menu

Żurek Zofia – Przeżyłam Powstanie na Mokotowie

Żurek Zofia – Przeżyłam Powstanie na Mokotowie

Zofia Żurek, ur. w 1931 roku, podczas okupacji mieszkała przy ul. Czerniakowskiej. W czasie powstańczych walk, członkowie jej rodziny, których wybuch Powstania Warszawskiego zastał poza domem,  starli się przetrwać na ogarniętym walkami Mokotowie, jednocześnie czynnie włączając się do walki z okupantem. Ojciec Pani Zofii, Aleksander Chrzanowski, wcześniej kierownik robót kanalizacyjnych i wodociągowych w zarządzie Warszawy, wraz z żoną i córką odbył niebezpieczną wyprawę na Sadybę, aby odnaleźć plany stołecznej kanalizacji oraz przekazać je dowództwu powstańczemu.  Jej brat, Andrzej Chrzanowski, pseud. „Borejko”, walczył w I Pułku Szwoleżerów w Zgrupowaniu Pułku Baszta. Nawet sama trzynastoletnia Zofia („Ritka”) zgłosiła się do pracy w powstańczej kuchni. Rodzina została wypędzona z Warszawy w ostatnich dniach Powstania, po kapitulacji Mokotowa.  Z pruszkowskiego obozu zostali wysłani do Wolbromia, gdzie otrzymali pomoc od RGO oraz spotkali się z dużą przychylnością ze strony mieszkańców miasta. Po wyzwoleniu powrócili do Warszawy. Rozmowa z Panią Zofią została przeprowadzona w 2015 roku.

Nazywam się Zofia Żurek, rok urodzenia 1931. Jestem urodzona i wychowana w Warszawie. W czasie wydarzeń związanych z powstaniem miałam dokładnie 13 lat. Mieszkaliśmy przy ulicy Czerniakowskiej 126A. Ten budynek stoi do dziś (to jest tam, jak Szwoleżerów wchodzi w Czerniakowską). To był dom pracowniczy. U wylotu Szwoleżerów była stacja pomp, po lewej znajdowały się budynki pracowników zarządu miejskiego,  za nimi była szkoła. Myśmy się tam sprowadzili w 1932 roku, ponieważ mój ojciec był kierownikiem robót kanalizacyjnych i wodociągowych w zarządzie Warszawy. Mnie tam przynieśli na rękach, miałam wtedy roczek. Całe moje dzieciństwo związane było z ulicą Czerniakowską.

W chwili wybuchu powstania nie było nas w domu, dlatego że na parę dni przed powstaniem nastąpiła koncentracja oddziałów Armii Krajowej i mój starszy brat, który podlegał mobilizacji, udał się na punkt zborny, natomiast ojciec koniecznie chciał, żebyśmy wyjechali z Warszawy. Mama bardzo oporowała, ja oczywiście też, ale ojciec uważał, że rozsądniej będzie opuścić Warszawę. W związku z tym myśmy wyjechali. Nie wiem dokładnie, może to było na trzy, może na cztery dni przed wybuchem Powstania. Wyjechaliśmy do Gołkowa pod Warszawą, to jest taka mała miejscowość, do której jeździła wtedy ciuchcia, nazywali ją „ciuchcia wąskotorowa”. Jej stacja początkowa i końcowa w pewnym okresie była na placu Unii, ale wówczas – przy Królikarni, czyli u wylotu Woronicza. W Gołkowie pobyliśmy kilka dni, ale myśmy się z mamą ciągle kręciły, koniecznie chciałyśmy jechać do Warszawy. Mama, po pierwsze, chciała się dowiedzieć, co się dzieje z moim bratem, poza tym w naszym domu była taka organizacja obywatelska, tam panie przechodziły kursy sanitariatu, przygotowywały się do ewentualnej akcji. No i tak żeśmy ojca obligowały, aż wreszcie w dniu 1 sierpnia – myśmy nie wiedzieli, kiedy powstanie wybuchnie – w godzinach przedpołudniowych wyjechaliśmy.

Jechaliśmy tą kolejką, dotarliśmy do punktu końcowego na rogu Woronicza, tam wtedy była pętla tramwajowa, przy dzisiejszej Królikarni. Kiedy wysiedliśmy – to był przypadek – była akurat godzina 17.00. Zobaczyliśmy od strony Puławskiej, w kierunku placu Zbawiciela, wybuch. Od strony Woronicza była szkoła, w której stacjonowali Niemcy – ona była cała pomalowana w takie barwy ochronne, jak to oni wtedy robili. Dzisiaj jest tam Gimnazjum św. Jadwigi. Nastąpił charakterystyczny moment, kiedy oni dosłownie wybiegli z tej szkoły, położyli się w poprzek Puławskiej i zaczęli strzelać w kierunku placu Zbawiciela. Nas wprowadzono do budynku na Puławskiej róg Woronicza, 136 albo 137, nie pamiętam. Tam żeśmy przebyli noc i następnego dnia rano wszedł ktoś – już nie pamiętam, kto, być może to był żołnierz niemiecki – i powiedział, że możemy wychodzić. Mieliśmy ogromne szczęście, ponieważ w wielu punktach na Mokotowie były akcje egzekucyjne. Natomiast nam powiedzieli: „Proszę iść w kierunku Śródmieścia”. Myśmy zaczęli iść ulicą Puławską i doszliśmy do rogu Malczewskiego. W tym momencie nastąpiła jakaś strzelanina, myśmy po prostu wskoczyli przed tym ostrzałem do budynku Puławska 116, róg Malczewskiego, i tak żeśmy się znaleźli w dzielnicy powstańczej, zupełnie bezszmerowo. Nieprawdopodobne szczęście mieliśmy. Potem żeśmy przeszli do takiego małego budynku na tyłach. Ludzie – tam było niewiele osób – nas tam do piwnicy wpuścili, choć niezbyt chętnie. Dwie panie były mniej chętne, ale jedna,taka bardzo starsza pani, powiedziała: „Nie, nie, oczywiście, proszę wchodzić”. I za chwilę znowu nasilenie strzelaniny. Otworzyły się drzwi i dosłownie wrzucono nam rannego – zrobił to przebiegający, po cywilnemu ubrany oddział – i drzwi się zatrzasnęły. Panie deliberowały, co tu zrobić.  I znowu ta starsza pani wzięła go do maleńkiego i tam położyła. Tak się zaczęło dla mnie powstanie.

