menu

Wachowski Andrzej – Czas Powstania Warszawskiego (75 lat później)

Wachowski Andrzej – Czas Powstania Warszawskiego (75 lat później)

Andrzej Wachowski, ur. w 1939 roku, podczas wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkał w Warszawie przy ul. Parkowej, skąd wraz z matką – Felicją Wachowską i ciotkami – Melanią i Bernardyną został wypędzony w połowie sierpnia 1944 roku. Przez kolejne dni rodzina chroniła się w klasztornych budynkach zakonu Zmartwychwstańców przy ul. Chełmskiej. We wrześniu pognano ich do obozu Dulag 121 w Pruszkowie, a następnie wysłano do obozu przejściowego w Ohlau (dziś Oława). Po kilku dniach pobytu ciocie Pana Andrzeja zostały skierowane na roboty przymusowe w cukrowni w Haynau (dzisiejszy Chojnów), a chłopca wraz z matką zwolniono z obozu. Relacja Pana Andrzeja, spisana w lipcu 2020 roku, obejmuje wojenny okres historii jego rodziny. W rekonstrukcji wydarzeń autorowi pomogły listy pisane przez matkę do jego ojca Aleksego Wachowskiego – porucznika Wojska Polskiego, który, internowany we wrześniu 1939 roku na Litwie, a następnie włączony w szeregi Armii Andersa, powrócił do Polski dopiero w 1948 roku.

1 sierpnia każdego roku o godzinie 17.00 w dźwięku syren zastyga uliczny ruch (nie tylko w Warszawie!) dla uczczenia pamiętnej chwili wybuchu Powstania Warszawskiego. Nic dziwnego, że w takim momencie wracają wspomnienia czasów Powstania i przeżyć z tym związanych. Tak było i w tym roku. Wspomnienia podbudowywane audycjami w telewizji czy radio. Nie pamiętam już, jak to się stało (piszę te słowa pół roku później…), że trafiłem wtedy na stronę Muzeum DULAG 121 w Pruszkowie, upamiętniającego historię obozu przejściowego (Durchgangslager 121), do którego zostaliśmy, z Mamą i Ciotkami Melą i Benią, wypędzeni z Warszawy we wrześniu 1944 roku. Zupełnie nie wiedziałem, że coś takiego istnieje! Okazuje się, że działalność muzeum m.in. skupia się na tworzeniu Listy pamięci osób, które przeszły przez ten obóz, ale też osób, które pomagały więźniom (obóz miał polską obsługę, pod nadzorem Niemców). Oczywiście zaraz zacząłem przeglądać Listę więźniów i szybko stwierdziłem, że nie ma nas tam!!! Ze znanych mi osób, które w tym czasie mogły też przechodzić przez obóz w Pruszkowie znalazłem tylko Romualda Drzewieckiego, kuzyna mojej Mamy. O tyle to cenne było „znalezisko”, że 11-letni wówczas Romek (tak się Jego, jak pamiętam, nazywało) mieszkał, wraz z rodzicami i rodzeństwem… piętro wyżej nad nami, przy Parkowej 7. Zrozumiałe, że w tej sytuacji, spełniając prośbę o uzupełnianie Listy, zabrałem się za wypełnianie ankiety. Z danymi osobistymi nie było kłopotu, adres w momencie wybuchu Powstania Warszawskiego (ul. Parkowa 7 m. 2) i podstawowe dane osób, z którymi znalazłem się w obozie też stosunkowo łatwo określiłem, ale dalsze pytania dotyczące już przeżyć i faktów z tego okresu, wymagały głębszego sięgnięcia w pamięć. I stąd się zrodziła myśl, by cofnąć się wspomnieniami do tamtych czasów, uporządkować pamiętane (jeszcze ciągle…) fakty, no i to „przelać na papier” (oczywiście ten cyfrowy). A przy okazji dokończyć ankietę i wysłać „ku pamięci” do Muzeum.

Zamiar był szczytny, ale z jego realizacją było jak zwykle… Dopiero koronawirus i przymusowe ograniczenie aktywności poza domem pozwoliły poważnie zabrać się do pisania. Do pisania, bo w międzyczasie jednak zrobiłem dużo, sięgając po wcześniejsze notatki, czy książki o Powstaniu. Szczególnie, gdy trafiłem na stronach Muzeum Powstania Warszawskiego w Archiwum Historii Mówionej na wywiad Romka Drzewieckiego o jego przeżyciach w czasie Powstania, szczególnie od momentu wysiedlenia z Parkowej. Już w trakcie pisania sięgnąłem po latach do listów Mamy do Taty z lat wojennej rozłąki. Na ich podstawie mogłem dokładniej określić nie tylko moje osiągi wieku niemowlęcego (szczegółowo Mamulka informowała Tatulka o jego niewidzianym Pierworodnym Jędrusiu!), ale przede wszystkim przypomnieć wiele momentów ważnych w życiu naszej rodziny w latach wojny.

