menu

Szymańska z d. Rybicka Halina – Moje przeżycia, nie tylko wojenne

Szymańska z d. Rybicka Halina – Moje przeżycia, nie tylko wojenne

Halina Szymańska z d. Rybicka, ur. w 1919 roku w Drobinach koło Płocka. Jako młoda osoba przeprowadziła się do Warszawy, gdzie rozpoczęła pracę jako pomoc w sklepie z kapeluszami męskimi, a także kształciła się w Żeńskiej Szkoły Handlowej Wieczorowej. W czasie okupacji należała do 96 Drużyny Harcerskiej im. Józefa Piłsudzkiego. We wrześniu 1939 roku pomagała rannym w szpitalu polowym przy ul. Mokotowskiej, nieopodal placu Zbawiciela, zorganizowanym prowizorycznie przez drużynową Irenę Jędrzejską. Podczas wybuchu Powstania mieszkała wraz z mężem Czesławem (ur. 1919) oraz paromiesięczną córką Basią przy ul. Pańskiej. Podczas życia w walczącym mieście parokrotnie zmieniali miejsce zamieszkania. 9 września 1944 Halina Szymańska z siostrą Krystyną, maleńką córką, mężem oraz jego rodzicami Julią i Ludwikiem Szymańskimi zostali wygnani z domu przy ul. Smolnej i popędzeni do Muzeum Narodowego. Po nocy tam spędzonej transport ludności cywilnej wyruszył do Pruszkowa. Podczas selekcji w obozie Dulag 121 rodzina została rozdzielona – Halina Szymańska z córeczką została wysłana do wsi Trzemoszna koło Końskich, jej mąż do obozu Dachau, a Krystyna Rybicka – na roboty do Niemiec. Swoje wspomnienia z lat 1938-1952 Halina Szymańska spisała w 2001 roku. Słowa relacji skierowała do swoich wnuków oraz córek – Marii i Barbary. Poniżej zamieszczamy obszerne fragmenty tekstu przekazanego Muzeum Dulag 121 przez Marię Szymańską-Szczawińską dotyczące życia w powstańczej Warszawie,  wygnania z miasta, tułaczki, a także tego, jak rodzina państwa Szymańskich rozpoczynała swoje powojenne życie na nowo.

[…] Był rok 44. Wojska niemieckie wycofywały się ze wschodu, Sowieci byli już blisko Warszawy. Dowództwo AK uznało, że to najlepszy moment na rozpoczęcie powstania. Zapewniano nas – ludność cywilną – że powstanie potrwa zaledwie kilka dni i na ten czas mamy się zaopatrzyć w żywność. Ja na wszelki wypadek zaopatrzyłam się na wiele dni dłużej.

Z wielkim niepokojem oczekiwaliśmy dnia pierwszego sierpnia. Wierząc optymistycznym zapowiedziom, mieliśmy nadzieję, że przetrwamy, a może nawet zachowamy swoje mienie z takim trudem i wysiłkiem zdobyte. Tymczasem jakże straszna okazała się rzeczywistość. Kiedy nadszedł ten dzień, wszyscy byliśmy w domu, a o godzinie 17. przez wystawę naszego sklepu zaczęliśmy obserwować ulicę. W pewnej chwili zauważyliśmy po drugiej stronie ulicy chłopca, który pochylony do przodu przemykał po gruzach zwalonego domu. Był w zielonym mundurze z opaską biało-czerwoną na rękawie i hełmie na głowie. Za nim pojawiło się kilku następnych. Po pewnym czasie usłyszeliśmy kilka strzałów i tylko tyle widzieliśmy pierwszego dnia powstania. Noc była spokojna; poszliśmy spać jak zwykle rozebrani, umyci. Ale z każdym dniem było coraz gorzej. Niemcy zaczęli atakować z powietrza i ziemi. Uruchomili ciężkie działo kolejowe, nazywaliśmy je ryczącą krową, bo zanim wystrzeliło, przy jego nakręcaniu wydawało właśnie takie odgłosy. Groźna to była broń. Miała ogromną siłę rażenia, mogła rozwalić dużą kamienicę. Samoloty rzucały bomby burzące i zapalające. Do tego jeszcze po dachach domów porozmieszczani byli snajperzy, którzy strzelali do pojedynczych osób, znajdujących się w ich zasięgu. Dlatego też całe dzielnice były połączone przez otwory w ścianach piwnicznych, albo tunelami, by nie wychodzić na zewnątrz. Ale to nie zawsze zdawało egzamin, bo jeśli na trasie przejścia  został zwalony jakiś dom, to gruzy zasypywały przejście i ten odcinek był już bezużyteczny. Nie zawsze można było przebić przejście zastępcze. Bardzo groźnie były bomby zapalające. Spadały cicho i zaczynały dokonywać swojego dzieła spalenia. Mężczyźni dyżurowali na dachach domów, by nie dopuścić do rozprzestrzeniania się ognia. Niebezpieczne to było zajęcie, bo Niemcy widząc ratujących dom, gaszących ogień, strzelali do nich z broni pokładowej.

Trzeciego dnia powstania przyszła do nas Lolka z mężem (Herkiem) i ich trzymiesięczną córeczką. Dom ich spłonął, a oni ledwo z życiem uszli. Mieszkali wtedy na ul. Krochmalnej, blisko nas. Dziecko było chore na żołądeczek, kwiliło słabiutkim głosikiem dniem i nocą, aż po kilku dniach zmarło. Na naszym podwórku był mały klombik z kwiatami i tam je pochowaliśmy. Pocztą pantoflową docierały do nas wiadomości z frontu. Niestety, coraz smutniejsze, coraz bardziej przygnębiające. Nasi padali jak muchy przy małych stratach wroga. Wiadomo. Przecież myśmy mieli tylko broń ręczną, a wróg czołgi, armaty, samoloty. Przecież można było to wcześniej przemyśleć. Wasz ojciec razem z Herkiem postanowili zasilić szeregi walczących. Nie było ich kilka dni. Aż któregoś dnia wrócili, przygnębieni, rozczarowani, załamani. Okazało się, że takich chętnych jak oni, było setki, a w całej Warszawie na pewno tysiące. Niestety, nie było dla nich broni, ani żadnego przydziału, gdzie i pod czyją komendą mieliby walczyć. Broń trzeba było zdobywać na wrogu. Oni mogą dać tylko butelki z benzyną, by obrzucać nimi czołgi. Przy tym nie najlepiej wyglądała organizacja, był wielki chaos. Trudno było uzyskać jakiekolwiek informacje, nikt nic nie wiedział. W takiej sytuacji postanowili wracać. Tu też mieli swoje obowiązki i bardzo byli nam potrzebni.

