menu

Transporty z obozu Dulag 121 do KL Stutthof

W okresie Powstania Warszawskiego z obozu Dulag 121 do obozu koncentracyjnego w Stutthofie 25 sierpnia, 31 sierpnia i 29 września przybyły trzy transporty wysiedlonych warszawiaków i mieszkańców podwarszawskich osiedli. Pierwszy transport przysłany z obozu Dulag 121 nie został przyjęty i został odesłany do dyspozycji miejscowego Urzędu Pracy. Łącznie w obozie Stutthof osadzono 6956 osób przybyłych pozostałymi dwoma transportami: mężczyzn, kobiety i dzieci, cywilów, powstańców wychodzących z miasta jako cywile oraz grupę 40 kobiet-jeńców wojennych.

Barak w obozie Stutthof. Fot. z arch. Muzeum Stutthof

 

Pierwszy transport

Już 9 sierpnia Richard Glücks, szef tzw. Grupy Urzędów D – Obozy Koncentracyjne w strukturach Głównego Urzędu Gospodarczo-Administracyjnego SS, której podlegały niemieckie obozy koncentracyjne, informował komendanta obozu Stutthof Paula Wernera Hoppe, że w najbliższym czasie do obozu przybędzie do 5000 warszawiaków. Jednak dopiero 25 sierpnia z obozu Dulag 121 wyruszył pierwszy transport warszawiaków przeznaczony do obozu koncentracyjnego w Stutthofie, dokąd przybył następnego dnia. Liczył 2757 osób, w tym 1219 kobiet i 1538 mężczyzn, a wśród nich znalazła się 15-letnia Hanna Blikowska z Mokotowa, która, w relacji złożonej w Muzeum Powstania Warszawskiego, w sugestywny opisała sposób podróż z Pruszkowa na Pomorze i moment przybycia do obozu:

Podróż trwała około dwudziestu czterech godzin. Nie wiemy, jak jechaliśmy. Staliśmy, zatrzymywaliśmy się, jechaliśmy wolno, szybko. Ani wody, ani nic. Strasznie ciasno, w wagonie około sześćdziesięciu osób. […] Okazało się, że jesteśmy na północy w okolicach Gdańska. Wysadzono nas, [ale] to nie była stacja osobowa, tylko towarowa. Miejscowość, jak przeczytałam na tablicy, oczywiście niemiecka – Tiegenhagen. W pewnym momencie zobaczyliśmy przejeżdżającą gdzieś na skraju kolejkę wąskotorową prowadzącą kilka wagoników, ale nie zamkniętych, otwartych. […] Przyjechała pusta i zatrzymała się, Niemcy kazali nam wsiadać. Ludzie wsiadali bardzo chętnie. Nam się nie udało do niej wsiąść. […] Przyjechała znów kolejka i do drugiej tury dostaliśmy się. Co się okazało: pierwszy transport kolejką, który jechał (do którego myśmy się nie dostali), był przyjęty w sposób „prawidłowy” jak na obóz koncentracyjny. To znaczy Niemcy z psami już czekali przy kolejce, z kijami, w bardzo ostry sposób. Oczywiście oddzielili, wszystko pozabierali [i przystąpili do dalszych „rutynowych czynności”] – sposób, jak powiedziałam, „prawidłowy”. Znam fakty, ale interpretacja, dlaczego z nami było inaczej, to tylko nasze wnioski. Plotka chodziła, że ktoś miał ze sobą ulotkę, jaką Niemcy zrzucali w czasie Powstania, że Niemcy gwarantują opiekę i tak dalej. Ktoś podobno to pokazał, czy taka jest opieka. Odważnie powiedział. Podobno był to pierwszy transport z Warszawy i podobno była jakaś konsternacja, był jakiś telefon (podobno do Berlina) – w każdym razie coś zadecydowało, że postanowili nas po prostu inaczej wykorzystać.

