menu

Wspomnienia siostry Charitas – Pomoc więźniom obozu Dulag 121

Wspomnienia siostry Charitas – Pomoc więźniom obozu Dulag 121

Wśród sanitariuszy niosących pomoc więźniom obozu Dulag 121 znalazła się grupa sióstr zakonnych. Do ich zadań należała troska o zdrowie i stan duchowy osadzonych w obozie osób. Odszukiwały i wyprowadzały również księży i osoby zakonne, które, wedle rozporządzenia Niemców, miały możliwość wyjścia na wolność. Niejednokrotnie siostry narażały życie wyprowadzając również tych więźniów, którym groziło wysłanie na roboty do III Rzeszy bądź do obozów koncentracyjnych – w takich przypadkach siostry nieraz przebierały osobę za zakonnika lub uczyły symulować chorobę. Dom zakonny sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego przy ulicy Szkolnej 15 w Pruszkowie stał się miejscem schronienia i opieki dla wielu wyprowadzonych z obozu więźniów. Poniżej zamieszczamy napisane w 1967 roku wspomnienie siostry Charitas Eugenii Soczek ze Zgromadzenia Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego, która od pierwszych dni istnienia obozu przejściowego Dulag 121 niosła pomoc wypędzonym mieszkańcom stolicy. Eugenia Soczek urodziła się w 1918 roku. Przed wybuchem wojny zdołała ukończyć 4 lata studiów medycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Do Zgromadzenia została przyjęta w 1939 roku, a wieczyste śluby złożyła w 1947. Po wojnie ukończyła studia filozoficzne ze specjalnością – psychologia i przez resztę życia służyła Zgromadzeniu jako psycholog, kierowniczka i przełożona domu, nieraz pielęgniarka. Zmarła po długiej chorobie w 2004 roku.

Już kilka dni po wybuchu Powstania w Pruszkowie zaczęli się zjawiać mieszkańcy Warszawy, uchodzący z miasta objętego walką. Gdy doszła mnie wiadomość, że Niemcy ewakuują ludność Warszawy i na terenie warsztatów kolejowych, nieopodal naszego domu zakonnego, zatrzymują się uchodźcy, nim wyruszą w dalszą tułaczkę, pobiegłam zobaczyć, czy nie potrzeba jakiejś pomocy. Od tej chwili zostałam już w warsztatach kolejowych, szybko przekształconych przez Niemców w obóz przejściowy. Pracowałam w obozie do końca jego istnienia.

Z naszego domu na ul. Szkolnej pracowało nas trzy: dwie siostry (s. Wacława [Helena Rawska – przyp. red.] i s. Charitas [Eugenia Soczek – przyp. red.]) oraz postulantka [Eugenia Szymańska – przyp. red.], biegle władająca językiem niemieckim.

s. Charitas Eugenia Soczek. Źródło: Archiwum Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego w Niegowie
s. Wacława Helena Rawska. Źródło: Archiwum Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego w Niegowie

W pierwszych dniach każdemu wolno było wejść na teren warsztatów. Pruszkowiacy biegli gnani niepokojem o swych bliskich, ciekawością i chęcią pomocy. Z chwilą gdy Niemcy zorganizowali obóz, wydali legitymacje dla osób, które uznali za stały personel obozu, i tylko te wpuszczali do pomocy ewakuowanym.

Nie potrafię nic powiedzieć o polskiej organizacji na terenie obozu pruszkowskiego. Z całą pewnością ktoś kierował akcją ratunkową, szeroko rozwiniętą i mającą na celu wyswobodzenie jak największej liczby osób cennych dla polskiej nauki i kultury. Gdy spotkałam za drutami prof. Baleya, a później prof. Zweibauma i ofiarowałam się z pomocą, oświadczyli mi tak jeden, jak drugi, że już są pod opieką i wypracowuje się dla nich plan oswobodzenia. Pozornie wyglądało, że my, trzy siostry benedyktynki samarytanki, oraz inne nieliczne zresztą zakonnice (zapamiętałam dwie s. magdalenki, dwie s. niepokalanki i jedną s. pasjonistkę) pracujemy na własną rękę. Szybko wytworzyły się „specjalności” w naszej pracy. Do naszej „specjalności” należało w pierwszym rzędzie ratowanie od wywiezienia księży i zakonnic.