Całe powstanie przebyliśmy na Mokotowie, z tym że po drodze powędrowaliśmy gdzie indziej i wróciliśmy. Zaraz powiem dlaczego. Ponieważ, jak wspominałam, mój ojciec był inżynierem, który budował prawie całą sieć kanalizacyjno-wodociągową Warszawy, w związku z tym te kanały znał jak własną kieszeń. Dlatego, jak tam już zaczęły się władze powstańcze sytuować, ojciec się zgłosił i powiedział, że chętnie służy pomocą. Domyślali się, że trzeba będzie uruchomić możliwość połączenia kanałami ze Śródmieściem, bo przecież żadnej innej nie było. Tylko był problem, bo nikt nie miał planów. W związku z tym ojciec postanowił pójść z Puławskiej  na Czerniakowską, bo choć od wielu lat prowadził już własne przedsiębiorstwo i inne roboty, to liczył, że prawdopodobnie w domu jeszcze jakieś plany ma. Wybraliśmy się więc razem, chyba w pierwszym tygodniu sierpnia. Doszliśmy do ulicy Podchorążych, gdzie mieszkał majster pracujący u mojego ojca, więc się u niego na chwilę zatrzymaliśmy. Tam odradzili ojcu, żeby, broń Boże, nie szedł tam, bo tam był taki teren „bezpański”, raz się pojawiali Niemcy, raz powstańcy. Mój ojciec miał wtedy 47 lat. Niebezpieczeństwo było duże. W związku z tym ojciec powiedział, że mężczyzna absolutnie nie może iść, żebyśmy raczej poszły z mamą, a on zostanie. Poszłyśmy więc we dwie, z ulicy Podchorążych na Czerniakowską, doszłyśmy do nas do domu. W domu były moja babcia i żona mojego starszego brata – on się tuż przed powstaniem ożenił, młodo się wtedy wszyscy pobierali. Mama szukała tych planów, niestety nie znalazła, w związku z tym postanowiłyśmy wrócić do ojca. Babcia z naszą gosposią zostały w domu, bratową zabrałyśmy i przyszłyśmy na Podchorążych i wtedy ojciec postanowił przejść przez Czerniaków, bo tam byli jego koledzy, inżynierowie, więc przypuszczał, że może oni będą mieli plany. Czerniaków był wówczas, w pierwszych dniach powstania, taką dzielnicą, do której raz przychodzili Niemcy, raz powstańcy. Myśmy się tam wybrali i, rzeczywiście, plany dostaliśmy.

Przez te kilka dni, które byliśmy na Sadybie, zajęli ją powstańcy. Korzystając z momentu, kiedy rodzice byli czymś zajęci, poleciałam i zgłosiłam się do punktu, że chcę dołączyć do powstańców. Muszę powiedzieć, że nie było wielkich oporów, wprawdzie liczyłam 13 lat, ale już miałam swój wzrost, 1,64 m. Teraz jestem mniejsza. Tak więc wyglądałam dorośle i powiedziałam, że mam 15 lat. Oczywiście nikt mnie nie legitymował. Wybrałam sobie pseudonim – „Ritka”. Myślałam, że pójdę co najmniej do szpitala, a posłali mnie do kuchni – bo do czego im się mogłam bardziej przydać – do tej na Powsińskiej, przy Morsztyńskiej. Tam, w jakimś lokalu, była taka kuchnia polowa, kazali mi wyrabiać kluski, trochę to na moje ręce było za słabe. Mówię: „Może ja przyprowadzę mamę i bratową, większą pomoc?”. Przyprowadziłam je. Mama, jak zobaczyła w moim ręku legitymację i opaskę, nawet słowa nie powiedziała. Nie wiedziała, co się dzieje z moim bratem, a mnie tylko krzyżyk na czole zrobiła. Takie były polskie matki. Ja w związku z tym zapytałam, czy mogę coś mądrzejszego robić, więc mnie skierowali do takiego łącznika do przenoszenia meldunków. Oczywiście nic nadzwyczajnego.

W pewnym momencie miałam takie niezwykłe wydarzenie – kiedy wydawaliśmy z tej kuchni porcje dla powstańców, spotkałam przyjaciela mojego brata. Spotkaliśmy się i niedługo potem wpadła jedna z dziewcząt – do dziś nie wiem, jak to się stało, że one znały mój pseudonim, być może zapytały się o dziewczynkę z długimi warkoczami. Wpadła i mówi: „Ritka, ktoś do ciebie”, więc zapytałam, czy mogę pójść. Zwolniono mnie. Okazało się, że z naszego domu wszyscy zostali wyrzuceni i babcia z naszą gosposią, które wiedziały, że my się na Sadybę udajemy, doszły do tego miejsca i mnie znalazły. Spotkaliśmy i wróciłyśmy do domu – bo ja cały czas nocowałam w domu, tylko tam chodziłam na jakieś działania, które mnie zlecano.

W międzyczasie ojciec wziął te plany, sam powędrował na Mokotów. Podprowadziły go łączniczki mniej więcej w moim wieku. Te dziewczynki, które tamtędy chodziły, świetnie sobie radziły na tamtym, częściowo niemieckim, terenie. Ojciec nawiązał kontakt z komendantem Mokotowa, dowódcą Baszty „Danielem” [podpułkownikiem Stanisławem Kamińskim – przyp. red.] i dostarczył te plany. Baszta była załogą Mokotowa, to był pułk, duża jednostka. Pytał więc ojciec o mojego brata, ale nikt nic nie wiedział. Brat miał pseudonim „Borejko”. Było to panieńskie nazwisko mojej matki, której dziadek był powstańcem z 1863 roku i sybirakiem, w związku z tym mój brat jako pierwszy powstaniec w rodzinie przybrał sobie taki pseudonim. Jego oddział nazywał się I Pułk Szwoleżerów. Na to powiedziano: „Tak, nawet jeden ranny szwoleżer tu gdzieś leży”.  On w ogóle nie powinien być na Mokotowie, bo ten pułk atakował swoje macierzyste koszary, obok Legii, tam gdzie jest ulica Szwoleżerów, ale od razu 1 sierpnia dostali straszny ostrzał i przez Dolny Mokotów powędrowali do ulicy Belgijskiej, stąd ranny znalazł się na Mokotowie. Opieka boska i szczęście nieprawdopodobnie nam sprzyjały. Ten ranny okazał się bliskim kolegą i powiedział: „Tak, Andrzej jest na Belgijskiej, cały i zdrowy”. Ojciec po kilku dniach przywędrował z powrotem, przyszedł po nas i wszyscy razem wróciliśmy na Mokotów. Ja miałam polecenie zameldować się u swojej komendantki na Puławskiej 132, i tak też zrobiłam. Tam była siedziba WSK, czyli Wojskowej Służby Kobiet.

Do dnia kapitulacji Mokotowa, 27 września, byliśmy cały czas na Mokotowie, z tym że potem się żeśmy ulokowali na Tynieckiej 40, naprzeciwko elżbietanek. To była willa, w której mieściła się duża kuchnia polowa i jednocześnie tzw. BIP, czyli Biuro Informacji i Propagandy Armii Krajowej. Tam pozwolono nam nocować. Moja mama i bratowa już nie działały, jedynie się w tej kuchni udzielały, natomiast ojciec nie nocował, chodził cały czas w kontakcie. Nazwisko mojego ojca – inżyniera Aleksandra Chrzanowskiego – figuruje w wielu książkach jako tego, który uruchomił komunikację kanałami.