Prawdziwość wspomnianej plotki potwierdza pismo skierowane 26 sierpnia przez komendanta Stutthofu do Grupy Urzędów D – Obozy Koncentracyjne w strukturach Głównego Urzędu Gospodarczo-Administracyjnego SS. Komendant Hoppe zwrócił się w nim z prośbą o wytyczne czy ma potraktować tę grupę w związku z faktem, że znajdowały się w niej rodziny z warszawskiej Pragi, które miały przy sobie niemiecką ulotkę gwarantującą dobre traktowanie tym wszystkim, którzy dobrowolnie opuszczą miasto. Przed osadzeniem w Stutthofie ludzi z tego transportu uratowało wydane 26 sierpnia 1944 roku zarządzenie Himmlera, nakazujące, aby osoby nie biorące udziału w Powstaniu, które dobrowolnie opuściły miasto, kierować do dyspozycji urzędów pracy, a nie do obozów koncentracyjnych. Osoby z tego transportu nie zostały przyjęte do obozu. Przez kilka dni trzymano je w barakach poza obozem, bez rejestracji. Po kilku dniach skierowano ich do dyspozycji na roboty przymusowe na terenie Pomorza.

Szklarnie oraz baraki w obozie Stutthof. Fot. z arch. Muzeum Stutthof

 

Transport z 31 sierpnia

Kolejny z transportów skierowanych z obozu Dulag 121 przybył do obozu w Stutthofie 31 sierpnia  1944 roku. Z Pruszkowa pociąg wyjechał 30 sierpnia o godzinie 13:30. Transport liczył łącznie 2914 osób: 2243 mężczyzn, 664 kobiety i 7 dzieci poniżej 14 roku życia. Pochodzili z różnych dzielnic Warszawy, a najwięcej było mieszkańców Marymontu, Pragi, Targówka  i Grochowa – cywilów, nie biorących czynnego udziału w Powstaniu, choć nie brakowało w nim również Powstańców, jak Zbigniew Warzyński, złapany na Bielanach 23 sierpnia, który w relacji złożonej w Muzeum Powstania Warszawskiego tak wspomina tamte wydarzenia:

W Pruszkowie mnie opatrzyli trochę, tam był punkt sanitarny i [załadowali] w pociągi towarowe nie wiadomo dokąd. Zatrzymaliśmy się aż pod Malborkiem, pozwolili wyjść na tory dla załatwienia potrzeb fizjologicznych, z powrotem w pociąg i dowieźli nas aż do Nowego Dworu Gdańskiego. Tam przeładowali na kolejki i powitanie przez okolicznych mieszkańców, że my bandyci. Oczywiście kilku z nas dostało porządnie kijami od nich, bo obsługa nie reagowała wcale, tylko milcząco się przypatrywała, jak jesteśmy bici. Po przesiadce w kolejkę wąskotorową wieziono nas piękną okolicą. Myślimy sobie: „No, dobrze, że tu trafiliśmy. Będziemy pewnie pracować. Ładne domki, ładna okolica”. Rozczarowanie przyszło szybko, jak wjechaliśmy w las. Zobaczyłem flagę czarną z napisem: „SS” i trupia główka i Waldlager. Co było dokładnie, to nie wiedziałem.
Dojechaliśmy do bram obozu, tam wyładowanie i wprowadzili nas do obozu, oczywiście z powitaniem kijami przez funkcyjnych więźniów, którzy krzyczeli, dlaczego poddaliśmy się Powstanie. Byli to przeważnie kryminaliści, bo bardzo dużo w obozie było kryminalistów, którzy się wyżywali na nas. Doprowadzili nas do rejestracji, tam każdemu dali pasek z numerem. Odebrali mi nazwisko, pozostał mi tylko numer, który pamiętam do tej pory: 78438. Tym numerem musiałem się zawsze meldować na stojąco Niemcowi i wytłumaczyć się, że: >>Więzień numer 78438 melduje się na rozkaz<<.

Mężczyźni po przybyciu otrzymali obozowe numery 77121 – 79363. Kilkuset z nich już 4 września skierowano do obozu koncentracyjnego w Neuengamme koło Hamburga, a w dniu 29 września  157 osób do położonego w Alzacji KL Natzweiler. Pozostali w większości zostali wysłani do podobozów Stutthofu w Elblągu i Gdańsku, a także do obozu w Potulicach (wówczas Lebrechtsdorf), gdzie wielu z nich zmarło. Cytowany Zbigniew Warzyński tak zrelacjonował pierwszy miesiąc obozowego życia:

Pierwsze dni nie chodziliśmy do pracy. Dlaczego? Dlatego że była bez przerwy musztra, ćwiczenie Mützen ab, to znaczy jak przychodził na apel Niemiec, to musieli wszyscy słuchać, bo na komendę Mützen ab, jedno uderzenie czapką o udo, o nogę. Tego nas uczyli przez kilka dni, później brali do takich robót, gdzie się dało. Plantowanie do lasu, karczowanie lasu. […] A jeszcze wspomnę o tym, że byliśmy traktowani nieludzko przez blokowego Emila, Niemca z Gdańska, któremu humor się zmieniał w zależności od tego, jak nie dostawał listu od żony. Jak nie dostał listu od żony, to humor jemu się psuł od razu. Miał do pomocy pomocników swoich. Był taki sztubowy, ten który się opiekował izbą, nazywaliśmy go Kwa Kwa. Nie można było go w ogóle po niemiecku zrozumieć. Pędził nas, w przejściu jak wychodziliśmy z baraku, to on stał wyżej, na stołku, trzymał lachę porządną albo kabel elektryczny i tym kablem bił po głowie. Dostałem nie raz tym kablem.

Kobiety z tego transportu otrzymały numery 86846 – 87503. Bez wpisywania do ewidencji i bez nadawania numerów z obozu odesłano 6 kobiet i 7 dzieci do Arbeitsamtu w Stegnie (wówczas Steegen), skąd skierowano ich na roboty przymusowe. Moment przybycia do obozu tak opisała w swoim dzienniku Zofia Głowacka, wysiedlona 26 sierpnia z Radzymina:

30 sierpnia załadowano nas do wagonów towarowych zamkniętych i wywieziono do Stutthofu. Po drodze przesiadaliśmy się w jakimś nieznanym mi mieście na Pomorzu do małej kolejki o odkrytych towarowych wagonikach. 31 sierpnia umieszczono nas (kobiety) w niewykończonych murowanych barakach. Tam przebywałyśmy do 14 września, śpiąc na ziemi na wiórach, w niesamowitym robactwie, które odtąd towarzyszyło nam do końca. 15 IX. Po tak zwanej kąpieli, gdzie kazano się nam rozebrać w obecności kilku esesmanów, którzy nas rejestrowali, odebrano nam wszystkie rzeczy z wyjątkiem butów i popędzono do baraku nr 21

Kobiety zakwaterowano w tzw. obozie żydowskim, gdzie panowały bardzo trudne warunki, których następstwem była epidemia tyfusu i bardzo wysoka śmiertelność więźniarek. 28 września, po przeprowadzeniu selekcji, wybrano 348 z nich i wysłano je jednego z podobozów KL Neuengamme, mieszczącego się przy fabryce samolotów w Hanowerze. Wśród nich znalazła się również Zofia Głowacka. Dzięki jej zapiskom wiemy jak wyglądała praca:

Tam umieszczono nas w barakach, świeżo wymurowanych. Mokrych, nieopalanych, po 30 osób w sztubie, na piętrowych pryczach. Papierowe worki wypchane trocinami służyły nam za posłanie, dach przeciekał. Następnie zagnano nas do pracy, gdzie spędzałyśmy po 13 godzin dziennie, stojąc. Majstrowie uczyli nas, jak obchodzić się z duraluminium, którego pyły unosiły się w ogromnej, nieopalonej hali. Fabryka, wielokrotnie bombardowana, miała prowizoryczne przystosowane hale, które nieraz nie posiadały bocznych ścian. Część kobiet została przeznaczona do innej fabryki zbrojeniowej, produkującej pociski wagi do dziesięciu kilogramów, tam kobiety nosiły ciężkie pociski przez cały dzień, wracając wieczorem zupełnie bez życia, tak że niejednokrotnie trzeba było udzielać im pomocy i otuchy. Wiele z nich uległo wypadkom przy pracy przy sztancach, nie tylko kalecząc się straszliwie, ale i obcinając palce.