Siostry zakonne na terenie obozu przejściowego w Pruszkowie. Źródło: Muzeum Warszawy

Ponieważ teren obozu był bardzo rozległy, rozdzieliłyśmy między siebie baraki: np. s. niepokalanki pracowały w baraku nr 2, gdzie urzędował lekarz niemiecki dr. König oraz sztab jego pomocników. Tam badano i wypisywano zwolnienia dla chorych. Używając przeróżnych sztuczek i pomysłów, robiono ze zdrowych chorych. Dostać się do baraku nr 2, to jakby przejść połowę drogi do wolności. Z baraku nr 1 rozsyłano do Generalnego Gubernatorstwa, więc starców, matki z małymi dziećmi przy segregacji przemieszczano do tego baraku. Z czwórki i szóstki wywożono do Niemiec na roboty i do obozów koncentracyjnych. Od strony Piastowa zajeżdżały pociągi z ewakuowanymi. Całą falę wypływających z wagonów Niemcy kierowali do baraku nr 5. Następnego zaś ranka odbywała się segregacja do poszczególnych baraków i po południu wywożono z obozu według ustalonych zwyczajów.

Siostry zakonne niosące pomoc osobom przybywającym do obozu Dulag 121. Źródło: Muzeum Warszawy

Starałyśmy się być przy piastowskiej bramie, gdy przyjeżdżały pociągi z Warszawy. Od razu informowałyśmy, gdzie kto ma zboczyć, jak się wymknąć, by zamiast do czwórki lub szóstki pójść od razu do bezpieczniejszych baraków. Było to możliwe, gdyż liczba pilnujących Niemców była niedostateczna przy wciąż wzrastającym napływie ewakuowanych. Miałyśmy też wtedy łatwiejszą sposobność zorientować się, kto przyjechał skąd, dopytać się o poszukiwanych. A później pracowałyśmy bez tchu na piątce. To był nasz rejon. Księża i zakonnice, o ile wylegitymowali się kenkartą, mogli być zwolnieni. Rzecz w tym, że zamknięci za drutami baraku nie mogli się sami starać o to zwolnienie, nawet nie wiedzieli o istnieniu takiej możliwości. Zbierałyśmy więc kenkarty, sporządzałyśmy listy i nasza postulantka, jako najlepiej władająca niemieckim, załatwiała zwolnienie dla całych grup księży i zakonnic w tzw. zielonym wozie, w wagonie zamienionym na biuro kierownika obozu. Do grup tych dołączałyśmy zawsze młode dziewczęta lub chłopców, przebieranych przez nas za zakonnice lub za księży. Na końcu długiej listy mających kenkarty zawsze mogło być kilka osób, które rzekomo zgubiły dowód. Później taką grupę należało przeprowadzić przez obóz i przez wachę, inaczej żandarmi mogli zapędzić zwolnionych z powrotem do baraku. Niezależnie od sprawy bezpieczeństwa zwolnionych, musiałam wychodzić na zewnątrz obozu, by zwolnionym pokazać kierunek do naszego zakładu, gdzie siostry podejmowały gości gorącą wodą do kąpieli, posiłkiem i posłaniem. Ja zaś zabierałam często już w najbliższej bramie sutanny i habity przebranym duchownym i spiesznie wracałam do obozu. Znałyśmy już żołnierzy na wasze i wiedziałyśmy, kiedy można ukryć sutannę pod płaszczem przewieszonym przez rękę, a kiedy na dnie kosza wypełnionego pieczywem i papierosami, kiedy zaś lepiej nie przenosić jej wcale. Ryzyko istniało zawsze. Niemniej ryzykowałyśmy, gdyż szło o życie ludzkie, o zwolnienie lub wywiezienie do obozu młodych ludzi.

