menu

Wanda Stefaniak – „Żeby nikt domu nie stracił”

Wanda Stefaniak – „Żeby nikt domu nie stracił”

Wanda Stefaniak, ur. w 1935 roku, w czasie wybuchu Powstania Warszawskiego przebywała z rodzicami, Zofią (1904-1974) i Mieczysławem Stefaniak (1894-1944), oraz babcią Marią Nowak (1864-1953) w Warszawie przy ul. ulicy Czerniakowskiej 184. Pod koniec sierpnia 1944 r. w wyniku bombardowania zginął ojciec dziewczynki. Dziewięcioletnia Wanda Stefaniak, po zakończeniu powstania została wygnana z matką i babcią do obozu w Pruszkowie, a następnie wysłana do wsi pod Włoszczową. Rozmowa została przeprowadzona w 2022 r.

Nazywam się Wanda Stefaniak, urodziłam się w 1935 roku w Jabłonowie. Rodzice mieli mnie jedną. Przed samym wybuchem wojny ojciec prowadził firmę Rolnik Polski w Jabłonowie i dostał zawiadomienie, że w razie wybuchu wojny, musi się ewakuować, bo jest na liście do rozstrzelania. Zapakował mamę i mnie, łącznie z właścicielem majątku, na powózkę[1] i uciekaliśmy na wschód. Miałam wtedy cztery latka, więc to bardzo mgliste wspomnienia, ale o pewnych rzeczach dowiedziałam się z opowiadań mamy. Wiem, że przeważnie jechaliśmy nocami. Toczyły się działania wojenne. Podczas tej podróży zachorowałam, tata zaprowadził mnie do lekarza, do polskiego punktu lekarskiego. Tak dojechaliśmy do Kowna, ale tam naturalnie zaczął się już front wschodni, czyli z powrotem trzeba było uciekać. Znów jechaliśmy tą powózką, okropne warunki panowały, bo już zaczęło padać, a wóz był prawie otwarty. I tak do samej Warszawy. Pamiętam, jak przejeżdżaliśmy chyba przez Modlin i tam się wszystko paliło. Przez same pożary przejeżdżaliśmy. Warszawa jeszcze się chyba broniła, bo trwały naloty. Tata musiał zostać w Warszawie, mowy nie było, żeby pojechał z nami do Torunia czy do Jabłonowa. Ponieważ nie było żadnego punktu zaczepienia, żeby zamieszkać razem, mama pojechała ze mną do Torunia. Przyznam szczerze, że nie pamiętam, jak tam dotarłyśmy.

W Toruniu mieszkała mamy siostra, u niej się zatrzymałyśmy. Tutaj już wszyscy mówili po niemiecku, było zupełnie inaczej. Mama znała niemiecki, bo urodziła się w Poznańskiem. I wojnę światową też przeżyła jako dziecko, ale wiadomo, jaki był stosunek do Niemców i mamy, i ojca. Pamiętam, że któregoś razu mama wyszła ze mną na ulicę Matejki – wszystkie domy naprzeciwko miały spuszczone flagi niemieckie ze swastykami. Wtedy podobno jakoś tak powiedziałam, i to bardzo głośno: „Bozia was pokarze, bo wywieszacie połamane krzyże”. Przez te moje głośne komentarze mama bała się ze mną chodzić, bo wiadomo, że uszy były wszędzie. Ale i tak za dwa czy trzy dni przyszli Niemcy do cioci, wyszukali mamę i ostrzegli, że jak w ciągu dwóch dni się nie zgłosi, to wezmą ją na gestapo. W takiej sytuacji mama nie mogła zostać, wzięła mnie i bodaj pociągiem pojechałyśmy do Warszawy, zupełnie w nieznane, bo nie wiadomo było, gdzie tata się schronił.

Tutaj znowu takie przypadkowe zrządzenie losu nastąpiło, bo jak dojechałyśmy do Warszawy, to już było ciemno. Wysiadłyśmy, ale mama nie wiedziała, gdzie szukać taty. Już był chyba koniec września, więc krótszy dzień, za chwilę godzina policyjna, a ona z małym dzieckiem szuka męża w Warszawie. Jedyną nazwą ulicy, jaką mama pamiętała, była Warecka, dlatego że przed wojną mieściła się tam centrala firmy Rolnik Polski. To były biura, mama tam pukała, pukała, bo chciała się jakoś dostać. W końcu stróż, który tam pilnował, otworzył drzwi ze strachem i pozwolił nam się przespać w takim pomieszczeniu na szczotki. Od razu zasnęłam, ale mama w nocy usłyszała jakieś rozmowy. Była zaskoczona, bo przecież pusty gmach biurowy, a tam rozmowy w nocy, więc wyszła po cichu i trafiła na pokój, skąd dochodziły te głosy. Proszę sobie wyobrazić, jaki to był przypadek, gdy padło nazwisko znajomego ojca. Tą drogą w końcu trafiłyśmy do taty.

Gdzie wówczas znajdował się tata?

Tata się ukrywał pod Warszawą, nie wiem dokładnie gdzie, ale w każdym razie rzadko kiedy był w Warszawie. Znalazł nam malutki pokoik, to było na początku na ulicy Złotej. Tak się złożyło rodzinnie, że babcia, czyli mamy mama, też z Torunia do nas przyjechała, czasami przychodził tata, rzadko, ale przychodził. Ponieważ było tam bardzo ciasno, to jakoś wynaleźli troszeczkę większy pokój na ulicy Sosnowej. To było duże mieszkanie podzielone na mniejsze pomieszczenia, w każdym pokoju kto inny, inna rodzina. Jak utworzono getto, to było zaraz obok. Tam co chwila były rozstrzeliwania, pod drzwi przychodziły zabiedzone dzieci z getta. W Śródmieściu tata już bardziej musiał uważać. Zachorowałam na zapalenie wyrostka robaczkowego, trafiłam do szpitala Dzieciątka Jezus, ale wtedy nie było penicyliny, więc nie można było operować. Leżałam chyba dwa tygodnie przywiązana za ręce i nogi do łóżka, pewnie chodziło o to, żeby mi się to nie rozlało. To straszne, okropne dla dziecka wspomnienia.

