menu

Szczepanowski Zdzisław – Wspomnienia

Szczepanowski Zdzisław – Wspomnienia

W 2015 roku Muzeum Dulag 121 odwiedzili bracia Zdzisław i Andrzej Szczepanowscy i opowiedzieli o wojennych losach swojej  rodziny.  Ojciec Antoni, matka Maria i ich dwaj synowie, a także dalsi krewni pod koniec sierpnia 1944 roku zostali wypędzeni z warszawskiego Marymontu i trafili do obozu przejściowego Dulag 121, gdzie podczas segregacji rodzinę rozdzielono. Matka wraz z synami została wysłana z obozu do wsi Przyłęk koło Opoczna. Natomiast ojciec Antoni Szczepanowski został wywieziony w nieznanym kierunku i zaginął. Dzięki wizycie w Muzeum i posiadanym w archiwum muzealnym listom transportowym, otrzymanym z Muzeum Stutthof w Sztutowie udało się ustalić, że Antoni Szczepanowski znalazł się w transporcie mężczyzn wysłanych do obozu koncentracyjnego Stutthof, który przybył tam 31 sierpnia 1944 roku. Niestety jego dalszych losów nie udało się dotąd ustalić. Po segregacji a przed wyjazdem z obozu Dulag 121 Antoni Szczepanowski zdążył przekazać swojej żonie liścik zapisany na skrawku gazety. Zdzisław i Andrzej Szczepanowscy zdecydowali się przekazać ten list do zbiorów Muzeum Dulag 121. Poniżej publikujemy  wspomnienie Zdzisława Szczepanowskiego, zarejestrowane podczas jego wizyty w Muzeum.

Wspomnienie

W czasie, kiedy było powstanie w Warszawie, mieszkaliśmy na Marymoncie. To była taka dzielnica podmiejska, pół wieś, domki pojedyncze przeważnie. (…) W każdym razie tam nie było powstania właściwie, tam był spokój, od czasu do czasu gdzieś się Niemcy przewinęli. Ja np. kiedyś szedłem po wodę, bo nie było wody [u nas]. Z daleka Niemcy mnie widzieli, a dwóch Niemców szło, to mi pogrozili karabinami, kazali się wrócić. A tak to Niemców w okolicy nie było. Mieszkaliśmy tam do 27, 28 lub 29 sierpnia, dokładnej daty nie pamiętam. I wtedy, któregoś właśnie z tych dni, o piątej rano tak zwana „szczekaczka” jeździła po ulicach i ogłaszała, że do godziny ósmej wszyscy muszą opuścić ten teren, bo tu będzie bombardowanie artyleryjskie. Zaczęliśmy się na gwałt zbierać, trochę się spóźniliśmy. W każdym razie oni podali przez szczekaczkę, żeby się kierować do Lasu Bielańskiego. To było bardzo blisko (…), żadnych Niemców nie było, ale rzeczywiście zaczął się ostrzał artyleryjski i musieliśmy szybko uciekać. Gdy tylko do tego lasu wpadliśmy, to od razu otoczyli nas Ukraińcy. Kazali nam usiąść, poczekali, aż wszyscy [dojdą], bo stamtąd ciągle ludzie napływali. Poprowadzili nas do tak zwanego CIWF-u, to był Centralny Instytut Wychowania Fizycznego, obecnie to jest AWF [Akademia Wychowania Fizycznego]. Przepędzili nas przez jego teren. Wyszliśmy na ulicę Marymoncką, kawałek [szliśmy], a potem opuściliśmy Marymoncką i nas popędzili w kierunku na Wawrzyszew. Tam jest jeszcze taka wieś, oprócz Wawrzyszewa, Chomiczówka i tam na jakichś polach zrobili postój. Po tym postoju popędzili nas dalej, teraz nie potrafię sobie przypomnieć za wiele, wiem w każdym razie, że wychynęliśmy gdzieś na ulicę Powązkowską, na tą przy której był cmentarz, ale [on był] dalej, a [my] na początku [ulicy], właśnie za tym Wawrzyszewem. Tam ludzie nam rzucali pomidory, bo widać niektórzy tam mieszkali i ich nie wyganiali stamtąd, gdzie nas pędzono. Tą ulicą Powązkowską nie doszliśmy jeszcze do wiaduktu, pod którym pociąg przechodzi i tam znowu nas wpędzili do jakichś baraków. Te baraki to istnieją na Powązkowskiej jeszcze dzisiaj, to były jakieś wojskowe tereny, magazyny czy coś takiego. Tam nas wpędzili i znowu kazali usiąść, jakby był odpoczynek. Nie wiadomo, po co to robili. Znów tam trochę pobyliśmy i dalej wypędzili nas Powązkowską. Ten wiadukt przeszliśmy i gdy doszliśmy do Cmentarza Powązkowskiego, zaraz skręciliśmy na prawo w ulicę Tatarską. Ulicą Tatarską, wokół cmentarza pędzili nas dalej, aż doszliśmy do ulicy Młynarskiej, Obozową i tą Młynarską do Wolskiej nas popędzili. Tam widzieliśmy te wszystkie barykady porozbierane, porozwalane, bo tam były ostre walki. Wolską do kościoła na Woli, na rogu ulicy Sokołowskiej, ja tam później mieszkałem po wojnie na rogu tej Sokołowskiej. (…) To był duży kościół, neogotyk, no i tam spędzali ludzi do kościoła, przy czym przed wejściem rozdzielali mężczyzn, a kobiety z dziećmi wpędzali do kościoła. Tak siedzieliśmy w tym kościele, nie wiadomo było, co to będzie dalej. Niedługo to trwało, ja wiem, może ze dwie godziny i znowu zaczęli nas stamtąd wypędzać. Jak nas wypędzili na to podwórko, połączyliśmy się znowu z tymi mężczyznami, z naszym ojcem. Potem dalej nas już pędzili ulicą Bema, potem przez torowiska (…), aż skończyliśmy tę wędrówkę na jednym z peronów Dworca Zachodniego.