Powstanie trwało już 3 tygodnie, a miało trwać 3 dni i nasze zapasy żywności były na wyczerpaniu. Dobrze, że chociaż dla mojego dziecka miałam kaszkę, mleko w proszku, jajka, a poza tym karmiłam piersią, więc byłam spokojna o jego wyżywienie. Z kupnem żywności było beznadziejnie. Jedynie istniał handel wymienny, na zasadzie – ja mam czegoś więcej, to zamienię się z tobą na to, co ty masz do zaoferowania. Nie zawsze można było zaleźć chętnego na taką transakcję, a największy szkopuł w tym, że myśmy nie mieli niczego w nadmiarze. Pozostał jeszcze punkt żywienia PCK, wydający ciepłe posiłki. Wasz ojciec razem z Herkiem chodzili po nie kilka piwnic, podwórek, przeciskali się przez wyłomy w murach nim tam dotarli. Przynosili w garnku zupę, najczęściej krupniczek. Dobrze było zjeść trochę ciepłej strawy, ale i to nie trwało długo, bo Niemcy zbombardowali ten dom, gdzie wydawali posiłki. Podobno przenieśli się gdzieś dalej, ale już tam trudniej było trafić. W naszej dzielnicy było coraz goręcej, Lolka już nerwowo nie wytrzymywała. Postanowili przedostać się na Solec do ojca.

Potem dowiedzieliśmy się, że im się udało i tam było spokojniej. A my we troje z małym dzieckiem dalej siedzieliśmy na miejscu. [Chroniąc się] przed bombami i ryczącą krową, każdy z nas miał swoje zdanie i kierował się własnym instynktem, [chował się tam] gdzie będzie najbezpieczniej się czuł. Ja z moim maleństwem biegłam do piwnicy. Była to duża piwnica, która mogła pomieścić około 50 osób. Nie tylko ja miałam zaufanie do tego schronienia, bo chętnych było więcej, niż mogło się zmieścić. Wasz ojciec jednak wolał przebywać na wolnej przestrzeni. Uważał, że nie powinniśmy być wszyscy razem, bo nie będzie szans na ratunek. Wybrał więc bramę, skąd zawsze mógł pośpieszyć z pomocą. Ale właśnie w tej bramie silny podmuch powietrza powalił go na beton i zranił się w twarz. A Krysia [jedna z sióstr autorki, obok Wandy i Jadwigi – przyp. red.] najchętniej przesiadywała w sklepie, spokojnie obserwowała ulicę, a jak jej się to znudziło, przeglądała się w lustrze i poprawiała fryzurę. Nic sobie nie robiła z tego, że lecą bomby, że jedna z nich może spaść na nasz dom. Podziwiałam ja za ten spokój i lekceważący stosunek do grożącego jej niebezpieczeństwa. Ta moja piwnica też nie gwarantowała bezpieczeństwa, bo pewnego razu, gdy gdzieś w pobliżu padła bomba, huk był okropny, dziecko aż się poruszyło ze strachu. Z kanałów kominowych posypały się na nas sadze, a kurz nie pozwalał oddychać. Pęd powietrza pogasił świeczki i lampki. Zrobiło się ciemno i duszno. Już myślałam, że nie wyjdziemy z tej piwnicy. Powstała panika, wszyscy naraz chcieli się z niej wydostać. Na szczęście nic nikomu się nie stało.

Coraz częściej były naloty też w nocy i coraz częściej przesiedzieliśmy całe noce ubrani, gotowi w każdej chwili do ucieczki. Zaczynaliśmy rozmyślać o przedostaniu się na Nowy Świat. Tam byli Niemcy, więc było cicho i spokojnie. Baliśmy się tej wyprawy, ale musieliśmy zaryzykować. Spakowaliśmy więc to, co było najpotrzebniejsze, każde z nas coś niosło. Boże! Co to była za droga. Przechodziliśmy piwnicami, przekopami dziurami w murach, by uniknąć otwartej przestrzeni. Ale przyszedł moment, że trzeba było wyjść z tego labiryntu na ulicę, by przedostać się na drugą stronę ul. Marszałkowskiej. Tam było najtrudniej. Budynek PAST-y był w rękach Niemców i ostrzeliwali barykady, które były przy tym przejściu. Zgięci w pół, możliwie jak najszybciej, uciekaliśmy przed kulami, które na szczęście nikogo z nas nie sięgnęły. Kiedy byliśmy już po drugiej stronie ulicy, mogłam z przerażeniem obejrzeć nasze biedne miasto. Wyglądało jak wielkie pole bitwy. Gruzy, zniszczenia, trupy, ulice bez chodników, poprzewracane tramwaje, samochody. Na ulicach nikogo żywego nie było. Straszny to był widok, przerażający. Kiedy byliśmy bliżej placu Napoleona, zaczynał się jakiś ład, porządek. Tu już byli Niemcy. Pochyleni, przemykaliśmy pod murami domów. W obawie przed strzelającymi snajperami dotarliśmy do celu. Oczy przecierałam ze zdumienia patrząc na normalny wygląd ulic, domów, ludzi spokojnie chodzących. Poczułam się jak w raju. Nareszcie się domyliśmy, zrobiłam pranie, spokojnie zrobiłam jakiś posiłek i nareszcie spokojnie się wyspaliśmy. Tu ludzie nie zaznali cierpień nalotów, armat, nie wiedzieli, co to strach, brak wszystkiego, głód i brud. Żyli normalnie. Nareszcie odetchnęliśmy z ulgą.