Ponieważ już właściwie kurczyła się załoga Mokotowa – to było 27 września – już oddana była Królikarnia, oddana była szkoła na Woronicza, oddziały się cofały do Odyńca, w związku z tym i nam, tym naszym organizacjom, kobiecej i dziewczęcej, powiedziano, że niewątpliwie Mokotów już padnie, a to są ostatnie chwile, że oddziały bojowe będą wycofywane kanałami do Śródmieścia. Nasza komendantka od razu powiedziała, żeby te najmłodsze z dziewcząt, szczególnie jeżeli mają rodziny, raczej nie szły do kanałów, tylko zostały z rodzinami i jako cywilne osoby starały się wyjść z Warszawy. W związku z tym ja zostałam. Ojcu mojemu natomiast powiedziano, żeby wychodziły tylko oddziały bojowe i osoby, które miały specjalne przepustki, a on ją dostał. Chciał iść, bo on doskonale te kanały znał.

W międzyczasie mój brat został ranny i leżał tam, gdzie stacjonował jego oddział, w szpitaliku na ulicy Belgijskiej (na rogu Belgijskiej jest zresztą tablica pamięci tego oddziału). Udaliśmy się tam. Już wszyscy jego koledzy wyszli do kanałów, to była noc z 26 na 27 września. Komendant, dowódca Szwoleżerów, podporucznik Aleksander Tyszkiewicz „Góral” – on po 1989 roku zresztą był prezesem w Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej– powiedział, że brat też pójdzie do kanałów z kolegami. Andrzej miał przestrzeloną nogę, ale sam wstał z łóżka i skądś tam zdobyli dla niego laskę. Ojciec mój podszedł do tego dowódcy, prosił, żeby wytłumaczył bratu, że on nie może iść. Mówił: „Ja znam te kanały, są odcinki, którymi można iść, ale są też 70-centymetrowe odcinki, gdzie trzeba się czołgać. Noga przestrzelona, infekcja, no w ogóle nie ma mowy”. Dowódca powiedział tylko: „Decyzja do niego należy, dowódca nie ma prawa mu zabronić”. Jakoś udało się mojemu ojcu mu wytłumaczyć, brat zgodził się zostać. To wszystko znowu było jak zrządzenie losu. Na Belgijskiej 3 stali Szwoleżerowie, naprzeciwko, na Belgijskiej 4 był rentgen (do dnia dzisiejszego zresztą jest tam przychodnia lekarska ), potem skarpa i za nią w dole – taki szpitalik cywilny, prowadzony przez siostry zakonne. W związku z tym, razem z dwoma kolegami brata, którzy nie poszli do kanałów, bo byli ranni, przenieśliśmy brata na tamtą stronę. Trochę szedł, a trochę go taszczyli. Mama, moja bratowa, ja i mój brat zostaliśmy w tym szpitaliku, a ojciec mój poszedł do kanałów. W tym momencie żeśmy się rozstali. Dowódca powiedział, że też nie idzie do kanału, dlatego że zostaje z rannymi leżącymi, jeszcze ciężej poszkodowanymi niż mój brat, bo, mimo że dawno powstańcy zostali uznani za kombatantów,  nie wiadomo, co Niemcy im zrobią. W dodatku ci chłopcy z Belgijskiej cały czas mieli potyczki z żandarmami, oni cały czas się ich obawiali.

Myśmy mieli na Mokotowie takie własne umundurowanie. Tak jak Starówka miała panterki, tak tu były takie lotnicze magazyny, monterskie, i w związku z tym kombinezony były szare. Brat był oczywiście w kombinezonie, ale pod nim miał spodnie. Spodnie miał takie jak był ranny, przestrzelone, krew na nich zastygła zupełnie. Musieliśmy go w nie ubrać. Potem pojawił się problem, co mu włożyć na głowę – przedtem miał furażerkę – więc ludzie przynosili różne czapki, ale w mojej rodzinie, włącznie ze mną, wszyscy mają duże głowy, on był 62 numer, więc trudno mu było coś dać. Jakąś czapczynę dostał, na czubek głowy dosłownie mu ją ludzie wsadzili. Przyznam się szczerze, choć miałam 13 lat – moja bratowa miała 24 lata, bo ona była starsza o trzy lata od mojego brata, mój brat miał 20, mama miała 38 lat – to ja w tym momencie byłam najbardziej operatywna ze wszystkich. W związku z tym, że mój brat był ranny, przygotowałam w maleńkiej walizeczce jakieś buty, resztki żywności, kołderkę i poduszkę – żeby był dla brata pod głowę – które babcia przedtem przytaszczyła. Ja byłam ubrana, kołdrę miałam na tej walizeczce, a tego jaśka już nie miałam gdzie włożyć, to go pod ubranie wepchnęłam.

Rano o świcie 27 września wpadł żołnierz niemiecki, jak się potem szczęśliwie okazało, z Wehrmachtu, nie ci żandarmi z Dworkowej, i woła: „Czy są tutaj bandyci, czy ktoś ma broń?”. Zakonnica powiedziała, że są tylko ranni, nie ma żadnych powstańców, sami cywile. Na co on odpowiedział: „Cywile, cywile też do nas strzelają”, i pokazał, że ma przestrzeloną panterkę. Wyprowadzili nas, ale bez żadnych szykan, pozwolili nam wyjść, pokrzyczeli trochę, ale na tym się skończyło. Wyszliśmy. Brat mój szedł oparty o tę laskę, jeszcze węzełeczek z żywnością miał, wspierał się też na żonie. Obok nich szła moja matka i ja z boku. Doszliśmy kawałek do rogu Puławskiej (Belgijska nie jest długą ulicą), tam była barykada, rozwalona, nie rozebrana, i jemu z tą nogą – on miał jeszcze szwy – ciężko było tam przejść, więc nawet jakiś Niemiec ruszył się, ja nie wiem, czy on mu w końcu pomógł, czy tylko gest zrobił, ale brat nie bardzo chciał skorzystać, bo mu jeszcze zadziorność z powstania została. Drugi z Niemców wyjął aparat fotograficzny. Jak to zobaczyłam, tak trochę odskoczyłam, bo pomyślałam: „Co tu nas będzie jakiś Szwab fotografował!”. Wie pani, dziecko trochę inaczej rozumuje. W każdym razie całą ich trójkę i zakonnicę, która szła za mamą, ujęli i potem to zdjęcie ukazało się na afiszach, którymi oplakatowana była cała Generalna Gubernia (tak się przecież ta część Polski nazywała), zatytułowane „Koniec tragedii Warszawy”. Żeby było śmieszniej, to na innym zdjęciu wśród wychodzących powstańców ze Śródmieścia jest mój brat cioteczny, tylko on tam był maleńki, a oni na tym zdjęciu – doskonale widoczni.

