą kolejką przywieźli nas do Pruszkowa. O świcie byliśmy w Pruszkowie.

6 września. O świcie jesteśmy w Pruszkowie. Szybko wyrzucają nas z wagonów kolejki i pędzą dalej, ale już niedaleko, bo tylko do warsztatów i remizy kolejowej. To, co tam zobaczyłam i przeżyłam, było potworne. Warsztaty podzielone są na numerowane bloki. Nas umieszczają w bloku nr 5. Po drodze od kolejki do warsztatów stoją ludzie cywilni z RGO i rozdają nam po 1/4 bochenka chleba. Ja, zanim doszłam na miejsce, miałam 4 kawałki. Piotr miał dwa i Zdzisio dwa, więc ja swój chleb oddałam jakiejś matce z dwojgiem dzieci, która wcale nie dostała chleba. Położyłam też jej dzieci mojej pościeli. Dzieci były małe, dwa i pięć lat. Za chleb kobieta mi bardzo dziękowała, a zaraz dzieci zjadły dwa kawałki. Usiadłam więc pod jakiś słupem i rozejrzałam się wokoło. To, co zobaczyłam, było wprost potworne. W kanale warsztatowym leżały trupy dzieci i ludzi dorosłych niczym nie przykryte, nawet zgniłą słomą, jakiej tu było pełno. Ludzie strasznie chorowali na czerwonkę i tam właśnie do tych kanałów chodzili się załatwiać. Zaduch był potworny. Wpuścili nas Niemcy do tego bloku i z obydwu stron zamknęli te ogromne drzwi. W tym kłębowisku ludzi, trupów i smrodu był jeszcze straszny, przerażający jęk, płacz i krzyk. Ludzie się wzajemnie szukali, nawoływali i podchodzili jedni do drugich, szukali, czy to ktoś znajomy czy z rodziny. Dopiero około godziny dziewiątej otworzyli obydwie bramy na przestrzał i do bloku wpadło trochę powietrza, ale wyjść jeszcze nić wolno było nikomu, a nowe grupy ludzi wciąż przybywały. Zrobiło się strasznie ciasno i tak w tym zaduchu przesiedzieliśmy cały dzień i całą noc. Pomiędzy tą straszną gromadą ludzką chodziły siostry PCK i w miarę możności dawały pomoc. Lekarze też przyjmowali, tylko że dostać się do lekarza było bardzo trudno, bo ludzi chorych bardzo dużo, a na cały blok jeden lekarz i chyba trzy siostry. Chociaż mnie nogi bardzo bolały i całe miałam podrapane i mocno popuchnięte, ale do lekarza nie poszłam, bo byli ludzie, którzy bardziej potrzebowali pomocy niż ja. Zdzisio miał całą twarz w krostach i trudno mu było jeść, więc z nim musiałam iść do lekarza. Siostra dała mu jakąś maść do smarowania. Pościel moja, na której śpią dzieci, jest bardzo brudna, ale nie zmieniam, bo jeszcze nie wiem, do czego może być potrzebna czysta, którą przezornie wzięłam na zmianę. Na razie dostajemy zupę i po kawałku chleba, ale jeść nie można, jak się popatrzy na trupy, co leżą w kanale. Wiemy, że jest to obóz przejściowy, ale co dalej z nami zrobią i gdzie nas wywiozą, nie wiemy. Na śmierć czy na życie?