Aleksy Wachowski. Fot. z pryw. arch.

Te listy, ta swoista relikwia rodzinna, zostały zachowane dzięki pieczołowitemu ich przechowywaniu przez Tatę. Przeszły z Nim internowanie na Litwie po 17 września 1939 i sowiecki obóz w Kozielsku (ten „od Katynia”), kiedy to sejm litewski „poprosił” o włączenie Litwy do Związku Sowieckiego (było to w lipcu 1940r.). Od śmierci czy wywózki na przysłowiowe białe niedźwiedzie, Jego, jak i wielu Polaków z terenów zajętych przez ZSRR,  uratowali… Niemcy, napadając w czerwcu 1941 roku na Sowietów, co zmusiło Stalina do zgody na utworzenie Wojska Polskiego z więźniów i zesłańców. Początki organizowania się armii generała Andersa nie były łatwe. Z Griazowca, gdzie był pierwszy punkt zborny, poprzez Tockoje nad Samarą, przenoszą się do Uzbekistanu uciekając przed 50-stopniowymi mrozami. Stamtąd udaje się gen. Andersowi, przez Morze Kaspijskie, uprowadzić ich, często całymi rodzinami, z ZSRR do Persji (dziś Iran). A dalej, już pod kuratelą Wielkiej Brytanii, poprzez Irak, Palestynę, Egipt do Włoch, gdzie w maju 1944 roku rozpoczynają szlak bojowy. Przez Monte Cassino, Anconę, Apeniny Północne, Dolinę Lombardzką. Walkę zakończyli wyzwalając Bolonię (2 maja 1945). Niestety, Taty listy do Mamy z tego okresu spaliły się podczas Powstania. Listy Mamy często ograniczone były do 25-słownych ocenzurowanych pocztówek przesyłanych przez niemiecką pocztę (gdy Ojciec był w obozie internowania na Litwie). Później listy, przesyłane głównie przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż, ograniczały się do zdawkowych wiadomości, które czasami docierały i z rocznym opóźnieniem.

Felicja Wachowska. Fot. z pryw. arch.

Kawalerkę na Parkowej Rodzice wynajęli chyba zaraz po ślubie. Oboje już wcześniej pracowali w Warszawie. Mama, jako dyplomowana dietetyczka w Salonie Pokazowym Elektrowni Warszawskiej. Ojciec, jako księgowy w Oddziale Pomorskiej Elektrowni Krajowej „Gródek”, której centrala znajdowała się w Toruniu i która zajmowała się także produkcją grzejników i kuchenek elektrycznych. Mama w Salonie instruowała, jak przyrządzać posiłki na kuchence elektrycznej z piekarnikiem, która wtedy była przejawem nowoczesności w kuchni. Tato „pracował w rozrachunkach”. Bliskość miejsc pracy niewątpliwie miała wpływ na bliższe Ich poznanie, narzeczeństwo i ślub 24 stycznia 1939 roku w Inowrocławiu, rodzinnym mieście Mamy.

Sielanka w gniazdku, jakie sobie – na Parkowej – uwili, trwała niedługo. 30 sierpnia, na skutek ogłoszonej mobilizacji, Ojciec musiał wyjechać, jako podporucznik rezerwy, do Nowej Wilejki zostawiając Felutkę (Tak Tato nazywał Mamę) samą i w dodatku w „stanie błogosławionym” (ze mną!). Wydawało się Im (podobnie jak wielu innym w Polsce), że to na krótko, że wszystko się szybko skończy… Jak się okazało, rozłąka Rodziców trwała 8 lat i 9 miesięcy, bo „objęła też” i pierwsze lata powojenne!!! (Losy Ojca przez długie lata wojennej tułaczki to osobny rozdział, szczegółowo przez Niego opowiedziany i zarejestrowany przez Jego wnuka (a mojego syna) Macieja). Mama w Warszawie została zupełnie sama, bez najbliższej rodziny, szczęśliwie przeżyła (w piwnicy) wrześniowe bombardowania Warszawy, w czasie których całkowicie spalony został Salon, w którym pracowała (przygarnęli Ją do pracy w Dyrekcji Elektrowni) i 8 listopada urodziła mnie. Pierwsza „na pomoc” przyjechała z Inowrocławia ciocia Wala, młodsza siostra Mamy i pewnie dlatego została moją chrzestną (podobno ciocia Benia miała to przyobiecane?). A i tak mój chrzest odbył się dopiero 16 grudnia. Chrzestnym został wujek Romek, młodszy brat Ojca, który, uciekając przed Sowietami z Wilna, znalazł się w Warszawie. Na początku stycznia 1940 roku dojechała najmłodsza siostra Mamy ciocia Benia. Mama i Walcia pracowały, Beniutka opiekowała się mną.