Czym zajmowali się Pani rodzice?

Mama to właściwie sprzedawała pierścionki i co się tylko dało, żeby mnie utrzymać, żeby coś jeść. Tata od czasu do czasu przyjeżdżał i też coś przywoził, pamiętam, jak na Boże Narodzenie zjawił się z cukierkami. To było takie wielkie wydarzenie. Wiem, że była strasznie ostra zima. Duże zaspy były, chodziłyśmy po nich z mamą, żeby się poruszać. Na Sosnowej zawarłam taką znajomość przez okno, bo z przeciwka kiwała do mnie ręką dziewczynka w moim wieku. Potem jakoś się poznałyśmy.

Wtedy tata dostał propozycję pracy. To byłoby coś wymarzonego, gdyby nie dalsze losy. Zamieszkaliśmy przy ulicy Czerniakowskiej 184. Tam była fabryka makaronu. Ślepa uliczka, wkoło same fabryki. Obok mieściła się na przykład wytwórnia marmolady, jeszcze jakieś domy mieszkalne stały naprzeciwko. To wszystko było ogrodzone, mało, że ogrodzone, to – można powiedzieć – bez dostępu z zewnątrz. To była pierwotnie fabryka makaronu Włocha. Nie wiem, czy mu ją Niemcy odebrali, czy on wyjechał, ale potem odbywała się tam produkcja makaronu dla wojska, dla Wehrmachtu. W ciągu dnia pracowały maszyny, a po południu i w nocy odbywało się suszenie tego makaronu. Raz w tygodniu przywożono mąkę, jajka, olej i raz w tygodniu to odbierano, więc kontakt zewnętrzny to właściwie było to przywożenie, odwożenie. Ci, którzy tam pracowali, mieszkali obok w takich domkach pobudowanych właśnie dla pracowników fabryki. To było takie zamknięte miejsce. U taty dwóch panów się ukrywało. Pamiętam jeszcze ich nazwiska. Dziwne, że w tym wieku człowiek jeszcze pamięta.

Proszę je wymienić.

Pierwszy pan Strzeliński, a drugi pan Hofman. Oni prawie nie wychodzili. Mieszkaliśmy na drugim piętrze w mieszkaniu z dwoma pokojami, kuchnią i łazienką. Łazienka naturalnie była zaraz przez tatę zajęta, dlatego że tata robił zdjęcia i miał tam swoją ciemnię fotograficzną. Do tego wszystkiego tam były takie podziemne szyby wentylacyjne do suszenia makaronu, one wychodziły gdzieś w kierunku Wisły. Wiem, że tata trzymał tam radio i tam się spotykali. Od razu robiono zapasy z tego, co Niemcy przywozili. Jajka, olej, bardzo dużo mąki trzymano właśnie w tych szybach z myślą o przyszłości. Tato był tam takim zaopatrzeniowcem. Wtedy to był mój najlepszy czas, można tak powiedzieć, bo zaczęłam chodzić do polskiej szkoły.

Gdzie znajdowała się ta szkoła?

Już nie pamiętam. Musiałabym na przedwojenny plan miasta spojrzeć, tobym na pewno przypomniała sobie ulicę. Szkoła mieściła się na drugim piętrze, trzy klasy razem, pierwsza, druga i trzecia. Wiele pewno się nie nauczyłam, bo mama mnie już wyszkoliła. Jak miałam sześć lat, to już i czytałam, i pisałam zupełnie normalnie.

Naturalnie to była okupacja, więc co chwila były jakieś rozstrzeliwania. Na Czerniakowskiej stał taki słup ogłoszeniowy, na którym stale wywieszano listy rozstrzelanych. Pamiętam też powstanie w getcie.

Jak je Pani zapamiętała?

Zaczęły się jakieś straszne pożary, nawet na nasze podwórko spadały tlące się jeszcze papiery, ubrania, pełno tego było. Pojawił się kolejny taki lęk, co będzie dalej. Poza tym zaczęły się nocne naloty, okna musiały być zaciemnione, obowiązywała godzina policyjna. Na początku siedziałyśmy w domu. Pamiętam, jak latem, w taką upalną noc, usiedliśmy z mamą i z tatą na dworze i obserwowaliśmy, co to będzie. Już byłam na tyle duża, że można było mi powiedzieć, że to są naloty alianckie, że chodzi o zniszczenie punktów niemieckich. Ale strach był. Dom koło domu, to mogło uderzyć w każdy, w polskie budynki też. Jak te samoloty leciały, to zaraz się pojawiały niemieckie flary, które rozświetlały niebo, żeby łatwiej zestrzelić samoloty. Wtedy moja mama ze mną głośno się modliła. Modliła się, i żeby bomba w nas czy naszą okolicę nie uderzyła, i żeby nie zestrzelono tych naszych, którzy tam lecieli. Czasami było widać, jak taki samolot został trafiony. Muszę powiedzieć, że do dziś, jak widzę chociażby fajerwerki czy coś podobnego, to wciąż nie mogę tego znieść. Wszystko mi się przypomina, nie mogę tego wytrzymać.

To był już 1943 rok. Pamiętam, bo wtedy tata przyczynił się do zorganizowania pięknej Wigilii. Na tym podwórku w środku Warszawy hodowałyśmy parę kurek. Mama się postarała nawet o psa, dlatego że był czujniejszy od człowieka. Za takim dużym parkanem byliśmy odgrodzeni nawet od tej ślepej uliczki. To rzeczywiście było zupełnie zamknięte miejsce, więc naturalnie pies dawał znać. Pamiętam właśnie tę Wigilię, bo mama wzięła mnie, żeby się opłatkiem podzielić z kurkami, a w tym czasie przyszedł święty Mikołaj i przyniósł mi prezenty. Ponieważ bardzo lubiłam malować, robiłam wycinanki, to dostałam i tablicę, i farby do malowania, i różne inne przybory. Dostałam nawet kanarka. To taka niesamowita radość.