7 września. Po nieprzespanej nocy (bo w takich strasznych warunkach pomimo potwornego zmęczenia spać nie można) rano, chyba gdzieś koło piątej, Niemcy usuwają nas z bloku. Teraz zaczęła się segregacja. Jest bardzo wąskie przejście na jedną osobę, wokoło stoją Niemcy. Najpierw rewidują paczki. Zabierają cenniejsze rzeczy. Mnie zabrali paczkę z futrem i zimowym ubraniem oraz podręczną torebkę, w której miałam: aparat fotograficzny, zdjęcia, sztućce na sześć osób i budzik. Kiedy prosiłam tylko o fotografie, dostałam w twarz i odepchnięto mnie dalej. Zrabowane rzeczy rzucali Niemcy prosto na ciężarowe samochody i jak jeden był już załadowany, odjeżdżał a przyjeżdżał znów pusty. Dokąd odwozili, nie wiemy. Wiemy tylko, że wywozili z obozu. Przede wszystkim zabierali złoto: obrączki, zegarki, pierścionki, łańcuszki, medaliki, krzyżyki i inne złote i srebrne przedmioty. Te wartościowe przedmioty składali do osobnej skrzynki, przy której stało trzech esesmanów. Kolczyki i łańcuszki po prostu zrywali Często były one z krwią. Następnie druga grupa esesmanów oddzielała osobno młode, samotne kobiety, osobno matki z dziećmi i starych ludzi, osobno młodych mężczyzn. Ja zabrałam Zdzisia jako swego syna i to mnie uratowało, bo poszłam do tej największej grupy. Piotra zabrali razem z młodymi mężczyznami. Kiedy oddzielali go od syna, chłopiec strasznie płakał i szedł za ojcem. Podszedł do niego Niemiec, uderzył do kolbą po plecach i odepchnął do mnie. Takich scen jak nasza było wtedy dużo. Potem jeszcze za godzinę widzieliśmy, jak tych młodych mężczyzn wywozili zamkniętymi towarowymi wagonami, ale nikt nie wiedział dokąd. Od tej pory nie widziałam Piotra. Wiem tylko, że do 1948 roku nie wrócił. Czy żyje, nie wiem, bo nie utrzymuję kontaktu z jego rodziną, bo ich wcale nie znałam. Ja ze Zdzisiem i z innymi kobietami zostaliśmy przesunięci na duży plac i tam pozwolono nam odpocząć. Dawno już minęło południe, poszłam więc starać się o trochę jedzenia, przyniosłam jakąś zupę, ale ani ja, ani on nie mogliśmy jeść. Oddaliśmy więc zupę jakiejś matce z dziećmi. Zrozpaczeni i załamani przesiedzieliśmy na tym placu przez cały wieczór i całą noc. Dookoła było pełno ludzi, wszyscy brudni, głodni i zmartwieni. W nocy zaczęły wyć syreny na alarm. My się nie chowamy, bo nie mamy gdzie. Jest nam wszystko jedno. Mamy się tak dalej męczyć, to lepiej niech pas pozabijają. Nikt nie reaguje na wycie syren. Większość ludzi siedzi obojętnie. Samoloty poleciały w kierunku Warszawy.

8 września. Siedzimy na placu i czekamy, co dalej z nami będą robić. Wiemy o tym, że tu nas Niemcy nie zostawią, ale dokąd nas wywiozą, nie wiemy. Spotykam panią Kurowską z Podchorążych. Mówi, że dom nasz też spalony. Cała ulica w gruzach. Męża jej zabrali, ona została z dwojgiem dzieci: dziewczynka sześć lat i chłopiec pięć. Przywieźli ich dzisiejszej nocy. Męża jej zabrali za tłumacza, bo dobrze mówił po niemiecku. Chciała zostać z mężem, ale siłą oderwali ich od siebie i przepędzili ją z dziećmi do grupy uchodźców. Poszłam znów postarać się o jedzenie. Przyniosłam zupę i kawałek chleba. Jej dzieci jak młode wilczki rzuciły się na jedzenie. Zdzisio zjadł kawałek chleba, wciąż płacze za ojcem. My obydwie nie jadłyśmy nic. Po południu przyniosłam trochę razowych sucharów i litr wody. Suchary były bardzo stare i w środku były białe tłuste robaki. Wydłubałyśmy robaki i rzuciłyśmy suchary na gorącą wodę. Mężczyzna obok zrobił taką kuchnię. postawił dwie cegły i kawałek blachy w poprzek, a pod spodem palił ogień. Pozwolił nam na gorąco zagrzać wodę, to dałam mu trochę soli (czy się woda gotowała, nie wiem, bo na to nikt nie zwracał uwagi). Na tę gorącą wodę wrzuciłam suchary, trochę posoliłam i tak jedliśmy. Najpierw dzieci, bo miałyśmy tylko dwie łyżki. Potem my jadłyśmy.

I znów minął dzień pod gołym niebem. Wieczorem zrobiło się chłodno. Okryłyśmy dzieci moją kołdrą, żeby się trochę przespały. My drzemałyśmy na siedząco, bo w takim gwarze i ruchu to trudno jest zasnąć. Jestem zadowolona, że chociaż jest się do kogo odezwać. Dowiaduję się od niej o kilku znajomych, których i ja znałam. Wiem, że sąsiadkę z naszego domu, co mieszkała na trzecim piętrze nade mną, Niemcy zabili na naszej ulicy, jak chciała przejść z dziećmi na drugą stronę. Chłopców jej, cztery i dwa latka, zabrali jacyś obcy ludzie, ale dopiero, jak się zrobiło ciemno, bo bali się, żeby ich Niemcy nie zabili, więc od południa te dzieciaczki siedziały przy zabitej matce na środku jezdni. Starszy, już mądry, wiedział, że mama nie żyje, ale młodszy wciąż wolał: „Mamusia wstań, mamusia wstań”.

Dopiero w nocy zabrali dzieci i matkę, którą pochowali na naszym podwórku. Takich scen było bardzo dużo i trudno tu wszystkie teraz zanotować. Jeszcze jedną noc spędzamy w obozie pod gołym niebem. Dobrze, że jest pogoda, a że chłodno, to mało na to zwracamy uwagi. Nie wiemy, co nam jutrzejszy dzień przyniesie.

