menu

Wyszyński Bohdan – Moje dziecięce wspomnienia z Powstania…

Wyszyński Bohdan – Moje dziecięce wspomnienia z Powstania…

Bohdan Wyszyński (ur. 1937 r.) swoje wspomnienia z Powstania i popowstaniowej tułaczki spisal w 2010 roku. Wraz z rodziną – ojcem Janem Wyszyńskim (ur. 1911 r.), matką Zofią Wyszyńską (ur. 1914), młodszym rodzeństwem Janem (ur. 1940 r., Stanisławem (ur. 1941 r.) i Małgorzatą (ur. 1943 r.) oraz ciotką Ireną Jakubowską (ur. 1926) – w dniu 2 września zostali wypędzeni z domu przy ulicy Freta 11 i znaleźli się w obozie Dulag 121.

Moje dziecięce wspomnienia z Powstania Warszawskiego, obozu w Pruszkowie i powojennej tułaczki

 

W dniu 1 sierpnia 1944 roku, tj. w dniu wybuchu powstania miałem 7 lat i 7 dni. Wraz z rodzicami i trójką młodszego rodzeństwa mieszkałem na Starym Mieście przy ul. Freta 11. Razem z nami mieszkała siostra mamy mająca w tym czasie 18 lat. W budynku, w którym mieszkaliśmy i w jego piwnicach przebywaliśmy przez całe powstanie, aż do końca walk na Starym Mieście tj. do 2 września.

Ja jako dziecko, wraz z młodszym rodzeństwem byliśmy ściśle izolowani od możliwości obserwowania przebiegu walk poprzez zakaz zbliżania się do okien. Przebywaliśmy w przedpokoju bez okien lub w piwnicy w okresach bombardowań i nasilenia walk. Udało mi się jednak dwukrotnie dotrzeć do okna. Pierwszy raz tuż po wybuchu powstania obserwowałem jak dużo osób budowało z ogromnym zapałem barykadę przy budynku, w którym mieszkałem. Wydawało mi się, że ludzie ci psują ulicę, niszczą słupy do ogłoszeń i inne przedmioty. Ja tego nie rozumiałem. Drugi raz to już zupełnie inne i tragiczne widoki. Teraz już wiem, że było to 26 sierpnia, kiedy to w wyniku bombardowania leżało na ulicy dużo ofiar. Ja jednak głównie zwróciłem uwagę na palącą się wieżę kościoła Świętego Jacka i na ludzi gaszących płomienie i spadających z wieży na ulicę. To Niemcy strzelali do ratujących i gaszących pożar jak do „dzikich kaczek”. W kościele tym młoda nasza ciotka udzielała pomocy rannym jako sanitariuszka. Ojciec nie uczestniczył w walkach, ale brał udział w grupie gaszącej pożary.

Postrachem dla wszystkich, w tym i dzieci był ryk tzw. krowy tj. działa, które przed wystrzałem wydawało przerażający ryk (podobny do krowy). Było wiadomo, że po takim ryku w jakiś budynek uderzy pocisk zapalający o dużej sile rażenia. Te pociski i naloty były ogromnym zagrożeniem i wzbudzały strach zarówno u starszych jak i dzieci. Taki właśnie pocisk uderzył w ostatnią noc przed upadkiem powstania na Starym Mieście w oficynę budynku, w którym mieszkaliśmy. Mój ojciec i inni mężczyźni całą noc gasili pożar, a rano zostali brutalnie wypędzeni.

Rano 2 września ucichły strzały. Nastąpiła przerażająca cisza. Po pewnym krótkim czasie rozległy się krzyki w języku niemieckim. To odrażająco wyglądający umundurowani ludzie, mówiono, że to Ukraińcy będący w wojsku niemieckim, w sposób brutalny wypędzali mieszkańców z domów, piwnic i innych kryjówek. Cały czas wykazywali ogromną agresję i brutalność. Był to dzień bardzo pogodny. Zderzenie wzroku ze słońcem po trzydziestodniowym jego braku (ciemny przedpokój i piwnica) powodowało szok trudny do opisania. Do tego jeszcze przedziwna sytuacja, w której bardzo agresywni Ukraińcy formowali kolumnę i przygotowywali ją do wymarszu. Kolumna ruszyła wśród pożarów i nieustannego krzyku „zwycięzców” z eskorty, przypominających raczej bandytów, a nie wojsko. W trakcie marszu jeden z tych „bohaterskich zwycięzców” zauważył medalik na szyi zaledwie szesnastomiesięcznej mojej siostry i drapieżnym ruchem zerwał go z szyi, raniąc dziecko.

