menu

Vogtman-Budny Ewa – „Było ciemno, tłum ludzi, ta hala ogromna”

Vogtman-Budny Ewa – „Było ciemno, tłum ludzi, ta hala ogromna”

Ewa Vogtman-Budny urodziła się w 1933 roku w Warszawie. W drugiej połowie sierpnia 1944 roku wraz z matką została wypędzona z Mokotowa do obozu Dulag 121, skąd wywieziono je do Gorzkowic k. Radomska. Rozmowa została przeprowadzona w 2019 roku.

W czasie okupacji mieszkałam na Mokotowie, przy ulicy Sandomierskiej 4. To o tyle ważne, że była to dzielnica niemiecka. Tata, Józef Vogtman, jeszcze przed wojną pracował w magistracie. W czasie okupacji tam został. W biurze byli polscy urzędnicy, którzy dzięki temu mieli nie najgorsze ausweisy [Ausweis – rodzaj legitymacji wydawanej przez władze niemieckie, potwierdzającej miejsce zatrudnienia – przyp. red.].Mama, Julia z d. Czajkowska, nie pracowała, była chora. W pierwszym roku okupacji zapadła na płuca i później była leczona w Otwocku, gdzie lekarze zajmowali się nią w jakimś wynajętym mieszkaniu – wszystkie sanatoria były bowiem zajęte przez Niemców. Te płuca mamy uratowały nas zresztą przed wywiezieniem do Niemiec.

Czy w czasie okupacji chodziła Pani do szkoły?

Uczyłam się na kompletach. Miałam właśnie iść do pierwszej klasy. Na Chocimskiej była Szkoła Nauczycielstwa Polskiego, ale Niemcy szybko zajęli ten budynek. To była taka większa willa. Dlatego potem myśmy się uczyli mieszkaniu na Narbutta. Przez jakiś czas jeszcze ta szkoła była legalna, po czym ją zamknęli. W związku z tym jakimś cudem udało się zapisać mnie do tak zwanej powszechnej szkoły publicznej, do której w ogóle nie chodziłam, tylko tam „wisiałam”, że tak powiem. A nasza szkoła zrobiła tajne komplety, które się odbywały w kolejnych mieszkaniach. Bardzo dużo tych spotkań było u mnie w domu. Mieliśmy przygotowane gry w razie jakiegoś najścia, bo te się zdarzały. Jako dzieci byliśmy tak wyszkoleni. Nas było pięcioro, sześcioro naraz. Z książkami to różnie było, ale nosiliśmy. Pamiętam, że kolega przynosił je w worku. W międzyczasie robiło się mały sabotaż, jak rysowanie kredą żółwia  na murach [malowane na murach żółwie lub ciąg literpPp (pracuj Polaku powoli) miały zniechęcać do pracy na rzecz okupanta – przyp. red.]. To była moja specjalność.

Różne rzeczy się działy. Była historia z dziećmi z Zamojszczyzny. Były transportowane pociągiem, który zatrzymał się na noc w Warszawie. Warszawiacy – jak to się mówi – rozebrali te dzieci z tych wagonów. Zostały zabrane i poumieszczane w różnych domach. Był u nas tylko jedną noc taki chłopczyk – bardzo żałowałam, że potem pojechał dalej, bo strasznie chciałam mieć brata. Potem jakoś to było zorganizowane przez Czerwony Krzyż i przez RGO, że część z nich uratowano, a część została wywieziona do Niemiec. Niektóre zostały przymusowo zniemczone. Różne tragiczne historie miały miejsce.

Jak to się stało, że Państwa mieszkanie nie zostało zarekwirowane?