W baraku nr 5 pracowałyśmy cały dzień do późna, by jak najwięcej osób przenieść przed segregacją poranną do baraku nr 1 i nr 2. Doprawdy nie wiadomo, skąd przychodziły pomysły, jak z młodych robić starców, ze zdrowych – chorych. Tak przeobrażonych przeprowadzałyśmy z baraku do baraku, oddając ich tam w ręce sióstr zakonnych lub lekarzy i pań z opaskami Czerwonego Krzyża na ramieniu – sanitariuszek. Nieraz Niemcy stojący na warcie przed barakiem okazywali się złośliwi, wtedy trzeba było wzmożonej czujności i pomysłowości. Czasem wystarczało przekupić wódką lub złotem, chętnie na ten cel ofiarowywanym przez osoby zainteresowane. Ale tych transakcji robić nie umiałam, w takich wypadkach wzywałam na pomoc s. Wacławę, która tu wykazywała zadziwiający spryt. Niejednokrotnie, gdy złość Niemców była większa niż zazwyczaj, np. po upadku Starówki, po kapitulacji Warszawy, nie udawało się młodych wyprowadzić z baraku do dwójki. Wtedy chowałyśmy ich w różnych zakamarkach baraku, w beczkach, pod wagonami itp., skąd wychodzili po segregacji i mieszali się z nowym tłumem przyjezdnych. Ryzyko było ogromne, bo Niemcy dokładnie sprawdzali opróżniony z ludzi barak. Jednego razu o mało nie przypłaciłam takiej pomocy wyjazdem do obozu koncentracyjnego.

Siostry zakonne w obozie Dulag 121 przy hali nr 5. Źródło: Muzeum Warszawy

Chociaż osobiście znałam niewiele osób pracujących w obozie, zawsze mogłam liczyć na ich pomoc, gdy sama nie potrafiłam sobie poradzić w jakimś szczególnie trudnym przypadku. Z kolei one zwracały się do mnie o współpracę, sygnalizowały, gdzie, do jakiego baraku skierowano grupę księży lub zakonnic, albo, jako mieszkającej na terenie Pruszkowa, zlecano mi wykonanie zadania trudnego dla zamiejscowych. Przykładowo do mnie często należało wyprowadzanie, a raczej wynoszenie dzieci zagubionych, które inaczej zostałyby wywiezione razem z przygodnymi opiekunami.

Pamiętam, raz zawołano mnie do baraku nr 2. Znajdowała się tam leżąca na noszach kobieta, która miała wkrótce rodzić. Oczywiście, uzyskanie dla niej zwolnienia i przeniesienie jej do szpitala w Tworkach, było łatwe. Ale co z pięcioletnią dziewczynką? [prawdopodobnie mowa o córce rodzącej kobiety – przy. red.] Do szpitala w żadnym razie pójść nie może. Zawinęłam małą w koc i uginając się pod ciężarem, niosłam jako „niemowlę” przez cały obóz. Udało się przejść przez wachę. Był to okres, kiedy wolno było wynieść z obozu tylko niemowlęta. W ogóle Niemcy kierowali się fantazją. Były dnie, kiedy zwalniano tylko chorych na serce, a kilka dni później najcięższa choroba serca nie chroniła od wywiezienia. Czasem nauczyłam kandydata do badania u doktora objawów jakiejś choroby, a gdy przeprowadziłam na dwójkę, okazywało się, że „nie chwyci” i sanitariuszki informowały mnie, jakie choroby tego dnia mogą być uwzględnione przez lekarza. Zaczynałam wtedy naukę na nowo.