Jeszcze muszę powiedzieć, że w tym ogródku przed domem wiosną mama posiała (pewnie jak wszyscy warszawiacy w tym czasie) i pomidory, i rzodkiewki. Na końcu tych grządek posadziła zaś kwiaty. Tata tak niemal symbolicznie podszedł i powiedział: „Ojejku, ale ładnie tu, ale to wygląda jak grób”. I rzeczywiście został tam potem pochowany. Po tej Gwiazdce 1 stycznia tata – Mieczysław – miał imieniny. Mama napisała wierszyk. Oryginał tego wierszyka mam w Toruniu. Moim zadaniem było przeczytanie go tacie w dniu jego imienin. Ten wierszyk tak brzmiał:

Mój tatusiu kochany, jedyny
przyjm od swej córki życzenia na imieniny.
Proszę Boga, by zdrowiem Cię darzył
i dał wszystko, o czym żeś zamarzył.
Niech Cię stale strzeże anioł z nieba,
niech Ci nigdy nie zabraknie chleba.
Oby czas był wreszcie spokojny,
obyś w tym roku doczekał końca wojny.

A wiadomo, jaki to był rok, 1944. Pamiętam jeszcze, gdy ze szkoły wracałyśmy, te całe kolumny samochodów, kiedy przed frontem rosyjskim uciekały rodziny niemieckie. Mama mówiła: „No tak, teraz przychodzi na nich kolej”. Chociaż to nie tak jak my z jednym tobołkiem, tylko całymi wypchanymi samochodami, wozami, właśnie Czerniakowską. Chyba wszyscy rozumieli, że zbliża się koniec. Ja się wcale nie dziwię, że doszło do wybuchu powstania. Przecież było wiadomo, że Niemcy uciekają z Warszawy.

Czy tata wiedział, że wybuchnie powstanie?

Chyba tak. Miał radio, więc dużo rzeczy wiedział. Jeszcze pamiętam z takich niemakabrycznych, ale pewnie niezrozumiałych dla obecnej młodzieży historii, jak z tej fabryki marmolady wyjechał samochód z dużymi beczkami i jedna z tych beczek spadła, a marmolada rozlała się na ulicę. Ta marmolada naturalnie była z buraków. Od razu ludzie się rzucili z różnymi naczyniami, kubełkami, a dzieciaki to dosłownie zlizywały ją z jezdni. To chyba taki wymowny obraz tego, jak było. U nas o jedzenie starała się mama. Wiadomo, z racji miejsca mieszkania mieliśmy makaron, mąkę, olej. Po te kurki, które znosiły jajka, mama chyba do Wilanowa jeździła do jakiegoś gospodarza. Cztery nioski mieliśmy. Byłam z nimi zaprzyjaźniona, rozmawiałam z tymi kurami.

Miałam trochę koleżanek, ale wiadomo, że nie można było tak chodzić, jak teraz się chodzi, mimo że rodzice dali mi dużo swobody. Mama mnie wychowywała w ten sposób, że musiałam znać na pamięć swoje dane, a i tak na szyi w woreczku miałam ten wierszyk, adresy rodziny. Wszystko po to, żebym nie była taka niesamodzielna. Najlepszy dowód to, że wtedy chodziłam sama do szkoły, nikt mnie nie odprowadzał. Nie było to daleko. Nie wiem dlaczego, ale potem w ciągu dnia zdarzały się często alarmy, więc my z tego drugiego piętra zbiegaliśmy całą klasą do piwnicy. Za chwilę odwoływano alarm i wszyscy wracaliśmy na górę, chwila lekcji i znowu alarm. Tak to się wszystko odbywało.

Nie wiem, jak dokładnie przebiegały przygotowania do powstania i ewentualny udział w nich ojca, ale tata nie był już z tych najmłodszych, żeby do walki przystąpić, miał skończone pięćdziesiąt lat. Jego rolą w powstaniu było przygotowanie zaopatrzenia, to wiem na pewno. Kiedy się wchodziło na dach fabryki, to słychać było stojących na Pradze Rosjan. Fabryka liczyła dwa i pół piętra i leżała blisko Wisły.

Można powiedzieć, że początek powstania w naszej dzielnicy nie wyglądał groźnie. Wiem, że w fabryce wszystkie syreny zawyły, czyli jakiś sygnał był, wszyscy wiedzieli. U mnie była akurat koleżanka, co gorsza, trzeba było ją jakoś odprowadzić. Potem to już był strach gdziekolwiek przechodzić. Na początku to rodzice nawet uważali, że powstanie będzie krótko trwało, najwyżej kilka dni. Nie było nawet takiego lęku. Naturalnie to się potem zmieniło. Już było słychać te działa kolejowe, może w naszym kierunku trochę mniej, ale był huk wystrzałów. Najgorsze, jak zaczęły się te ryczące „krowy”[2]. Okropnie się już tu wszyscy baliśmy, a one spadały coraz to bliżej.

Moim najgorszym dniem powstania był 26 sierpnia. 26 dni to niby nie jest tak dużo, prawda? Jeszcze pamiętam, że całe dnie nie można było się wyciszyć, mama chodziła ze mną do fabryki i wkładałyśmy na siebie takie worki od makaronu, żeby można było chociaż na chwileczkę zasnąć. Już było wiadomo, że do nas się to zbliża. Tam gdzie mieściła się ta fabryka makaronu, tam też była kwatera powstańcza. Przychodzili tam po makaron, mąkę. Mama była ostrożna. Niepokoiło ją, gdy w biały dzień przychodzili i nieśli te worki na plecach. To, co się potem stało, było wyraźnie wymierzone w naszym kierunku. To wszystko gwałtownie się do nas zbliżało.