Na tydzień przed Bożym Narodzeniem w 1940 roku, na Parkowej wylądowało Wujostwo z Gniewkowa, jak pisze Mama w listach do Taty, a z nimi ciotka Mela, która już przed wojną pomagała wujence w prowadzeniu gospodarstwa i wujek Mit, który po ukończeniu poznańskiego konserwatorium u Feliksa Nowowiejskiego, akurat od 1 września 1939 miał objąć posadę organisty w gniewkowskim kościele. Mieczysław Drzewiecki, czyli Mamy wuj Mieczek, rodzony brat Babci Losi (Leokadii) z Inowrocławia, przed wojną prowadził (ze swoim teściem) Fabrykę Świec „Noga-Drzewiecki” w Gniewkowie. Wytwórnia słynęła z produkcji woskowych (autentycznie!) świec, głównie do kościołów. Wuj raczej zajmował się ich sprzedażą, a nie produkcją, co miało niebagatelny wpływ na jego „kościelne koneksje” i wielokrotnie ratowało jego rodzinę z okupacyjnych opresji. Nie wiem, czy i nie nasze znalezienie się w domu parafialnym u Zmartwychwstańców podczas Powstania, nie było też ich wynikiem? Oczywiście po wkroczeniu Niemców zajęto fabrykę, a ich wysiedlono do Generalnej Guberni [właśc. Generalne Gubernatorstwo – przyp. red.], gdzieś na jakąś zapadłą wioskę na Kielecczyźnie (wspomina o tym Romek we wzmiankowanym już wywiadzie). Warunki bytowania tam mieli okropne i jak tylko było to możliwe, przenieśli się do Warszawy. Trudno dziś dociec (praktycznie wszyscy zainteresowani nie żyją!) na ile pomogła w tym Mama, że udało im się wynająć mieszkanie na Parkowej 7. Początkowo zatrzymali się w pokoju na III piętrze i prowadzili wspólne gospodarstwo z Mamą. Jednak już po Nowym Roku mogli wynająć mieszkanie na I piętrze i tam się usamodzielnili. A ciocia Mela i wujek Mit dołączyli do Mamy na wspólne gospodarowanie. Jedynie spali u Drzewieckich, bo kawalerka na parterze już i tak „trzeszczała w szwach”.

Tak więc, na początku roku 1941 sytuacja rodzinna na Parkowej, można powiedzieć, się ustabilizowała i, na ile pozwalały na to warunki niemieckiej okupacji, życie toczyło się dalej. Mietek podjął stałą pracę (chyba w Elektrowni, czy olejarni? – trudno to dziś ustalić) i solidnie wspomagał skromny budżet domowy. Wala pracowała jako ekspedientka u Meinla (austriacki market spożywczy). Mela również „dorywczo” (jak to określiła w listach Mama) pracowała, chyba pomagając ciotce Wici (a pewnie też sprzątając mieszkanie Erisia?), ale głównie „prowadziła dom”. A najmłodsza Beniutka (jak ją pieszczotliwie nazywała Rodzinka) z całym oddaniem poświęciła się mojemu wychowywaniu i spacerom. W sumie starczało na skromne utrzymanie, szczególnie, że nie szczędzono na moim odżywianiu. A były to czasy, że jabłko, czy jajko było prawdziwym i nie tanim rarytasem! Dlatego też ważna była pomoc, która nadchodziła w paczkach z Inowrocławia i Nowego Miasta, a także z Torunia, gdzie mieszkała większość rodzeństwa Ojca (szczególnie od wujka Antka, który w tym czasie był tam głównym „zaopatrzeniowcem” rodziny). Wujek Romek również nie zapominał o swym chrześniaku; a to „skombinował” parę puszek mleka skondensowanego dla mnie, a to kawał słoniny, czy słoik smalcu, okazjonalnie przez swego kolegę, przesyłał z Lublina.

Mieczysław Siemianowski „Mit”. Fot. z pryw. arch.

Wujek Mit (tak chyba nazywały go siostry i pod tym imieniem pozostał w mej pamięci; to był także konspiracyjny pseudonim Wujka), podobnie jak jego najstarszy kuzyn Zbyszek (z I piętra), szybko zaangażował się w konspirację. Zbyszek w Szarych Szeregach, Wujek w AK. Mama również kontynuowała swą działalność, którą rozpoczęła podczas wrześniowych nalotów jako sanitariuszka i, jak głosi rodzinna legenda, przenosiła konspiracyjną pocztę często w wózku ze mną. W dzień wybuchu Powstania Wujek już nie wrócił z pracy, a Zbyszek (w relacji Romka) „tajemniczo wyszedł z domu”. Ciotka Wala też o godzinie „zero” była poza domem w pracy. Do domu już nie dotarła i praktycznie odnalazła się w Inowrocławiu dopiero po wojnie. Trudno dziś ustalić czemu, ale całe szczęście, Mama tego dnia po południu była w domu.