Ten rejon Narbutta i Puławskiej to były tak zwane domy Wedla. To wszystko było zajęte przez Niemców. Tam znajdowało się kilka dużych szkół, w których stacjonowało wojsko niemieckie. Przybywało więc niemieckich cywilów, różnych urzędników. Oni szukali sobie mieszkań, a to były takie dość nowoczesne domy, ze schronami. Do naszego mieszkania też przyszło dwóch Niemców. Wtedy zadziałała moja babcia. Obok łazienki znajdowała się ubikacja i jak się otwierało drzwi od łazienki, to one zasłaniały te drzwi do ubikacji. W łazience było takie eleganckie urządzenie pod tytułem bidet. Wszedł ten Niemiec. I tak było śmiesznie, bo on się tak patrzy na to i pyta, czy nie ma nic innego. A babcia na to: „Gdzież, nic, nic”. On machnął ręką i zostawił nam to mieszkanie. Przestraszył się, że to jest jakieś dziwne urządzenie, że on nie będzie z niego korzystać.

Kiedy indziej zarekwirowali mieszkanie naszej znajomej, żonie oficera. Trzeba było jej pomóc uratować jak najwięcej rzeczy. To jest humorystyczna, ale i straszna anegdota, bo tej znajomej bardzo zależało na jednym dywanie. I moja mama się owinęła w ten dywan, na wierzch założyła płaszcz i tak wyszła w tym dywanie. Jakiś Niemiec krzyknął do niej: „Halt!”. Mama się nawet nie zatrzymała. To było wariactwo, w dodatku bez sensu – ryzykować życie dla dywanu. Mama zrobiła to z dobrego serca. Babcia z kolei – ona była niesamowita – powiedziała o jednym z obrazów tej znajomej, że to jest jej portret z młodości i że ona nie pozwoli go sobie zabrać, i wyniosła go. Chodziło o to, żeby jak najwięcej rzeczy jej uratować, żeby ta pani miała później z czego żyć, co sprzedawać. Babcia to miała swój oddzielny rozdział, ale już z ruskimi pod koniec wojny. Ona wróżyła i straszyła ich. Bardzo była dzielna…

Jakie były stosunki z niemieckimi sąsiadami?

W sąsiednim domu mieszkała taka rodzina niemiecka, w której był chłopiec w moim wieku – Rudi. Już jako dorosła doszłam do wniosku, że on chyba mnie podrywał. Myśmy się bawili grupą, a on był sam. Zrobił jakiś bunkier. Wybudował go w swoim ogródku. Myśmy mu oczywiście go zniszczyli, ale na szczęście jego rodzice na to nie zareagowali albo on na nas nie doniósł. Pamiętam, jak on mnie gonił z takim kijkiem narciarskim, chciał mi przylać, jak to się mówi. Myśmy pokazywali sobie języki. To były takie dziecięce igraszki. Jak nie można się było konfrontować z dorosłymi Niemcami, to chociaż młodzieży trzeba było się przeciwstawiać.

Ja widziałam co się dzieje, byłam wtajemniczona. Wszystkie gazetki przynoszone do domu, na noc chowałam w swoich zabawkach. Czytałam pierwsze wydanie „Kamieni na szaniec”, kiedy „Zośka” jeszcze żył [„Kamienie na szaniec” – książka Aleksandra Kamińskiego opowiadająca o działalności grupy członków Szarych Szeregów w Warszawie podczas II wojny światowej. Powstała na podstawie relacji Tadeusza Zawadzkiego „Zośki”, spisanej w kwietniu 1943 r. – przyp. red.]. To było z powielacza. Ta pierwsza wersja, taka właśnie konspiracyjna, była ze zmienionymi danymi bohaterów. „Rudy” był w książce „Czarnym”. W czasie okupacji tyle można było opowiadać.

W momencie wybuchu Powstania Warszawskiego nadal Pani mieszkała na Mokotowie z rodzicami?