W tym czasie odwiedzili nas Ziutek i Zygmunt, bracia Danusi. Byli równie przygnębieni jak i my. Oni, jako powstańcy, przeszli jeszcze gorsze piekło niż my. Ich jednostkę rozwiązali, widząc sytuację beznadziejną. Właśnie idąc do domu wstąpili do nas. Ponarzekałam do nich na nasz ciężki los, na to, co zgotowało nam powstanie. Nawet nie znaleźli słów pocieszenia. Nasz raj nie trwał długo, zaledwie kilka dni. Niemcy zaczęli wypędzać z domów wszystkich mieszkańców. Ale nim to nastąpiło, Wasz ojciec z Krysią postanowili jeszcze dostać się na Pańską i zabrać, co się da, bo każda rzecz w naszej sytuacji była na wagę złota. Niestety zastali tylko gruzy. Od niepotkanych tam ludzi, dowiedział się, że w tej piwnicy, gdzie przebywałam z dzieckiem, zginęło 57 osób i to się stało następnego dnia po naszym wyjściu. Większość tych ludzi to sąsiedzi, których znałam, a z widzenia znałam prawie wszystkich. To był cud, najprawdziwszy cud. Ja w to wierzę. Tylko Bóg mógł natchnąć nas myślą o opuszczeniu naszego domu na dzień przed zagładą i szczęśliwie poprowadzić do miejsca, gdzie mogliśmy spokojnie odetchnąć i odpocząć po tym piekle, przez które przeszliśmy. Jak już wspominałam, Niemcy systematycznie, dom po domu, kazali mieszkańcom wychodzić na podwórze. Kiedy już wszyscy się zgromadzili pędzili ich gdzieś, nie wiadomo gdzie.

Różne były głosy. Jedni mówili [nieczytelne], że do obozów karnych. Drudzy, że na roboty do Niemiec. Trzeci, że rozwożą po wsiach do gospodarzy. Potem okazało się, że wszyscy mieli po trosze rację, tylko nie wiedzieli o selekcji, która odbywała się w obozie przejściowym w Pruszkowie. Tam decydowali Niemcy o tym, gdzie kogo wysłać. Ale na tyle, to ja byłam mądra dopiero po przyjściu do Pruszkowa. My nie czekaliśmy spokojnie na wypędzenie nas z domu. Była jeszcze szansa opóźnienia tego momentu. Na ul. Smolnej vis a vis Muzeum Narodowego w Alei Trzeciego Maja mieszkali rodzice Tadka. Postanowiliśmy udać się do nich. Spakowaliśmy się i tam poszliśmy. Było nas już sześcioro, bo poszli z nami dziadkowie – rodzice Waszego ojca. Tak przy okazji dla Waszej wiadomości podam, że jego (Tadka) matka była siostrą mojej szefowej, a ojciec bratem mojego szefa. Pobrali się w rodzinie dwie siostry i dwóch braci. Oni też mieli sklep tej samej branży i też na Nowym Świecie, tylko że bliżej Placu Trzech Krzyży.

Kiedy przekroczyliśmy progi ich mieszkania zobaczyłam tłum ludzi. Myślałam, że to tylko chwilowi goście. Okazało się, że to, tak jak i my, uciekinierzy, szukający schronienia u znajomych, przyjaciół, czy rodziny. W tamtych czasach była wielka solidarność wśród ludzi. Czym kto mógł, dzielił się z każdym. Wszyscy jak mogli, tak sobie wzajemnie pomagali i nikt nikomu niczego nie odmawiał. Krążyło krótkie powiedzenie „Pomóż potrzebującym dzisiaj, to jutro tobie pomogą”. Dzięki takiej postawie społeczeństwa, łatwiej było znosić tę całą serię nieszczęść, lżej było żyć.

Tadka wprawdzie nie zastaliśmy, ale bardzo serdecznie przyjęła nas jego matka. Dostaliśmy gorącej herbaty, coś tam jeszcze do zjedzenia i tak jak wszyscy ulokowaliśmy się do spania. Mieszkanie było duże, 4 pokoje, więc miejsca na podłodze dla każdego starczyło. Przespaliśmy tam tylko jedną noc. Już następnego dnia i do nas dotarli Niemcy. Nie było już gdzie uciekać. To było ostatnie miejsce, gdzie mogliśmy się zatrzymać. Byliśmy już tak zdesperowani, wymęczeni, że gdyby nawet [było] jeszcze gdzie uciekać, to też już byśmy nie próbowali. Trudno. Niech się dzieje wola nieba. Przed przeznaczeniem nie uciekniesz. Tak jak wszędzie i nam kazali wychodzić na podwórko. Widziałam jak biedni powstańcy, którzy pochowali się po domach przerażeni, bladzi w pośpiechu przebierali się w podarowane im cywilne ubrania.

Pamiętny to był dzień 9 września. Zapadał zmrok, kiedy to dostaliśmy się w łapy okupanta. Popędzili nas na drugą stronę ulicy do Muzeum. Tam ścisk ogromny. Spędzeni ludzie, gdzie kto mógł przycupnął na swoim tobołku, na schodach, korytarzach, wszędzie. Nasza gromadka też znalazła trochę miejsca. Na szczęście jakaś organizacja, chyba PCK, bo tylko im wolno było działać, rozdawała gorącą herbatę i chleb. Tak przeczekaliśmy do rana. O spaniu nie było mowy. Każdy z niepokojem oczekiwał dnia. Rozmyślałam nad tym, co teraz będzie z nami, jak się potoczą nasze losy. Trudno to było przewidzieć, ale jedno było pewne – że nic dobrego nas nie czeka. Rano utworzyła się w nas szeroka rzeka wygnańców. Ludzi bezdomnych, skazanych na tułaczkę, na łaskę i niełaskę okupanta. W tym ponurym pochodzie, z żandarmami po obu stronach, byli ludzie wymęczeni, zatroskani, zdesperowani. Każdy co miał, cały swój dobytek, jaki mu pozostał, dźwigał z trudem. Byli i tacy, co o własnych siłach iść nie mogli i chyba ktoś bliski pchał go w wózku. Wielu było słabych, których inni podtrzymywali. Szliśmy tak ulicami Warszawy.

