menu

Zaręba Janusz – Wypędzeni z Jabłonnej

Zaręba Janusz – Wypędzeni z Jabłonnej

Janusz Zaręba, ur. w 1934 roku, podczas wybuchu Powstania mieszkał wraz z rodziną w Jabłonnej, miejscowości oddalonej około 30 km na północny zachód od Warszawy. Jej mieszkańcy z odległości widzieli łunę nad palącą się walczącą stolicą oraz nadlatujące w jej kierunku bombowce. Wczesną jesienią, gdy zbliżał się front rosyjski, wojska niemieckie  wypędziły mieszkańców Jabłonnej przesiedlając ich na drugą stronę Wisły – do pobliskich Łomianek Dolnych. Stamtąd wielu z nich trafiło do obozu Dulag 121. Dziesięcioletni Janusz Zaręba oraz jego rodzina uniknęli tego losu, gdyż udało im się uciec z pędzonego do Pruszkowa transportu. Pan Janusz Zaręba przekazał swoje wspomnienia Muzuem Dulag 121 w 2012 roku. „Zbierałem się napisać te wspomnienia przez długie lata, aż nastąpiło to teraz w starszym wieku, mając niecałe osiemdziesiąt cztery lata. – zaznacza na zakończenie złożonej relacji – Czekałem na to do końca swych dni i nadszedł czas. Widzę coraz gorzej i chyba już niedługo nie będę w stanie pisać.” Wspomnienia Pana Janusza składają się z wydobytych z pamięci scen i obrazów – wybiórczych, choć, przez silny ich ładunek emocjonalny – bardzo wyrazistych.  Zachowujemy ich oryginalny styl i pisownię.

Pierwszego sierpnia wybucha powstanie. W Warszawie jest bombardowanie dzień i noc. Samoloty z Modlina na Warszawę lecą wzdłuż Wisły nad Łomiankami i rzucają bomby. Nazywano je łańcuchowe, bo były wiązane jedna z drugą. Wieczorem dokładnie widać Warszawę, jest cała w ogniu. Nasze domy w Jabłonnie trzęsły się od tych nalotów, szyby w oknach były klejone na krzyż. Później, po jakimś czasie, nadleciały samoloty amerykańskie. Jeden z nich został zestrzelony. Pobiegliśmy nad Wisłę, ale okazało się, że samolot spadł  po drugiej stronie rzeki, nad Łomiankami. Było w nim dwóch pilotów, ale się ukryli.

Pamiętam dokładnie jak wczesną jesienią 1944 roku wypędzali wszystkich przed natarciem rosjan. Wszyscy ludzie byli wypędzeni z Jabłonnej, każdy uciekał gdzie mógł i jak mógł. Pamiętam tyle, że u nas było dużo ludzi, spaliśmy wszyscy na podłodze na słomie. Były modlitwy cały dzień i całą noc. Wśród wypędzonych były zakonnice, jedna z nich dała mi obrazek Matki Boski w żółtej oprawie. Nie rozstaliśmy się z nim, przez całe wysiedlenie nosiliśmy go ze sobą i później, po wojnie, był w naszym domu.

Później padły bomby i nastąpiło wypędzenie na drugą stronę Wisły, do Łomianek Dolnych. Zaczęły się bombardowania, była z nami rodzina Kozłowskich. Jak padła bomba to odłamek trafił [nieczytelne] nagle w nogę, w udo. Lała się krew, bandażowali ją. Dobrze, że rana była wysoko w pachwinie.  Nisko nad ziemią zaczęły latać nad nami niemieckie samoloty. Pamiętam jak jeden z żołnierzy niemieckich złapał mnie za ramię i powiedział, że mnie z samolotu zastrzelą.