Mieszkałam z rodzicami, z tym że w momencie wybuchu Powstania ojca nie było, ponieważ przebywał na Starym Mieście ze swoim batalionem „Wigry”. Mój ojciec był Powstańcem. Pod tym adresem myśmy wtedy były z mamą same. W związku z tym, że była to dzielnica niemiecka, to przez te pierwsze godziny właściwie u nas słychać było tylko strzelanie, ale nikt do nas nie dotarł. Granica Powstania przez jakiś czas przebiegała na Madalińskiego. Cały czas myśmy z mamą i wtedy jeszcze z naszą gosposią, taką kochaną Helenką, oraz z sąsiadami po prostu siedzieli w budynku naszego domu. Po paru dniach przyszli do nas ludzie wypędzeni z Puławskiej, z zajezdni. Tam mieszkali tramwajarze. Mama oddała im duży pokój, żeby w nim zamieszkali. Ale czas się spędzało głównie w schronie. Ten dom na Sandomierskiej 4 był taki nowoczesny, miał normalny, bardzo przyzwoity schron przeciwlotniczy, z zapasowymi wyjściami. I tam właśnie my i mieszkańcy z paru sąsiednich domów egzystowaliśmy. Tam się spało, jadło, wychodziło się czasem na górę do mieszkania, żeby coś wziąć, ale nie można było nawet podejść do okna, bo siedzieli tzw. gołębiarze, którzy jak tylko zobaczyli sylwetkę poruszającą się w oknie, to strzelali. Pamiętam, że jak myśmy bywali na górze, to w kuckach pod oknami, żeby nas nie przyuważył jakiś Niemiec. Naszego sąsiada w ten sposób postrzelili. Dostał w rękę pociskiem dum-dum – to była taka niemiecka specjalność, że kula wchodziła gładko w ciało, rozrywając je. „Wspaniała” metoda. Taka nasza urocza, mądra sąsiadka, pani Mackowa, postanowiła sprowadzić mu pomoc. Ryzykując wszystko, wyruszyła poszukać jakiegoś lekarza. Cudem się uratowała, bo napotkała jakichś wałęsających się żołdaków, którzy zaczęli ją wciągać do bramy, ale jej się udało wyrwać. Jakiś lekarz szczęśliwie się znalazł i tę ranę mu opatrzył. Sąsiad wyszedł z postrzału obronną ręką.

Wspomnę jeszcze o pierwszej nocy Powstania. Słychać było strzały, ta potyczka musiała być bardzo blisko. Nasz zaprzyjaźniony sąsiad – pan Adam Bitner, który był dzieckiem Lwowa [Mowa o Orlętach Lwowskich – polskich mieszkańcach Lwowa, młodych ochotnikach walczących w obronie miasta podczas wojen z lat 1918–1920 – przyp. red.] – nie brał udziału w Powstaniu, bo – jak mówił – on swoje miał za sobą, ale w pewnym momencie wyszedł na zewnątrz. W zaułku przy Madalińskiego – gdzie była zajezdnia, teraz jest teatr – zobaczył dwóch leżących rannych Powstańców. Byli w bardzo ciężkim stanie, bez szans, żeby im pomóc. Sąsiad wrócił więc i zaniósł im koniak, jakieś leki przeciwbólowe. Oni tam powoli umarli. Potem byłam świadkiem, jak zostali pogrzebani. To był jeden z takich gorszych momentów. Nie pamiętam, dlaczego byłam na górze wtedy, kiedy zobaczyłam jakichś dwóch żołdaków. Przyprowadzili dwóch złapanych ludzi i kazali im wykopać dół, w którym mieli pochować tych Powstańców. To się odbyło na zasadzie spychania nogą. Zapisałam to sobie w pamięci na całe życie. Potem dość dużo tych trupów widziałam, ale sposób, w jaki zostali potraktowani ci chłopcy, mną wstrząsnął.

A jeszcze w międzyczasie zdarzyła się jedna bardzo przykra rzecz, chociaż właściwie nic się nam złego nie stało. Któregoś dnia Niemcy szukali w okolicy, czy nie ma gdzieś jakichś Powstańców. Przyszedł do nas taki patrol. Ci Niemcy zaczęli wrzeszczeć i chyba nam wrzucili do korytarza przed tym schronem granat hukowy. Był potworny huk. Zrobiło się czarno, ciemno i bardzo groźnie, a oni wrzeszczeli, chcąc nas zastraszyć, że zaraz wszystkich rozwalą. Pamiętam, że był to właściwie jedyny moment w czasie Powstania, kiedy się naprawdę bałam. Wszyscy wpadli w panikę – dorośli ludzie, dorośli mężczyźni, których miałyśmy w lekkiej pogardzie, że oni tu siedzą razem z kobietami i dziećmi, zamiast walczyć. Wszyscy byli jacyś ogłupiali, i mój kolega, chyba rok ode mnie młodszy Jacek, powiedział: „Weźmy łom, tutaj jest cegłami założone przejście, trzeba je wyjąć, żeby uciec do następnej piwnicy”. On jeden był przytomny.