Pierwszy przystanek zrobili nam na Placu Narutowicza. Przed naszymi oczami stał Dom Akademicki, gdzie Niemcy przechadzając się między siedzącymi grupkami, od czasu do czasu wyciągali jakiegoś człowieka i stawiali właśnie pod ścianą tego domu. Wiedzieliśmy, że szukają Żydów. Wszyscy zamarliśmy, gdy ci spacerowicze zatrzymali się przy nas. Stanęli nad nami i bacznie się przyglądali. Ojciec pobladł, wziął dziecko na kolana i czekał, co nastąpi. Długo stali nad nim, a każda minuta wiekiem się wydawała. Wreszcie sobie poszli. Po raz już nie wiem który dziękowałam Bogu za ocalenie. Odetchnęliśmy wszyscy z ulgą; długo jeszcze nie mogliśmy dojść do równowagi. Kiedy się opanowałam, pomyślałam, że przecież mam przy sobie krzyż i legitymację harcerską. Bardzo chciałam uratować tę cenną dla mnie pamiątkę, ale byłam tak przestraszona, że musiałam, niestety szybko się jej pozbyć. Wyrwałam kępkę trawy, wygrzebałam dołek i tam z wielkim żalem wszystko złożyłam, przykrywając z powrotem wyrwaną trawą. W taki to sposób pożegnałam się na zawsze z pamiątką, którą chciałam zachować do końca życia.

Dalsza wędrówka była już spokojniejsza. Nie pamiętam jak dotarliśmy do Pruszkowa, ale wydaje mi się, że jakiś etap przejechaliśmy pociągiem. Tam spędzili nas do ogromnych hal fabrycznych. Pamiętam natomiast zupę marchwiankę, której bym dzisiaj pod groźbą chłosty nie zjadła, a wtedy smakowała jak najlepsza na świecie. Na terenie fabryki znalazłam punkt opieki nad małymi dziećmi. Tam moje dziecko zostało wykąpane, przebrane w czyste pieluszki, nakarmione i obdarowane. Dostałam suchy prowiant: cukier, kaszkę, mleko w proszku i chyba 2 mydełka toaletowe. Był to dla mnie promyk nadziei na to, że może moja dziecina częściej będzie dostrzegana i przy ludzkiej życzliwości łatwiej zniesie tę niedolę. Przez trzy dni przebywaliśmy w Pruszkowie w warunkach urągających wszelkim zasadom, wręcz koszmarnych. Spaliśmy na gołym betonie, co najwyżej pod kocem. Do wody trudno [było] się dostać. Tłumy ludzi oblegało każdy kran. Potrzeby fizjologiczne załatwiało się nad długim rowem, jeden człowiek obok drugiego. Całe szczęście, że takie rowy były oddzielne dla kobiet i mężczyzn. Do jedzenia na śniadanie i kolację gorzka herbata i chleb albo z margaryną, albo z marmoladą. Na obiad była zupa byle jaka. To dobrze, że mieliśmy puszki po czymś tam, bo kto nie miał naczynia, to nie dostawał. W ciągu tych trzech dni spotkaliśmy Lolkę z mężem, Tadka z żoną i wielu wspólnych znajomych. Nie trudno było zobaczyć ludzi teatru, ludzi nauki, profesora Kazurę, który uczył Lolkę śpiewu. Wszyscy dzieliliśmy ten sam los. Dowiedzieliśmy się, że Niemcy byli przekupni. Za dolary i złoto, można było opuścić obóz. Ale niestety nie mieliśmy ani złota, ani dolarów.

Trzeciego dnia zaczęła się selekcja. Przez wąskie przejście pojedynczo przechodziliśmy na plac ogrodzony drutami kolczastymi, podzielony na sektory i po przejściu żandarmi kierowali nas do właściwego. Bardzo pilnowali porządku i żeby nikt nie przemycił się do innego. I tak ojciec Wasz poszedł tam, gdzie wysłali, do obozu. Krysia na roboty do Niemiec. Ja z dzieckiem i dziadkami, jak się później okazało, w Końskie do wsi Trzemoszna. Zostaliśmy rozproszeni po świecie bez nadziei na to, że się jeszcze zobaczymy. Straszne było to rozstanie. Jeszcze długo wypatrywałam ich w nadziei, że może choć przez moment popatrzą, ale niestety, zniknęli. Załadowali nas w wagony towarowe, w których jeszcze długo musieliśmy czekać na odjazd. Przybiegały do nas młode dziewczęta, podając nam mleczną kawę, kanapki, dla dzieci mleko. Przywodziło mi to na myśl moje bieganie po peronie z kwiatami, kiedy żegnałam wojsko jadące na front. Czułam, że to są harcerki, tylko w konspiracji pełniły swoją służbę. Kiedy pociąg ruszył nie wiedziałam jeszcze, gdzie i kiedy nas wysadzą, ale wiedziałam, że z Polski nie wyjedziemy, bo i po cóż im starzy, chorzy, matki z dziećmi. Jechaliśmy wolno, nocą, czasami przystając. Ale niestety nie wolno nam było wysiąść. Kiedy zaczynało się rozwidniać, pociąg stanął na dobre. Popatrzyłam na peron i zobaczyłam napis: Miasto KOŃSKIE. Pozwolili nam wtedy wysiąść. Miłą niespodzianką było powitanie nas przez komitet władz Końskich. W ciepłych słowach mówili, że w miarę swoich możliwości będą starali się nam pomóc, dowieźć nas do właściwych miejsc. Rozdzielili nas na grupy, ulokowali w szkole, gdzie dostaliśmy coś do jedzenia i picia, potem porozwozili nas po wsiach. Ja z dzieckiem byłam blisko dziadków, widywaliśmy się więc codziennie.

Nasza wieś nazywała się Trzemoszna, 8 km od Końskich. Moi gospodarze byli w wieku około 40-45 lat, bezdzietni, a ich chatka to lepianka z jedną izbą i dużą sienią, gdzie gromadzili wiadra, cebrzyki, szafliki, gary i inne rupiecie. W izbie z podłogą z gliny, stały dwa łóżka, stół i ławy. Ta przy przypiecku miała służyć mi za łóżko. Moi gospodarze wystarali się o kołyskę drewnianą, wymoszczoną słomą, w której nawet wygodnie spało się mojej biednej dziecinie. W całym tym gospodarstwie to nie była bieda, to było ubóstwo, które wyzierało z każdego kąta. Sami niewiele mieli, a tu przyszła jeszcze jedna gęba do żarcia. Dziecko ich nie objadało, bo wciąż karmiłam piersią, co najwyżej dali troszkę mleka, skórkę chleba, czy roztartej zupy kartoflanej. Ale nie okazywali niezadowolenia. Wręcz przeciwnie, bardzo mi współczuli. Ubolewali nad moim wyglądem. Powiedzieli mi, że chyba długo nie pożyję. Mam się nie martwić, bo oni mnie tu pochowają, a dziecko wychowają. Przyda im się do pasienia gąsek. W tej swojej prostocie i szczerości nawet chyba nie zdawali sobie sprawy ze znaczenia tych słów i jaki ból mogli mi tym sprawić. Wyglądałam rzeczywiście bardzo źle, ale po takich przejściach, wrzodach w gardle, a do tego jeszcze przyjechałam chora na czerwonkę, nie mogłam dobrze wyglądać? Byłam jak cień człowieka. Ale w tej chwili miałam inne potrzeby, ważniejsze niż jedzenie. To było za darmo. Dawała mi [to] wieś. Miałam tu powietrze dobre i zdrowe, spokój, ciszę i świadomość tego, że noc będzie spokojna, że mogę się umyć, bo wody mam pod dostatkiem, spać w koszuli, a nie w ubraniu, nękana wybuchami bomb, w pogotowiu do ucieczki. Że miałam przy sobie dziecko, które oddycha świeżym powietrzem, mogę je wykąpać, mogłam mu cały czas poświęcić. To było mi potrzebne i cieszyłam się z tego bardzo.