Na tej ślepej uliczce był jeden dom, w odległości około dwustu metrów, który miał piwnicę. Tego dnia rodzice zaprowadzili tam mnie i babcię. Sklepienie tej piwnicy pośrodku wspierał słup. Mama mówiła, żebym siedziała po tym słupem, bo to najbezpieczniejsze miejsce. Babcię też tam zaprowadziła. Babcia usiadła pod ścianą i podsypiała. Miała już taką trochę demencję, niektóre rzeczy robiła automatycznie, niektóre do niej nie docierały. Mama uważała, że mogłybyśmy przeczekać cały okres po upadku powstania w tym szybie wentylacyjnym. Ale jak? Mnie można było jakoś powiedzieć, żebym się nie odzywała w razie czego, ale babci już nie. Do babci już wiele rzeczy nie trafiało. Jak mnie tam zaprowadzili, to był taki szary dzień, jeszcze nie było zupełnie jasno. Dzień naturalnie był krótszy, ale już świt na pewno był słoneczny, ładny. Tam schroniło się dużo ludzi, ale każdy, jak to się mówi, zajęty był sobą, z jakimiś takimi manatkami w grupkach ludzie siedzieli. Nikt się mną nie interesował, bo nikogo nie znałam, obcy ludzie przychodzili.

Jeszcze było tak, że mama postawiła taki piękny obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej w ładnej rzeźbionej ramce. Stał u góry. Mama tego 26 sierpnia rano tam poszła, bo już mieszkaliśmy na parterze, już od wielu dni się nie wchodziło na piętro, gdy odpadła jedna część ramki tego obrazka. To było jakieś takie przeczucie, że coś się stanie. Druga taka sprawa, to fama, która chodziła o takiej wieloosobowej rodzinie mieszkającej na Starówce, że jak w ich dom uderzyła bomba, to wszyscy zginęli, a oni jedni się uratowali i przenieśli się dalej. Każdy mówił, że jak oni przychodzą, to zaraz coś się dzieje i tylko oni wychodzą cało. I tak też u nas było. To są takie wydarzenia zupełnie z innej sfery.

Co wydarzyło się 26 sierpnia?

„Krowa” zaryczała i w jednej chwili wszystko się zawaliło. Siedziałam pod tym słupem, który ocalał. Ściany piwnicy się rozleciały, ludzie uciekli, wszystko się paliło, a ja byłam samiuteńka. Babci też nie było. Nie wiem, po jakim czasie przyszła mama. Powiedziała, żebym się nie ruszała. Była cała zakrwawiona, ponieważ ratowała tatę, który w momencie wybuchu był akurat przy wydawaniu tych produktów. Cały strop na tatę zleciał, obcięło mu obie nogi, ale jeszcze żył. Mama usiłowała go wyciągać z tego gruzowiska, ale nie było nikogo do pomocy, tzn. pokazali się ludzie, tylko to były takie grupy, które od razu szperały w poszukiwaniu skarbów, jak to się mówi. Dopiero potem przyszły sanitariuszki i jak tatę zabrały, to mama przyleciała po mnie. Ponieważ nie wiedziała, czy już go wzięły, więc mnie zabrała z powrotem na teren tego, co pozostało z naszego domu. Tak jak mówię, paliło się dosłownie wszystko. Paliła się trawa, ogródki, wszystko, wszystko. Z tego dwupiętrowego gmachu fabryki została kupa gruzu, w której leżały zwłoki zupełnie spalonych ludzi. Zginęli wtedy też ci panowie, Hofman i Strzeliński, którzy się tam ukrywali. Do tego wszystkiego zupełnie zaginęła babcia, nie wiadomo było, co się z nią stało. Potem się dowiedziałyśmy, że poszła z tymi ludźmi, którzy uciekli. Znalazła się po paru dniach, ktoś babcię przyprowadził.

Nas wtedy ktoś ściągnął do piwnicy po drugiej stronie ulicy Czerniakowskiej, prawie naprzeciwko wjazdu do tej ślepej uliczki. Ta piwnica była zapchana ludźmi, pełno już było, naturalnie także tych, którzy w tym domu mieszkali. Przyleciał do nas taki młody chłopak, łącznik, żeby mama przyszła do Szpitala Czerniakowskiego. Ja już mamy za żadne skarby świata nie chciałam puścić, więc szłyśmy razem. Trudno powiedzieć, jak odległościowo by to teraz było. Nawet po wojnie to sprawdzałam, to jednak dosyć daleko było. Jak szłyśmy, to na ulicach były barykady, pod którymi przechodziłyśmy. Trzeba było właściwie na czworakach chodzić, bo Niemcy bez przerwy strzelali. To dla nas było straszne, gdy ten chłopaczek, który nas przeprowadzał, wskakiwał na tę barykadę. Trzeba było biegiem to robić, a my nie dawałyśmy rady iść tak jak on. Niemcy tak strzelali, że kule leciały pod nogi, ale jakoś nas doprowadził. W szpitalu było okropnie dlatego, że już na wejściu leżało pełno nieżywych ludzi, ale powiedzieli mamie, żeby poszukała, bo tatę położyli w takim holu, przedsionku. Jednak tata jakieś znaczenie, widać, miał, że aż tak to potraktowali. Szłam z mamą za rękę, znalazłyśmy tatę, rzeczywiście nie miał obu nóg i właściwie chyba prawej ręki też nie miał. Wtedy dali mamie obrączkę taty i zegarek, a ona zemdlała. Mnie powiedzieli: „Teraz ty jesteś głową rodziny”.

Muszę Pani powiedzieć, że nie wiem, jak wróciłyśmy. W ogóle nie pamiętam tego przejścia. Podobno na wiele dni zupełnie straciłam mowę. Mama myślała, że już nigdy nie będę mówiła. Do tego wszystkiego zaczęłam chorować, cały czas miałam biegunki. Nie wiadomo było, co mi dać jeść. Wiem, że wróble spadały, to z tych wróbli mama rosołek mi gotowała na kuchence spirytusowej w tej piwnicy.

Tak Pani cały organizm zareagował na te przeżycia?

Tak, tak. Potem jakoś udało się mamie mnie zostawić na noc, ale nie pamiętam tego. Mama poszła i zrobiła pogrzeb tacie. Pochowała tatę właśnie w tym naszym ogródku, owinęła w prześcieradło, którego resztki znalazła. Na kawałku drewienka wypaliła nazwisko i przywiązała do tej ręki, która została. Mama tatę pogrzebała w środku, a tych dwóch panów po taty obu stronach, nawet mama pamiętała, z której strony był jeden, z której drugi, bo to po wojnie mogło być ważne. 