Andrzej Chrzanowski z żoną (obok) oraz matką (z tyłu) podczas opuszczania Warszawy 27 września 1944 roku. Fot z pryw. arch.

Przeszliśmy przez tę barykadę, szliśmy Puławską, potem weszliśmy w ulicę Szustra, dzisiaj Dąbrowskiego. Na rogu Szustra i Puławskiej stała taka karuzela, pewnie podobna do tej, która – jak mówiono – była koło getta w czasie powstania, oczywiście nieczynna. Tam byli Ukraińcy, nie Niemcy. Oni mieli swoje brązowe mundury – ja zresztą jeszcze je z czasów okupacji pamiętałam, bo jeden pan, który dawniej pracował z moim ojcem, chodził w takim mundurze . I tam stał właśnie taki Ukrainiec. Nie wiem dlaczego, ale moja mama bezsensownie zdjęła złoty zegarek, który miała, i wrzuciła go luzem do torebki. On zaś kazał matce ją otworzyć i ten zegarek wyciągnął i oczywiście zabrał. Wtedy inne kobiety do mojej mamy mówią: „On zabrał pani zegarek, pani pójdzie powie oficerowi, każe oddać”, ale matka wiedząc, że prowadzimy przede wszystkim tego mojego brata, mówi: „Ja się będę o zegarek upominać, a tutaj jego mi chapsną”. W dodatku mój brat – ludzie byli wtedy niżsi niż dzisiaj – miał 1,86 m wzrostu, więc tak jeszcze sterczał ponad wszystkimi, a prawie same kobiety tam były. Poszliśmy dalej tą ulicą Szustra, doszliśmy mniej więcej do rogu alei Niepodległości (tam, gdzie jest dzisiaj klinika na Wołoskiej). To była albo Wołoska, albo aleja Niepodległości, tam były pola, więc trudno mi powiedzieć, która to była przecznica. I tu nastąpiło rozdzielenie: kobiety idą osobno, mężczyźni osobno. Oczywiście mojego brata też oddzielono od nas. Stał tam również ksiądz. On chciał podejść i pomóc bratu, który był przecież ranny, ale mu nie pozwolili, odepchnęli go. W tym momencie powiedziałam: „Żebym trupem padła, ja się stąd nie ruszę, po prostu nie dam się oddzielić od brata”, i zaczęłam tak rozpaczliwie krzyczeć i płakać, że moja matka mówiła potem, iż mnie anieli niebiescy słyszeli. Przytomnie matki się spytałam, „Mamo, jak jest »ranny« po niemiecku?”, a ona: „Verwundet”, wiedziałam, że brat jest „mein Bruder” , więc od jednego do drugiego z tych Niemców biegałam i krzyczałam „mein Bruder verwundet!”. Jeden mnie odepchnął, drugi mnie odepchnął, brat mówił: „Zabierz ją, bo któryś w końcu wyjmie spluwę i zwyczajnie strzeli”. Naraz spojrzałam na takiego jednego w panterce, z rękami na karabinie, panterka tak luzem, w hełmie – nie wiem dlaczego, co mnie do głowy strzeliło, bo ci młodzi byli najgorsi, zaczęłam przy nim rozpaczliwie płakać i on rozłożył ręce bezradnie – to był jakiś szeregowy żołnierz – że on nic nie może. No to ja mu pokazałam, że tam są oficerowie, zaczęłam go ciągnąć i proszę sobie wyobrazić, że on poszedł ze mną i z całego tego tłumu jednego, jedynego mojego brata wyprowadził. Więc jak mówię, ta opieka boska cały czas nad nami czuwała.

Wtedy stamtąd, gdzieś na wysokości alei Niepodległości czy Wołoskiej, dalej Wołoską aż do Odyńca nas poprowadzili. Tam, gdzie dziś autobusy chodzą z Odyńca (tu są do dziś ogródki działkowe i na wejściu do tych ogródków działkowych są te mniejsze domy) była taka brama, myśmy się przy niej zatrzymali. Stanęła też tam idąca za nami zakonnica, popatrzyła się tak na mnie i – chociaż pewnie widziała dziecinną buzię i warkocze – mówi: „Mój Boże, pani tak dźwigała, a jest pani w odmiennym stanie”. A ja miałam 13 lat. W tej strasznej chwili, kiedy przed momentem mojego brata zabierali od nas, myśmy się zaczęli śmiać, zwyczajnie się zaczęliśmy śmiać z tego zestawienia. Ja pod ubraniem miałam tę poduszkę dla brata.

Ten Niemiec już nas nie odstępował, cały czas szedł koło nas, mało tego, ponieważ mój brat dosyć dobrze mówił po niemiecku. Oczywiście on tak się nie odzywał, ale na przykład, gdy zobaczyłam po drodze pomidory (myśmy tego nie widzieli przez dwa miesiące) i chciałam po nie biec, to on od razu powiedział: „Niech pan powie siostrze, żeby nie biegła, bo oni nie pozwalają, zaraz będą strzelać”. I tak nas calutki czas holował. Znowu stanęliśmy, zobaczyliśmy te wille, takie puste, i brat do niego mówi, żeby on nas puścił, a on mówi: „Nie, ja was nie puszczę, bo oni siedzą w piwnicach, wy tam pójdziecie, a oni będą strzelać”. W związku z tym zawrócili nas na tę ulicę Odyńca i myśmy poszli nią, tak jak dzisiaj, do wylotu alei Niepodległości i w kierunku Służewca, wyścigów konnych. Tam był taki jednodniowy obóz przejściowy. Tam żeśmy doszli. I w momencie, kiedy już wchodzimy do tego obozu, brat znowuż mówi do Niemca, żeby nas puścił i on znamienne słowa powiedział do niego: „Nie, nie mogę was puścić, ale nie bójcie się, tam nie ma ani gestapo, ani Ukraińców”. Nawet Niemcy zdawali sobie sprawę, kto był najgorszy. Powiedział „Ani gestapo, ani Ukraińców, tam jest tylko Wehrmacht”. Zresztą było to zgodne z prawdą. „Możecie wejść”. My wchodzimy i jedną z pierwszych osób, które widzimy, jest mój ojciec. Ojciec jednak nie wszedł do kanałów – jak miał wejść do kanałów, to przestali do nich wpuszczać. Stare Miasto się wyewakuowało kanałami, a kanały mokotowskie się strasznie skończyły. Gros Mokotowa zginęło od gazów, część się pobłąkała, część wracała. Ci nieszczęśliwi, którzy na Dworkowej wyszli – na przykład przyjaciel mojego brata z siostrą, moją serdeczną koleżanką, dwoje rodzeństwa – właśnie tam zostali rozstrzelani. Gdyby ojciec szedł z nami, to pewnie by go z moim bratem zabrali, ja bym wtedy tak nie wojowała, tymczasem on był w takiej grupie, w której mężczyzn nie rozdzielali. I znowuż nas tak Bóg doprowadził. Ja tak trochę jak dewotka, ale naprawdę nie mogę inaczej mówić, tylko muszę sprawiedliwość oddać Bogu.