Nie mogłam jeść tego ich jedzenia. Po prostu mój chory żołądek tego nie przyjmował. Czułam, że coś muszę ze sobą zrobić, bo inaczej spełnią się słowa gospodarzy. Jedyne, co miałam do sprzedania, to materiał na letnią sukienkę. Znalazła się chętna, a ja za te pieniądze kupiłam gęś i kaszę jęczmienną. Gęś pokroiłam na 20 kawałków, schowałam do piwniczki i codziennie na obiad gotowałam kawałek gęsi z kaszą. To było całe moje jedzenie. W taki sposób wyleczyłam się z czerwonki. Powrócił apetyt, zdrowie i siły. Zaczęłam przybierać na wadze. Aż gospodarze byli zdumieni moją przemianą. Powróciło zdrowie, a z nim kłopot, jak zaspokoić ciągły głód. Jadłam wszystko, co dostałam, ale to czcze chude jedzenie, które nie zasycało. Wyglądałam jak w ciąży, a wciąż bym jadła. Zastanawiałam się skąd wziąć choć parę złotych, żeby jeść coś pożywniejszego, zasycającego.  Był to okres wysypu grzybów. W pobliskich lasach było ich pełno. Warszawiacy zbierali i nosili do miasta, by je sprzedawać.  Dowiedziałam się, że na rynku grzybów zatrzęsienie i nie ma kupujących. Ale jak się pójdzie na plebanię, to od warszawiaków kupują. Dziecko zaniosłam do dziadków, a sama poleciałam, nazbierałam całą łubiankę i biegiem 8 km do Końskich. Nie wstępowałam na bazar, tylko prosto na plebanię. Udało się, sprzedałam i miałam swoje pieniądze. Pamiętam, że dostałam 35 zł. Kupiłam kawałek boczku, dziecku ciasteczka, jakieś drobiazgi niezbędne i wróciłam. Ale drugi raz już nie poszłam, bo grzybów było coraz mniej, a poza tym, 16 km w obydwie strony to jednak za daleko, nawet na moje zdrowe, młode nogi.

Zaczynały się chłody, dni deszczowe, słowem jesień, a tuż za nią zima. Nie wiedziałam, jak w tej chatynce przetrwamy mrozy. Trochę się bałam o dziecko, jak zniesie chłody, czy nie będzie, nie daj Boże, chorować. Na razie jeszcze było znośnie. A naszemu dziadkowi sprzykrzyło się bezczynne siedzenie w chacie. Pewnego razu pojechał do Końskich poszukać pracy. Poszedł do pierwszego z brzegu zakładu blacharskiego i chętnie go przyjęli. Przyjeżdżał w soboty, a w poniedziałki jeździł do pracy. Od tej pory było już lepiej. Każdej soboty po wypłacie przyjeżdżał z zakupami. Zawsze i mnie coś dawał. Kawałek kiełbasy, chleba, dla dziecka jakieś łakocie, jak mi zabrakło mydła czy proszku do prania, to chętnie mi przywoził. Moi gospodarze patrzyli na wszystko łakomym okiem i  pewnej soboty jak zobaczyli kiełbasę, nie wytrzymali i poprosili o kawałeczek, by poznać jej smak. Bardzo im smakowała, długo cmokali i wychwalali, jakie to dobre. Oni nawet jajka, ani śmietany nie zjedli. Wszystko, co dało się sprzedać, wywozili do miasta, bo pieniądze były potrzebne na sól, naftę do kaganka, na coś z odzieży, czy coś do gospodarstwa.

Tak przetrwaliśmy do Nowego Roku. Szef dziadka dał mu mały pokoik na strychu, który był o całe niebo lepszy niż tu na wsi. Przynajmniej było trochę wygód, bo w pobliżu woda w kranie, ubikacja, no i podłoga z desek, a nie glina. Teraz moje dziecko mogło stawiać już nie pierwsze kroki, bo na wsi już próbowało, ale wolałam nosić na rękach, bo w samych skarpetkach było za zimno, a bucików nie miała. Zaraz po Nowym Roku przenieśliśmy się do Końskich. Tam było o wiele wygodniej. Było już na czym się położyć, stolik, krzesła. Dziadek nie musiał dojeżdżać, miał gdzie przyjść na posiłek i w miarę wygodnie się przespać. Było już bliżej wiosny, kiedy spotkał na ulicy kogoś znajomego, od którego dowiedział się o swoim bracie Stanisławie, że [wraz z rodziną] mieszka i prowadzi pracownię kapeluszy damskich w Piotrkowie Trybunalskim. Nie wytrzymał. Pojechał, znalazł ich. Co to była za radość, że po takim piekle udało im się ocalić życie, że wszyscy są cali i zdrowi. Uradzili, że przeniesiemy się do Piotrkowa. Dziadek ze znalezieniem pracy nie miał problemów. Babcia szczęśliwa, że wreszcie będzie miała do kogo przychodzić na pogaduszki. Ciocia Gienia wystarała się nam o małe mieszkanko nawet lepsze niż to w Końskich, no i przeprowadzaliśmy się do Piotrkowa.