9 września. I od rana wczesnego w całym obozie wielki ruch. Przychodzą nowi wygnańcy z Warszawy. Znów segregacja, bicie, grabież i wywożenie młodych mężczyzn i młodych kobiet w nie znanym dla nas kierunku. Ludzi w obozie jest tysiące, więc trudno się zorientować, co dzieje się na drugim końcu obozu. Boję się odchodzić daleko, bo w tym ruchu mogę zaginąć i nie trafić do Zdzisia. Kręcą się po obozie samotne, opuszczone dzieci, którym zabrano ojca czy matkę na wywiezienie. Dzieci wyglądają jak widma, są brudne, obdarte i głodne. Jak możemy, tak im pomagamy. Przyszedł do nas może dziesięcioletni chłopiec, prosił o jedzenie, za rękę trzymał może czteroletnią dziewczynkę, brudną i zapłakaną. Pytam się, gdzie rodzice. Mama nie żyje, leży w kanale, a tatę parę dni temu zabrali i wywieźli. Zaprowadziłam dzieci do pani z RGO i tam dostały jeść. Co dalej się z nimi stało, nie wiem. Takich dzieci było w obozie dużo. W południe podstawili na bocznicę odkryte wagony towarowe i ładują do nich matki z dziećmi i ludzi starych, gdzieś wywożą. Ludzie boją się wchodzić do wagonów, mówią, że wywożą do Oświęcimia, do spalenia w piecach. Siłą i biciem zmuszają nas do wsiadania. Pociąg jest długi, może ze czterdzieści wagonów. Po południu gdzieś tych ludzi wywieźli. Nas jeszcze wywózka nie objęła, ale jutro czy pojutrze też nas to samo spotka. Od ludzi przywiezionych z Warszawy dziś w nocy dowiadujemy się, że powstańcy jeszcze walczą w Śródmieściu. Co noc Ruski robią zrzuty broni, ale duża część dostaje się w ręce Niemców. Ludności w Warszawie coraz mniej. Pozostało dużo ludzi chorych i rannych, którym nie ma kto przyjść z pomocą. Na zdobytych przez Niemców ulicach nie ma kto chować zabitych. Nikt nie gasi palących się domów. Powstańcy wciąż oczekują na pomoc od Rosjan i Anglików. Są tylko zrzuty broni i to wszystka pomoc.

10 września. Znów podstawili nowe pociągi do wywożenia ludzi. Pędzą nas jak bydło do odkrytych wagonów. Upychają na siłę i zamykają drzwi. W wagonie, w którym jedziemy, jest tak jak we wszystkich, ciasno, że nie ma się gdzie ruszyć. Drzwi już zamknięte, ale jeszcze stoimy. Nie zdążyłam nawet zagotować trochę wody do sucharów. Musieliśmy szybko pakować swój bardzo skromny dobytek i popychani przez Niemców wsiadać do wagonu. Zapakowali nas rano, a teraz już dawno po południu, a my jeszcze stoimy na miejscu. W tym tłoku zgubiłyśmy się ze znajomą. Jestem znów tylko ze Zdzisiem. Wreszcie przed wieczorem ruszamy. Jedziemy bardzo wolno. Jak tylko zaczął się dobry mrok, stajemy gdzieś w szczerym polu. Nie wolno nikomu wyjść z wagonu ani wyglądać. Jakoś się ułożyliśmy, że część osób może usiąść. Robimy to na zmianę, po jakimś czasie ci, co siedzieli, wstają, a drudzy siadają, żeby nogi trochę wypoczęły. Mamy w naszym wagonie kilkoro dzieci, na szczęście starszych. Najmłodszy chłopiec ma sześć lat. Matki z mniejszymi dziećmi powsiadały do kilku wagonów krytych. Organizujemy jakieś jedzenie. Każdy wyciąga ze swojej, paczki, co ma, i dzieli się z sąsiadem. Ja miałam jeszcze suchary. Były takie twarde, że trudno je było ugryźć, ale pomalutku gryźliśmy je oboje ze Zdzisiem i jakąś kobietą, którą poczęstowałam, bo nie miała nic do jedzenia. Najgorzej było z załatwianiem się. Ktoś wyciągnął jakąś blaszankę i to musiało wystarczyć. Jak było pełno, to bardzo ostrożnie musieliśmy wylewać, żeby Niemcy nie widzieli, bo jak coś zauważyli, to strzelali do tego ruchomego punktu. Tak staliśmy całą noc. Dopiero rano bardzo wolno pojechaliśmy dalej, ale około południa znów stanęliśmy w szczerym polu i staliśmy bardzo długo.