Chociaż głównym celem naszej pracy było wyprowadzenie jak największej liczby osób na wolność, nie zapominałyśmy i o pracy ściśle pielęgniarskiej, do jakiej Niemcy zatrudniali nas w obozie, i o różnych posługach samarytańskich. W wielkich kieszeniach fartucha miałyśmy i różańce, i medaliki, o które prosili siedzący w wagonach, wywożeni w nieznane, i proszki przeciwbólowe, i pieniądze, i papierosy. Przynosiłyśmy koszami chleb, bułki, papierosy, wynosiłyśmy różne depozyty, teczki ze złotem i biżuterią, kielichy i monstrancje, dokumenty [tekst nieczytelny]. Nie zawsze udawało się pomóc jakby się chciało, ale czasem serdeczne słowo podtrzymywało, chroniło przed załamaniem. Usłyszałam kiedyś cichy głos: „Siostro, moja siostra jest głodna!’’. Musiało być coś szczególnego w tym głosie, skoro usłyszałam go w gwarze tysięcznych tłumów kłębiących się w olbrzymiej hali. Spojrzałam i zobaczyłam tam dwie siedzące starsze panie, a może młode, tylko tak strasznie zabiedzone. To było po upadku Starówki. „A pani nie jest głodna?’’ – zapytałam. „To nieważne, ale moja siostra umiera z głodu’’. Nie miałam nic,  wiedziałam, że z obozowej kuchni nic nie dostanę o tej porze. Poleciłam im, by się nie ruszały z zajmowanego miejsca, bo inaczej nie znajdę ich, gdy wrócę, i pobiegłam do domu po bułki. Akurat były – modliłam się całą drogę, by w domu znalazło się coś do jedzenia. Ale zanim dotarłam do moich nowych znajomych, tyle rąk wyciągało się po bułki, tyle zgłodniałych oczu, że zdołałam ocalić tylko jedną. Za tę jedną bułkę, po którą tak od razu pobiegłam, otrzymałam z obozu od p. Julii (nazwiska już nie pamiętam) dziękczynne listy. Ta bułka pozwoliła odzyskać nie tylko siły fizyczne, lecz i wiarę w dobroć ludzką, zdruzgotaną przez straszne przeżycia w płonącej Warszawie.

W obozie rozdawano jedzenie. Okoliczni ziemianie, szczególnie ogrodnik Hoser, przysyłali do obozu wozy pełne warzyw. Co dzień wyjeżdżały z kuchni obozowej beczki z zupą. Wśród tłoczącego się tłumu głodnych mało kto miał w co nabrać zupy. Pozostawali głodni z braku naczyń. Nie mogłyśmy na to patrzeć. Powiadomiłam siostry w domu o sytuacji. Któraś wpadła na pomysł, że można dawać ludziom puszki po konserwach. Ale skąd je wziąć? Przedsiębiorcza s. Rustyka [Helena Wiśniewska – przyp. red.] pojechała wozem do Piastowa do fabryki Tudor. Przywiozła cały wóz pustych puszek. Wymyłyśmy je porządnie i na drugi dzień zaniosłyśmy do obozu. Skoro weszłam z tym skarbem do baraku, mało nie zostałam stratowana przez cisnących się do mego kosza. S. Rustyka zwoziła puszki. Nie traciłyśmy już czasu na mycie, zbyt wielu było głodnych, zbyt mało czasu. Nauczona doświadczeniem nie wchodziłam za ogrodzenie z drutu, lecz przerzucałam puszki przez drut. Ludzie bili się o blaszane puszki – jedyną możliwość zjedzenia gorącej zupy.

s. Rustyka Helena Wiśniewska (1909-2000). Źródło: Archiwum Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego w Niegowie

Podobnie zachowywali się na szóstce mężczyźni, gdy przynosiłam papierosy. Z papierosami nie odważałam się przechodzić poza chroniący mnie drut, podawałam je z zewnątrz, nie chcąc być zmiażdżona. Głód chleba i głód nikotyny wyzwalały z ludzi zwierzęta. Ale nie zawsze. Przykładem wspomniana wyżej p. Julia, wiele matek, ksiądz, który wolał wyjechać z grupą młodzieży do Reichu, niż skorzystać ze zwolnienia. Gdy pytałam, czym mogę mu być pomocna, wpisał mi kilka rzeczy potrzebnych z ubrania i jedzenia, mszalik, „Naśladowanie” [zapewne mowa jest o książce „Naśladowanie Chrystusa Tomasza á Kempis – przyp. red.]. Natychmiast przyniosłam wszystko i byłam świadkiem, jak rozdzielał między chłopców i dziewczęta części garderoby, jedzenie, wiedział, czego komu brakuje. Sobie zostawił tylko mszalik i „Naśladowanie”.

