menu

Winkler Teresa – Moje wspomnienia z Powstania Warszawskiego

Winkler Teresa – Moje wspomnienia z Powstania Warszawskiego

Dziewięcioletnia Teresa Herbst (obecnie Winkler) spędziła okres Powstania Warszawskiego na Mokotowie. W czasie prawie dwóch miesięcy spędzonych w walczącej Warszawie autorka wspomnień była świadkiem egzekucji cywilów przy ul. Madalińskiego 42, a także przeżyła przysypanie w piwnicy willi przy ulicy Odyńca. Po zakończeniu walk ona i cała jej rodzina – rodzice Jerzy i Eugenia, brat Jerzy, dziadkowie Aniela i Józef Styczyńscy oraz cioteczna babka Maria Myszkowska-  znaleźli się w obozie Dulag 121, skąd została wywieziona w okolice Częstochowy do miejscowości Koliszowa.

Moje wspomnienia z Powstania Warszawskiego

Był dzień 1 sierpnia 1944 roku. Dzień był bardzo upalny. Bawiłam się na schronie przed domem przy ulicy Madalińskiego 42. Dochodziła godzina 17. Od strony Alei Niepodległości, środkiem ulicy biegli młodzi ludzie, z biało-czerwonymi opaskami na rękach. Zdaje mi się, że na głowach mieli hełmy, w rękach mieli broń. Cały czas biegnąc krzyczeli: „Wszyscy Polacy pod broń”.  Na rogu Kazimierzowskiej i Madalińskiego stał niewielki, betonowy bunkier niemiecki. Z tego bunkra padły strzały w kierunku biegnących młodych ludzi. Jedna z mieszkanek naszego domu, prawdopodobnie Pani Zofia Olasowa wbiegła z ulicy w podwórko domu i przerywając naszą zabawę, zagoniła nas do mieszkań. Weszłam do mieszkania, gdzie babcia zabrała mnie do łazienki i kazała się umyć, bo mamy gościa. Przyszła do nas ciotka mojego ojca, Pani Maria Gonzaga-Myszkowska. Atmosfera w domu była bardzo napięta. Ciotka była bardzo zdenerwowana, gdyż nie mogła wrócić do swego domu, a jej syn Witold był w zgrupowaniu „Krybar” AK i właśnie wyruszył do powstania. Z wielką emocją wspominała pozostałych dwóch synów: o jednym Henryku wiedziała, że jest pilotem RAF i przebywa w Anglii, a o ostatnim nie wiedziała nic.

Z powodu działań wojennych wszyscy mieszkańcy przenieśli się do piwnic. Ściany piwnic zostały poprzebijane, aby umożliwić swobodne przechodzenie między blokami. W tych pierwszych dniach sierpnia, młodzi powstańcy uzbrojeni w granaty i pistolety przechodzili przez nasze piwnice. Moja rodzina, mieszkająca na parterze często z piwnicy wychodziła, gdyż w mieszkaniu łatwiej było prowadzić jakąś gospodarkę. Trzeciego dnia sierpnia, grupa powstańców zrobiła sobie w naszym mieszkaniu podręczny magazynek broni, układając na pianinie niemieckie granaty zaczepne i obronne, które po jakimś czasie zabrali. W dniu 4. sierpnia na nasze podwórko wpadła duża grupa żołnierzy niemieckich i wrzeszcząc wypędzili wszystkich z piwnic. Kazali nam wszystkim klęknąć na klatce schodowej przy otwartych drzwiach z rękami do góry. Zaczęliśmy głośno modlitwę „Pod twoją obronę”. Ostatni z piwnicy wyszedł starszy pan, Wiktor Rodowicz, oraz młody człowiek, Tadeusz Grzegorzewski. Ten młody chłopiec był czyimś gościem i zaskoczony powstaniem nie mógł wrócić do domu. Chcąc wydostać się z tej opresji podszedł do żołnierza legitymując się swoją kennkartą. Niemiec kazał obu mężczyznom stanąć obok wejścia na klatkę schodową, z rękami podniesionymi do góry. Następnie podwinął rękawy munduru i z pistoletu zastrzelił obydwu, celując prosto w czoło. Oficer dowodzący wywołał spośród klęczących dozorcę, który podszedł wraz ze swoim dorosłym synem. Żołnierze kazali im stanąć z drugiej strony tej samej klatki schodowej i zastrzelił obydwu. Tak zginęli: Stanisław i Bolesław Prusowie.