11 września. Teraz zorientowaliśmy się, którędy jedziemy, ale dokąd, nie wiemy. Jedziemy na południe Polski. Właśnie przejechaliśmy Opoczno. Jak staniemy gdzieś w pobliżu wioski czy miasta, to ludzie przychodzą do pociągu i podają nam jedzenie. Chleb, ser, masło. Niemcy nie pozwalają, ale jest ich za mało, żeby cały pociąg upilnowali. Do naszego wagonu dostał się duży wiejski chleb i może z pół kg masła. Boże, jaka to była radość. Chleb posmarowany dostały dzieci i chorzy. Naturalnie, że dla wszystkich nie starczyło tego chleba, ale przynajmniej dla tych najbardziej potrzebujących. Po południu jedziemy dalej, ale jak tylko zrobiło się ciemniej, znów stajemy gdzieś w polu. Jest bardzo cicho. Nie chce się wierzyć, że nie słychać ani samolotów, ani strzałów, tylko Niemcy obchodzą pociąg dookoła i coś do siebie szwargocą. Nad ranem znów ruszamy dalej.

12 września. Jedziemy już od kilku godzin bez przerwy. Wprawdzie żółwim krokiem, ale jedziemy. Jak przejeżdżamy przez wiadukty, ludzie rzucają nam jedzenie. Przeważnie chleb, trochę sera i gotowane jajka. Jest to dla nas wielka pomoc, chociaż bardzo skromne kawałki, ale zawsze coś się dostanie do zjedzenia, tylko najgorzej z piciem. Nie mamy ani kropli wody. Najbardziej pić wołają dzieci. Dziwna właśnie jest mentalność ludzi, jak bardzo zbliża ich do siebie nieszczęście. W naszym wagonie nie ma kłótni ani nawet sprzeczek. Wszyscy sobie w miarę możności pomagają i pocieszają się wzajemnie. Zdobyte jedzenie dzielą bardzo uczciwie i przede wszystkim bardzo pomagają dzieciom. Mówimy bardzo mało do siebie, bo przecież nas wszystkich gniecie to samo nieszczęście. Każdy siedzi czy stoi zamyślony z wyrazem bólu na twarzy. Tak samo zachowują się dzieci. Są spokojne i zamyślone. Zdzich często wspomina ojca. Czuje się nieźle, tylko jest bardzo chudy. Przed wieczorem przywożą nas na jakąś niedużą stację. Czytamy, co to za stacja. Okazuje się, że to Gorzkowice. Każą nam szybko wysiadać z wagonu. Nie ze wszystkich wagonów tu ludzi wysadzili. Reszta pojechała dalej. Paręset metrów od stacji stoją podwody. Chłopi z okolicznych wsi mają nas do siebie zabrać. Będzie już dobry mrok, jak przyjedziemy do jakiejś wioski. Chłopi w Gorzkowicach wybierali, żeby nie było dużej rodziny ani dużo dzieci. Po przyjeździe na miejsce okazało się, że u tego gospodarza jest tylko jedna izba. Ma małe czterohektarowe gospodarstwo, jednego konia, dwie krowy i dwa świniaki. Gospodyni, kobieta młoda, ma może trzydzieści lat. Mają dwoje dzieci, dziewczynka siedem lat i druga pięć. Tak więc w tej jednej izbie mieści się nas sześć osób. Jest bardzo ciasno. Po przyjeździe gospodyni dała nam chleba, gorącego mleka i naszykowała łóżko do spania. Umyliśmy się trochę, zmieniłam czystą pościel i poszliśmy spać.

13 września. Jesteśmy we wsi Łąki Małe. Jest to mała, dwanaście chat licząca wioska, a o dwa kilometry jest duża wieś, nazywa się Łąki Duże, czyli Kościelne. Podobno jest to naprawdę duża wieś. Moi gospodarze nazywają się Sikory, są jeszcze młodzi. Mają nieduże gospodarstwo. Dwie dziewczynki, Helenkę siedem lat i Jasię pięć lat. Są dla nas bardzo dobrzy. Kiedy opowiadałam im o okropnościach Powstania, to nie chcieli wierzyć, że Niemcy byli tak okrutni. Oni zbytnio wojny nie odczuli. Wioska jest mała, leży między lasami. Jedna większa droga wiedzie do Łąk Dużych. Prawie w każdym domu są uchodźcy z Warszawy. W okolicznych wioskach też pełno warszawiaków. Jestem bardzo zmęczona i nigdzie mi się nie chce chodzić, zwłaszcza że boli mnie noga prawa w kostce. Rozejrzałam się wokoło chaty i ogródka. Jest tu cicho i spokojnie. Do Radomska będzie około 9 km, a do Piotrkowa Trybunalskiego 21. Do szosy głównej 4 km. Na razie więc odpoczywam, chcę chociaż na kilka dni zapomnieć o okropnościach Powstania. […]

Powiązane hasła

”None