Transport z 29 września

29 września do obozu koncentracyjnego w Stutthofie przybył kolejny transport warszawiaków z obozu Dulag 121. Tym razem liczył on 1252 mężczyzn (którym nadano numery obozowe 92541-93792) i 6 kobiet (nadano im numery 92535-92540). Przeważali tutaj mieszkańcy Mokotowa, a część z nich było Powstańcami, głównie z „Baszty” i „Granatu”, którzy nie chcąc iść do obozów jenieckich, wyszli z Warszawy jako cywile. W tym transporcie znalazł się również dziesięciolatek, Jan Brodziński:

W Pruszkowie długo nas nie trzymano. Siedziałem gdzieś w kącie, wokół przemieszczały się masy ludzi. Największe ożywienie panowało pod murem, przez który przerzucano do obozu małe opakowania z jedzeniem. Ogłoszono komunikat: wszyscy mężczyźni w wieku 16 -45 lat mają wychodzić na transport. Konsternacja. Antek się kwalifikuje. Co robić? Po namyśle konkluduje: „Chodźmy razem, powiem, żeby mnie nie zabierali, bo potrzebujesz opieki, nie mogę cię samego zostawić”. Tak zrobiliśmy. SS-man nawet wysłuchał, co Antek po niemiecku mu powiedział, zadecydował inaczej. „Jedziecie na lekkie roboty do Niemiec, możesz brata zabrać”. Skinął ręką i błyskawicznie zostałem porwany za ramiona i wrzucony do wagonu. I tak znalazłem się w transporcie mężczyzn – jedyny nieletni.

Warunki panujące w Stutthofie opisał m.in. Albin Obrzydowski, mieszkaniec dolnego Mokotowa:

Warunki w obozie były bardzo ciężkie, przebywałem na bloku IV, w którym blokowym był Rudolf Friedrich więzień-sadysta. W bloku tym przebywało około 800 więźniów. Na dwóch pryczach spało po 5-6 więźniów. Warunki sanitarne były okropne, tyfus, który rozpoczął się jesienią trwał do chwili wyzwolenia i dziesiątkował więźniów. Blok w zimie był nieogrzewany, więźniowie ogrzewali się ciałami współtowarzyszy, narażając się jednocześnie na nicie sztubowych, kapo i blokowego. Wielu więźniów umierało na zapalenie płuc z przeziębienia.  Umywalnia „waszraum” była tak mała, że z góra mogła pomieścić 40 więźniów myjących się, ale nigdy 800. Mycie odbywało się przy ciągłym biciu i popędzaniu więźniów przez sztubowych i kapo. Zdarzały się wypadki topienia więźniów przez zanurzenie głowy w korycie, co powodowało duszenie z braku powietrza. Niejednokrotnie więźniowie nie myli się po kilka dni, obawiając się bicia i maltretowania. Odór i smród wydzielany przez więźniów, a w dodatku wszy powodowały mękę a nie odpoczynek nocny po ciężkiej pracy.

Więźniowie obozu Stutthof przy posiłku. Fot. z arch. Muzeum Stutthof

 

Również w przypadku tego transportu więźniowie byli przenoszeni do innych obozów. 18 września wysłano 376 osób do Neuengamme, 28 października 4 więźniów do Gross-Rosen, 24 października 122 osób do  Buchenwaldu oraz 24 listopada 9 więźniów do KL Natzweiler, Łącznie przeniesiono 511 więźniów. Wiadomo również, że do stycznia 1945 roku z pozostałych w obozie zmarło 123 osób z drugiego transportu. Nieznana jest niestety liczba zmarłych podczas ewakuacji obozu, która rozpoczęła się 25 stycznia 1945 roku.

Kobiety Pistolety

Transportem z 29 września do obozu Stutthof dotarło również 40 kobiet-jeńców wojennych w wieku od 14 do 28 lat. W obozie w Pruszkowie znalazły się razem z Powstańcami z Mokotowa i jako jeńcy wojenni zostali osadzeni w hali nr 7. Jedna z nich była Maria Kowalska, ps. „Myszka”:

W połowie dnia, to był 28 wrzesień, weszła grupa niemieckich żołnierzy i wywołali: „Kobiety! Dziewczyny! Wystąpić!”. Ustawili nas rzędem i nie wiadomo było, dokąd, w jakim celu. „Zostaniecie gdzieś wyprowadzone!”. Trzydzieści siedem nas tam ustawili, wybrali i wyprowadzili prosto na rampę kolejową, dołączyli do transportu cywilów, nas w oddzielny wagon, bydlęcy, jeszcze dołączyli trzy dziewczyny: jedna była z PAL-u, druga była od Berlinga i jeszcze jedna była… Rosjanka. Czterdzieści nas zamknęli w bydlęcym wagonie. I nie było wiadomo co. Dali nam po pół bochenka chleba no i wszystko. W wagonie było tylko trochę słomy, zaplombowano nas, dołączono do transportu i wywieziono. Całą noc nas wieźli. To były warunki beznadziejne i nie wiadomo było, dokąd i po co nas tam wiozą. Całą noc wieźli, raz był przystanek i nam na chwilę otwarto wagony, żeby powietrza trochę było i to wszystko. Następny przystanek był już w Stutthofie. Do kolejki wąskotorowej nas wsadzono, do wagonika odkrytego i przewieźli do Stutthofu, to jest za Gdańskiem. Tam nas powitały dzieci niemieckie – kamieniami i kartoflami w nas rzucały. Zaprowadzili nas do obozu. Dopiero na bramie przeczytałyśmy, co to jest. Był to Stutthof.

Inaczej niż pozostali osadzeni warszawiacy, kobiety przybyły do obozu jako jeńcy wojenni. Większość kobiet była ubrana w kombinezony, kurtki wojskowe z biało-czerwonymi proporczykami. Miały naszywki na furażerkach i polskie orzełki. Prezentowały nieugiętą postawę, domagając się respektowania ich praw. Maria Kowalska w relacji złożonej w Muzeum Powstania Warszawskiego tak relacjonowała ich sytuację po przybyciu do obozu:

Miałyśmy koleżankę, która dobrze znała niemiecki, nie wysoka, ale bardzo, bardzo energiczna osoba. Byłyśmy bojowe, bo w mundurach, w opaskach, więc widać było i poruszenie było wielkie w obozie, że to z Powstania, że to z Warszawy, że to takie bojowe dziewczyny. Chodzili naokoło nas. A ta koleżanka, Anna Kielanowska, awanturowała się, że ona chce rozmawiać z komendantem, że mamy prawa zagwarantowane jeńców wojennych, dlaczego nas do takiego obozu przywieźli. On z nią porozmawiał, groził coś, ale ona nie przyjęła żadnych gróźb. Tyle wskórała, że nie poprowadzono, nie powieszono, nie rozstrzelano, tylko w następnym baraku, niewielkim czterdzieści nas umieszczono na gołej podłodze, tylko stolik był, nic więcej. Tam nas zamknięto i trzymano nas półtorej miesiąca, jako jeńców wojennych. My chciałyśmy, aby nas uznano jako jeńców wojennych. Wyprowadzano nas dwa razy dziennie, naprzeciwko do ubikacji i umywalni. Jedzenie [podawano nam] do środka, obozową zupę, albo zieloną, a raz kasza była. Dawano nam w „michach” to jedzenie, no i pertraktacje w dalszym ciągu nasza koleżanka [prowadziła], odwoływała się. A my siedziałyśmy i śpiewałyśmy wszystkie powstańcze piosenki, wszystkie patriotyczne. Ci co byli [dłużej w obozie], to byli przerażeni, ale jednocześnie byli bardzo podniesieni na duchu.

Ich przybycie oraz postawa podniosły na duchu polskich więźniów oraz zaskoczyły Niemców, To właśnie niemiecka załoga nazwała je „Kobiety Pistolety”. Komendant Stutthofu, Paul Werner Hoppe dopiero po konsultacji z wydziałem spraw jeńców wojennych w komendanturze wojskowej w Gdańsku i z Głównym Urzędem Administracji i Gospodarki SS, zdecydował o przyjęciu kobiet do obozu, co miało miejsce dopiero 13 listopada. Kobiety otrzymały numery od 101946 do 101985. Zabrano im mundury i polskie emblematy. Zarejestrowano je w aktach obozu jako „polnische Kriegsgefangene” i dla ich odróżnienia od innych więźniów, zamiast typowego winkla z oznaczeniem narodowości, nosiły na ramieniu białe opaski z czarnymi literami AK. Kobiety Pistolety trafiły do tzw. obozu żydowskiego, gdzie przydzielono je do ciężkich prac. Z uwagi na dowody sympatii więźniów, były szykanowane przez inne więźniarki i funkcyjne. Z 40 więźniarek 37 przeżyło wojnę i wróciło do domu.

Obuwie zamordowanych więźniów obozu Stutthof. Fot. z arch. Muzeum Stutthof

 

Część zamieszczonych w tekście cytatów pochodzi z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego

Powiązane hasła