Raz jeszcze miałam bezpośredni kontakt z Niemcami. Był taki czworokąt – Puławska, Narbutta, Sandomierska i teren ogródków działkowych. Któregoś dnia myśmy tak stały z koleżanką, żeby trochę na powietrzu pobyć. Pamiętam, że przyszło dwóch takich Szwabów i ja, ponieważ uczyłam się niemieckiego, nawet dość płynnie mówiłam w tym języku, zapytałam, czy my, dzieci, możemy wyjść sobie zerwać trochę pomidorów. Pozwolili nam. Ale to byli wyjątkowo spokojni Niemcy w przeciwieństwie do tych, którzy wtedy tych zbiegów szukali i wrzucili nam granat. Myśmy cały czas byli bez kontaktu z okolicą, bez możliwości nawiązania relacji z kimkolwiek.

W jakich okolicznościach uczyła się Pani języka niemieckiego?

Miałam taką nauczycielkę przed wojną. Ona do nas przychodziła, bawiła się ze mną i mnie uczyła. Potem, na początku wojny, pojawiła się tak zwana Fraulein. Zgłosiła się do moich rodziców i zaoferowała im opiekę i pomoc. Okazało się, że ona była zwykłym szpiegiem. Zajmowała się dziećmi różnych ludzi, uczyła niemieckiego i szpiegowała na rzecz swojego ukochanego Reichu.

 Czy w czasie Powstania miała Pani kontakt z ojcem?

Nie. Myśmy w ogóle z nikim nie miały kontaktu. Jakim cudem? Tata był w batalionie „Wigry” na Starym Mieście, potem szczęśliwie wyszedł kanałami. Przeszedł do cywila, jak zresztą sporo Powstańców. Ojciec mój był architektem. Już pod koniec Powstania między architektami wywiązała się dyskusja, powstał komitet z udziałem różnych profesorów. Zbierali się, zastanawiali, myśleli o tym, jak to będzie się organizować po wojnie, żeby odbudować to, co w tamtym momencie jeszcze było niszczone. Po wojnie oni rzeczywiście intensywnie działali, odbudowywali całą Starówkę. Ojciec doszedł do wniosku, że te jego umiejętności – ponieważ w ogóle nie był zawodowym żołnierzem, owszem był w konspiracji, ale nie był wojskowym – jeszcze się przydadzą.

Jak Pani zapamiętała wypędzenie z Warszawy?

Pewnego pięknego dnia Niemcy przyszli i powiedzieli: „Raus z naszego domu”. Kazali wychodzić wszystkim z naszego odcinka ulicy Sandomierskiej. Dokładnie nie pamiętam kiedy to było, może w drugiej połowie sierpnia. Wzięliśmy tylko nieliczne rzeczy. Wszyscy mieli przygotowany tak zwany bagaż podręczny, takie plecaki z płótna papierowego, bo było wiadomo, że w każdej chwili może to nastąpić. Niestety niemal wszystkie zdjęcia przepadły, mama wzięła jedynie dwa moje albumy z dzieciństwa i one ocalały. Nie było głowy, by pomyśleć o pamiątkach. Ustawili nas na tej Sandomierskiej na wprost naszych domów. Pamiętam taki obrazek – ja miałam domek dla lalek, który stał wysoko na stoliku, w momencie kiedy do mieszkania wszedł Niemiec, widziałam, jak on z takim karabinem podszedł do tego domku i mu się przyglądał. Mnie się to zapisało w pamięci. Jednak w końcu nas puścili. Naprzeciwko był dom z ogrodem, taka duża willa, i myśmy całą tą dużą grupą tam się ulokowali i tam mieszkaliśmy. Leżeliśmy pokotem na podłodze, na materacach, w takich dużych pokojach. Byliśmy tam prawie dwa tygodnie. Co pewien czas przychodzili własowcy [ pot. nazwa żołnierzy rosyjskojęzycznych w służbie armii niemieckiej. Pochodzi od Andrieja Własowa, dowódcy Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej (ROA) – przyp. red.] i szukali pieniędzy, biżuterii, ale nikomu na szczęście nic złego nie zrobili. Raz jedną dziewczynę chcieli wyciągnąć, ale się udało ją wyratować. Myśmy byli udręczeni i nie wiedzieliśmy co dalej. Nic nie można było zrobić, nawet wyjść za próg.