Potem zaczęła się gehenna życia w piwnicy. Już wtedy to ostrzeliwanie, bombardowanie było intensywne, to był dom za domem, nie było chwili spokoju. Mama jeszcze raz się przekradła po mąkę i trochę oleju. Myślała, że coś tam usmaży, jakieś placuszki. Poszła ze mną na piętro tego domu, żeby coś zrobić, ale tam już drugiego czy trzeciego piętra w ogóle nie było. Z okropnych wspomnień to pamiętam jeszcze chodzenie po wodę. To było na dworze, można powiedzieć, że dwa domy dalej. Stała cała kolejka, a Niemcy strzelali. To też wspominam strasznie.

Nie wiem, jak długo w tej piwnicy przebywałyśmy. Towarzyszył nam lęk, co będzie dalej. Już było wiadomo, że Niemcy opróżniają te piwnice i różni ludzie mówili, że bardzo często, jak ktoś nie chciał wyjść, to Niemcy granat do środka wrzucali. Najbardziej to się wszyscy bali własowców[3]. Już szła fama o tym, jak bestialsko mordują, jak gwałcą. To było straszne.

Czy była Pani świadkiem takich zachowań?

Nie. Cały czas byłam chora, ciągle te biegunki mnie męczyły. Potem przyszedł ten dzień, to chyba było przed południem. Babcia już wtedy była z nami, mama miała jakąś taką walizeczkę, ja trzymałam na szyi te wszystkie adresy, pierścionki i taki srebrny ryngraf. Dostałam go jeszcze przed powstaniem. Zrobił go dla mnie złotnik – ojciec tej koleżanki z Sosnowej. Mama niosła tę walizeczkę z obrazkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, z tym, co zdołała włożyć. Teraz ludzie mieliby pewnie walizki na kółkach i plecaki, a wtedy można było wziąć tylko to, co się w ręku niosło.

Wyganiali nas przez Warszawę. Nie umiem powiedzieć, jakimi ulicami. Ktoś mówił, że przez Łazienki, ale nie pamiętam. W każdym razie to było miasto, którego już nie było, same ruiny. Poganiali nas – szybciej i szybciej. Co chwila były albo naloty, albo strzelanie. Wtedy wszyscy się kładli, a ci Niemcy, którzy nas eskortowali, wślizgiwali się pod tłum. Co jakiś czas ludzie z tego szeregu padali, ginęli. Na drodze leżały różne tobołki, walizki, a nawet ciała. Dla dziecka było za dużo tego wszystkiego. Dokładnie nie pamiętam, jak do Pruszkowa dojechaliśmy. Chyba bardzo długo się szło. Pamiętam, że siedziałyśmy też na jakimś placu, nie wiem, czy tam się nawet nie przespałyśmy.

Jeszcze na terenie Warszawy?

Tak. Mama potem mówiła, że była oburzona, bo Niemcy w pewnym momencie rozdawali cukierki i wołali, żeby dzieci przyszły. Były takie, co poszły, ale ja nie poszłam. Z tą moją nieszczęsną biegunką to szukałam miejsca, gdzie mogłabym się załatwić. I właśnie za taką ścianą zieleni naocznie zobaczyłam tę ryczącą „krowę”. To chyba najbardziej śmiercionośna broń, bo ona i burzyła, i paliła, nie było szansy, żeby przeżyć.

Jak i czym dojechałyśmy do Pruszkowa… jechałyśmy chyba tą podmiejską kolejką, ale miałam takie przerwy w życiorysie z powodu choroby, a może i odwodnienia, że nie wszystko zarejestrowałam. Pamiętam, że jeszcze po drodze ktoś wziął niemowlę, któremu zastrzelili matkę. Ktoś niósł to dziecko i jak byłyśmy w tej hali w Pruszkowie, to ludzie szukali czy mleka, czy cukru, bo to dziecko bardzo płakało.

W hali przebywało pełno ludzi. Tam były takie doły, rowy jak w warsztatach samochodowych i szyny. Najczęściej siedziało się na tych szynach. Naturalnie nie było co jeść. Chyba na drugi dzień przywieźli zupę, ale nikt nie miał naczyń. Wiem, że ktoś, kto koło nas siedział, przyniósł stary nocnik i z tego nocnika wszyscy po kolei jedliśmy.

Pamięta Pani, kto nalewał tę zupę?

Chyba w tym wypadku to jednak Niemcy byli… A może pomagający Polacy? Nie wiem. Wiem, że dużym samochodem przywieziono taką brukwiankę i rozlewano ją z beczki, ludzie podchodzili z jakimiś naczyniami.

Znów nie umiem określić czasu, kiedy i jak długo tam byłyśmy. Wiem, że jak się wychodziło na dwór, żeby się załatwić, to już było pochmurno, deszczowo, tak bardzo, bardzo ciemno, jesiennie. Pamiętam takie opowieści o toaletach, które miały formę deski zawieszonej nad rowem. Mama musiała mnie trzymać, bo się bardzo bałam, że do tego rowu wpadnę. No i zaczęły się wszy, tak straszliwe, że od razu miałam je we włosach i w ubraniu. Nie dosyć, że źle się czułam, to jeszcze przez te wszy wszystko dosłownie bym zdrapała z siebie. Naturalnie o żadnym myciu nie było nawet mowy.

Czy dotarła do Pani jakaś pomoc medyczna?

Żadnej pomocy medycznej nie pamiętam, pewnie moja mama coś więcej by wiedziała. To już chyba była końcówka, tak podejrzewam. Zupełnie nie przypominam sobie tam dzieci.

W obozie?

Tak, nie pamiętam zupełnie, poza tym niemowlęciem, które bez przerwy płakało.

Pamięta Pani, kto był w hali? Czy to były kobiety i mężczyźni, czy głównie kobiety?

Raczej kobiety. W ogóle chyba najwięcej było kobiet.