Przechodząc kiedyś ulicami tego miasta spotkałam, zgadnijcie kogo? Moją kochaną panią doktor [drużynowa dr Irena Jędrzejska, z zawodu lekarz-pediatra, konspiracyjnie była nazywana przez harcerki „Panią doktor” – przyp. red.]! Co to była za radość! Miałyśmy sobie tyle do opowiedzenia, że nie mogłyśmy się rozstać. Opowiedziałam całą swoją gehennę, oczywiście wszystko o dziecku, o rozstaniu w Pruszkowie. Okazało się, że ona tez przez prawie całe powstanie była w Warszawie i tak jak my wywieziona na wieś, ale ona stamtąd przyjechała tu, by podjąć pracę w szpitalu. Była zaniepokojona i przygnębiona, bo wiedziała, że po wojnie będziemy mieli komunę. Powiedziała ze smutkiem, że nic innego jej nie pozostanie, jak zaszyć się w swoich rodzinnych stronach i tam pozostać do końca życia. Wiedziałam, gdzie jej szukać, więc obiecałam jej, że ją odwiedzę. A front zbliżał się, coraz bardziej z każdym dniem głośniejsze były wybuchy bomb, strzały armatnie, a potem już strzelanina z lżejszej broni. Mówili, że Sowieci są od nas 30 km. Wieczorem oglądaliśmy niebo rozświetlone seriami pocisków. Nie spaliśmy tej nocy. Baliśmy się, że może zdarzyć się nieszczęście. Ale nad ranem strzelanina ucichła. Słychać było tylko pojedyncze strzały. Sowieci byli już w Piotrkowie. Przyszło wyzwolenie.

Trudno było uwierzyć, że po pięciu latach wojny, ciężkich przeżyć, ciągłych nakazów i zakazów, zastraszani, terroryzowani, mogliśmy swobodnie poruszać się gdzie kto chciał, cieszyć się swobodą. Rozpoczęła się wędrówka ludów. Każdy [zaczął] szukać swoich. Na kawałkach murów na zgliszczach i ruinach nalepiane były karteczki z adresami, gdzie kto się przeniósł, gdzie go szukać. Myślałam już o wyjeździe do Warszawy, by zobaczyć, jak wygląda, miałam w duchu nadzieję, że coś tam naszego ocalało, że będzie do czego wrócić. Ale jeszcze przedtem postanowiłam odwiedzić moją kochaną drużynową. Poszłam do szpitala, ale jej nie zastałam. Wyjechała. Niestety nigdy już więcej jej nie zobaczyłam. Smutno mi się zrobiło, bardzo liczyłam na to, że będziemy zawsze w kontakcie. A ja jak postanowiłam, tak zrobiłam. Dziecko zostawiłam pod opieką dziadków i wyruszyłam w drogę. Długo jeszcze po wojnie podróżowało się bez biletów, ale za to bardzo niewygodnie. Wagony były straszne. Pod ścianami stały długie ławy, a środek pusty. Zupełnie jak sala do tańca w remizie strażackiej. Tłok panował niemiłosierny. Co sprytniejsi, młodzi ludzie przeciskali się przez okna i zajmowali miejsca dla swoich, a jak się nie udało włazili na dach. Tam było najlepiej, bo mieli i dobre powietrze i luźno. Z trudem dotarłam do naszej kochanej Warszawy. To, co zobaczyłam, przeszło moje najczarniejsze przypuszczenia. Gdzie okiem sięgnąć, wszędzie rumowiska, albo sterczały wypalone fragmenty domu. Ulice zasypane gruzem. Tylko po szczegółach (szyld zwalony, czy znany fragment domu) można było się zorientować, jaka to ulica. Chyba Sodoma i Gomora nie była tak zniszczona, jak nasza biedna Warszawa. Przepadły nadzieje na powrót, na koniec tułaczki, na normalne życie.

Postanowiłam przedostać się na Pragę, na ul. Wileńską, gdzie mieszkała ciocia Henia. Na szczęście zastałam wszystkich (ciocię, wujka Janka, babcię (mamę cioci) i ich wtedy maleńką córeczkę Alusię). Wszyscy cali i zdrowi. Praga była nie zniszczona. Bardzo byli ucieszeni, kiedy mnie zobaczyli. Patrzyli na mnie, jak na przybysza z tamtego świata. Ciocia opowiadała, jak to widzieli płonącą Warszawę dzień i noc. Słyszeli wybuchy bomb. Wydawało im się, że z tego piekła nikt z życiem nie uszedł. Dowiedziałam się też, że Sowieci już od sierpnia stali na Pradze okupując cały brzeg Wisły i pod groźbą użycia broni nie wolno było nikomu przedostać się na drugi brzeg. Nie można było liczyć na pomoc Sowietów. Oni najchętniej pomogliby Niemcom, a nie Polakom. A my, Polacy, łudziliśmy się, że nam pomogą zniszczyć wspólnego wroga. Od cioci pojechałam jeszcze do Grodziska, by przywieźć jak najwięcej wiadomości. Tam też byli uradowani z mojego przyjazdu. Cieszyli się z dobrych nowym, jakie im przywiozłam. U nich, poza Ziutkiem i Zygmuntem, byli wszyscy. W Natolinie było cicho i spokojnie, żyli sobie jak u Pana Boga za piecem. Przenocowałam i z samego rana wyruszyłam w drogę powrotną.

Wieści o Warszawie bardzo zasmuciły dziadków. Bardzo liczyli na to, że tam wrócą. W takiej sytuacji trzeba było czekać, co los przyniesie. Ale mnie gnało w świat. Chciałam się usamodzielnić. Nie mogłam w nieskończoność siedzieć na garnuszku u dziadków, a poza tym miałam dosyć tych ciągłych kłótni, jakie toczyli między sobą. Główkowałam na różne sposoby, gdzieby tu znaleźć dach nad głową, choćby na jakiś czas.  Kiedy się ociepliło i łatwiej było wędrować, spakowałam się, zabrałam dziecko i ruszyłam do Drobina. Liczyłam na to, że tam dotrze jakaś wiadomość od ojca, Krysi, czy Jadzi. U Balbiny nie oczekiwałam dużej pomocy, wiedziałam że sama ledwie wiązała koniec z końcem, ale [liczyłam] na pomoc rodziny, miałam jej przecież tyle. Odwiedziłam ich wszystkich, ale nikt nie wychylił się z zaoferowaniem jakiejkolwiek pomocy. Mało tego, nawet mnie niczym nie poczęstowali. Zrobiło mi się bardzo przykro i zrozumiałam, że w życiu najlepiej liczyć tylko na siebie. Było nas pięć osób: Balbina, Wandzia, Romanek i my dwie. Spora gromadka i trzeba było coś robić, by nie dać się biedzie.