Czy Państwa dom został zniszczony?

Dom stał, ale był wypalony, bo Niemcy wrzucali granaty zapalające. Ale nie zorientowali się, że cały pion środkowy to były kawalerki i one ocalały. Po powrocie w gruzach pewne przedmioty jeszcze leżały. Znalazłam wazonik – takiego zajączka z porcelany. Najwartościowsze rzeczy znieśliśmy do piwnicy, tylko oczywiście zostały rozkradzione przez tych, co tam przed nami przyszli. Nie było więc czego szukać.

Nastąpił ten dzień – 23 sierpnia. Chyba to było południe czy popołudnie, w każdym razie było bardzo jasno. Kazali wszystkim wyjść na podwórko i z jednej strony ustawili mężczyzn, z drugiej kobiety. Pamiętam jeszcze, że było bardzo gorąco. Niemcy mieli pozawijane rękawy i Handgranate [granaty ręczne] za pasem. Trzymali nas z pół godziny. Nie wiadomo było, co dalej – czy rozwalą tych facetów, czy nie. W pewnym momencie kazali nam iść. Wyszliśmy na Narbutta, tam na rogu stała ciężarówka, w której siedziała grupa Hitlerjugend [Hitlerjugend – niemiecka paramilitarna organizacja młodzieżowa NSDAP, której żołnierzami byli chłopcy w wieku 10–18 lat, przybudówka Oddziałów Szturmowych SA. – przyp. red.]. To było takie jedno z moich gorszych przeżyć. Niestety przyznam się do uczucia pełnej nienawiści. Oni sobie pokpiwali z tych „głupich” cywilów polskich: „Polnische Schweine”. I ja pamiętam tych chłopczyków takich.

Zaczęliśmy iść. Utworzyły się kolumny. Nas dokooptowali do kolumny z Siekierek. I szliśmy koło kościoła, Rakowiecką, potem Polem Mokotowskim. Dotarliśmy do Wawelskiej. To była zgroza. Na Wawelskiej leżały ciała Powstańców, ponadpalane, i przez te trupy trzeba było przechodzić. W ten sposób doszliśmy do placu Narutowicza. On się cały palił. Mimo iż to był dzień, robiło wrażenie nocy. Pamiętam, że kościół św. Jakuba stał cały w płomieniach. Tam był zgromadzony wielki tłum ludzi spędzonych z różnych miejsc. Wśród nas byli sąsiedzi znający języki. Poszła jakaś plotka, że naszą kolumnę poprowadzą na Zieleniak, o którym już się słyszało straszne rzeczy. To było okropne. Jeden sąsiad – to był adwokat – złapał jakiegoś oficera niemieckiego i poprosił go, żeby nas skierował od razu na dworzec. I to nas uratowało, tę naszą grupę. Myśmy potem już tą mniejszą grupą doszli do dworca kolejowego i pociągiem elektrycznym, takim podmiejskim pojechaliśmy do Pruszkowa.