Czy był wówczas w obozie z Panią ktoś, kogo Pani znała? Może sąsiedzi?

Nie. Tak jak mówiłam, my na tej Czerniakowskiej mieszkaliśmy zupełnie sami i właściwie to była tylko mama, babcia i ja. Co innego, jak ludzie na przykład mieszkali w dużym domu, a tutaj owszem poznało się trochę ludzi, z którymi się razem siedziało w piwnicy, ale oni już byli między sobą pozaprzyjaźniani.

Po jakimś czasie pojawiły się opowieści o przeprowadzanej przez Niemców segregacji. Znów strach, co będzie z nami. Gdzie nas wywiozą i czy wywiozą, czy tu zostaniemy? Na pewno dorośli bardziej się nad tym zastanawiali niż ja, dziecko, tym bardziej chore. Jak przyszło do selekcji przed wywózką, to wszyscy musieli wyjść i ustawić się w szereg. Mama bardzo mądrze zrobiła, że babcię oddzielnie postawiła, żebyśmy nie stanowiły trójki. Po wszystkim mi tłumaczyła, że się obawiała, że wezmą ją gdzieś na roboty, a ja zostanę z babcią i sobie z nią nie poradzę, albo ona ze mną. Wyglądałam na dużo młodszą, niż byłam, bo po pierwsze, w ogóle byłam drobna, zresztą i teraz jestem niska, po drugie byłam tak wychudzona, tak chora, że jak mama wzięła mnie na ręce, to przypominałam małe dziecko. Jak ten przegląd robili, segregowali, to zostałam z mamą. Uważam, że to było bardzo mądre ze strony mamy. Potem zagnali nas do wagonów bydlęcych.

Czy pamięta Pani moment samej segregacji, jak do wyglądało?

Tak, to pamiętam. Było strasznie dużo ludzi w tym szeregu. Wszyscy zmaltretowani tak jak i my. Po wszystkim wepchnęli nas do wagonów i zawieźli do Włoszczowy. Chyba na jedną noc trafiliśmy do takiego budynku, gdzie było trochę wody. Mama mało, że wreszcie mogła mi dać pić porządnie, to jeszcze spróbowała mnie umyć z tych wszy i z tego brudu, ale to nic nie dało. Potem znowu nas zagnali na taki plac, chyba targowy. Lał deszcz, zimno było okropnie. Czekaliśmy chyba nawet noc, trudno mi powiedzieć, bo i przysypiałam, i się budziłam. Wreszcie przyjechały furmanki z gospodarzami, bauerami, jak to się mówi, którzy wybierali sobie ludzi, ale nas nikt nie chciał. Ani mama się nie nadawała do tego, żeby cokolwiek robić, ani babcia, nie mówiąc o mnie, ale w końcu ktoś nas wziął. Zawieźli nas do wsi o nazwie Radkowo czy Radków[4].

A wiec Pani Babcia trafiła do tego samego transportu, były Panie razem?

Tak, na całe szczęście. Bez tego posunięcia mamy byłybyśmy rozdzielone. W tym Radkowie spałyśmy w jednej izbie w jednym łóżku we trójkę. Mama się martwiła, że wszy ciągle przynosimy. To już była zupełna jesień. Chyba za dwa czy trzy dni doszło do jakiejś akcji partyzantów. Mama się dowiedziała, że partyzanci rozstrzelali kogoś z tych gospodarzy. Niemcy wygnali nas z domów do takiej stodoły, gdzie wszystkich zamknęli. Było słychać okropne hałasy. Potem z chwili na chwilę wszystko ucichło. Okazało się, że te hałasy nie dotyczyły tylko ludzi, że Niemcy ograbiali wszystkie gospodarstwa i wyłapali wszystkie kury, gęsi i co się tylko dało. Nie wiem kto, ale ktoś przyszedł nas ostrzec, że nie możemy w tej wsi zostać, żebyśmy się porozdzielali rodzinami i uciekali jak najdalej. To już była bardzo późna jesień. Uciekłyśmy. W nocy spałyśmy z mamą i z babcią w stogach siana. Chyba jeszcze takie dwie osoby z nami były.

Pamięta Pani, kto to był?

Nie. To były jakieś dwie panie, starsze od mojej mamy. Raz szłyśmy razem, raz oddzielnie. Wiem, że nocowałyśmy gdzieś w jakimś domu, ale znowu mama nie chciała pościeli z powodu tych wszy. Dotułałyśmy się do wsi Drożejowice. To był właściwie majątek, w nim były dwie panie, chyba właścicielki, i naturalnie Niemcy tam rezydowali. Niemcy już się trochę inaczej zachowywali, bo to już był grudzień. Dostałyśmy taki pokoik w czworakach, ale nieogrzewany, było tam strasznie zimno. Mama trochę pracowała, pomagając przy kuchni, żeby chociaż jakieś jedzenie przynieść. Pamiętam, że była taka Wigilia, że ja z babcią pod jakąś pierzyną czy czymś innym spałyśmy, mama zaś poszła pomagać. W nocy przyszła, przyniosła jakieś ciasto, innych rzeczy nie. I tak jakoś wtedy powiedziała: „No widzisz, teraz już więcej nie będziesz miała świąt”. Tak było.

Po tych świętach nastały okropne mrozy, bardzo to przeżywałyśmy, bo nie było gdzie się ogrzać. Ten pokoiczek, który miałyśmy, był bez ogrzewania. Troszkę lepiej było z jedzeniem, bo – jak mówiłam – mama tam pomagała, więc jakoś dawałyśmy radę. Miałyśmy tam różne przejścia, ale już tak dokładnie nie będę opowiadać. W każdym razie po nowym roku zbliżył się front rosyjski i znowu był lęk, co teraz będzie. Niemcy już byli w strachu, zaczęli się zupełnie inaczej zachowywać, już tylko grzecznie prosili o herbatkę. Zrobiło się ich zresztą bardzo mało, raptem trzech czy czterech było w tym majątku, wszystko jakoś zniknęło. W pewnym momencie i ci Niemcy zniknęli. Chyba przez jeden dzień była pustka. Potem wkroczyli Rosjanie. O ile Niemcy prosili o gorącą herbatę, o tyle ci tylko „wody i wody”. Szczęście w nieszczęściu, zrobili tam szpital. Z jednej strony lekarze, więc trochę inny poziom, ale z drugiej strony umieralnia, i to dosłownie. Mama się bała, żebym czegoś niewłaściwego nie powiedziała. Wokół było pełno niewypałów, więc też strach, podobnie, żeby się czymś nie zatruć. Oni wyrzucali zużyte środki opatrunkowe na dwór, to śmierdziało, psuło się. Coś okropnego. Codziennie rano, jak patrzyłyśmy przez okienko, to stały wozy z nieboszczykami, których gdzieś wywozili.