Pamiętam też dwie siostry ewangelickiego wyznania (zakonnice) ze staruszkami z domu opieki. Także nie skorzystały z możliwości zwolnienia, ponieważ nie mogłam razem z nimi zwolnić starców. Na próżno tłumaczyłam, że starcy zostaną w Generalnym Gubernatorstwie, a siostry mogą być wywiezione do Niemiec. Nie chciały się rozstać z podopiecznymi z własnej woli.

Niemcy w obozie byli z różnych formacji i bardzo różnili się w odnoszeniu do nas i do ewakuowanych. Żołnierze Wehrmachtu byli na ogół dobroduszni i udawali, że nie widzą naszych matactw, przy nich pozwalałyśmy sobie na mniejszą ostrożność w przenoszeniu rzeczy zakazanych. Żołnierz z apteki obozowej zawsze dawał mi wszystko, o co prosiłam. Wśród SS-manów, pilnujących segregacji i transportów, zdarzali się pozbawieni wszelkich uczuć ludzkich. Ci zawsze wypatrzyli, komu zależy, by się nie rozłączyć, i te właśnie osoby rozdzielali. Co rano działy się dantejskie sceny, gdy rozdzielano małżeństwa, rodzeństwa, rodziców i dzieci do osobnych grup, ładowanych do różnych pociągów. Starałyśmy się być wtedy w pobliżu, bo i wówczas często udawało się pomóc. Wykorzystywałyśmy moment odwrócenia uwagi strażnika i przesuwałyśmy upatrzoną osobę z grupy do grupy, łącząc w ten sposób rozdzielonych. Raz dostałam za to od rozwścieczonego SS-mana kolbą po plecach, ale uratowani wmieszali się w tłum i już ich nie odnalazł. Od siedzących już w pociągu dostawałyśmy zlecenia, adresy do przekazania, depozyty do przechowania lub przekazania. SS-mani starali się temu przeszkadzać, ale byli zbyt zajęci, by mogli nas zawsze upilnować.

Czasem zdarzało się, że transport, o którym mówiono, że zostanie w Generalnym Gubernatorstwie, jechał do obozu. Raz sama z wielkim trudem umieściłam w transporcie złożonym ze starych i chorych rodzinę pewnego lekarza, upewniwszy się uprzednio, że ludzie ci będą wysadzeni w GG. Tymczasem transport skierowano do obozu. Na szczęście ów lekarz zorientował się na czas i przekupiwszy straż, wydostał się z transportu.

Po kapitulacji Warszawy wściekłość Niemców na powstańców – „bandytów” – przejawiała się w zaostrzeniu rygorów obozowych i w zwiększonej złośliwości. Pruszków nie był już w stanie pomieścić napływającej ludności, zorganizowano więc obozy w Ursusie i w Ożarowie. Do Ożarowa kierowano głównie powstańców, stamtąd szli do obozów jenieckich. W obozie w Ursusie byłam raz w poszukiwaniu osób, o których odnalezienie mnie proszono. W pruszkowskim obozie dostałam pismo z „zielonego wozu”, zlecające uwolnienie „mojej” rodziny, o ile się znajdzie w Ursusie. (Byli to dla mnie obcy ludzie, ale o taką „grzeczność” mogłam prosić tylko dla rodziny). Wielkie hale fabryczne w Ursusie wydały mi się małe w porównaniu z terenami obozu pruszkowskiego. Poszukiwane osoby odnalazłam i zostały zwolnione – jako pracownica obozu byłam traktowana z wyszukaną uprzejmością.

Często spotykałam te kontrasty u Niemców: wyszukana grzeczność i bestialstwo. Zapamiętałam zdarzenie, na pozór drobne, ale bardzo charakterystyczne. Było to po upadku Starówki. Piastowską bramą wlewał się do obozu tłum, olbrzymi tłum. Patrzyłyśmy skamieniałe z bólu na tych świadków klęski. Ledwo szli, wlekli się, poparzeni, straszni, wielu podtrzymywanych przez towarzyszy. Nieoceniony pan Hoser przysłał pomidory. Stałyśmy przy wielkich koszach, przyniesionych pospiesznie od strony kuchni. Zaczęłyśmy rozdawać czerwone owoce. Wyciągały się chude ręce ruchem, od którego się płakać chciało. Ludzie piwnic, kanałów, ludzie, którzy nie widzieli od dawna zieleni, jadła. W tym momencie SS-man przyskoczył do nas z furią. Jak śmiemy rozdawać pomidory! On przecież widzi, że pomidory są niemyte. Czy nie słyszałyśmy o istnieniu bakterii?! Jak możemy narażać ludzi na epidemię, dając im nieumyte pomidory?! Precz z koszami! Nie było protestów. Opadły wyciągnięte dłonie, otępiały tłum szedł dalej do przeznaczonych baraków, by natychmiast paść na betonową posadzkę i odpocząć.

