menu

Grembowicz Władysław – Rany, które pozostają

Grembowicz Władysław – Rany, które pozostają

Władysław Grembowicz (ur. 1921 , zm. 2018) w czasie Powstania Warszawskiego walczył na Starówce w batalionie Wigry. Ciężko ranny, pod opieką matki Franciszki Grembowicz (ur. 1899), wyszedł z miasta wraz z ludnością cywilną po kapitulacji Starego Miasta. Wraz z matką trafili do obozu przejściowego w Pruszkowie, skąd zostali przewiezieni do szpitala w Tworkach. Po wojnie wrócili do zrujnowanej Warszawy. Pan Władysław Grembowicz przekazał swoje wspomnienia Muzeum Dulag 121 w 2013 roku.

W czasie Powstania Warszawskiego miałem 23 lata. Byłem żołnierzem batalionu AK Wigry na Starym Mieście. Ranny zostałem 13 sierpnia 1944 r. od wybuchu czołgu – pułapki na ul. Kilińskiego. Ran miałem wiele, twarz zmasakrowaną, przez około 10 dni byłem niewidomym. Po tym okresie przewidziałem na jedno, prawe oko. Miałem dużo szczęścia w tym nieszczęściu. Od chwili bowiem gdy zostałem ranny, miałem zapewnioną opiekę mojej mamy, która wtedy też była na Starówce. Nie wszyscy bowiem lekarze w czterech szpitalach, w których kolejno leżałem, chcieli się mną zajmować, uważając pewnie, że muszą się zajmować lżej rannymi, a ja nie mam i tak szans na przeżycie. Mimo to przeżyłem.

2 września padła Starówka. Koło południa zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Zabijanie ludzi w szpitalach, rozstrzeliwanie pod murami, bicie. Moja mama błagała mnie bym jakoś wstał i z nią wyszedł ze szpitala. Byłem bardzo słaby, ale jakoś wstałem i oboje wyszliśmy. Niemcy grupowali ludzi na ul. Podwale. Włączyliśmy się do jednej z grup. Tam spotkaliśmy znajomego (nie pamiętam jego nazwiska), który stał się dla mnie drugą po mamie podporą.

Na całej długości ul. Podwale stał szpaler żołnierzy niemieckich i ukraińskich. Dwukrotnie wyciągali mnie z grupy, żeby mnie rozstrzelać. W obu przypadkach moja mama wykazała się niezwykłą siłą perswazji (oczywiście po niemiecku, gdyż świetnie znała ten język) i przekonała ich, żeby mnie puścili, i tak pomału, w grupie, doszliśmy do Dworca Zachodniego.

Na Dworcu Zachodnim było już dużo ludzi. Po kilku godzinach oczekiwania załadowano nas wszystkich do pociągu elektrycznego i z początkiem zapadającego zmroku dojechaliśmy do Pruszkowa, do tamtejszych zakładów kolejowych. Wprowadzono nas do wielkiej hali z trybunami. W jednym z pomieszczeń był punkt sanitarny PCK (polscy lekarze i pielęgniarki), do którego jeden z panów w białym fartuchu mnie zaprowadził. Tam zrobiono mi bardzo starannie zmianę opatrunków, stwarzając przy tym atmosferę bardzo starannie zmianę opatrunków, stwarzając przy tym atmosferę bardzo przyjemną i uspokajającą.

Przed drzwiami tego punktu PCK czekała oczywiście moja mama z tym znajomym i gdy stamtąd wyprowadzono mnie, razem przeszliśmy do właściwej części tej hali, w której były trybuny. Tam się rozlokowaliśmy i spędziliśmy noc trochę podsypiając. Hala ta, jak sądzę, normalnie musiała służyć do organizowania jakichś imprez, spotkań, zebrań, może i zawodów sportowych. Miejsca siedzące, ławy wznoszące się do góry, służyły teraz nam jako nocne legowisko. Ludzi było bardzo dużo, ale nadmiernego tłoku nie było, ludzie spokojnie, choć z niepokojem, oczekiwali co przyniosą nam następne godziny. Było głodno i chłodno.

Rano, już 3 września 1944 r., jedna z pań w białym fartuchu, z opaska PCK na ramieniu, spisywała osoby ranne i chore, które jak powiedziała miały być przewiezione do pobliskich szpitali. Ja oczywiście bez problemu zostałem na te listę wpisany, a na moją prośbę pani ta wpisała tez moją mamę i towarzyszącego nam znajomego. Jeszcze w godzinach przedpołudniowych została podstawiona pewna ilość furmanek (chyba koło 20) i na te furmanki wszyscy zapisani na liście zostaliśmy załadowani. Powieziono nas do Tworek. Konwój furmanek z nami prowadzony był przez dwóch żołnierzy niemieckich. W czasie przejazdu furmankami istniała dość dogodna możliwość ucieczki, jednak nie zauważyłem, żeby ktoś od tego transportu się odłączył.

W Tworkach część pawilonów był opróżniona i w tych pawilonach zostaliśmy umieszczeni. W sumie więc my troje tzn.:, ja, Władysław Grembowicz, moja mama Franciszka Grembowicz (wtedy lat 45), nasz znajomy, którego nazwiska nie pamiętam (wtedy lat około 50) spędziliśmy w obozie tym niecałą dobę, zakładam, że około 20 godzin. W szpitalu w Tworkach był polski personel medyczny, z tym że pielęgniarkami były zakonnice szarytki, które zapewniły nam bardzo dobrą opiekę. Jedynie z wyżywieniem był problem. Po pewnym czasie mama i znajomy, jako zdrowi, musieli opuścić szpital. Mama zamieszkała u jednych państwa, którzy byli pracownikami tego szpitala, a znajomy wyszedł i nie znam jego dalszych losów.

Moje dalsze losy to pobyt w szpitalu w Tworkach, dwukrotny pobyt na oddziale okulistyki szpitala Dzieciątka Jezus, który po Powstaniu ewakuował się do Milanówka oraz pobyt na oddziale laryngologicznym szpitala Dzieciątka Jezus, który ewakuował się do Podkowy Leśnej. Stamtąd, w końcu maja 1944 r., wróciłem do Warszawy i zacząłem samodzielne życie, tak brutalnie przerwane przez barbarzyński wybuch czołgu – pułapki. Leczenie moja trwało w sumie niespełna dziewięć miesięcy.

Straciłem kompletnie wszystko co miałem: zdrowie, wygląd twarzy, słuch, oko, uzębienie, a także mieszkanie w samym środku Warszawy z całą jego zawartością. Miałem tylko to, co na sobie.

W międzyczasie moja mama, pozostająca ze mną w ścisłym kontakcie przygarnięta została przez znajomą rodzinę, której w okresie okupacji dużo pomogła a która czasowo mogła zajmować pewne niezniszczone mieszkanie w Warszawie. Ja też tam mogłem na razie się zatrzymać. Już w czerwcu 1945 r. zacząłem pracować i oczywiście szukać mieszkania. Znalazłem. Kosztowało wiele naszej pracy, żeby móc w nim zamieszkać, ale już w końcu września 1945 r. wprowadziliśmy się do niego. Życie potoczyło się już normalnym trybem, z tym że o skutkach odniesionych ran musiałem stale pamiętać.

 

 

 

 

 

Powiązane hasła

”None