Przenocowaliśmy. Już nie pamiętam, w jakich warunkach. Oni jakąś zupę dawali. Garnków nie mieliśmy, może wzięliśmy ją w jakieś puszki, nie pamiętam. Coś z tej żywności w mojej walizeczce było. Następnego dnia rano – szczęśliwie deszcz nie padał ani nie było zimnej nocy – zebrali nas, ustawili w czwórki. Myśmy stali na początku. Znowuż widzimy, że taka grupa Niemców wyraźnie na nas pokazuje. Niestety było widać te spodnie skrwawione. Brat ledwo stoi już o tej lasce, a oni na niego wyraźnie pokazują. Serce nam znowu zamarło. Ludzie tam po kolei, grupowo odchodzili, ruszali piechotą do Pruszkowa, a Niemiec podchodzi, pokazuje na brata i mówi, że „on jest ranny, więc nie może iść piechotą, tylko musi iść do pociągu”. To była taka węglarka nieprzykryta, otwarte wagony. Na co mój ojciec mu odpowiada, że „ganze Familie”, i ten Szwab na to: „Ganze Familie to ganze Familie”.

Wsiedliśmy w pociąg, parę godzin żeśmy jechali, już zmrok, ciemno było, deszcz zaczął padać w międzyczasie. Wysiadamy na stacji w Pruszkowie i pierwsze, co słyszymy – moje panieńskie nazwisko jest Chrzanowska: „Czy nie ma tu Chrzanowskich?”, na co mój brat od razu powiedział mi: „Babunia!”. Moja babcia! Moja babcia, która się już wcześniej wydobyła z Warszawy. Miała raptem 60 lat, ale wtedy uważała, że jest tak strasznie stara, że w ogóle może wszędzie włazić, znała dobrze i niemiecki, i rosyjski, więc czy z Ukraińcami, czy z Niemcami mogła sobie poradzić. Była nieprawdopodobna. W Warszawie dwa razy była, myśmy nasze rzeczy zrzucali, a ona je zbierała i wynosiła. Babcia weszła do Pruszkowa, ale na ochotnika, w związku z tym zaprowadzili ją do jakiegoś zielonego wagonu, pamiętam, gdzie siedziało gestapo. Dali jej taki papier pusty, że natychmiast ma obóz opuścić, bo na ochotnika to nie ma nikogo. Nie z moją babcią takie numery! Babcia przepustkę wzięła do kieszeni i się rozmyła. W tych strasznych halach znalazła dla nas miejsce na takim podwyższeniu, deski tam były. Nawet żywność miała i już z jakimś lekarzem się porozumiała. Powiedzieli babci, że Mokotów nadchodzi, bo ona ciągle się pytała, czy już jest Mokotów. Ona przecież z Czerniakowskiej wyszła. Podchodzimy, a to akurat był dzień urodzin mojego brata i on mówi: „Babciu, skądżeś się tu wzięła?”, a babcia mówi: „No, Andrzejku, dzisiaj twoje urodzinki i przyniosłam ci trochę śliweczek”. Przyszła sobie na spacer. Potem jeszcze dzień żeśmy tam byli. Ciągle nie wiem, czy to była hala nr 1, czy hala nr 5, bo pamiętam, że na hali nr 2 byli powstańcy.

Powstańcy byli w hali nr 7.

Zdawało mi się, że 2.

Nie, nr 2 to był szpital obozowy i komisja lekarska.

To może dlatego stamtąd ten lekarz przychodził, którego przyprowadziła do nas na drugi dzień babcia.

Tak, lekarz mógł być z dwójki. To był Polak, Niemiec?

Polak, Polak. Ciemny pan, w ciemnej jesionce. Mnie się wtedy wydawało, że w poważnym wieku, pewnie miał gdzieś między czterdziestką a pięćdziesiątką. Noc żeśmy tam przybyli i rano babcia go przyprowadziła, on powiedział, że Andrzej, ranny, będzie jako nienadający się do wywiezienia. Stamtąd zresztą wtedy to raczej wszystko szło na GG, już nie do obozów. Ludności cywilnej głównie chodziło o to, żeby się dostać do tej jedynki czy piątki, bo stamtąd się wyjeżdżało do Generalnej Guberni.

To się zgadza.

Czyli to pasuje. Lekarz powiedział, że Andrzej wyjdzie jako ranny, ja z mamą jako dziecko z mamą – choć przed chwilą brali mnie za ciężarną – ojciec mój jako starzec. Miał 47 lat! Ale ojciec nie golił się, brodę z powodu przeżyć miał siwą.  On, który zawsze był człowiekiem niesłychanie czynnym, zawsze bardzo dbał o rodzinę, nie mógł sobie po prostu poradzić z tym, że on nic nie może zdziałać. Był w ogóle zgnębiony, zmaltretowany. Odżył dopiero i doszedł do siebie chyba po roku. Więc jego potraktowano jako starca. Ale była jeszcze moja bratowa. Już nie pamiętam, jak ona tam była szwarcowana, miała 23 lata, ale jakoś jej się udało.

W obozie myśmy byli dwa albo trzy dni, bardzo krótko. W pewnym momencie się z nimi gdzieś zgubiłam, to było chyba drugiego albo trzeciego dnia. Pamiętam też, że mama któregoś razu przyniosła zupę. Gdzieś znalazła garnek emaliowany, obity, bo przecież nie mieliśmy żadnych naczyń. Przyniosła tę zupę, ale nigdy w życiu nie widziałam matki tak roztrzęsionej. Powiedziała, że ci ludzie tak się zachowywali przy rozlewaniu zupy, tak wyrywali ją sobie, że gdyby nie to, że chciała przynieść dla nas, toby w życiu tej zupy nie wzięła. Strasznie rozdygotana była.

Ale to czy to więźniowie czy ci, którzy nalewali, tak się zachowywali?

Nie, ci, którzy przyszli po zupę, nie ci, co rozlewali. Mnie zresztą tam nie było. To wiem z relacji mamy. Babcia zaaprowizowała nas w jakieś kawałki chleba. W tym Pruszkowie nic się nie stało. Był tylko ten lęk, czy się człowiek dostanie, czy się nie dostanie tam na tę halę. A oni jeszcze w ostatniej chwili potrafili zabierać tych już wychodzących. Wreszcie okazało się, że już jest transport. Akurat tego dnia, kiedy myśmy wyjeżdżali, była jakaś delegacja. Ta delegacja stała z boku, dosłownie, gdy nas z tej hali wyprowadzali do pociągu. Przypuszczam, że właśnie może ta delegacja PCK, znaczy nie PCK, to był szwajcarski Czerwony Krzyż…

Nie, właśnie nie, to najprawdopodobniej była taka delegacja akowska ze Śródmieścia z hrabiną Tarnowską, oni przybyli przed tymi rozmowami w Ożarowie, przed podpisywaniem układu.