Każdy z nas niósł jakiś „tobołek”, a na szyjach mieliśmy zawieszone metryczki sporządzone przez rodziców na wypadek zaginięcia. Po drodze marszu kolumny, a było to w kierunku Dworca Zachodniego słychać było jakieś wybuchy. Ludzie mówili, że to Ukraińcy wrzucają granaty do piwnic, w których leżało dużo rannych powstańców i po prostu mieszkańców Starego Miasta. Po przybyciu na dworzec dokonano selekcji kolumny. Młode osoby, a w tym mojego ojca i ciotkę oddzielono od nas. Od tej pory pozostała matka z czworgiem małych dzieci, w zasadzie bez żadnych środków do życia.

Załadowano nas w wagony towarowe i gdy pociąg ruszył, powielana była wiadomość, że jedziemy do Oświęcimia. Po stosunkowo krótkiej podróży pociąg zatrzymał się, wypędzono nas z wagonów i w takiej samej pilnowanej kolumnie zostaliśmy zaprowadzeni do jakiejś dużej hali. Obecnie wiem, że był to obóz przejściowy w Pruszkowie, skąd formowano transporty w różne strony. W tym obozie byliśmy przez dwie noce. Utkwiło mi w pamięci, że matka siedziała na podłodze, a my do niej przytuleni. Nie widziałem żadnych sprzętów niezbędnych do życia. Nie pamiętam czy coś jedliśmy. Jedynym wydarzeniem, które zapamiętałem, była wiadomość, że  nasz ojciec przechodził w kolumnie mężczyzn idącą ulicą obok obozu.

Po dwóch dniach pobytu w Pruszkowie czekał nas kolejny etap podróży. Załadowano nas w odkryte wagony towarowe. W wagonie panował ogromny ścisk, uniemożliwiający zajęcie jakiejkolwiek innej pozycji jak tylko stojącej. Trwały ciągłe awantury o dostęp do wydrążonej w podłodze wagonu jednej dziury, służącej za zbiorową ubikację. Załatwianie potrzeb fizjologicznych to był jedyny problem, poza rozważaniem kierunku naszej podróży. Powtarzano stale: Oświęcim. Ja nie zdawałem sobie sprawy z grozy zawartej w tym słowie.

Po wielu godzinach jazdy pociąg zatrzymał się na stacji Gorzkowice około 20 km na południe od Piotrkowa Trybunalskiego. Ku zdziwieniu przewożonych znowu odezwały się energiczne polecenia eskorty, aby pociąg opuścić. Nie wiedzieliśmy, że jest to nasz ostatni przymusowy przejazd koleją i konieczność zachowywania się na komendę. Jak się okazało było to tzw. wysiedlenie. Umilkły „dzikie” pokrzykiwania, nastąpiła wielka cisza, w której najważniejszym problemem stało się uzyskanie jakichkolwiek warunków i środków do życia.

Pierwszym przystankiem było jakieś gospodarstwo w Gorzkowicach, do którego przybyło tak wiele osób, że nie można było w nim pozostać na dłużej pomimo wielkiej uprzejmości gospodarzy. W gospodarstwie tym przeżywałem trudne momenty związane z jakąś chorobą o wysokiej temperaturze. Leżałem na ławce pod domem, w słońcu ku ogromnemu zmartwieniu matki. Ale wszystko zakończyło się dobrze.

Nie wiem w jaki sposób znaleźliśmy się w miejscowości Pocieszna Górka oddalonej o kilka kilometrów od Gorzkowic. Miejscowość to zbyt duże słowo na określenie tego miejsca, Była to rzeczywiście górka, na której znajdowały się zabudowania jednego gospodarstwa i kaplica, a raczej mały kościółek. Gospodarze pomimo wielodzietności swojej rodziny przyjęli nas bardzo życzliwie. W tym bardzo sympatycznym miejscu przebywaliśmy kilka tygodni, po czym zostaliśmy skierowani do oddalonej również o kilka kilometrów Ślepetnicy.

Był to ostatni etap naszej wysiedleńczej tułaczki. Ślepetnica to mała wioska otoczona ze wszystkich stron lasami. Nam umożliwiono przebywanie w małym drewnianym domku (a raczej domku gospodarczym) położonym na skraju lasu. W domku była jedna izba pomalowana na biało i pomieszczenie na opał, warzywa itp. W domku tym mieszkaliśmy z matką i starszym panem również wysiedlonym z Warszawy. Ten starszy człowiek pomagał mamie w opiece nad nami. Mama zabiegała o zdobycie środków do życia. Trzeba tu powiedzieć, że okoliczni gospodarze zaopatrywali nas w podstawowe artykuły rolne – ziemniaki, warzywa i olej o niezapomnianym smaku, własnej produkcji. Nie pamiętam z tego okresu smaku mięsa.