I tak w czasie Powstania zostaliśmy na Parkowej w czwórkę: Mama, ciotki Mela i Benia, no i ja. W mieszkaniu na I piętrze wujostwo Mieczek i Wicia z czwórką dzieci: Gabrysią, Pawłem, Romkiem i Włodkiem. Czy wtedy w naszej kamienicy jeszcze mieszkał niemiecki inżynier elektryk Erich Bakschat? Najprawdopodobniej NIE, bo raczej większość niemieckich cywilów była już z tej dzielnicy wcześniej ewakuowana. Czemu o nim wspominam? Otóż była to osoba w wieku popoborowym, delegowana do Warszawy chyba do pilnowania niemieckich interesów w Elektrowni Warszawskiej. Zamieszkał na Parkowej 7 i… zauroczył się na zabój w cioci Meli. Ciocia Mela początkowo nie była tym zachwycona. Wiadomo: Niemiec. Choć jego babka, czy matka była Austriaczką, a on sam był tzw. litewskim, czy estońskim Niemcem. Przyjaźń ta procentowała na całą rodzinę, bo jak się okazało, że Mira, 7-letnia moja kuzynka nie ma warunków w Inowrocławiu, by dojść do siebie po przewlekłym kokluszu (Ino było włączone do Reichu i Polakom było ciężko pod każdym względem), Eryś specjalnie przewiózł ją pociągiem (on jako Niemiec mógł się poruszać między Reichem a Generalną Gubernią bez kłopotów) do Warszawy, by tu mogła się odżywić i wyzdrowieć. Mira do dziś wspomina tę podróż I klasą, podczas której musiała udawać niemą i niezapomniane chwile z Jej chrzestnym, Wujkiem Mitem. Głównie dzięki owocom i „normalnemu” odżywianiu szybko wróciła do zdrowia. Nie jest wykluczone, że w jednej z tych podróży brałem udział i ja. Świadczy o tym zachowane zdjęcie moje z Babcią Losią z adnotacją „43 r.”.

Andrzej Wachowski z babcią Leokadią Siemianowską, 1943 r. Fot. z pryw. arch.

To musiało być zrobione w Inowrocławiu! Z opowiadań wiem też, że podczas spacerów, na widok niemieckich żołnierzy zaciskałem pięstki na oczach i wołałem „hajli be, be…”. Wywoływało to zakłopotanie, bo w Inie (które wtedy nazywało się Hohensalza) nie wolno było mówić na ulicach po polsku. W Warszawie, a także w całej GG, było pod tym względem swobodniej. Eryś też chyba formalnie „zatrudnił do sprzątania” ciotkę Winię z rodziną(?!), a praktycznie to ciocia Mela (która już w Gniewkowie pomagała Ciotce prowadzić dom) realizowała wynikające z tego obowiązki. Kiedyś, gdy do bramy zakołatało gestapo, Ciotka bez namysłu wyniosła ciężką torbę, jaką trzymał w domu wujek Mit, do jego mieszkania. W torbie, jak fama głosi, były granaty czy inna broń. Oczywiście u niego rewizji nie było. Inżynier Eryś pozostał wierny Ciotce i po naszym wyjściu z Warszawy. Odszukał Melę i Benię w obozie przy fabryce zbrojeniowej w Gardelegen (Mamy ze mną już tam nie było) i wyciągnął je stamtąd tak skutecznie, że ciocia Mela została po wojnie jego żoną i, po ucieczce z radzieckiej strefy okupacyjnej (później NRD), zamieszkali w Dortmundzie. Dochowali się dwóch córek, Mary i Barbary. Niestety, dziewczyny były już tylko polskiego pochodzenia, a kontakt z nimi definitywnie urwał się po śmierci cioci Meli (2003 rok).

Andrzej Wachowski, 1944 r. Fot. z pryw. arch.

Pierwsze dni Powstania w naszej dzielnicy były spokojne. Może wynikało to z tego, że niedaleko znajdowały się koszary. Jedynie nie można było wychodzić się bawić przy domu, nie mówiąc o spacerze w znajdujących się vis a vis Łazienkach. Ale „w powietrzu wisiało” pytanie: kiedy nas wysiedlą? Chyba wręcz było to zapowiedziane. Dlatego, jak dziś sobie przypominam, Mama przezornie przygotowała dla mnie gruby płaszcz, czapkę. Sama miała przenicowane już wcześniej (by nie zarekwirowali na wschodni front!), futro z fok. Ciotki podobnie. Jakieś niezbędne rzeczy, żywność(?) były zapakowane, chyba, w koszu od bielizny. Na końcu, już w momencie wysiedlenia, Mama ściągnęła z nad tapczanu obrazek Jezusa Miłosiernego, który od tej pory towarzyszył nam przez całą wojenną tułaczkę, a i później zajmował eksponowane miejsce w inowrocławskich mieszkaniach Rodziców. Teraz jest moją jedyną pamiątką z tego okresu i wisi przy moim łóżku.

