menu

Zagórska Barbara – „Uratowane życie”

Zagórska Barbara – „Uratowane życie”

Barbara Zagórska, ur. ok. 1940 roku, w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego została wypędzona wraz z rodzicami z domu przy ul. Tyszkiewicza na Woli i postawiona pod ścianą przy ul. Górczewskiej na rozstrzelanie. Rozkaz odwołano. Osoby w sile wieku, w tym rodziców dziewczynki, zmuszono do grzebania ciał wcześniej zamordowanych, a Basię w tłumie obcych ludzi popędzono do obozu Dulag 121. Stamtąd, po pewnym czasie, została wyprowadzona przez sanitariuszkę i przygarnięta przez małżeństwo mieszkające w Pruszkowie. Jej biologiczni rodzice, którzy również ocaleli z Rzezi Woli, odnaleźli córkę dopiero po wojnie, dzięki karteczce wywieszonej na murze pruszkowskiego kościoła. Widniała na niej informacja na temat uratowanej dziewczynki o charakterystycznie brzmiącym imieniu „Baja” – a tak właśnie mała Basia siebie nazywała. Rozmowa z panią Barbarą, jej córką i wnuczką, została przeprowadzona w Muzeum Dulag 121 w 2014 roku.

Pani Barbara: Zacznę od początku. Był pogrom Woli, zaczęły spadać bomby i spadły i na nasz dom. Zrobiła się dziura się w ścianie i ten gruz mnie przycisnął, kiedy leżałam w łóżeczku. W domu był tylko mój tata, ledwie mnie odgrzebał. Mama w tym czasie ulotki jakieś roznosiła, dlatego jej nie było. W ten sposób miałam uratowane życie. Później nas z tego domu wypędzili – to była ulica Tyszkiewicza, ale nie pamiętam numeru, pod numerem 28 mieszkała rodzona siostra mojej mamy, a moja babcia mieszkała na Tyszkiewicza 30. Tego naszego domu już nie ma, został kompletnie zbombardowany, a  babcia i ciocia po powstaniu wróciły do swoich mieszkań. Po wojnie okazało się, że właśnie ta siostra mojej mamy będąc w ciąży też przechodziła przez Dulag, razem  z mężem.  

Później wszystkich nas popędzono pod ścianę na ulicy Górczewskiej. Do dzisiaj jest ta ściana. Potem, jak byłam starsza, pytałam, „mamusiu, a co to była za ściana?”, bo ją pamiętałam. To była taka ściana z ciemnoczerwonej cegły. I moja mama mi wtedy opowiedziała, że, kiedy nasze mieszkanie było już zbombardowane, wypędzili nas pod tą ścianę, żeby nas rozstrzelać. Cała grupa tych ludzi z Woli stała pod ścianą, na ulicy Górczewskiej i mieliśmy być rozstrzelani, ale w ostatniej chwili przyszło zarządzenie od Niemców, żeby tego nie robić, że będziemy potrzebni. Wtedy miałam uratowane życie, można powiedzieć, po raz drugi.

W tym momencie nas rozdzielili. Rodziców moich zostawili do zakopywania ciał, a starszych ludzi, ja też się znalazłam w tej grupie, popędzili do Pruszkowa pieszo. W międzyczasie widziałam kobietę – co zrobiło na mnie straszne wrażenie, do dziś to pamiętam – która szła i z butelki piła krew. Ten widok tak mi się utrwalił. Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy to było, czy kiedy pędzili nas z domu na Górczewską, czy już podczas drogi do Pruszkowa. Widziałam w tym momencie gruz. Nie zapamiętałam tłumów ludzi, tylko ją, pijącą tą krew.

W książce o pogromie Woli napisano, że pierwszy transport do Dulagu szedł z Woli pieszo, więc skojarzyłam, że musiał być to ten transport.

Pani, jako maleńkie dziecko, szła sama?

Pani Barbara: Miałam cztery latka.  Jak nas rozdzielili, do obozu wzięli też sąsiadkę mojej mamy, chyba jako starszą osobę, i moja mama poprosiła „Pani Manowska, niech pani pilnuje Basi, niech pani się nią zaopiekuje”. Ale ona mnie zgubiła.

Córka pani Barbary: A gdzie mamę zgubiła?

Pani Barbara: Gdzieś w tłumie ludzi. Nie wiem, czy ona dotarła ze mną do bram Dulagu, czy może już wcześniej się w tym tłumie zgubiłam… Zastanawiam się ciągle, jak ja mogłam sama na takich nóżkach dojść te 16 kilometrów, więc mnie może ktoś kawałek poniósł… W każdym razie później znalazłam się w Pruszkowie, w obozie i już byłam cały czas sama.