Postanowiłam, że będę handlować. W tym też czasie ojciec przysłał list z obozu, prosił o przysłanie mu smalcu, cebuli, słowem coś do jedzenia, papierosy na wymianę na produkty spożywcze. Ucieszyłam się, że jest już pierwsza jaskółka, że potem nastąpią od Krysi lub Jadzi. Zrobiłam paczkę o przepisowej wadze i wysłałam. A wszystko wzięłam na kredyt od znajomych kupców. Oddałam co do grosza z podziękowaniem.

Nauczyłam się wyrabiać mydło – takie zwyczajne, szare do prania, popyt był duży, bo zaraz po wojnie niczego nie było. Postanowiłam zaryzykować. Załadowałam do plecaka 18 kg i pojechałam do Warszawy. Zatrzymałam się u cioci Heni, która pomogła mi sprzedać na bazarku na Stalowej ulicy (blisko cioci), przenocowała, nakarmiła, zajęła się mną jak najlepsza matka. Wiele jej zawdzięczam. Za zarobione pieniądze, kupowałam przybory szkole, dla gospodyni drożdże, herbatę, wszystko to, co [klientki] zamawiały. Płaciły mi [one] artykułami spożywczymi: jajkami, masłem, kaszą, mąką, co która miała. Część produktów zostawało w domu, a część wiozłam na sprzedaż. Choć to było opłacalne to jednak męczące, toteż takie wyjazdy nie były zbyt częste.

Pewnego razu po powrocie z Warszawy Balbina powiedziałam mi, że był jakiś człowiek, który powiedział, że wracał z Niemiec razem z ojcem, że gdzieś po drodze się zatrzymał i za jakieś dwa miesiące powinien też wrócić, że pochodzi z Bielska 15 km od Drobina [?]. To, czego się od niej dowiedziałam, nie wystarczyło mi. Chciałam znać więcej szczegółów. Poszłam więc do tego Bielska, małe miasteczko takie jak Drobin, więc myślałam, że o powrocie kogoś z niemieckiego obozu będzie aż huczało w całym miasteczku i wystarczy zapytać pierwszego lepszego przechodnia, a już będę wiedziała, gdzie mieszka. Ale niestety. Pytałam wiele osób i w różnych punktach miasteczka, ale nikt o kimś takim nie wiedział. Wróciłam więc z niczym. Bardzo żałowałam, że nie było mnie wtedy w domu, kiedy był ten człowiek.