Tam czekaliśmy jakiś czas, podjechał pociąg elektryczny, wszystkich ludzi do tego pociągu elektrycznego wepchnęli i przywieźli nas do Pruszkowa, przez taką bramę. Przypuszczam, że jak teraz jechałem pociągiem tutaj, z Warszawy, to ta brama istnieje jeszcze, są tory kolejowe. Pociąg wjechał przez tę bramę na teren obozu, tam się zaraz zatrzymał, wysiedliśmy z niego i tam nam chleb dawali, prawdopodobnie RGOi. Ponieważ już było ciemno, była godzina późna, dziewiąta, dziesiąta wieczorem, to nas wpędzili w taką jedną halę, teraz bym nie poznał, ale mi się wydaje, że ta hala była stosunkowo blisko bramy, bo tak mi się wydaje, że przy drodze, która od tej bramy szła w tamtym kierunku była taka duża hala. Tam nas wszystkich wpędzili razem i przenocowaliśmy, tam były jakieś torowiska. A rano, dość wcześnie rano, zaczęli nas znowu stąd wypędzać, na ulicę przed tą halą i pędzili nas w głąb obozu, była przy tym selekcja, Niemcy byli poustawiani w poprzek ulicy i wszyscy ludzie, którzy przechodzili, byli oglądani przez Niemców, no i tam była selekcja. Niemcy, jak się okazuje, to mężczyzn starszych już wiekiem, odstawiali na bok. Młodych, pełnosprawnych, kobiety i mężczyzn, takich którzy się do roboty nadawali, oddzielnie znowu. Ja się uratowałem, mnie nie odstawili np. na wyjazd do Niemiec. Mama, kiedy się Niemiec spytał, ile mam lat powiedziała, że czternaście, a ja miałem wtedy szesnaście. Brat nie wchodził w rachubę, bo miał wtedy jedenaście. Wśród tych ludzi, którzy pojechali do Niemiec na roboty był Stasiek, mąż późniejszy Janki [Janiny Jakubiak, wówczas Rybickiej – dop. red.] i była Jadzia, oni razem pojechali na roboty. Stanisław Jakubiak i Jadwiga Rybicka. Jakubiak był wówczas żonaty, nie wiem, dlaczego on został od swojej żony wcześniej oddzielony. Jadwiga, nasza ciotka, była na pewno panną. Oboje wrócili stamtąd. Było tak, że tych starszych mężczyzn, którzy, jak się później okazało, pojechali prawdopodobnie do obozów koncentracyjnych to popędzili do innej hali i oni tam na noc weszli. A nas – mnie, brata i mamę moją – do innej jeszcze hali, z tym że te hale były od siebie rozdzielane drutami, także nie można się było kontaktować w ogóle. Tam nas zastała noc, my w tej hali we trójkę nocowaliśmy, nawet nie wewnątrz, bo tam ciasno wszędzie było, a na zewnątrz, ja naściągałem jakiś trocin, ułożyliśmy spanie i spaliśmy przez noc. Na drugi dzień z rana nic się nie działo, dopiero gdzieś tak po południu, przynajmniej ja to tak pamiętam, wygonili tych wszystkich starych mężczyzn z hali. Ja to widziałem, ja stałem przy tych drutach, które nas od hali dzieliły i miałem jeszcze szczęście ojca wtedy zobaczyć, który był nie sam, tylko ze swoim szwagrem [Piotrem Klimowiczem – dop. red.]. To był mąż jednej z naszych ciotek. Nie pamiętam, czy ta ciotka była wtedy z nami.