Jak tam było? Czy w obozie ktoś chciał pani pomóc w jakiś sposób, czy była pani pozostawiona sama sobie?

Pani Barbara: Nie miałam tam nikogo bliskiego.

Czy pamięta Pani jakiś szczegół z pobytu w obozie?

Córka pani Barbary: Pamiętam jak mama opowiadała, że leżała na bruku. Pamięta mama?

Pani Barbara: Pamiętam, leżałam na bruku, czyli na takim, widocznie, betonie, ale – nie wiem, dlaczego miałam takie skojarzenia – wydawało mi się, że był to bruk z kamieniami. Może przy tych torach kamienie były, nie wiem, w każdym razie spałam na tej ziemi.

Ile czasu w tym Dulagu byłam, nie wiem. Jedno jest pewne. Pamiętam, że pewnego razu obudziła mnie jakaś kobieta w białym fartuchu. Wiem od mamy, że to była sanitariuszka. Ta kobieta mnie najwidoczniej z tego obozu potajemnie wyniosła, bo znalazłam się u jej siostry z mężem. To było bezdzietne małżeństwo, które mieszkało w Pruszkowie. Pamiętam, że jak się tam znalazłam, ta przybrana mama mnie wykąpała i postawiła na takiej kanapie. Odczuwałam takie zimno, bardzo mi wtedy zimno było. Pamiętam moment jak mnie wycierała i założyła mi sukieneczkę. Jak byłam starsza, umiałam mojej mamie określić, z jakiego materiału była ta sukienka – bo ja byłam projektantką, szyłam i na materiałach się znałam – więc mówię „Mamusiu, to była żorżeta w taką krateczkę i tu taka falbanka była”. Ja to wszystko zapamiętałam. Moja mama mówi: „Tak, Basia, miałaś taką sukienkę, w którą ona cię ubrała. Pierwsza twoja sukieneczka”.

Miałam przybranych rodziców –  „mamusiu”, „tatusiu” do nich mówiłam –  i przybranych dziadków. Ci przybrani dziadkowie, moja mama mówiła, mieli dużą fabrykę pasty do obuwia. Babcię – nie wiem, czy oni mieszkali z babcią, czy nie – zapamiętałam jako taką ciepłą, prawdziwą babcię. Ojciec mój przybrany był dość oschły, ta mama raczej się normalnie zachowywała, ale ta babcia… od tej babci czułam ciepło. My potem do tych rodziców z mamą jeździłyśmy w odwiedziny, bo mama miała wielki dług wdzięczności wobec nich.

Córka pani Barbary: Mama mówiła, że ona około roku spędziła u tej rodziny.

Pani Barbara: Rodzice mnie znaleźli już po wyzwoleniu.

Córka pani Barbary: Wtedy ludzie siebie szukali.

A jak to się stało, że rodzice panią odnaleźli?

Pani Barbara: W tym czasie ludzie na ścianach kościoła w Pruszkowie wieszali kartki, żeby jakoś odnaleźć się z rodziną. Sąsiadka mojej mamy, szukając swojego czternastoletniego syna, znalazła taką kartkę – że dziewczynka, w takim i takim wieku, która mówi, że ma na imię Baja, znajduje się tu i tu. Ta sąsiadka nie znalazła syna, natomiast przyszła pieszo z Pruszkowa na Jelonki, bo rodzice wówczas przebywali na Jelonkach, i powiedziała im, że „chyba wasza Baja tam jest” – bo ja nie umiałam powiedzieć „Basia”, tylko „Baja”, tak się utarło od dziecka, jak miałam 20 lat to mówili jeszcze na mnie „Baja”. Kiedy moi rodzice przyszli pieszo z tych Jelonek po mnie, to ja ich już w ogóle nie poznałam. Uciekałam od nich i – pamiętam, że ci moi rodzice w Pruszkowie mieli takie duże mieszkanie, wielki taki hol był – i się chowałam. Rodzice też mnie nie poznali. Moja mama mnie poznała po jakimś pieprzyku, który gdzieś miałam na pupie i tylko po tym.

Córka pani Barbary: Bo jak poznać dziecko, którego się nie widziało rok? Prawdziwi dziadkowie musieli udowodnić, tak mi opowiadała mama, „Po czym pani poznaje, że to jest pani córka?” i babcia powiedziała „Tam miała pieprzyk, z tyłu”, no i się okazało, że rzeczywiście ten pieprzyk jest. To był taki dowód na prawdę, bo oni chyba zdjęć nie mieli, nie wiem, czy babcia przyniosła.

Wnuczka pan Barbary: Sam fakt, że nie poznawałaś swoich rodziców.