Tak, jak przypuszczałam odezwała się następna jaskółeczka. To Jadzia. Napisała list prosząc o zabranie jej stamtąd, że ma trzymiesięczną Hanię i jest u zupełnie obcych ludzi, którzy się nią zaopiekowali, że tam długo nie może przebywać. Pojechałam więc do Tucholi i po wypytaniu ludzi, dotarłam do niej. Pozbierałyśmy cały jej dobytek. Niewiele tego było, toteż każda rzecz była cenna. Nie żal było jej opuszczać to miejsce i szczęśliwa była, że wraca ze mną. Dzieciątko było śliczne i niedokuczliwe. W Tucholi na peronie tłok jak wszędzie na dworcach, a szczególnie dużo kręciło się żołnierzy sowieckich. Byli tak rozzuchwaleni, że bez żadnych skrupułów kradli leżące tobołki. Ja widząc, co się święci, usiadłam na jednym tobołku, Jadzia na drugim, i bacznie obserwowałyśmy, co dalej będzie. A ci dranie, złodzieje, zaczęli spod nas wyciągać te tobołki. Narobiłyśmy krzyku i wtedy dopiero odeszli. Bardzo się pilnowałyśmy przez całą drogę i jakoś szczęśliwie dotarłyśmy do Drobina. Zrobiło się już 7 osób w małym pokoiku. Trzeba było pomyśleć o większym mieszkaniu. W tym czasie propagowali zasiedlanie Ziem Odzyskanych. Widząc w tym jedyne dla nas wyjście, biorąc też pod uwagę rychły powrót ojca, chciałam jeszcze przed jego powrotem osiedlić się, by miał gdzie wrócić. Niewiele się namyślając, spakowałyśmy się i cała nasza gromadka wyjechała z Drobina. Została tylko Balbina z Romankiem. A my gdzie? Oczywiście do Warszawy do cioci Heni. A tam ciasno. Była ciocia Borkowska, Sabina ze swoimi dziećmi: Wandą, Niuśką i Waldkiem. Był jeszcze pan Henryk, przyjaciel Sabiny, ale wyjechał do Olsztyna w poszukiwaniu mieszkania. Ciocia Henia dzielnie sobie poradził z całą tą gromadą. Na dwóch tapczanach na spanie ulokowała starszych, a reszta pokotem na podłodze. Tobie, Basiu, przypadło spać między mną a Wandą. Widocznie niezbyt Ci było wygodnie, bo się kręciłaś, aż wreszcie powiedziałaś „Posiuń się Banda”. Oczywiście „Banda” posiunęła się i było wszystko w porządku. Nigdy tego nie zapomnę. Następnego dnia ja z Jadzią wyruszyłyśmy do Elbląga w poszukiwaniu mieszkania. Na dworcu było biuro informujące przyjezdnych o wolnych jeszcze mieszkaniach. Podano nam adresy i poszłyśmy szukać, nie znałyśmy miasta. Zabrało nam to sporo czasu. Okazało się, że te wszystkie mieszkania najpierw trzeba wyremontować, bo każde było mocno zdewastowane, bez drzwi, bez okien, ściany popękane. Popatrzyłyśmy na to wszystko z przerażeniem. Jak my biedne słabe dziewczyny mogłyśmy sobie poradzić z taką pracą. To dla nas było niewykonalne. Do tego jeszcze rano po przespaniu w jednym z tych mieszkań, nie mogłyśmy siebie poznać. Na twarzy miałyśmy guzy jak śliwki, oczu nie było widać. Tak strasznie byłyśmy pogryzione przez jakieś wyjątkowo kąśliwe komary, albo może jakieś inne gadziny. Zdecydowanie Elbląg nam się nie spodobał. Porozglądałyśmy się jeszcze po mieście w nadziei na jakiś szczęśliwy przypadek znalezienia lepszego mieszkania, ale niestety mocno zawiedzione i zmartwione, wróciłyśmy do cioci Heni, do naszych dzieci. Będąc już na podwórku, spotkałyśmy Waszego ojca, jak wychodził od Cioci. Nie wierzyłam własnym oczom i własnemu szczęściu. W samą porę wrócił, kiedy była bardzo potrzebna pomoc męska. Wróciłyśmy się do cioci i powiedziałam do Ciebie „Basiu to Twój tata, a Ty zdumiona popatrzyłaś i powiedziałaś „Pan tata?” U Cioci zastaliśmy tylko Wandzię z dziećmi, reszty nie było. Ciocia powiedziała, że pan Henryk przyjechał z Olsztyna z dobrą nowiną. Udało mu się znaleźć ładne 4 pokojowe mieszkanie przy ulicy Kościuszki 22. Zaraz się spakowali i wyjechali. Tak więc zrobiło się luźniej. U cioci Heni był jedyny punkt kontaktowy. Tu wszyscy się spotykaliśmy i tu przekazywane były informacje o rodzinie. Tylko to jedno miejsce ocalało. Już przestałam się martwić o dalsze losy nas wszystkich. Ojciec przejął te kłopoty. Przede wszystkim trzeba było poszukać jakiegoś dachu nad głową. Przez znajomych cioci udało nam się dostać mieszkanie na Saskiej Kępie. Choć były pęknięcia na ścianach, to przez jakiś czas musiało nam służyć. Działaliśmy szybko, bo to już był wrzesień, a słotna jesień tuż tuż. Zostawiliśmy więc Jadzię i Wandzię z dziećmi, a sami pojechaliśmy do Olsztyna w poszukiwaniu mieszkania. Zatrzymaliśmy się u Sabiny. Mieszkanie było rzeczywiście piękne. Po tej mojej tułaczce wydawało mi się że jestem w pałacu. Rozglądaliśmy się za mieszkaniem, ale bez żadnych sukcesów. Gdzie nie poszliśmy, na każdych drzwiach przyklejona kartka z napisem mieszkanie zajęte, choć wydawało się nie zamieszkałe, puste. Potem dopiero dowiedzieliśmy się, że byli tacy cwaniacy, co w ten sposób przywłaszczali sobie kilka mieszkań, by potem sprzedawać za pokaźną sumę jak na tamte czasy. Trzeba było z czegoś żyć, więc kupiliśmy maszynę do szycia i u Sabiny zaczęliśmy szyć czapki męskie. Pierwszą partię ojciec rozsprzedał błyskawicznie. Wrócił do domu z zakupami w walizce po czapkach. Ja, niespokojna, że pewno nie poszły, bo tak szybko wrócił, otworzyłam walizkę, a tam wędlina, pieczywo, no i butelka wódki. Teraz już byłam pewna, że wszystko zmienia się na lepsze. Kiedy zbieraliśmy pieniądze na kupno mieszkania, spotkaliśmy sąsiada z parteru i zapytaliśmy go, czy nie wie gdzieś o wolnym mieszkaniu. A on na to, że dobrze się składa, bo on właśnie dzisiaj opuszcza to mieszkanie i przeprowadza się do innego. A to może nam odstąpić bezpłatnie. Myślałam, że oszaleję z radości. Było takie same jak Sabiny tylko że o jeden pokój mniej, bo brama wjazdowa „zabrała” właśnie ten dodatkowy. Jeszcze przed tą bombową wiadomością, ojciec zauważył, że szablony na czapki zostały obrysowane, kanty były czarne od ołówka. Powiedział do mnie, że tu długo miejsca nie zagrzejemy. I rzeczywiście, Ciocia Borkowska i Sabina zaczęły okazywać nam niezadowolenie, że a to śmieci dużo, a tu im z nami jest za ciasno. Właśnie wtedy trafiło się nam to mieszkanie i całe szczęście, bo jeszcze tego dnia cała nasza gromadka przyjechała z Warszawy, nie czekając, aż po nich pojedziemy. Musieli stamtąd się usunąć, bo groziło zawaleniem się domu. Tak oto cudownie się złożyło. Nie nocowaliśmy już u Sabiny, tylko wszyscy zeszliśmy na dół do WŁASNEGO MIESZKANIA. Ten kto nie tułał się po świecie, nie przeszedł przez to co my wszyscy, ten nie potrafi docenić posiadania własnego kąta. To jest przeżycie nie do opisania. Jakże tu nie dziękować Bogu za tyle łask, których doznaliśmy? Pierwszą noc spaliśmy na podłodze, ale jakże szczęśliwi. Mieszkanie było trzypokojowe z dużą kuchnią i łazienką, z ubikacją, kuchenką gazową. W takich luksusach nie mieszkałam od odejścia z Hożej. Nie było tylko centralnego ogrzewania, ale był w dużym pokoju nieduży piec kaflowy, który bardzo dobrze ogrzewał całe mieszkanie. Zostały też jakieś meble, ale z tym nie było problemu, bo było można kupić za niewielkie pieniądze. Nasze życie zaczęło się stabilizować. Było nas sporo, każdy miał swoją funkcję, był podział pracy. Ja z ojcem szyliśmy dalej czapki, a oprócz tego prowadziliśmy cały dom. Jadzia zajęła się kuchnią. Była świetną kucharką, trudno jej było dorównać. Doglądała i karmiła dzieci. A Wandzia zajmowała się porządkami i robiła małe przepierki. Duże pranie od czasu do czasu robiłyśmy wszystkie trzy. Po jakimś czasie przestaliśmy szyć czapki, nie chodziliśmy już na bazar. Z pierwszego pokoju zrobiliśmy pracownie kapeluszy damskich. Z okna zrobiliśmy małą wystawkę, przed nią na zewnątrz wywiesiliśmy szyld. Punkt był  dobry, bo blisko bazaru, ruch duży i na brak klientek nie można było narzekać. Z Bożą pomocą działo nam się coraz lepiej. Wszyscy czworo przyczyniliśmy się do tego. Każdy wniósł wkład swoją pracą. […]

 

 

Powiązane hasła

”None