menu

Wizor Tomasz – „Miałem wtedy 5 i pół roku”

Wizor Tomasz – „Miałem wtedy 5 i pół roku”

Tomasz Wizor, ur. w 1939 roku, w czasie Powstania Warszawskiego mieszkał na warszawskim Żoliborzu. Po upadku powstania wraz matką Zofią Wizor z d. Kurek oraz siostrą Krystyną został wypędzony do obozu przejściowego w Pruszkowie. Rodzina, której udało się uciec przez otwór w obozowym ogrodzeniu, przedostała się do Przedborza, a następnie do Częstochowy. Tam zastało ich wyzwolenie. Pan Tomasz spisał oraz przekazał Muzeum Dulag 121 swoje wspomnienia w 2020 roku, w 76. Rocznicę Powstania Warszawskiego.

Piszę o sobie, bo dowiedziałem się o istnieniu tej strony przy okazji obchodów 76-tej rocznicy Powstania Warszawskiego. Jako gorący zwolennik i zagorzały użytkownik wolnego internetu jestem wdzięczny osobom, które zainteresowały się ludźmi (z całą pewnością wśród nich są uczestnicy tamtych wydarzeń) tak boleśnie doświadczonych przez los. Pragnę im za taką możliwość serdecznie podziękować, bo nigdzie wcześniej publicznie się o tych zdarzeniach nie wypowiadałem. Widocznie teraz przyszedł na to odpowiedni czas – może to coś da – kto to wie?

To o czym napiszę poniżej dotyczyło tak samo mojej mamy Zofii (zm. 1995 r.) i (prawdopodobnie?) mojej siostry Krystyny (zm. 2013 r.). Piszę „prawdopodobnie” dlatego, bo we wspomnieniach jej „nie widzę”, ale brak jednocześnie logicznej możliwości, aby z nami nie była (?!).

Miałem wtedy 5 i pół roku. Mieszkaliśmy (mama, siostra i ja) w mieszkaniu, prawdopodobnie służbowym z racji pracy ojca Bolesława (wiceprokurator Okręgowego Sądu Wojskowego w Warszawie), na Placu Inwalidów nr 3 lub 33 na Żoliborzu. I stamtąd właśnie, przebywających w piwnicy, wywleczono nas na zewnątrz budynku bez jakiegokolwiek dobytku i dołączono do idącego już w pobliżu tłumu podobnych do nas warszawiaków, kierowanych do dworca kolejowego – nie wiem jakiego. Daty oczywiście nie znałem, ale wiem, że było to już po upadku Powstania Warszawskiego. Tam „pakowano” nas do wagonów towarowych zamkniętych i… tu już pustka w pamięci.

Znaleźliśmy się w jakichś halach fabrycznych wśród masy nieszczęśników podobnych do nas, ale pamiętam, że atmosfera tam była odmienna od poprzedniej. Znalazło się miejsce na betonie do chwili odpoczynku, mama w wiadomy sobie sposób zdobyła porzuconą wcześniej puszkę po konserwie i przyniosła wypełnioną… kapuśniakiem. Pamiętam doskonale, że udało mi się tą zupę zjeść dzięki małej kostce (dzisiaj podejrzewam, że to była kostka z jakiegoś drobiu), którą wielokrotnie oblizywałem bo… innej możliwości nie było. Wiem, że wtedy byłem chory na rozstrój żołądkowy, a żyjąc w piwnicy, dostawałem tylko papki (zdaje się z kaszki mannej). Kapuśniak był tak dobry, że nie pamiętam, aby mi zaszkodził a jego smak pamiętam do dziś. Ale co szczególnego z tego pobytu pamiętam wyraźnie: nie odczuwało się tam wtedy jakiegoś strachu, zagrożenia, presji, a atmosfera, mimo krytycznej jednak sytuacji, była wprost łagodna (bo nie wiem jak inaczej napisać „przyjazna”)… bo: to dostałem cukierka, to mama przyniosła skądś plaster i zaopatrzyła mi drobna ranę na nodze, nie pamiętam płaczu, ani przemocy, nie widziałem tam Niemców. I znowu pustka… Nie wiem, jak długo byliśmy w tym miejscu, czy w ogóle tam spaliśmy? Pamiętam natomiast, jak w nocy uciekaliśmy stamtąd przez otwór w siatce ogrodzeniowej. Byli tam ludzie, ale nie wiem czy nam tylko pomagali, czy też uciekali wraz z nami. I znowu pustka…

Znaleźliśmy się w odosobnionym gospodarstwie rolnym w okolicach Przedborza (przewijała się nazwa Końskie). Wokół pola i las i wielki, dla mnie wtedy, rów przeciwczołgowy, ale też wszechobecny spokój. Bo w Warszawie po alarmach, ciągłych ucieczkach do piwnicy, bombardowaniach i odgłosach rannych (do piwnic wpadały odłamki), było to dla mnie wielkie zaskoczenia, bo takich okoliczności przecież nie znałem! Wszystko wskazuje na to, że nasi ówcześni gospodarze nie byli jakimiś znajomymi czy z polecenia, tylko ludźmi którzy z dobroci serca przygarnęli nas do siebie, jak to podczas wojny bywało. Nie wiem, jak długo tam byliśmy. Kolejna pustka… To scena, która bardzo wyraźnie wryła się w moją pamięć i świadomość: zaśnieżona i pusta droga w pagórkowatym terenie i mama ciągnąca mnie na sankach i co trochę zasłaniająca mi kocem oczy, którym byłem owinięty, abym nie widział tego, co dzieje się wokoło. A ja i tak dostrzegałem na poboczach mnóstwo trupów w kałużach krwi widocznych wyraźnie na śniegu i nikogo więcej poza nami samymi oraz zapamiętałem kompletną ciszę… ale w końcu, po długiej już wędrówce, pojawiła się ciężarówka pełna ludzi, którzy pomogli nam się wdrapać na pakę… I znowu pustka w pamięci…

Jesteśmy w Częstochowie, jak potem się dowiedziałem, tędy wiodła droga do rodzinnych stron moich rodziców. Trafiamy tam na szczególny moment, na ogromną radość, bo… Rosjanie już wkroczyli do Częstochowy! Tak to było, ale trudno to jednocześnie połączyć z faktem, że mój ojciec – kpt. Bolesław – został 04.04.1940 r. zamordowany przez Rosjan w Katyniu.

Te strzępy moich wspomnień niech będą przestrogą dla młodych pokoleń, by dostrzegły, że działania wojenne są czymś bardzo bezwzględnym, traumatycznym i nieobliczalnym, skoro ja wraz z innymi cieszyłem się z nadejścia wojska sowieckiego, które… wcześniej brutalnie zamordowało mojego ojca. Więc przesłanie jest oczywiste: należy nieustannie zabiegać o wolność i pokój, bo wojna to koszmar. Nie mam już ani jednego krewnego z mojego pokolenia, od którego mógłbym dowiedzieć się czegoś więcej o tamtych czasach, więc kolejna sugestia dla młodych: pytajcie starszych o wszystko, co was interesuje, a co może być bezpowrotnie utracone – spieszcie się pytać, aby nie było za późno!

Powiązane hasła

”None