Zaraz, ale to był 29 albo 30 września!

Ale oni właśnie wtedy byli, właśnie jako delegacja PCK, z opaskami PCK. Międzynarodowy Czerwony Krzyż wizytował w obozie 1718 września.

Aha. To nie, my byliśmy dużo później. Dzięki tej delegacji, przypuszczam, troszkę bardziej przez palce patrzono na moją bratową, na którą nie było patentu za bardzo. Ojciec z kolei, nie wiem skąd, miał jakiś czajnik, taki blaszany, pusty. Pamiętam, że było mleko skondensowane w puszkach i ojcu do tego czajnika wrzucili je. Takie były momenty. Nie wiem, czy coś poza tym mlekiem skondensowanym dawali, w każdym razie oni stawali z boku w momencie, jak my wchodziliśmy do tych wagonów. Babcia szła cały czas z nami do momentu, jak już nas puścili do wagonów. Wtedy się odmeldowała, wyjęła swoją przepustkę i tak wyszła z Pruszkowa. W ogóle nie było sprawy, wypuścili ją.

Weszliśmy do takich węglarek odkrytych, nie mieliśmy przykrytych wagonów. Jeszcze na samej stacji ktoś próbował uciekać, strzelali. Ludzie mówili, że trafili, zabili. Ja nie widziałam tego, tylko słyszałam relację. Ale to bardzo sporadyczne było. Jechaliśmy kilka dni, ale nie jestem w stanie powiedzieć dokładnie ile. Wiem, że jechaliśmy przez Kielce. W Kielcach – nie wiem, czy to było RGO, czy Czerwony Krzyż – mieli rannych i chorych zabierać. Chcieli zabrać mojego brata, ale bez nas. Brat powiedział, że za żadne skarby świata, bo on chce zostać z nami. To był jedyny moment, kiedy nam gdzieś w polu pozwolili się załatwić, że tak powiem. Jedna była straszna chwila, całe szczęście, że mój ojciec tego nie widział, bo nie wiem, co by było. Myśmy tego brata mojego usadziły, on miał tę nogę wyprostowaną, sztywną, bo szwy, noga przestrzelona, szczęśliwie kość ominięta, i w którejś godzinie tej jazdy jakaś taka prymitywna kobieta podeszła, skopała go po tej nodze i mówi: „Pan się tak rozwala, bo pan jest »jenteligient«”. Do końca życia będę to pamiętała, szczęście, że mój ojciec nie widział tego. Chyba bratowa to widziała. Do końca będę to pamiętała. Najobrzydliwszy gest, po całej tej drodze, tych Niemcach, tym wszystkim, co matka moja miała przy tej zupie.

Zupełnym kontrastem było to, jak dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia. Jechaliśmy, nie wiem, chyba przez tunel, przez Jędrzejowice, przez Miechów, znaleźliśmy się w Wolbromiu.  Wolbrom to było takie miasteczko wtedy – nie wiem, jak jest teraz, bo od wojny tam nie byłam – na jednym wzgórku położone. Miało ono około, jak mi mówiono, sześciu tysięcy mieszkańców i przyjęło cztery czy pięć tysięcy warszawiaków. To było coś nieprawdopodobnego. Stacja kolejowa była w dole, bo to był dość górzysty teren. Po drugiej stronie, była fabryka. W tej fabryce siedzieli Niemcy, ale wszyscy się tak jakoś między sobą dogadywali, że Niemcy się prawie nie wtrącali do tego, co się w Wolbromiu dzieje, nie przeszkadzali. Zresztą mówiono, że Wolbrom powstał ongiś jako osada złodziejska, nie wiem, w każdym razie ci ludzie umieli się świetnie porozumieć. Do tego stopnia, że Niemcy pozwolili na zniesienie zaciemnienia. Stacja więc była oświetlona, oddziały chłopcy z Ochotniczej Straży Pożarnej – bo w czasie okupacji Ochotnicza Straż Pożarna nasza funkcjonowała – straż tam pełnili. Od razu na stacji cudowny, świeży chleb, gorąca herbata i – powtarzam – to miasteczko przyjęło nas.

Na stacji była straż tylko straż pożarna?

Jeszcze RGO. Tak mnie się wydaje. Natomiast z ochotniczej straży takie młode, rosłe chłopaki, z jakimiś insygniami, od razu rannych na nosze zabierali. Myśmy oczywiście protestowali. Powiedzieli: „Jest jeden szpital w mieście, będziecie wiedzieli, gdzie zapiszemy, damy znać” itd., uspokoili nas, że będzie wiadomo, co się z Andrzejem dzieje. Zresztą po kilku dniach, dość szybko, on doszedł do siebie. On miał niesamowite szczęście, bo kula przeszła przez mięśnie, nie  naruszyła kości,  Powstańcy mieli swojego lekarza oddziałowego, a Andrzej został postrzelony  bardzo blisko ich siedziby, na Belgijskiej, w związku z tym oni go od razu do tego szpitalika zabrali i natychmiast wszystko co trzeba było zrobione. Zresztą ten lekarz ich zginął w tych kanałach. Prawie cała załoga zginęła. Zostało właściwie kilku, którzy przeszli w takiej pierwszej czołówce i jakoś tam się wydostali. Został z rannymi ich dowódca, który chciał niepewny los podzielić ze swoimi rannymi żołnierzami i właśnie dzięki temu ocalał.

Czy pamięta pani, czy w momencie przyjazdu lub później ktoś państwa spisywał, robił jakąś ewidencję?

Nie, nie pamiętam. Może rodzice robili, ale raczej bym widziała, bo ja nie chodziłam do szkoły, raczej się razem trzymaliśmy, więc przypuszczam, że nie, ale kategorycznie nie powiem. Niedługo – cztery dni mieli obowiązek przetrzymać, dać jeść i spać, po czym z okolicznych wiosek przyjeżdżały furmanki i furmankami rozwozili ludzi na wieś. Ale ponieważ myśmy się tam dość dobrze zorganizowali,  mogliśmy zostać w tym Wolbromiu. Myśmy zostali z kilku powodów, ale myślę, że przesądzające było to, że na tych terenach przebywał prawdopodobnie nasz wujek. Nie wiem, ja go nie widziałam, może celowo rodzice mnie gdzieś posłali z uwagi na to, że był w konspiracji, ale nie jestem pewna.