Mira Ciesielska, kuzynka Andrzeja Wachowskiego, w mieszkaniu przy ul. Parkowej, 1943 r. Na ścianie wisi obrazek Jezusa Miłosiernego. Fot. z pryw. arch.

Któregoś dnia w połowie sierpnia (nie był to czas na pisanie listów, więc dokładna data nie zachowała się), kiedy – pamiętam – bawiłem się na piętrze z Włodkiem i bodaj Romkiem w skleconym z krzeseł i koca „czołgu”, zobaczyliśmy z okna, że ulica jest obstawiona żołnierzami i usłyszeliśmy głośne: „raus, raus…”. Byli to renegaci ukraińscy w niemieckich mundurach, którzy już wtedy byli znanymi „specjalistami” od rabunków i okrucieństw wobec mieszkańców Warszawy. Stali co parę metrów jeden od drugiego wzdłuż ulicy z bronią gotową do strzału. Chyba ciocia Mela szybko zabrała mnie na dół, gdzie Mama i ciocia Benia już przygotowywały nas do drogi. Ciotki chwyciły przygotowany kosz, Mama mnie za rękę i wyruszyliśmy. Ja trzymałem białą flagę, która miała nas chronić przed ostrzałem z sąsiednich ulic. Z tego co zapamiętałem, ruszyliśmy bezpośrednio do kościoła ojców Zmartwychwstańców na Chełmską [Mowa o kościele św. Kazimierza przy ul. Chełmskiej 21 – przyp. red.]. Różni się to od relacji Romka składanej po latach, we wspomnianym już wywiadzie. Być może różnymi drogami szliśmy na Chełmską? Mnie w pamięci utkwił obraz, że szliśmy tylko w czwórkę, mnie trzymano z lewej strony (bo ostrzał był z prawej!) i od czasu do czasu rzeczywiście słychać było charakterystyczne bzyknięcia przelatujących pocisków! Były to pojedyncze strzały, bo formalnie jeszcze nie było działań wojennych w naszej dzielnicy, ale Niemcy przygotowywali się do ataku na Mokotów i Czerniaków, czyli południową część Warszawy.

Kościół na Chełmskiej był właściwie w budowie, ale przez całą okupację działała kaplica w podziemiach domu parafialnego przylegającego do budowanego kościoła, spełniając rolę parafialnego kościoła parafii św. Bonifacego, do której myśmy należeli (i w której byłem ochrzczony). Gotowy był też budynek przykościelny zajmowany przez zakonników. Wszystkie te informacje znalazłem w kronice kościoła:

W latach wojny i okupacji nieukończona jeszcze budowla kościelna doznała znacznych uszkodzeń. We wrześniu 1939 r. podczas oblężenia Warszawy zniszczeniu uległa część dachu i wnętrza, wybite zostały szyby. Do naprawy szkód przystąpiono pod kierunkiem ks. rektora Kazimierza Pieniążka CR zamordowanego wkrótce (2.04.1940r.) w podwarszawskich Palmirach, co upamiętnia tablica w przedsionku kościoła (na lewym filarze). Prace dokończył ks. Tadeusz Przybyłowicz CR. Prowizorycznie odbudowana kaplica stała się na czas okupacji ośrodkiem życia religijnego dla okolicznych mieszkańców. Podczas Powstania Warszawskiego kościół służył im też jako schronienie przed ostrzałem. W wyniku jednego z bombardowań ponownie został ciężko uszkodzony. Po zakończeniu walk powstańczych w tym rejonie niszczący resztki Warszawy Niemcy wypędzili ocalałą ludność, w tym duszpasterzy. Ostatnia przed ewakuacją msza św. została odprawiona 15 września 1944 r. Funkcjonowanie kościoła ustało na kilka miesięcy.

Wśród tych okolicznych mieszkańców, którzy u Zmartwychwstańców znaleźli schronienie przed ostrzałem, znaleźliśmy się i my. Nie wiem już jakim sposobem (być może zadziałał wuj Mieczek?), ale w domu zajmowanym przez zakonników mieliśmy pokój, a w nim przynajmniej łóżko, na którym spałem z Mamą. Ciotki chyba spały na materacach rozłożonych na podłodze. Z okresu bycia na Chełmskiej pamiętam częste alarmy lotnicze i szybkie zbieganie w dół do kaplicy położonej w podziemiu, te godziny przesiadywania tam na prostych (bez oparcia) ławkach. I wspólne modlitwy i śpiewy. Jeszcze dziś, gdy śpiewamy w kościele Zdrowaś Maryjo Bogarodzico, błagamy Ciebie Święta Dziewico… czuję jak „dreszcze chodzą mi po plecach”. Jak przez mgłę pamiętam kilkuletniego wnuka czy syna kucharki, z którym koniecznie chciałem iść po rzęsę dla kaczek do jeziorka tuż za zabudowaniami kościoła. Oczywiście Mama nie puściła mnie, może i dobrze, bo pewnego dnia postrzelili go okrutnie. I to kulami „dum-dum”, jak stwierdziła Mama opatrując go, gdy rannego ściągnęła z pola dzielna sanitariuszka z AK (niestety, nawet imienia nie pamiętam). Najprawdopodobniej był ofiarą snajpera, który z nudów robił nacięcia na pocisku, co powodowało rany szarpane i rozległe (tego typu naboje raczej nie były fabrycznie produkowane – wręcz, Konwencją Genewską, zakazane!). Niestety chłopaczek nie przeżył…