W czasie wojny przeżyłam wiele niebezpieczeństw i wiele momentów grozy, ale opisany obraz najbardziej wyrył mi się w pamięci. Może dlatego, że bardzo odczułam upadek Starówki, a może z powodu aż tak wielkiego zakłamania człowieka.

Polacy pracujący w obozie odznaczali się niestrudzoną ofiarnością, choć i tu, niestety, pojawiły się ciemne typy. Wspomniałam siostry zakonne z innych zgromadzeń. Oprócz nich pamiętam także siostrę ze Zgromadzenia Rodziny Marii i siostrę urszulankę szarą. Mało się z niemi stykałam, gdyż przeważnie pracowały na dwójce przy dr. Konigu. Ale były w obozie od rana do wieczora, wszystkie niestrudzone w niesieniu pomocy. Lekarki, pielęgniarki, które od pierwszej chwili stanęły do pracy, znałam dobrze. Później liczba ich powiększyła się bardzo, były to osoby z Warszawy, które czekały na swych bliskich, a odnalazłszy ich, odchodziły. Inne pracowały do końca. Mało miałam okazji do rozmów, bez reszty pochłaniała mnie praca. Ale musiały być bardzo głośne wypadki zdrady, skoro i do moich uszu takie wieści dochodziły. Nie potrafię podać żadnych nazwisk (choć jakieś słyszałam), już zapomniałam. Zostało mi tylko wrażenie czegoś bolesnego i brudnego.

Siostry zakonne w obozie Dulag 121. Źródło: Muzeum Warszawy

Najgorzej było pod koniec istnienia obozu. Biały fartuch z opaską Czerwonego Krzyża chronił, trudno było sprawdzać, czy każdy właściciel fartucha ma legitymację obozową. Widziało się zupełnie nieznane osoby w pielęgniarskim fartuchu, a zachowanie ich pozostawiało wiele do życzenia. Mnie samej skarżyła się pewna staruszka, że została okradziona przez pielęgniarkę PCK. Z całym zaufaniem podała jej teczkę do potrzymania, mówiąc otwarcie, że to cały jej majątek, a „pielęgniarka” zniknęła wraz z teczką. Podobnych wypadków było więcej, nieodpowiedzialne osoby podkopywały dobrą sławę PCK.

O ile sobie dobrze przypominam, obóz w Pruszkowie przetrwał do listopada 1944 roku. Gdy już zakończono transporty ludności z pokonanej Warszawy, więziono w nim ludzi z ulicznych łapanek, a później za przestępstwa. Przełożona odwołała mnie z pracy w obozie, gdy zmienił się jego charakter, gdy już zakończyła się ewakuacja Warszawy.

W Pruszkowie prowadzimy dwa zakłady dla dzieci upośledzonych umysłowo: dla chłopców przy ul. Szkolnej 15, w pobliżu warsztatów kolejowych, zamienionych w czasie Powstania na obóz Durchgangslager oraz dla dziewcząt przy ul. Żbikowskiej 24, już poza miastem. Zakłady na 100 dzieci każdy.