Pani Barbara: No nie, nie poznawałam, nie chciałam do nich iść, pamiętam, jak uciekałam przez ten hol. Wtedy ci przybrani rodzice zaproponowali, żeby mnie zostawili. „Wy przecież nic nie macie, jesteście młodzi. Zostawcie już to dziecko, ono się przyzwyczaiło tutaj do nas”. Że po prostu zapłacą pieniądze za mnie. Ale moi rodzice nie chcieli tych pieniędzy, tylko chcieli mnie odebrać. No i tak właściwie się wszystko zakończyło.

Jeszcze to też mnie zastanawia, na karteczce, którą znalazła sąsiadka, był podany adres tej rodziny, tak?

Pani Barbara: Jakoś musieli zdobyć ten adres, może, jak rodzice przyszli do Pruszkowa, ta karteczka jeszcze wisiała, nie było jeszcze takich złośliwych jak dzisiaj, którzy zrywają różne ogłoszenia. Może ta karteczka, z charakterystycznym imieniem „Baja”, jeszcze tam była. I nie wiem, może był na niej jakiś adres. A dlaczego moi przybrani rodzice wywiesili tą karteczkę? Byli przekonani, że moi rodzice nie żyją, ale żeby mieć czyste sumienie wobec Boga, to tą kartkę tak powiesili.

To odtwórzmy w takim razie, co się działo z pani rodzicami. Mamy rok przerwy. Wiemy, co się stało z panią, że została Pani rozdzielona i trafiła do Dulagu, a pani rodzice?

Wnuczka pani Barbary: Babciu, opowiedz jak się twoja mama zachowywała jak ciebie straciła.

Pani Barbara: A no tak, jak mama mnie straciła, jak ci Niemcy rozdzielili nas, to moja mama szalała. Wszędzie, gdzie strzelali to ona się rzucała pod karabiny, chciała zginąć. Bo przede mną w 1939 roku, mama straciła już jedno dziecko. Jak wybuchła wojna miała chłopczyka, Henia, miał sześć tygodni,  który „przez wojnę”, jak mama mówiła, umarł. Wiem, że jakąś furmanką jechali i on się podobno otrząsnął… On był pochowany w styczniu 1940 roku, a później, w listopadzie 1940 roku, ja się urodziłam. Miałam bardzo ciężkie dzieciństwo, bo moja mama, pewnie na skutek wojny, była nerwowa. Z kolei mojego tatusia Niemcy ciągle sprawdzali, czy jest boleśnie ochrzczony, czy nie, musiał się rozbierać i pokazywać, bo był bardzo podobny do Żyda.

Czy Pani rodzice trafili do Dulagu?

Córka pani Barbary: Na pewno też zostali wypędzeni. Układ kapitulacyjny polegał na tym, że cała Warszawa musiała być ewakuowana, nawet jej obrzeża, w związku z tym dziadek z babcią też musieli opuścić Warszawę.

Czyli nie wiemy, co się działo w międzyczasie.

Wnuczka pani Barbary: A babciu, ty masz skrawek artykułu jak dziadek po wojnie na tym czołgu jechał.

Pani Barbara: A tak. Mam artykuł wycięty z gazety, w którym był wywiad z moim tatusiem przeprowadzony. Tam pisało, że pierwszy do wyzwolonej Warszawy na czołgu wjechał.

Córka pani Barbary: Tylko nie wiemy, skąd. Potem, dziadek mi opowiadał, że brał czynny udział w odbudowie Warszawy, dosłownie własnymi rękami układał cegły.

Proszę jeszcze trochę opowiedzieć o swoich rodzicach. Czym zajmowali się przed wojną i w czasie okupacji?

Córka Pani Barbary: Dziadek był technologiem drewna, na początku pracował właśnie jako specjalista od drewna,  a potem został prezesem spółdzielni.  Ale podczas okupacji pracował na lotnisku i jako pracownik lotniska i działał w konspiracji. Zamiast wysyłać skradzione Polakom rzeczy, pakowali w skrzynie i wysyłali do Niemiec gruz.

A co z tymi ukradzionymi przedmiotami?

Córka pani Barbary: Tego nie wiemy. Wiem, że dziadek mówił, że potem musieli je wynieść potajemnie, ale co dalej z nimi robili, nie wiem. Może jakieś adresy były podane.

Pani Barbara: Ryzykowali, bo jakby Niemiec jakiś zobaczył, że oni ten gruz pakują to wszystkich by rozstrzelali. A mama, wiem, że ulotki roznosiła, dlatego wtedy, kiedy zaczęli bombardować Wolę, ja byłam w domu tylko z tatusiem.

Bardzo dziękuję paniom za rozmowę.

Powiązane hasła

”None