Na tę śmierć gwałtownie zareagowała moja mama, Eugenia Herbstowa, która zerwała się z klęczek i podeszła do niemieckiego oficera. Znając nieźle język niemiecki powiedziała, że Niemcy to przecież kulturalny naród i prosiła, ażeby nie zabijali niewinnych ludzi. Niemiec pchnął ją pod ścianę i zarepetował pistolet. Wtedy mama poprosiła go, żeby pozwolił pożegnać się z dziećmi. Niemiec złapał ją za ramię i pchnął na klatkę schodową w kierunku piwnicy. Po chwili zakomenderował odwrót i Niemcy wyszli z podwórka. Ciała zabitych leżały cały dzień i zostały pochowane w nocy na środku klombu w podwórku. Mój dziadek nie wyszedł z piwnicy i schowany w jakimś zakątku ocalał, nie widząc całej tragedii śmierci czterech osób. Na tej samej zasadzie ocalało kilkoro przechowywanych na naszej klatce Żydów. Tych kilku Żydów ukrywała w piwnicy mieszkanka pierwszego piętra na VI klatce, pani Dobiecka.

W połowie sierpnia znów na podwórko wpadli Niemcy z kilkoma oficerami na czele, wyraźnie czegoś szukając. Pani Dobiecka zaprosiła oficerów do mieszkania częstując ich jakimiś nalewkami i puszczając muzykę patefonową. Po jakimś czasie Niemcy stracili ochotę do dalszych poszukiwań i odeszli. W ten sposób pani Dobiecka powtórnie ocaliła przechowywanych uciekinierów z getta. Najwięcej czasu, my dzieci spędziliśmy w piwnicy a w spokojne dni również w mieszkaniach, zwłaszcza, że nasz blok znajdował się w podwórku oddzielnym od ulicy. Było nas czworo dzieci w podobnym wieku: bracia Andrzej i Maciek Olasowie oraz ja z młodszym bratem Jurkiem zwanym Bulkiem. Czasem bawiła się z nami o kilka lat starsza dziewczynka Janka Koszewska. W mieszkaniu państwa Olasów budowaliśmy barykady, na których walczyliśmy strzelając z gumek papierowymi pociskami. Pociski robiliśmy z kartek wyrywanych z czasopisma straży granicznej „Czaty”. W piwnicy graliśmy w karty, w tak zwaną „wojnę”. Czas spędzony w piwnicy był niemiły i męczący ze względu na brak możliwości ruchu, duszność i ciemność.

W piątym bloku naszego domu, na trzecim piętrze mieszkała dość efektowna niewiasta, Pani Żylińska. Nie cieszyła się sympatią mieszkańców, gdyż przyjmowała w mieszkaniu Niemców. Szczególnie często bywał u niej pułkownik Wehrmachtu, którego ordynans przywoził bryczką. W pierwszych dniach powstania na Mokotowie, Niemcy cofnęli się z części dzielnicy, co wśród mieszkańców domu wywołało wielką radość. Pierwsza zareagowała pani Żylińska, wywiesiła na balkonie polską flagę i głośno puściła płytę z hymnem narodowym. Mieszkańcy naszego domu zastanawiali się nawet czy nie jest to prowokacja. Dopiero wiele lat po wojnie dowiedziałam się od jednego z oficerów tzw. cichociemnych, że pani Żylińska pracowała w wywiadzie Armii Krajowej.