W każdym razie ojciec był z tym Klimowiczem, obaj pociągiem pojechali, ślad po nich zaginął. Później, po wojnie próbowaliśmy dowiedzieć się, pisaliśmy do Arolsenii, tam do Niemiec. Odpowiedzieli nam, że nie mają śladu żadnego, przez PCK szukaliśmy, także nie otrzymaliśmy żadnych odpowiedzi. Jednej rzeczy żałuję, że nie zrobiłem, może można by było to teraz zrobić, bo podobno oni obaj pojechali do obozu w Stutthofie, tak ludzie zeznają, którzy twierdzą, że byli tam razem i że oni byli w tym obozie, ale to nie jest potwierdzone przez nikogo. Niestety [nie znam okoliczności powstania kartki od ojca]. Brat mi o tym powiedział niedawno, chyba parę miesięcy temu, że takie coś jest. Ja byłem zdumiony, że ojciec taką informację przekazał. Ja ojca pamiętam, jak stałem przy tym murze, jak ich pchali do wagonów, to go widziałem jeszcze i tego Klimowicza, razem się trzymali. Jeszcze żeśmy do siebie wołali, ja mówię że „tutaj jesteśmy, z mamą”, „jak u was, w porządku?”, ale oni tylko przechodzili, pomachaliśmy sobie i więcej już go na oczy nie zobaczyliśmy.

Żeby ten wątek skończyć, to ja chciałem jeszcze dopowiedzieć: mieliśmy kilka sygnałów, już po wojnie oczywiście, o tym, że ojca z całym obozem, jak szła ofensywa ze wschodu, ewakuowali gdzieś do Rzeszy, do obozu Neuengamme pod Hamburgiemiii, ale zastrzegam, że to są tylko takie informacje od ludzi, bez żadnego potwierdzenia. Ja jeszcze chciałem powiedzieć, że potem dotarły do nas informacje, że podobno Niemcy w Neuengamme zrobili taki numer kiedyś, że podobno ogłosili nabór, jak gdyby do organizacji Todtaiv i kto chciał, to się tam zgłaszał, może liczyli, że się w ten sposób z tego obozu jakoś wymkną. W każdym razie ktoś twierdził, że ojciec też się zgłosił, tylko co się z tymi ludźmi potem stało, nie wiadomo. Zginęli gdzieś, czy ich rzeczywiście wzięli na jakieś roboty, nie wiadomo. Wiadomo tylko jedno, że w Neuengamme, jak miał się już obóz kończyć, to podobno ludzi załadowali na barki i zatopili. Ale żebym twierdził, że ojciec tam w tej grupie był, co ich potopili, to nie, takich informacji nie mam.