W tym czasie rozpocząłem naukę w szkole oddalonej o 2 km, w wiosce Dorszyn. W tym czasie również dotarła do nas wiadomość, że ojciec został wywieziony do obozu koncentracyjnego w miejscowości Flossenbürg na terenie Niemiec. W smutku oczekiwaliśmy, aż przejdzie front i będzie można w jakiś sposób inaczej układać sobie życie. Oczekiwaliśmy również na powrót ojca.

Na wiosnę przez miejsce naszego zamieszkania zaczął przechodzić front. A były to duże wrażenia, ponieważ przez Śleptnicę przechodzili na zmianę Niemcy, Rosjanie i polscy partyzanci. Było dużo walki i niepokoju. Po przejściu frontu, dzięki staraniom rodziny zostaliśmy przewiezieni do miejscowości Łochów pod Warszawą, gdzie mieszkała babcia – matka mamy. U babci przebywaliśmy dwa lata, ponieważ powrót do Warszawy nie był możliwy. Budynek, w którym mieszkaliśmy na Starym Mieście i inne okoliczne domy, wyglądały jak jedna wielka hałda gruzów, na których umieszczono wiele krzyży na znak pochówku poległych w Powstaniu.

W trakcie pobytu w Łochowie powróciła z Oświęcimia ciotka. Był to wrak osiemnastoletniej kobiety, na której Niemcy robili doświadczenia. Nigdy już nie odzyskała zdrowia. Za udział w Powstaniu otrzymała wysokie odznaczenia. Otrzymaliśmy również zawiadomienie z Polskiego Czerwonego Krzyża, że ojciec zmarł w filii obozu w Litomierzycach (Czeskie Sudety). Do Warszawy powróciliśmy po dwóch latach i zamieszkaliśmy w malutkim pokoiku z kuchnią przy ul. Osowskiej na Grochowie. To miejsce stanowiło początkową stację w naszym dalszym życiu.

Z osób, które wymieniłem w swoim opisie, żyją poza mną jeszcze dwaj młodsi bracia. Wrażenia i przeżycia z tamtych lat tak ostro zarysowały się w naszej pamięci, że pomimo upływu długiego czasu w dalszym ciągu przypominamy i wspominamy tamten okres. Już jako dorośli ludzie zastanawiamy się jak człowiek człowiekowi może zgotować tak dużo nieszczęść, jakich doznaliśmy w naszym życiu.

Nie tylko rozmawiamy. Odbywamy również podróże sentymentalne w miejsca, które opisałem. Z młodszym bratem udałem się do Litomierzyc w poszukiwaniu śladów po ojcu. W Litomierzycach jest już bardzo mało śladów po obozie. Natomiast w pobliskim Teresinie odnaleźliśmy prawdopodobnie grób zbiorowy z tablicą informującą, że tam leżą prochy kilku tysięcy więźniów z Litomierzyc, których zwłoki zostały spalone w miejscowym krematorium. Również w Muzeum Pamięci w Teresinie odnaleźliśmy księgę ewidencji więźniów obozu w Litomierzycach, w której zanotowano fakt śmierci naszego ojca.

Pojechaliśmy również na tereny naszej wysiedleńczej tułaczki. Pocieszna Górka jest nie do poznania. Stoją wprawdzie jeszcze zabudowania gospodarstwa, w którym mieszkaliśmy, ale ku naszemu zdumieniu dojeżdżając przeczytaliśmy dużej wielkości napis – Sanktuarium Matki Boskiej Pocieszenia na Pociesznej Górce. To Sanktuarium to przepięknie zagospodarowana górka w formie parku, z odrestaurowana pięknie kaplicą, stacjami Męki Pańskiej i innymi budowlami kultu religijnego. Byliśmy pod dużym wrażeniem. W Ślepetnicy nie znaleźliśmy budynku, w którym zamieszkiwaliśmy, w Dorszynie natomiast stoi rozpadający się drewniany budynek, który był kiedyś szkołą. Odwiedzamy również Stare Miasto, które jest największym świadkiem Powstania 1944.

Wspomnienia moje są opisami wydarzeń widzianymi oczami dziecka, które było chronione najpierw przez rodziców, a następnie przez matkę od wszelkich złych i tragicznych wydarzeń. Rzeczywistość była na pewno bardziej tragiczna i na pewno zasługuje na dużą uwagę i pamięć, a ludzie, którzy brali w nich udział – na przeogromny szacunek.

Powiązane hasła

”None