Pod koniec sierpnia nasilił się ostrzał artyleryjski i bombardowania. Jeden z pocisków uderzył w ogrodową altanę, w której znajdowała się grupa uchodźców. Na zawsze w pamięć wrył mi się też obraz płonącego szpitala pełnego rannych powstańców, od którego dzielił nas tylko, spory co prawda, ogród. Z okna pokoju przez całą noc było widać płonący budynek i słychać rozpaczliwe krzyki. Romek w swym wywiadzie też wyznał, że ten pożar wywarł na nim niezatarte wrażenie! W Muzeum Powstania Warszawskiego, w „Kartkach z kalendarza” można znaleźć opis sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy (Sielce, to m.in. ul. Chełmska):  

30 sierpnia. Po południu samoloty wroga bombardują przepełniony rannymi budynek szpitalny przy ul. Chełmskiej 19. Ostrzelany pociskami zapalającymi szpital staje w płomieniach. Ginie wielu rannych i chorych. W trakcie wielogodzinnej akcji ratunkowej Powstańcy ponoszą dotkliwe straty. Samoloty niemieckie bombardują Sadybę, szczególnie rejon ul. Okrężnej.

1 września. Trwa niemiecki napór na Sadybę, Sielce i Czerniaków. Od rana nieprzyjaciel prowadzi silny ostrzał artyleryjski i moździerzowy oraz bombardowania lotnicze Sadyby.

Ataki się wzmagały, sytuacja ludności cywilnej na Sielcach staje się tragiczna. Nasza też. W kościół trafia bomba, czy ciężki pocisk. Całe szczęście, że w nawę boczną, a nie w okolice głównego ołtarza, pod którym znajduje się piwnica, w której siedzimy… Cud Boski, że nie wybucha! Ale pojawia się też nadzieja. Jak to się teraz mówi „jest światełko w tunelu”:

7 września. Na Dolnym Mokotowie toczą się zacięte walki w rejonie ul. Promenady, Dolnej i Konduktorskiej. Cywilne władze powstańcze upoważniają zarząd PCK do porozumienia się z dowództwem niemieckim w sprawie ewakuacji z miasta starców i dzieci oraz chorych. W toku pertraktacji z gen. Rohrem czas wyjścia ludności, skłonnej do opuszczenia Warszawy, ustala się na dni 8 i 9 września, w godz. 12.00-14.00.

8 września, podczas zawieszenia ognia, kilka tysięcy cywilów dobrowolnie opuszcza Warszawę.

9 września, w czasie zawieszenia ognia, między godz. 6.00 a 8.00, trwa dobrowolna ewakuacja ludności cywilnej. W ciągu dwóch dni stolicę opuszcza ok. 8 tys. osób. (…) Niemcy wznawiają działania zaczepne w rejonie Sielc.

Tak więc 8 września opuszczamy kościół na Chełmskiej i już gromadnie, poprzez zagruzowane ulice udajemy się w kierunku Wilanowa(?). Tyle szczegółów co Romek, z tej wędrówki to nie pamiętam. Niewykluczone, że szliśmy w osobnych grupach. Ze wspomnień wydobywam tylko obrazy przemarszu, długich godzin oczekiwania w pobliżu czołgów, formowanie się kolumny i prowadzoną przy tym selekcję. Oddzielano głównie mężczyzn. Wśród nich był ksiądz Bronek Śliwiński, zmartwychwstaniec, którego poznaliśmy na Chełmskiej i który „wstępnie swatał” ciocię Benię ze swym młodszym bratem Marianem (i to skutecznie, bo po wojnie Maryś i Benia osobiście się poznali i ostatecznie pobrali się!). Oczywiście był „na cywila”, a ja mówiłem do niego wujku. Czy myśmy tego samego dnia zostali skierowani w kierunku Pruszkowa, czy, tak jak zapamiętał Romek, trzymali nas przez noc na dziedzińcu poklasztornym Benedyktynów? Tego nie wiem dokładnie, ale pewnie on miał rację. Pamiętam tylko, że wędrowaliśmy długo (na zachód) za dnia, więc raczej to było 9 września. Szliśmy zwartą grupą, często się zatrzymując. Przysiadałem wówczas chętnie na naszych tobołkach, czy może na tym koszu zabranym z Parkowej, niesionym przez ciotki. Pod wieczór, podczas jednego z takich postojów, obserwowałem na horyzoncie z lewej strony drogi, bombowce startujące z Okęcia. Wzlatywały ociężale, leciały nad Mokotów i Śródmieście i po niedługim czasie wracały wyraźnie lżejsze! Tak Niemcy z pełną premedytacją burzyli Warszawę!