Potem niemcy wypędzali wszystkich z Łomianek i pędzili wszystkich szosą. Droga, którą szliśmy, była z obu stron obsadzona drzewami, które rosną do tej pory. Potem niemcy przedzielili drogę na dwie połowy i podzielili nas na dwie grupy. Mężczyzn załadowali na samochody i wywieźli w nieznane, a kobiety i dzieci popędzili przed siebie.  Ojca od nas nie odłączyli, bo w pewnej chwili udało mu się skręcić niemcowi za plecami i przejść na drugą stronę, tam gdzie były kobiety i dzieci. Szliśmy z rowerem, a ja na plecach niosłem tobołek z pierzyną do okrycia. Moja mama była wtedy w ciąży z siostrą Hanią. I tak się szło przed siebie, a dokąd – nie wiedzieliśmy, dopiero późnej okazało się, że to była droga do Pruszkowa, do obozu. My szliśmy na samym końcu i w jakimś momencie, kiedy doszliśmy do jakiegoś lasu, udało nam się skręcić w bok. Pamiętam, jak mnie schowali pod krzakiem, to był jałowiec, i tam siedziałem do wieczora. Przed wieczorem przyszli po mnie i poszliśmy, dalej w tym samym kierunku. Minęliśmy cmentarz, a kiedy skończył się las zobaczyliśmy jakiś dom. Moja mama nie mogła iść dalej i trzeba było się w nim zatrzymać. Później przyszły kolejne osoby, m.in. dwie dziewczyny. W nocy przyszli żołnierze –  ukraińcy, którzy służyli w niemieckiej armii. Pamiętam jak jeden z nich przyszedł do mojego ojca, wyciągnął pistolet i powiedział, żeby się nie ruszał, bo go zastrzeli. Ojciec zakrył mi oczy, żebym nie patrzył. Jak oni poszli to te dziewczyny od razu uciekły. Rano uciekliśmy  z tego miejsca. Szliśmy  przed siebie najpierw lasem, potem drewnianą drogą z takich grubych belek,  doszliśmy nią do jakiejś wsi. Za kuźnią stojącą przy drodze skręciliśmy na lewo i zatrzymaliśmy się w drugim budynku – ci gospodarze nas przyjęli i tam zostaliśmy do wyzwolenia. Była to wieś niedaleko Pruszkowa, gdzie dokładnie, nie wiem, bo byłem za mały, żeby wszystko spamiętać. W samym obozie nie byliśmy, nawet nie wiedziałem wtedy o nim.

Warszawa została wyzwolona 17 stycznia 1945 roku. Pamiętam jak przyszli rosjanie i powiedzieli, że jest wyzwolenie. Mieli ze sobą taki duży karabin na kołach. Jeden mnie wziął za ramię i dał mnie kawałek chleba, ale to był chleb z kasztanów.

Jeszcze przed nadejściem rosjan zabrali niemcy wszystkich mężczyzn, w tym mojego ojca, i popędzili ich przez taki mały zagajnik. Sami jechali na koniach. Prosiłem ich, żeby puścili ojca, ale nie było o tym mowy. Ojciec powiedział do mnie, żebym się wrócił. Zapędzili go więc z innymi mężczyznami gdzieś do stodoły i trzymali tam ich wszystkich przez trzy dni bez jedzenia. Trzeciego dnia wypuścili ich do zbierania trawy i maskowania okopów. Ojciec próbował się oddalić, ale go zawrócono. Późnej spróbował powtórnie – przeżegnał się i w nogi, ile sił. Niemcy zaczęli strzelać, kule padały po obu stronach nóg, ale udało mu się uciec. Wpadł do lasu, a tu stoi dwóch Niemców z karabinami, on przeżegnał się i pomyślał, że go  zastrzelą, a oni się odwrócili plecami do niego. Ojciec poszedł dalej przed siebie skrajem lasu. Znam tą historię ze wspomnień ojca. Prawdopodobnie wszystkich innych mężczyzn, około trzydziestu, wpędzili do tej stodoły, gdzie zostali żywcem spaleni. Nie wiem, czy to prawda, ale takie były pogłoski w okolicy, w której przebywaliśmy w danym czasie.

Zbierałem się napisać te wspomnienia przez długie lata, aż nastąpiło to teraz w starszym wieku, mając niecałe osiemdziesiąt cztery lata. Czekałem na to do końca swych dni i nadszedł czas. Widzę coraz gorzej i chyba już niedługo nie będę w stanie pisać.

Piszę swoje młodzieńcze lata, cierpienia te młode 1944 roku. Podnosisz, nie dość, że czoło, ale i głowę, która chce zrucić jarzmo ze swych ramion ciężar niewoli i bestialstwa.

 

 

Powiązane hasła

”None