Jak żeśmy jeszcze jechali, to ten pociąg co chwilę stawał, to nie była taka płynna jazda. Ludzie stojący wzdłuż torów rzucali nam jakieś pomidory czy inne jedzenie. Po przyjeździe do Pruszkowa, weszliśmy do hali. Pamiętam tę halę jak koszmar zupełny. Było ciemno, tłum ludzi, ta hala ogromna. I były takie doły – widocznie to była hala remontowa – pełne różnych nieczystości. I myśmy z mamą i tą naszą Helenką, kochaną gosposią, znalazły jakąś taką deskę, dzięki czemu nie musiałyśmy siedzieć na tym gołym betonie. I tak pod jakimś słupem na tej desce się ulokowałyśmy. Panie – chyba z RGO [Rada Główna Opiekuńcza – organizacja niosąca pomoc ludności cywilnej w czasie obu wojen światowych – przyp. red.] – kawę roznosiły. To nie były zakonnice, raczej osoby cywilne.

Pewnie spałam mimo wszystko, byłam zmordowana. Rano trzeba było wstawać i kierować się do bramy. W bramie przeprowadzano selekcję. Polegało to na tym, że myśmy szli taką zbitą grupą, stał żołnierz, chyba wehrmachtowiec, taki prymitywny żołdak po prostu. Patrzył i rozkazywał: „Links, rechts, links, rechts”. Wiadomo, że na tę stronę to szedł korowód na roboty, a na tę stronę, powiedzmy, że na tak zwaną wolność. Nas, czyli mamę, mnie i Helenkę, zakwalifikował na roboty. Pamiętam, że mama mnie ciągle tylko przyciskała do ziemi, żebym wyglądała na mniejszą, niższą, i powtarzała: „Zusammen meine Tochter” [razem z moją córką]. Nauczyła się po niemiecku. Trafiłyśmy do innej hali – nie pamiętam numeru – gdzie były kobiety i dzieci zakwalifikowane na wyjazd na roboty.

I tu taka historia – moja mama w czasie wojny zachorowała na płuca. Była chora na gruźlicę i miała odmę. Miała książeczkę odmową, gdzie było potwierdzone, że jest chora. Jak myśmy tam też na jakichś deskach przysiadły, to nagle ktoś przyszedł i powiedział: „Słuchajcie, jest lekarz. Można się do niego zgłosić, on chorych czy niepełnosprawnych zwalnia”. I myśmy z mamą – Helenka nie, bo ona nie miała żadnych szans – udały się do wskazanej hali. Tam siedział lekarz, podobno Austriak. On się zresztą zapisał w pamięci wielu ludzi, dlatego że naprawdę pomógł wielu osobom.

Parę godzin czekałyśmy w tej kolejce. Była potwornie długa. Tłum ludzi zmaltretowanych, niewyspanych, głodnych, brudnych. Za nami stała taka dziewczyna, która mówiła o tym, jak była gwałcona. Krew się leje. Pamiętam ją, bo ona to ciągle powtarzała, była w takim szoku. Byłam uświadomiona, wiedziałam, o czym ona mówi. To było straszne. Jak wreszcie się dostałyśmy z mamą przed oblicze tego lekarza, mama podała mu ten dokument. On napisał, że kieruje nas na tak zwaną wolność, czyli na wyjazd do Generalnej Guberni [właśc. Generalne Gubernatorstwo – jednostka administracyjno-terytorialna utworzona przez III Rzeszę w 1939 r., obejmująca część okupowanego terytorium II Rzeczypospolitej, która nie została anektowana bezpośrednio przez III Rzeszę – przyp. red.]. Potem tych ludzi, którzy zostali zaliczeni do tych, co się nie nadają na roboty, skierowali znowu w inne miejsce.

Po jakimś czasie znalazłyśmy się w wagonie, takim normalnym wagonie towarowym, gdzie do pełna nas upchali, po czym żeśmy zaczęli jechać. Tak się jechało, stawało. Przed nocą pociąg zatrzymał się, jednak trzymali nas zamkniętych w tym wagonie. Kolejarz chodził i pukał w wagony, pytając: „Czy tu są jacyś mężczyźni? Bo mam dla nich wódeczkę”. Było to wzruszające. Nie pamiętam tylko, jak to było z siusianiem, ale pewnie gdzieś w kącie się załatwiało to, bo nas przecież zamknęli na całą noc.

Wiadomo było, dokąd Państwo jadą?