Z załadowania nas do pociągu na Warszawie Zachodniej i samej podróży do obozu w Pruszkowie nie pozostało mi w pamięci nic. Zacierają się też obrazy z samego obozu. Mieszają się z obrazami oglądanymi przed laty w filmach, chociażby w Zakazanych piosenkach, czy Ostatnim etapie. Pamiętam tylko jak przez mgłę, dużą halę i piętrową, czy nawet dwupiętrową pryczę, którą zajmowaliśmy. Jak długo byliśmy w obozie w Pruszkowie? – Trudno dziś ustalić. Z Mamy i Cioci Beni późniejszych notatek wynikało, że między 21 a 25 września byliśmy już w kolejnym obozie przejściowym, już na terenie Rzeszy, w Ohlau (dziś Oława, k/Wrocławia). Wyglądałoby z tego, że przy selekcji, jaką Niemcy prowadzili w pruszkowskim obozie, zakwalifikowano nas „na roboty” w Rzeszy. Z wywiadu Romka wynika, że Wujostwo Drzewieccy w komplecie (oczywiście bez Zbyszka i Pawła) skierowani zostali do GG i, podobnie jak po wysiedleniu z Gniewkowa, wylądowali… we Włoszczowej).

Z pobytu w kolejnym obozie, gdzie rozdzielano ludzi do pracy w pobliskich zakładach lub do obozu koncentracyjnego Gross-Rosen, w pamięć wbiły mi się (i to do dziś!) dwie sytuacje. Zaraz po przyjeździe, kiedy zaprowadzono nas do łaźni i kazano rozebrać się „do rosołu”, by całą naszą odzież poddać dezynfekcji (wszy, pchły i inne robactwo licznie przybyły z nami…). Oczywiście na wstępie był podział na stronę damską i męską (a może w transporcie były same kobiety i dzieci?). Mama, nie chcąc dopuścić do, może i bezpowrotnego, rozdzielenia, zabrała mnie ze sobą. I tym sposobem znalazłem się pod prysznicem wśród trzystu gołych babek! Nie dziwne, że dla 5-letniego chłopaka był to widok i przeżycie niezapomniane. Tym bardziej, że byłem wzrostu… nogi dorosłej kobiety. Drugi obraz jaki utkwił mi w pamięci z tego obozu, to „spacer” wśród podwójnego ogrodzenia z drutu kolczastego, chyba dookoła obozu. Na końcu, przy bramie wejściowej, otrzymywało się pajdę chleba i bodaj jakąś zupę z brukwi(?). System był przemyślany, bo między ogrodzeniami nie było zbyt dużo miejsca i kolejka przesuwała się sprawnie i bez przepychanek, a i „załapać się” dwukrotnie na tę głodową rację, było praktycznie niemożliwe.

Na szczęście w tych warunkach obozowych nie przyszło nam długo przebywać. Ciotki Mela i Benia już 25 września (według później spisanych danych) były wywiezione głębiej do Rzeszy, do pracy w cukrowni Aktien-Gesellschaft Zuckerfabrik HAYNAU (dziś Chojnów), gdzie przebywały do końca kampanii cukrowej (do 3 grudnia 1944), potem znalazły się w fabryce zbrojeniowej w Gardelegen (na zachód od Berlina). Stamtąd chyba wyciągnął je Eriś, nim RAF zbombardował fabrykę, czy Rosjanie wyzwolili obóz. Mama ze mną została zwolniona z obozu. Czy było to wynikiem mojego stanu zdrowia (byłem już mocno wycieńczony) i łaskawości niemieckich władz obozu, czy też wynikiem starań ciotki Baśki Wernerowej z Nowego Miasta? Okolicznością sprzyjającą było prawdopodobnie też to, że Ino i N. Miasto były wcielone do Rzeszy, więc korespondencja była „nie zagraniczna” i Mama mogła pisać i wskazać adres na terenach zajętych przez Niemców, osób, które nas przyjmą. Tak, że w „akcji naszego wyzwolenia” wzięły udział „obydwa domy”. Wujek Wacek Ciesielski, szwagier Mamy, jedyny mężczyzna w tym gronie (Dziadek Wojciech zmarł w połowie września, jak się później okazało, prawie w tym samym czasie co zginął wujek Mit w Powstaniu, na Czerniakowie [Według informacji przekazanej mężowi przez Felicję Wachowską w liście z 1945 r. Mieczysław Siemianowski został rozstrzelany przy ul. Wilanowskiej – przyp. red.], przyjechał po nas i eksportował nas pociągiem do Ina. Marysia, najstarsza moja kuzynka (ze strony Mamy) wspominała niedawno, że byłem potwornie zawszony i ciotka Maryla, jej mama, wyczesywała mi z głowy duże ich ilości. W Inie i Dziadkowie, i Ciesielscy byli wysiedleni ze swych mieszkań przedwojennych, mieszkali pokątnie Dziadkowie w maleńkiej oficynie na peryferiach miasta. Ciesielscy w biurze parafialnym użyczonym przez niemieckiego proboszcza, który wybronił wujka Wacka i całą jego najbliższą rodzinę (a były już na świecie cztery(!) moje kuzynki…) przed wysiedleniem do GG i zatrudnił go nadal na stanowisku organisty u Matki Boskiej. (Nie był to jedyny przypadek, że rodzina nasza trafiła na „dobrego Niemca”. Również ciocię Jankę proboszcz parafii św. Mikołaja pozostawił na stanowisku rendantki w biurze parafialnym, dzięki czemu była się stała jedynym żywicielem Dziadków przez całą wojnę. Oczywiście do „tej grupy” zaliczyć trzeba przede wszystkim, wspomnianego już wcześniej, Erysia. Ale nim, przy niesieniu pomocy, kierowały nieco inne pobudki;-))