Zaopatrzenie
Przed samą wojną, mój dziadek – Józef Styczyński uprawiał działki na ulicy Karłowicza i św. Andrzeja Boboli. Warzywa z tych działek pozwoliły mojej rodzinie na skromne przeżycie w dniach największego głodu w czasie Powstania Warszawskiego. W nieco spokojniejsze dni sierpnia, Niemcy pozwalali się poruszać ludności cywilnej, pod warunkiem posiadania białej flagi i w określonych godzinach, które ustanowili Niemcy. Ludzie wychodzili czasem z domów trzymając na kiju przypiętą białą serwetkę lub powłoczkę poduszki. Najczęściej chodziły po zakupy lub po jakiekolwiek zaopatrzenie dzieci i kobiety, ponieważ do nich snajperzy niemieccy raczej nie strzelali. Niemniej wyprawa z naszego domu na działkę była bardzo ryzykowna, gdyż szło się pod ostrzałem po gruzie i szkle z rozbitych domów. W drugiej połowie sierpnia szłam z koszykiem i białą flagą co najmniej czterokrotnie. Najgorsze było przejście przez skrzyżowanie Madalińskiego z Al. Niepodległości, gdyż Niemcy często strzelali od strony ul. Rakowieckiej. Najbezpieczniej było na działkach, bo był to teren otwarty bez strategicznego znaczenia. Za każdym pobytem wykopałam trochę ziemniaków, brukwi, buraków i ogórków. Czasami udało się znaleźć na wpół dojrzały pomidor, przeoczony przez wygłodniałych ludzi. Obecnie po działkach nie zostało najmniejszego śladu. Jedna została zabudowana przez Politechnikę Warszawską a na drugiej wybudowano osiedlową kotłownię.

Krótsze wyprawy po zaopatrzenie robiłam do piekarni na róg Kwiatowej oraz do sklepu pani Dalkowskiej na ul. Kazimierzowską – w tym miejscu stoi obecnie budynek poczty. Resztki towaru, mąki czy kaszy wydawał w sklepie ułomny syn pani Dalkowskiej, Zygmunt. Do tego sklepiku wchodziło się zwykle od strony ogrodu. Pewnego pięknego, sierpniowego dnia nie mogłam usiedzieć w domu i złapawszy przygotowany koszyk i pieniądze pobiegłam do sklepu pani Dalkowskiej, załatwiłam szybko drobne sprawunki i wyszłam na dróżkę wiodącą do domu, a do pokonania miałam niespełna 100 metrów. Bardzo przestraszona odwróciłam się, aby zobaczyć co się stało. Okazało się, że niemiecki czołg wyłamał płot drewniany od strony ul. Kazimierzowskiej i wjechał za mną na drogę prowadzącą do naszego domu. Stanął z chrzęstem trzy-cztery kroki ode mnie. Z czołgu zeskoczył wysoki, bardzo przystojny Niemiec ubrany w panterkę. Powiedział do mnie „hände hoch”. Byłam tak przerażona, drżały mi nogi, upuściłam koszyk z zakupami i podniosłam ręce do góry. Niemiec przewrócił koszyk, końcem buta rozgrzebał skromne wiktuały jakby czegoś szukając. Potem machnął ma mnie ręką i szczeknąwszy „weg”, poszedł do czołgu. Szybko pozbierałam rozrzucone zakupy i odeszłam do domu na uginających się nogach, cały czas myśląc czy nie strzelą mi w plecy. Mama była w tym czasie na pierwszym piętrze u pani Olasowej i widziała z okna to zdarzenie. Wywarło to na niej takie wrażenie, że straciła przytomność. Moja babcia, mieszkająca z nami, Aniela Styczyńska, dokonywała cudów w kuchni, aby rozmnożyć skromne zapasy i wykarmić domowników. Gotowała większe ilości kaszy z warzywami i umiejętnie pakowała i przygotowywała paczki dla więźniów w Mokotowskim więzieniu. Nie wiem kto organizował tę pomoc, ale pamiętam, że trzykrotnie chodziłam w towarzystwie jakiejś tam pani z koszami zaopatrzenia dla polskich więźniów. Niemcy wyznaczyli godzinę czasu między 12. a 13. na dostarczanie żywności. Pamiętam, że jedną ręką dźwigałam kosz a w drugiej trzymałam kij z białą ścierką jako flagą.