Nie, nic nie było wiadomo. W pewnym momencie pociąg stanął, otworzyli te drzwi i kazali wysiadać. W polu. Gorzkowice. W okolicach Radomska. Tam nas poprzydzielali do poszczególnych właścicieli sąsiadujących majątków ziemskich.

Trafiłyśmy do jednego z takich majątków. Pamiętam, że na pierwszą kolację było zsiadłe mleko i chleb z miodem. Duża radość. W nocy dostałam gorączki, miałam jakieś 39 stopni. Tej nocy przyszli tak zwani partyzanci, co nie byli partyzantami tylko bandziorami. Oni wiedzieli, że przyjechali ludzie z Warszawy, że prawdopodobnie mają złoto. Ale myśmy nic nie miały.

Jak Panie traktowali gospodarze?

W miarę życzliwie, ale bez specjalnej wylewności. Było łóżko, taki siennik ze słomy, tośmy z mamą na nim we dwie spały. Była też z nami pani Beckowa – szwagierka ministra Becka z matką i synem, małym chłopczykiem. Myśmy się potem razem trzymały, bo mieszkałyśmy w tej samej izbie. Tam byłyśmy przez jakiś czas, potem przeniosłyśmy się do innego majątku, gdzie mieszkałyśmy na końcu ogrodu w pomieszczeniu dla królików. Na miejscowych spadła potworna liczba wysiedlonych ludzi. Oni starali się pomóc, ale też jakieś ograniczenia mieli.

Musiały Panie pracować?

Nie. I tam nas tata znalazł. Dzięki Czerwonemu Krzyżowi, wyrzuconym kartkom, przekazywanym wiadomościom. To w ogóle nadzwyczajne, co ludzie robili. Myśmy z mamą widziały te kartki: „Jestem tu i tu”. Wyrzucane z pociągu, potem przekazywane.

Tata poszedł drogą z cywilami, przez Pruszków. Z Pruszkowa udało mu się wydostać dzięki austriackiemu lekarzowi, temu samemu, któremu i my z mamą zawdzięczamy niewywiezienie na roboty do Niemiec. Tata nie był chory. Nie wiem, jak mu się to udało. W każdym razie go zwolnił. Ojciec mówił dobrze po niemiecku, może to miało znaczenie. Jakoś się o tym specjalnie nie opowiadało.

A jakie były losy Heleny, która była gosposią u Państwa?

Wiem, że była w Niemczech na robotach, potem wróciła do Polski. Po wojnie nas odwiedziła, ale już pojechała do siebie na wieś.

Jak zapamiętała Pani powrót do Warszawy?

Tata wrócił wcześniej, ponieważ od razu został włączony do Biura Odbudowy Stolicy [Biuro Odbudowy Stolicy (BOS) – instytucja powołana w 1945 r. w celu odbudowy Warszawy zniszczonej w czasie II wojny światowej – przyp. red.], a myśmy przyjechały spod Krakowa jakoś w kwietniu, wczesną wiosną. Oczywiście nie było domu, więc początkowo myśmy mieszkały w Otwocku, a tata przebywał ze znajomymi. Pięć osób na jednym tapczanie, tak się wtedy mieszkało. Potem, od jesieni 1945 roku, myśmy już zamieszkali w Warszawie, bo ojciec dostał służbowe mieszkanie na Mokotowie. Ale nie było wody, jeszcze się ją nosiło, nie było tramwajów, jeździły furmanki. Szkołę zaliczyłam w bardzo dziwny sposób, ponieważ najpierw trochę mnie uczył ojciec, a potem w tym Otwocku eksternistycznie robiłam ostatnią klasę podstawówki. Od września 1945 roku wystartowałam jako pełnoprawna uczennica gimnazjum Reytana, początkowo z językiem niemieckim, który mi nie przechodził przez gardło, przez co go zaprzepaściłam, bo nie chciałam go używać.

Ma Pani poczucie, że wojna zostawiła u Pani trwały ślad?

Oczywiście. Z tego się nie można wyzwolić. I to jest największy koszmar.

Powiązane hasła

”None