Mieszkaliśmy na Krakowskiej u takiej kobiety, ona miała swój dom. To były takie nieduże, jednopiętrowe domki, jak to w małych miasteczkach, wzdłuż tej ulicy Krakowskiej. Ona mieszkała gdzieś od frontu, a z tyłu, w takiej jak gdyby oficynce, gdzie się takim balkonem przechodziło wzdłuż tego całego mieszkania, był pokój z kuchnią. Nas tam było sporo – rodzice, bratowa, potem się ta moja druga babcia znalazła, która przybyła ze swoją towarzyszką niedoli, no i myśmy tam w tym całym towarzystwie mieszkali. Myśmy zajmowali to mieszkanie, ale właścicielka nam jeść absolutnie nie dawała, bo to nie było ustalone. Tam kiepsko było lokalowo.  Pewnego razu moja bratowa z jakąś panią z jakiegoś biura niosły stół, przecież nie z żadnego mieszkania oczywiście, a ktoś tam wykrzykiwał: „Warszawianka, nie wstyd ci?”. Ale to był taki kontrast właśnie. Na szczęście ci nasi gospodarze przyzwoici byli. Podejrzewam, że oni musieli mieć kontakty z jakąś organizacją.

Szybko rozeszła się wieść, że mój brat na konspiracyjnych kursach kończył politechnikę i mógł dawać korepetycje, które były opłacane w kaszy, w różnych wiktuałach. Mój ojciec z kolegą inżynierem chemikiem, z którym się spotkał na miejscu przypadkiem, zaczęli robić mydło. To mydło było koszmarne, a mnie jako biednemu dziecku dawali, żebym to sprzedawała. Potem też sprzedawałam lichtarze. Moja mama jeszcze przed wojną pod Domem Towarowym Braci Jabłkowskich robiła jakieś zakupy świąteczne na Boże Narodzenie i stało dwoje dzieci i sprzedawało lichtarze, to był 1938 czy któryś tam rok. Lichtarze były z szyszek zrobione, złotych i srebrnych, druciki takie były, ukręcone na świeczkę. Dwoje takich, rodzeństwo, nie wiem, ile lat mieli, ale mama mówiła „dzieci”. Mamie tak się ich strasznie żal zrobiło, że wszystkie te lichtarze, ile tam mieli, kupiła i zabrała. Jak byliśmy po powstaniu to mój brat sobie to przypomniał i tym swoim uczniom przychodzącym na korepetycje powiedział, że również mogą mu płacić szyszkami. Oni szli do lasu, zbierali szyszki, w piecu je suszyliśmy, mój brat farbą je malował, drut skądś zdobył i robił takie lichtarze. Wtedy miałam najpiękniejszą choinkę, przepiękną jodłę z lasu. Nigdy w życiu nie miałam tak pięknej jodełki. Ubrana była tylko tymi lichtarzami, bo czym mogła być, jabłuszka skądś były, najpiękniejsza choinka, jaka mogła być.

A coś więcej może pani powiedzieć o Wolbromiu?

To było małe miasteczko, spokojne, dobrze żyjące, tam żadnych szykan specjalnych nie było. Tam nikogo nikt nie szukał, nic do nikogo nikt nie miał. Nigdy żaden Niemiec tam nie śmiał nas zaczepić w ogóle, żadnych zatrzymań nie było. Oni mieli jakieś swoje sprawy, znaczy myśmy tak to oceniali. To, że zwolnili nas z zaciemnienia, to była rzecz bez precedensu w ogóle w czasie wojny. Powiem pani, strasznie mi było przykro kiedyś. Nie wiem, czy pani słyszała, w czasie komuny odbył się tam  pokazowy proces, w którym niszczono księży, tam m.in. sprawa biskupa Kaczmarka była itd. Muszę więc powiedzieć, że jak widziałam właśnie ten Wolbrom – telewizji wtedy jeszcze nie było, ale na kronikach filmowych te procesy pokazywano, przez radio transmitowano – było mi wtedy strasznie przykro, bo zeznawała ta sama ludność i  byli przeciwko tym księżom. A ja wiem, że ten Kościół był taką ogromną opieką dla ludzi, i to nie było tak bardzo dawno po tym, co się tam w czasie wojny wydarzyło wszystkim. Być może, że wiele innych miejscowości też tak się zachowało, ale ja miałam kontrast w porównaniu z Krakowem.

Właśnie, powiem pani na marginesie, jak się Kraków zachowywał w odróżnieniu od Wolbromia. Chcę powiedzieć, że ten antagonizm warszawsko-krakowski niestety prawie wszędzie się przejawiał. Do końca życia tego nie zapomnę. Mama, ponieważ odnalazła się ta moja druga babcia, u której były jakieś dolary rodziców, wzięła je i pojechała z kolei do Krakowa, żeby wymienić, bo w Wolbromiu nie było możliwości. Pojechała ze mną i udałyśmy się pod Sukiennice. Pamiętam, mama wymieniała dolary, potem stanęła i do mnie powiedziała tak: „No, nasze ostatnie dolary, teraz już jesteśmy nędzarzami”. Ten cinkciarz, wtedy się tak nie nazywali, ten handlarz, to usłyszał, podszedł i dołożył mamie pieniądze. Zdawało się, że to tacy bezwzględni ludzie, prawda? A tu znalazł się w Krakowie taki. Mama szukała w Krakowie wuja, który był człowiekiem bardzo zamożnym, miał piękne mieszkanie, więc myślała, że się może do niego dostanie. Pojechałyśmy tam, mieszkanie było zamknięte, on gdzieś wyjechał. Nie miałyśmy więc co zrobić z sobą, wokoło mieszkania pozamykane, nikt nie reagował i zaraz gdzieś ze stryszku jakaś pani wyszła i mówi: „Proszę pani, ja tu mieszkam na stryszku, to tylko taki zagospodarowany pokój, pani nie ma gdzie się z dzieckiem podziać (no bo ja wtedy jeszcze za dziecko uchodziłam), to proszę do mnie na nocleg”. Ale ta pani to była lwowianka, wyrzucona wcześniej ze Lwowa. Jeden ten gest, nikt inny nam nie pomógł. Myśmy z mamą, wracając do tego Wolbromia, pokupowały bułki, rzodkiewki, już nie pamiętam, jakieś tam zakupy żywnościowe i szłyśmy na ten pociąg do Wolbromia. Na stacji powiedzieli, że Śródmieście jedzie, no to myśmy z mamą poleciały, bo chociażby ta moja druga babcia i siostra mamy były w Śródmieściu, na Hożej. W odróżnieniu od Wolbromia nie było nikogo – ani kawałka chleba, ani szklanki herbaty, nie było żadnego zainteresowania. My to, co kupiłyśmy za te nasze ostatnie pieniądze, to im wrzuciłyśmy do wagonu. I te dowcipy krakowskie. Krakowianie mówili tak: „Warszawiacy to jak koty, miał, miał”, znaczy to, żeśmy mieli, czego teraz nie mamy. Moja mama szła w tym palcie mojego brata, bo innego nie miała, i w tych jego butach. Jakaś pani, elegancka, zatrzymała moją mamę: „Proszę pani, dlaczego jest pani w męskim palcie?”. Co to za mentalność, żeby kogoś zapytać o taką rzecz, szczególnie w okresie wojny. Moja mama powiedziała krótko: „Ja jestem z Warszawy”. Uważała, że to powinno wszystko wyjaśnić. A ona mówi: „No to cóż z tego, przecież tak wygląda pani”, „Proszę pani, powstanie nie zastało mnie w domu, więc zwyczajnie byłam w letniej sukience, to jest palto wyniesione, mojego syna”. Na to ona dalej ciągnie: „No dobrze, ale przecież tam, gdzie pani była, ludzie wszystko zostawiali i nikt nic pani nie dał?”. Mama się wtedy zeźliła, powiedziała: „Proszę pani, pani mi na oko wygląda, że ma niejedno palto, da mi pani jedno?”. Na pięcie się obróciła i poszła. To jest jeszcze drobiazg. Mówili warszawiacy, że były sporządzone listy warszawiaków i oddawane Niemcom, bo Niemcy jeszcze wyłapywali warszawiaków potem z domów w Krakowie. Ma pani różnicę z takim Wolbromiem. Dlatego jak gdziekolwiek będziecie, temu Wolbromiowi naprawdę należą się najwyższe słowa uznania, do ostatniej chwili byli wobec nas bardzo fair. A przecież Kraków był tak nieprawdopodobnie inteligencki, z takimi historycznymi zadęciami, a przecież w Wolbromiu inteligencja to raczej jakiś minimalny procent, jeżeli nie promil, a tak się ci ludzie zachowywali. Wiem, że tam niektórzy narzekali, że nie wszyscy chcieli potem na tę wieś jechać, że woleli zostać w  Wolbromiu. Ale wie pani, jeśli ktoś się zdecydował, to znaczy, nie wiem, na ile to było dobrowolne, na ile to było przez, powiedzmy, zarząd miasta wyznaczone, tych mechanizmów nie znam.