Z jednej z wypraw zaopatrzeniowych z ul. Madalińskiego, z piekarni wracałam z pustymi rękami i zostałam ostrzelana z budynku szkoły zawodowej z rogu Kazimierzowskiej i Narbutta. Ostatnie kilkadziesiąt metrów czołgałam się wzdłuż domu i dotarłam tak brudna, że biedna babcia z godzinę próbowała mnie doczyścić. Olbrzymi kłopot był z brakiem wody. Ponieważ mieszkaliśmy na parterze, jakimś cudem wąziutki strumyk wody płynął z naszego kranu i sąsiedzi z pięter przychodzili, żeby nabrać choć trochę wody do picia.

Społem
Obydwoje rodziców od czasów przedwojennych pracowali w „Społem”. Na początku września przez pocztę powstańczą dostaliśmy wiadomość od jednego z dyrektorów „Społem”, pana Dippla. Dyrektor prosił mojego ojca, aby przeszedł do magazynów „Społem” przy ulicy Grażyny 13, aby zarządzać ukrytymi zapasami żywności i przekazać je niewielkimi partiami żołnierzom AK. Moją mamę i mnie z młodszym braciszkiem zaprosił do swej willi przy ul. Czeczota, gdzie było o wiele bezpieczniej niż na Madalińskiego. W ciągu dnia przekradaliśmy się poprzez ogródki domów ul. Różanej i Szustra, przez wolne przestrzenie ulic Wiktorskiej i Racławickiej doszliśmy do ul. Odyńca i Czeczota. Prowadziły nas dwie osoby, jedną z nich była prawdopodobnie córka dyr. Dippla, łączniczka AK. Rodzina moja na kilkanaście dni rozpadła się. Dziadkowie z ciotką ojca zostali w mieszkaniu przy ul. Madalińskiego. Ojciec był w „Społem” przy ul. Grażyny 13 a ja z mamą i bratem koczowałam w piwnicy dyr. Dippla przy ul. Czeczota. Któregoś ranka obudziłam się rano i zobaczyłam odpoczywającego obok mnie kolegę z naszego domu. Był to Andrzej Boba, piętnastoletni sąsiad z ul. Madalińskiego 42, uzbrojony w granat zatknięty za pasek i leżący obok hełm niemiecki. Zaskoczona jego widokiem spytałam: „Co ty robisz?” Chłopiec odpowiedział durnie „Jak to co – walczę!”

Zarówno my jak i przygodni mieszkańcy okoliczni oraz żołnierze AK żywili się dzięki hojności dyr. Dippla oraz żerowaliśmy na wielkich zapasach konfitur i kompotów pani Dipplowej. Bezpieczeństwo w willi przy Czeczota okazało się złudne, któregoś dnia, gdy byliśmy w piwnicy, pocisk rakietowy z tzw. „krowy” (Nebelwerfer) uderzył w pokój dziecinny domu. Willa zawaliła się zasypując nas pod gruzami. Na szczęście wytrzymał strop piwniczny i przeżyliśmy kilka godzin potłuczeni, pokaleczeni, w całkowitych ciemnościach i potwornym zaduchu. Stosunkowo szybko żołnierze najbliższej jednostki AK odkopali nas z gruzów i pokaleczonych przenieśli do „Alkazaru”. „Alkazar” był to niewykończony budynek przy Czeczota, kilkadziesiąt metrów od rogu Al. Niepodległości. Na piętrach „Alkazaru” były posterunki powstańcze a w piwnicach dość obszerny szpital polowy. Posterunek AK wyposażony był w broń przeciwpancerną nie dopuszczając czołgów niemieckich z Al. Niepodległości.