Po tym, jak już tych starszych mężczyzn wywieźli, to myśmy jeszcze noc przespali w obozie, na drugi dzień podjechały wagony i po kolei nas zaczęto do nich ładować. Wtedy to już był może 1 września, tych dat to ja już nie pamiętam. (…) Gdy nas załadowali na te wagony, pojechaliśmy. Przez jakie miejscowości przejeżdżaliśmy, nie wiem. Nasza podróż tymi pociągami trwała chyba cały dzień i noc. Rano pociąg stanął, otworzyli drzwi, kazali wszystkim wysiadać, a pociąg stał na torach w gołym polu, nie było żadnej stacji, nic zupełnie. Było natomiast pełno furmanek już przygotowanych, chłopskich i na te furmanki zaczęto ludzi ładować. Pojechaliśmy, najpierw zawieźli nas do jakiegoś majątku. To był duży majątek ziemski, a na dziedzińcu tego majątku był postój. Tam poczęstowano nas zupą, zjedliśmy ją i potem znowu na te furmanki wsiedliśmy i te furmanki nas już rozwiozły po różnych wsiach. Prawdopodobnie oni mieli jakieś dyspozycje od sołtysów, czy od Niemców, nie wiadomo, w każdym razie nas zawieźli, mnie, brata i mamę, do wsi, która nazywała się Przyłęk. To było wówczas 5 kilometrów od Paradyżu, ale takim najbliższym, większym miastem i to kolejowym, było Opoczno. Ja podejrzewam, że [rozładunek z pociągu był] na odcinku kolejowym między Tomaszowem Mazowieckim a Opocznem. (…) W tej wsi rozdzielali nas po chałupach, brat był z mamą. To była bardzo biedna wieś, tam mało było takich gospodarzy, którzy mieli więcej ziemi i byli bogatsi i przeważnie ziemia tam była bardzo słaba. (…) W ogóle to było tak, że ci ludzie, powiedzmy, nie byli zachwyceni naszą obecnością, trudno się dziwić, to naprawdę była biedna wieś. Ja byłem u takiego gospodarza, do którego należała kuźnia, im się z tą kuźnią jakoś powodziło. Jak się człowiek brał za robotę przy tym gospodarstwie, pomagał, no to dostał jakąś tam zupę, barszcz, zalewajkę. A ja byłem po szkole mechanicznej w Warszawie skończonej i miałem zaczątki tego fachu, to ja sobie znalazłem pracę w młynie, bo przy tym młynie był warsztat, w którym naprawiano maszyny rolnicze, nawet nowe maszyny robili i mnie tam zatrudnili do pomocy. No to miałem tam już lepiej, bo parę groszy dostawałem, dawali mi tam obiad. Przychodziłem rano do roboty, a wieczorem wracałem do swojej wsi. Ale już u tych gospodarzy, u których byłem, to kolacji nie dostawałem, bo nie byłem tam z nimi, nie uczestniczyłem w ich pracach. Tak tam wegetowaliśmy, dopóki nie przyszli Rosjanie, wtedy wyruszyliśmy do Warszawy z powrotem. (…) Do Warszawy, szczerze mówiąc, pięć dni wędrowaliśmy, bo nie było pociągów, ale na szczęście dotarliśmy. Nasza chałupina, którą opuściliśmy w czasie powstania, na szczęście ocalała.

Kartka z listem napisanym przez Antoniego Szczepanowskiego do żony Marii w obozie przejściowym w Pruszkowie, zbiory Muzeum Dulag 121

Powiązane hasła

”None