Gdy nastała wiosna, mama zaczęła myśleć, jak wrócić do Torunia. Wcześniej uratowała z zatrucia kota, a że był to jedyny kot we wsi, to za to ktoś nas podwiózł do pociągu. Znowu się czekało na ten pociąg nie wiadomo ile. Też tylko takie wagony bydlęce jeździły. Znowu tłok, ludzie się przepychali, prawie tak jak w Dulagu, tyle że wiosna była. Wszyscy tu wywiezieni chcieli wrócić do swoich miejsc. Najpierw takim pociągiem dojechałyśmy do Warszawy, właściwie pod Warszawę. Jeszcze było widać dopalającą się stolicę. Nie wiem, jaka to mogła być stacja, blisko było. Tam znowu czekałyśmy na pociąg do Torunia, bo tam była siostra mamy. Mamie chodziło o to, żeby babcię zostawić, żeby jej nie ciągać wszędzie.

Czas leciał. To już był maj, koniec wojny. Mama się już denerwowała, co się dzieje w Warszawie, więc zostawiła mnie i babcię u cioci i pojechała właśnie na te ruiny. Przede wszystkim ustaliła to, że tatę zabrano do zbiorowego grobu. Drugie, czego się dowiedziała, że rodziny, które zabrały tych dwóch panów, pomyliły ciała, tzn. wzięły nie tego, co chciały. Ci ludzie byli tak spaleni, że nie do rozpoznania. Mama potem załatwiła, żeby przenieść tatę ze wspólnego grobu na Bródno, czego potem żałowała. Mogła się zatrzymać u takich państwa, którzy na Pradze mieszkali – tych, których poznaliśmy na Sosnowej. Z ruin wybudowali dla siebie domek z cegieł. Oni jakoś potrafili się zagospodarować pod każdym względem. Trochę mamie pomogli, u nich się mama zatrzymała, potem przyjechała po mnie do Torunia i zabrała na pogrzeb taty. To też było okropne. Dobrze, że mama mnie nie wzięła do tego odbierania ciała, bo to były zwykłe nieoheblowane skrzynie. Ja z tymi Grabowskimi na Cmentarzu Bródnowskim czekałam, a mama pojechała po ciało ojca. Miał tysiąc siedemset któryś numer w tym jednym grobie.

Czy wie Pani, gdzie był ten wspólny grób?

Na Powązkach. To była szczytowa głupota mamy, że przeniosła ojca na Bródno. Sama mówiła: „No, trudno”. Mamę namówili do tego jeszcze w Toruniu – i ciocia, i ci, którzy nie znali tych realiów. Za dużo decyzji musiała podejmować i już ją przerosło to wszystko. Zgodziła się, a potem żałowała. Sprzedała taty złoty zegarek i wszystko inne, żeby go tam pochować. W bramie stał ksiądz i żegnał te wszystkie wozy, które przywoziły tych ludzi, a i tak tego grobu potem finansowo nie dałam rady utrzymać. Przeniosłam tatę symbolicznie i w Toruniu ma swą mogiłę. Mama jeszcze opowiadała, że jak wyszukiwała i brała tatę, to była przy tym wyciąganiu z grobów. Przyjechała z Poznania rodzina po córkę, która zginęła w powstaniu. Przywieźli białą trumienkę, z koronkami, ze wszystkim, a tam wyciągnęli z grobu właściwie jedną zgniliznę. Czasami lepiej czegoś takiego nie oglądać.

Jeszcze jedna taka dziwna rzecz się zdarzyła, mianowicie gdy poszła szukać grobu taty na to nasze podwórko, na którym niemal wszystko się spaliło, to znalazła obrazek, taką akwarelkę, zresztą bardzo ładną, którą w czasie okupacji od kogoś dostała czy kupiła. To był taki zimowy pejzaż. Ten malowany na papierze obrazek ocalał z tego pożaru, to zupełnie przedziwna sprawa. Może szkło go zabezpieczyło? Trudno powiedzieć.

Po tym pogrzebie wróciły Panie do Torunia i tam już zostały?

Tak. Mamę mimo wszystko bardzo ciągnęło, żeby wrócić do Warszawy, ale był taki układ rodzinny, że niestety musiała się znowu babcią zająć. Mama mówiła, że na początku byłoby życie w ruinie, „ale byłabym taka jak wszyscy”. Tutaj, w Toruniu, szczerze mówiąc, żadnego zrozumienia nie było i właściwie tak zostało do dziś.

Czyli Pani też odczuwała ten brak zrozumienia?

Naturalnie, do dziś go odczuwam. Był okres, kiedy nie można było się przyznawać do tych wszystkich spraw związanych z powstaniem. Na studiach mogłam dostać tylko stypendium, bo już renty po ojcu nie mogłam.

Czy zachowały się jakieś dokumenty czy przedmioty związane z wojennymi wydarzeniami?

Przekazałam do Muzeum Powstania Warszawskiego akt zgonu taty, ale w Toruniu mam kopię. Mam też ten wierszyk, który nosiłam. Jeśli chodzi o ten ryngraf, to parę lat temu miałam włamanie do mieszkania, gdy byłam poza Toruniem, i wszystko mi skradli. Nie mam żadnych materialnych pamiątek, tylko moją własną pamięć.

Było takie grono, z którym rozmawiała Pani o tych wydarzeniach wojennych, powstańczych?