W końcu czerwca 1944 roku, jak każdego lata, chłopcy wyjechali na kolonie letnie. Duży dom opustoszał. [tekst nieczytelny] stał się azylem dla tysiąca Warszawiaków. Część sióstr wyjechała na kolonie z dziećmi, trzy z nas pracowały w obozie, pozostałe miały pełne ręce roboty w domu. Zwolnieni z obozu, uchodzący z Warszawy przychodzili do naszego domu na pierwszy postój: umyć się, przeprać bieliznę, wyspać się, zjeść nareszcie coś gorącego, wyleczyć odparzeliny i rany, napisać listy do rodziny itp., itd. Odchodzili albo tego samego dnia, albo po kilku dniach, gdy odpoczęli i znaleźli jakieś wyjście ze swej [tekst nieczytelny] sytuacji. Księża, zakonnicy, zakonnice, starzy i młodzi, wszyscy, którzy potrzebowali jakiejkolwiek pomocy. Drzwi były zawsze otwarte, otwarte wszystkie szafy, puste sale szkolne, sypialnie i bawialnie chłopięce [tekst nieczytelny]. Wielki dom nie mieścił spragnionych spoczynku. W okresie największych transportów ludzie leżeli pokotem na korytarzach, tak że wieczorem nie dało się już chodzić, bo nie było gdzie postawić nogi. Na podwórzu biwakowali ci, dla których brakło miejsca na korytarzu.

Nikt nie odszedł głodny, nienapojony, niepocieszony w jakiś sposób. S. Rustyka jeździła po okolicznych majątkach po kweście. Przywoziła mąkę, ziemniaki, warzywa, kuchnia gotowała nieustannie wodę i zupę. Łazienki, pralnie ciągle były zajęte przez zabrudzonych tułaczką uchodźców. W kancelarii i furcie ludzie zostawiali swe adresy, przychodzili sprawdzać, czy nie ma odpowiedzi na wysłane listy, odnajdywali się poprzez naszą skrzynkę pocztową. W kaplicy odprawiały się msze święte jedne za drugimi jak na Jasnej Górze. Ludzie, co dzień inni, modlili się tak samo żarliwie. Infirmeria koiła bóle fizyczne (przynosiłam leki z obozowej apteki, żołnierz z Wehrmachtu chętnie mi je dawał). W konfesjonale kapłani i wygnańcy sami [tekst nieczytelny] leczyli duszę, dodawali otuchy. Gdy wpadłam do domu po potrzebne mi rzeczy lub by s. [tekst nieczytelny] złożyć nowe zamówienia przed jej codziennym wyjazdem [tekst nieczytelny], wydawało mi się, że z jednego obozu przychodzę do drugiego: to samo rojowisko ludzkie, ta sama ciasnota i tłok. Tylko tu była wolność i serce. Tu była chęć pomocy, była pomoc. Dzięki ofiarności całego społeczeństwa nasze siostry mogły skutecznie służyć ludziom spalonej Warszawy.

Pamiętam jak bardzo wszystkie byłyśmy wzruszone, gdy przyprowadziłam do domu siostry sakramentki. Wielebna matka była chora, jedna z sióstr bardzo poparzona. Obecność tych klauzurowych sióstr u nas była jakby namacalnym dowodem przewrotu, jaki dokonało Powstanie, dowodem, że poszło w gruzy wszystko, co dotychczas uważałyśmy za niewzruszone.

Gościłyśmy biskupów i prałatów, wielu księży i zakonników, jednakowo serdecznie witałyśmy każdego, każde nazwisko było jednakowo ważne, choć o nie  pytałyśmy i nie każdy je nawet mówił. Byli goście, których trzeba było ukrywać, jacyś panowie przyprowadzani przez znajome lekarki – nie pytałyśmy kto, wiadomo, z organizacji. Byli Żydzi i Żydówki, którzy ocaleli w Warszawie i jakoś wyszli z obozu – trudno przychodziło ukrywać ich w domu tak pełnym ludzi, a trzeba było, bo wszak nie wiedziałyśmy, czy wśród korzystających z naszego dachu nie ma Judasza (Pan Bóg pomagał, każdy jakoś się urządził, każdemu ułatwiłyśmy dalszą drogę.) Przez wiele jeszcze miesięcy, gdy któraś z nas pojawiła się w jakimkolwiek mieście, spotykała mnóstwo „znajomych”. Znajomość była co prawda jednostronna: ktoś biegł z otwartymi ramionami, chwytał za ręce z okrzykiem: „Siostro, byłam/byłem w obozie pruszkowskim, byłam/byłem w waszym domu, czy siostra mnie nie poznaje? Dziękuję, ileż wam zawdzięczam!”. Nie, nie poznawałyśmy. Za dużo osób przewinęło się przez nasze ręce i w obozie, i w domu, byśmy mogły wszystkich zapamiętać.