W szpitalu było małżeństwo lekarzy, doktorstwo Jojte, którzy dokonywali nieprawdopodobnych rzeczy ratując poranionych powstańców i cywilów. Pamiętam, że umieszczono mnie w nogach łóżka, na którym dr Jojte operował młodą dziewczynę z AK. Krzyki operowanej, widok ran i krwi spowodował, że trzęsłam się ze strachu tracąc chwilami świadomość. Po kilku dniach łączniczki AK przeprowadziły nas do „Społem” na ulicę Grażyny 13, gdzie spotkaliśmy się z ojcem. W drodze ostrzelał nas niemiecki samolot. Uciekaliśmy tak szybko, że razem z bratem zgubiliśmy dziecinne sandały, kalecząc stopy na rozbitym szkle leżącym na ulicach. W pewnym momencie ktoś wciągnął nas na klatkę schodową willi, aby przeczekać ostrzał z samolotu. W budynku „Społem” także koczowaliśmy w piwnicy, aż do chwili upadku powstania na Mokotowie. Któregoś dnia dowiedzieliśmy się o zbombardowaniu „Alkazaru” i śmierci wszystkich rannych oraz bohaterskich lekarzy państwa Jojte. Uratował się ich mały synek Wojtuś i jego babcia.

W ostatnich dniach września, po upadku powstania na Mokotowie, Niemcy zaczęli systematycznie wypędzać mieszkańców z poszczególnych domów. Nas również wyrzucono z budynku „Społem” i przepędzono na ul. Madalińskiego, gdzie spotkaliśmy moich dziadków i ciotkę Myszkowską. Tam szybko zabraliśmy ciepłą odzież, suchary na drogę i popędzani przez niemieckich żołnierzy, ruszyliśmy w długą drogę do obozu w Pruszkowie. Po drodze wzdłuż ul. Madalińskiego widziałam starych, niedołężnych ludzi zabijanych przez Niemców tylko dlatego, że nie mogli już iść. Dojście do Pruszkowa przez pola trwało cały dzień. Tam zostaliśmy zakwaterowani w koszmarnych warunkach na deskach lor kolejowych. Przez wysoki mur obozu rzucano nam chleb, który momentalnie był rozchwytywany przez uwięzionych. Niemcy strzelali do ludzi, którzy próbowali nam pomóc. Jedliśmy suchary moczone w wodzie. Byliśmy tam ponad tydzień, po czym załadowano nas w wagony zamknięte i duszne bez dostępu do powietrza, ludzie mdleli od upału i braku wody. Po paru godzinach wyrzucono nas w pole pod Częstochową i kazano nam iść w kierunku wsi Koliszowa. I tak się zakończył mój epizod z Powstaniem Warszawskim. Miałam wtedy 9 lat.

Teresa z Herbstów Winklerowa

Lipków k. Warszawy, 1943 r. Od prawej: dr Jung, p. Inwald, żona dr Junga, p. Wilczak, żona p. Inwalda, p. Irena, Eugenia Herbst oraz dzieci: Jerzy i Teresa Herbst oraz pies Dżim. Dar Teresy Winkler.
Lipków k. Warszawy, 1943 r. Od prawej: dr Jung, p. Inwald, żona dr Junga, p. Wilczak, żona p. Inwalda, p. Irena, Eugenia Herbst oraz dzieci: Jerzy i Teresa Herbst oraz pies Dżim. Dar Teresy Winkler.
Grupowa fotografia dzieci, które 18 VI 1944 r. przystąpiły do I Komunii Św. w kaplicy Najświętszej Marii Panny Jazłowieckiej przy ul. Kazimierzowskiej na Mokotowie. Pierwsza po prawej stronie zakonnika, w długiej sukience z falbankami i krzyżykiem na szyi siedzi Teresa Winkler (wówczas Herbst) Dar Teresy Winkler.
Grupowa fotografia dzieci, które 18 VI 1944 r. przystąpiły do I Komunii Św. w kaplicy Najświętszej Marii Panny Jazłowieckiej przy ul. Kazimierzowskiej na Mokotowie. Pierwsza po prawej stronie zakonnika, w długiej sukience z falbankami i krzyżykiem na szyi siedzi Teresa Winkler (wówczas Herbst) Dar Teresy Winkler.

Powiązane hasła

”None