Mama w ogóle z nikim nie rozmawiała. Odcięła ten temat, nawet ze mną nie chciała mówić. Ja zresztą też nie rozmawiałam o tym. Kiedyś pod koniec mojej pracy, bo trochę pedagogicznie działałam w szkole, miałam takie spotkanie, ale muszę powiedzieć, że raz mnie zapytano: „Ale to co, kanałami pani nie przechodziła?”. „No nie przechodziłam”. „No to Pani powstania nie przeżyła”. Ktoś się filmów naoglądał.

Te pożary widzę do dziś. Na temat powstania namalowałam cykl czterdziestu obrazków. Parę lat temu miałam tutaj, w Toruniu, wystawę. Potem przekazałam je dalej, bo nie chciałam ich w domu trzymać, zresztą nie mam nikogo, kto by się tym interesował, żeby mu przekazać. Zostały mi zdjęcia tego.

To czterdzieści obrazków dotyczących przeżyć z powstania?

Tak.

Sceny, które Pani widziała?

Tak.

Odwiedzała Pani często Warszawę po wojnie? Jaki miała Pani stosunek do tego miasta, do tych miejsc?

Tak, odwiedzałam. Póki dawałam radę jeździć, to starałam się utrzymać grób ojca, ale później już nie podołałam, więc zdecydowałam się na przeniesienie szczątków. Przykro mi było, ale uważam, że pamięć jest najważniejsza. Zawsze czczę rocznicę powstania, a ten 26 sierpnia jest dla mnie nieprawdopodobnie symboliczny, bo do tego dnia było życie, a potem się to życie skończyło. Kiedyś marzyłam o tym, żeby zobaczyć te Drożejowice, ale nie było okazji. Zastanawiałam się, czy tam nie ma jeszcze jakichś śladów, przynajmniej ustnych, ludzi, którzy by pamiętali, jak tam przebywałyśmy.

Nie dojechała Pani?

Nie.

Czy kiedykolwiek spisywała Pani swoje wspomnienia?

Kiedyś spisywałam te wspomnienia, ale wydaje mi się, że gdy się mówi, myśl jest szybsza, niż gdy się pisze. Jakoś też nie podobało mi się to, co sama napisałam. Dużo czytałam. Mam troszeczkę tych książek, tych wspomnień, zwłaszcza takich na temat Batalionu „Zośka”. To moja ukochana lektura, którą przeczytałam od początku do końca i od końca do początku. Pamiętam takie słowa mamy z czasu pobytu w piwnicy, wypowiedziane nie z żalem, ale mówiła: „Gdyby nie ty i babcia, to ja bym bardzo chętnie poszła, chociażby jako sanitariuszka, z jakąś pomocą, bo gdy człowiek jest czynny, to mniej przeżywa, niż gdy siedzi w piwnicy z olejowym ogarkiem, z jedzeniem wróbli”.

Jeszcze muszę powiedzieć, że nie mogę zasnąć, gdy mam zasłonięte okno. Mowy nie ma, żebym zasnęła. Nie znoszę piwnic, do swojej piwnicy prawie, że nie wchodzę. Jeszcze wszystkie zgrzyty. Wystarczy, że tramwaj na zakręcie zazgrzyta, a już słyszę te ryczące „krowy”. To jest gdzieś w mózgu, to się tak odbija, że coś okropnego.

Czy jest jeszcze coś, o czym chciałaby Pani powiedzieć?

Chyba o tym, że nadal codziennie w myślach mam, żeby nikt domu nie stracił. To dla mnie jest z tych wspomnień takie… Ten moment, gdy wychodziłam z normalnego – wydaje się – domu do tej piwnicy i za trzy godziny została z tego ruina. Do tego wszystkiego śmierć taty.

Mama i tata pochodzili z Poznańskiego i znali niemiecki. Może byłoby dobrze, żebym i ja nauczyła się niemieckiego, bo nigdy nie wiadomo, co będzie. Tata jednak mówił: „Moja córka języka wroga nie będzie się uczyła”. Miał swoje powody ku temu, nie ma się co dziwić. Nie wiadomo, co by było, gdyby żył. Może dlatego się zgodziłam na to nagranie. To nawet nie o mnie chodzi, chodzi o tych moich rodziców, to jedyny hołd, jaki mogę im złożyć. Mimo wszystko trzeba żyć. Dlatego między innymi się zgodziłam, czas leci, mam osiemdziesiąt osiem lat i mogę sama odejść, ale może także moja pamięć odejść. Nie wiem, czy te sceny mogą z pamięci wyjść, ale wszystko może się zdarzyć.


[1] Powózka – prosty wóz do transportu osób i rzeczy.

[2] „Krowa” – zwana też „szafą” – rodzaj broni używanej przez Niemców do tłumienia Powstania Warszawskiego, nazwanej tak ze względu na charakterystyczny dźwięk słyszalny podczas jej odpalania.

[3] Własowcy – pot. o żołnierzach wschodnich jednostek cudzoziemskich będących w służbie armii niemieckiej.

[4] Prawd. mowa o wsi Radków znajdującej się ok. 20 km na północ od Włoszczowy.

Powyżej prezentujemy fotografie, które przetrwały w gruzach zburzonego domu przy ul. Czerniakowskiej 184. Odnalazła je Zofia Stefaniak, kiedy po wojnie przyjechała do Warszawy. Na zdjęciach ostatnie święta Bożego Narodzenia przed powstaniem (1943 r.) zrobione w Warszawie przy ul. Czerniakowskiej. Na zdjęciu poziomym: od lewej Zofia Stefaniak, Mieczysław Edmund Stefaniak, mężczyzna, który ukrywał się u rodziny w czasie okupacji i zginął w Powstaniu Warszawskim (nosił nazwisko Strzeliński lub Hofman) oraz znajoma państwa Stefaniaków, która pod koniec wojny została wywieziona do KL Auschwitz. Na kolanach taty siedzi Wanda Stefaniak. Na trzeciej fotografii Wanda Stefaniak z matką nad Wisłą, lata 40.

Powiązane hasła

”None

Skip to content