Ostatecznie więc znaleźliśmy się z Mamą w Nowym Mieście (Lubawskim) u rodziny mego Ojca. Wojna ich nie rozpieszczała. Wujek Broniś, dyrektor i ordynator nowomiejskiego szpitala, gdy wrócił z kampanii wrześniowej (zabezpieczał medycznie masową ewakuację ludności cywilnej z NML w kierunku Warszawy), zastał pozbawiony pracy w szpitalu. Kiedy parokrotnie odmówił podpisania volkslisty (nazwisko Werner zachęcało Niemców do nacisków) został aresztowany i zginął w Dachau. Ciocia Baśka, jego żona, a starsza siostra mojego Ojca, została wyrzucona z ich domu wraz z trójką nieletnich dzieci. I z Babcią Manią oraz ciotką Maryśką zamieszkiwali na poddaszu nad mleczarnią. Od momentu przyjazdu, a był to już październik, do Bożego Narodzenia przeszedłem chyba wszystkie możliwe dziecięce choroby, jak szkarlatyna, angina, koklusz itp. Wylizałem się z tych chorób już po Nowym Roku. Pamiętam pierwsze wyjścia na dwór dopiero tuż po wyzwoleniu, gdy z zaciekawieniem biegaliśmy z Bogusiem i Leszkiem wśród rosyjskich żołnierzy i ich pojazdów. Bardzo prawdopodobne, że wcześniej to po prostu z Mamą raczej się publicznie nie afiszowaliśmy. W Nowym Mieście byliśmy do marca 1945, kiedy to wróciliśmy do Ina, do Babci Losi, do już odzyskanego przez nią domu na Lipowej. Do Warszawy Mama już nie wróciła. Mieszkanie na Parkowej było kompletnie wypalone.

Te ostatnie szczegóły znalazłem w liście Mamy do Taty z 17 X 1945. Był to pierwszy list po przerwie spowodowanej Powstaniem. Ojca kartka wysłana przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż z 22 VI 1944 nie zastała nas w Warszawie na Parkowej, wróciła do Włoch, do Ancony i, jak pisze w liście Mama, dotarła do nas w Inowrocławiu we wrześniu 1945. Tato jednak wiedział już wcześniej, że uszliśmy z życiem z Warszawy, bowiem w październiku 44, kiedy byliśmy już w Nowym Mieście, Mama miała okazję, by o tym poinformować w liście ciotki Maryśki do jej narzeczonego Tolka, który z moim Ojcem przeszedł cały szlak bojowy z generałem Andersem. Mamy list dotarł do Taty dopiero w Sylwestra, w Rawennie gdzie stacjonowała jego dywizja.  W swojej odpowiedzi (z 16 I 1946) Tato miał wreszcie możliwość (list był przesyłany, jak pisze Ojciec, drogą poufną), by szerzej opisać swe przeżycia przez te blisko sześć lat wojny. Nieco szczegółów z tej drogi zawarłem we wstępie niniejszych wspomnień. Niestety te listy nie kończyły czasu rozłąki Rodziców. Skomplikowana sytuacja w kraju, nieprzychylne traktowanie powracających Andersowców przez ówczesne władze w Polsce spowodowały, że dopiero w czerwcu 1948 roku Tato wrócił do kraju. Rodzice znów byli razem a ja poznałem Ojca, którego znałem tylko z fotografii.

Aleksy Wachowski wspomina czasy wojennej tułaczki. Fot. z pryw. arch.

Powiązane hasła

”None