W obozie ludzie nauczyli cię jednego: gdy nie ma miski i łyżki można umrzeć z głodu obok beczki z zupą. Więc po uwolnieniu na dalszą drogę życia zabierali od nas łyżki, talerze, miski, garczki, wszystko, w co można włożyć jedzenie. Tylko bardzo nieliczni prosili, prawie wszyscy po prostu zabierali. A ludzi przewinęło się przez nasz dom tysiące. Rozumiałyśmy sytuację i nawet nie nazywałyśmy kradzieżą zabieranie naszych przedmiotów. Trzeba było pomyśleć o uzupełnianiu: nakryć stołowych i naczyń kuchennych. I znów z pomocą przyszło ofiarne społeczeństwo. Nie pamiętam, w jakiej instytucji w Grodzisku Mazowieckim opowiedziałyśmy o naszym kłopocie. Kilka informacji, kilka podpisów i siostra wróciła do domu zaopatrzona na dłuższy czas i z obietnicą dalszego zaopatrzenia.

Robiło się coraz chłodniej, potrzeba było cieplejszych okryć, koców. Ze spalonej Warszawy samochody niemieckie zwoziły na teren obozu sterty materiałów, odzieży, bielizny, dywanów itp. Wybierałyśmy, co mogło się przydać naszym gościom, i odtąd każdy odchodził nie tylko z łyżką i miską, lecz i ze swetrem, kocem, paltem lub ciepłą bielizną. R.G.O. pomagało w otrzymywaniu przydziałów.

Wreszcie ludzie odpłynęli, zostali tylko nieliczni, którzy byli związani w jakiś sposób z Pruszkowem i nie mogli się oddalić. Zaczęły za to napływać dzieci. Już z obozu przyprowadzałam do domu zagubione dzieci, ale siostry starały się o umieszczenie ich w rodzinach. Były to dzieci normalne. Wkrótce zaczęto do nas przysyłać upośledzone dzieci z rozbitych warszawskich zakładów opiekuńczych lub z rodzin, które obecnie nie mogły w zmienionych warunkach zajmować się dziećmi wymagającymi specjalnych starań. Przyjmowałyśmy wszystkie, aż dom wypełnił się ponad normę. A nasi wychowankowie byli wciąż na koloniach, nie mogli wracać do Pruszkowa, gdyż nie było dla nich miejsca. Pobielona obora w Popówku była zupełnie wystarczająca na okres wakacji, ale nie można było tam pozostawić chłopców na jesienne chłody. (Ani na moment nie pomyślałyśmy, że nowe dzieci sprawiają nam poważny kłopot). Znów trzeba było wybrnąć z sytuacji i tak zaczęła się wędrówka naszych wychowanków z Popówka do Karolewa w pow. grójeckim, a następnie do Jeziory do budynku szkolnego, który gmina chętnie nam wypożyczyła do czasu rozpoczęcia nauki szkolnej w wolnej już Polsce. Z Jeziory dzieci nie wróciły do Pruszkowa, lecz po licznych jeszcze wędrówkach i próbach otwarcia zakładu w różnych pałacykach i dworcach zajęły ośrodek Jurki i tam nareszcie osiadły na stałe.

Przełożoną domu w Pruszkowie przy ul. Szkolnej 15, tak gościnnie otwierającą swe serce wszystkim potrzebującym, była w owym czasie m. Zofia Szadkowska

Do naszego domu przy ul. Żbikowskiej również zgłaszali się ludzie po pomoc i również ją otrzymywali, choć już nie w tej mierze co na ul. Szkolnej. Upośledzone dziewczęta nie wyjeżdżały na kolonie i zakład nie dysponował wieloma miejscami. Niemniej i siostry ze Żbikowa włączały się do pracy dla ewakuowanych.

 

Dziękujemy siostrom ze Zgromadzenia Samarytanek Benedyktynek Krzyża Chrystusowego za przekazanie wspomnień oraz fotografii.

Powiązane hasła

”None