Branki były bardzo często robione, oni warszawiaków szukali bez przerwy, nawet tych, których sami przecież wypuścili do GG. Pewnego razu moja  Moja mama, babcia i bratowa jeszcze raz znalazły się w obozie w Pruszkowie. Kuzyn nasz, który był inżynierem, mieszkał w Błoniu i dobrze żył z Niemcami i ponieważ jakieś roboty rozbiórkowe prowadził czy coś, miał przepustkę i jeździł do Warszawy. Trochę mi się nie podobało, bo on dużo tam mienia jakiegoś z Warszawy wywiózł. Ale ponieważ on w czasie studiów mieszkał u mojej babci na Hożej, więc czuł jakieś zobowiązanie. Był więc w mieszkaniu mojej drugiej babci, a tam w piwnicach miały być z kolei futra rodziców itd. On jakieś worki tam znalazł. Przekonany, że to są rzeczy moich rodziców, chyba poprzez ogłoszenie nas zawiadomił i pojechałyśmy do Błonia po te rzeczy. Moja bratowa też, ponieważ jej rodzice mieszkali na Boernerowie, dzisiejsze Bemowo, tam Niemcy nie wyrzucili ludzi, więc ona tych rodziców chciała odwiedzić. Niestety, okazało się, że albo jemu podmienili, albo coś tam innego się stało, ale nie były to futra moich rodziców, tylko stare kołdry. Wiem, że mama z babcią i bratową poszły na jakiś targ, tylko nie pamiętam, czy gdzieś w Ursusie, czy w Pruszkowie. Tam Niemcy łapankę zrobili i z powrotem je do Pruszkowa zapeklowali, wszystkie trzy, tym razem mnie nie było, tylko z kolei była babcia. Ja wtedy z gosposią, Milą zostałam w Ursusie. Tam też była łapanka niemiecka, ale Mila mnie wsadziła do jakiegoś łóżka. Ją zabrali, ale potem im się też wyrwała i przyszła.  Ale babcia sobie i tak poradziła w Pruszkowie, bo tam znalazła jakiegoś Niemca, jak się okazało Ślązaka. On śląską gwarą mówił, ale po polsku, że nie może patrzeć, jak pomyśli, żeby tak jego żona siedziała. Babcia zaczęła więc go urabiać, żeby je wypuścił, że to trzy baby są itd. No i on je wypuścił, wyprowadził je do jakiegoś muru, babcia i mama dały mu jakieś dolary, ale odnosiły wrażenie, że jakby mu nie dały, to on też by im pomógł. Jeszcze się jakaś baba do nich przypętała i ona się cały czas pierwsza pchała. Wydostały się znowuż z Pruszkowa, także one były jeszcze raz w Pruszkowie, ja już nie byłam.

Ale kiedy to było? To było po wywiezieniu do Wolbromia?

Tak! Ja nawet strasznie rozpaczałam, bo jako trzynastolatka to byłam szalenie z matką związana, chciałam koniecznie z mamą jechać po te rzeczy, bo one jechały po worki do tego kuzyna z Błonia. Mama powiedziała, że to nie ma sensu, żebym gdzieś jeszcze jeździła. Ale pojechała z moją babcią i bratową. Po coś one się tam wybrały, tam był taki targ i tam się warszawiacy spotykali, wymieniali się, kupowali, bo przecież prawie nic się nie miało, myśmy mieli tylko to, co Mila wyniosła. Na przykład moja matka chodziła w palcie mojego brata i w jego butach, czterdziesty trzeci numer. Dlatego że mama miała sandałki na sobie i letnią sukienkę. Bo jej futra były na Hożej.

Najpiękniejsza Wigilia i pasterka, jakie miałam, były w Wolbromiu. To były takie prawdziwe, ludowe, ze zbożem sypiącym się w kościele od powały. To były tam ostatnie nasze dni. Jak wyszliśmy z tej przepięknej kolędy, był taki nastrój iście ludowy. Szliśmy z kościoła przez rynek do tej naszej Krakowskiej, gdzie mieszkaliśmy, i patrzymy, a tam niemiecki samochód, jeden za drugim. Wtedy ojciec wpadł na pomysł, żeby skupować bimber. Myśmy oczy przecierali, bo on był prawie abstynentem, mimo że kiedyś, w 1920 roku, był ułanem itd. Ale w ogóle prawie nie pił alkoholu. Ojciec powiedział: „To będzie benzyna, na której pojedziemy do Warszawy” i ruszył po ten bimber, mówi: „No, to już się szykujemy”.

Kapitalne było wyzwolenie tego Wolbromia. Myśmy byli przy tym głównym trakcie, gdzie odwrót Niemców się odbywał. Myśmy z mamą wracały do nas, na tę ulicę Krakowską. Szłyśmy i w tym momencie w tej pustej zupełnie uliczce zatrzymał się taki jakiś volkswagen niemiecki, bo oni mieli takie volkswageny antibie. Wysiadł taki bardzo elegancki oficer. To nam zostało w pamięci – armia w odwrocie, a ten oficer był taki wysztyftowany. Niemcy, wie pani, wyglądać umieli, te mundury niestety były bardzo twarzowe, to trzeba przyznać. Znienawidzone, ale rzeczywiście tak było. Mama podeszła i zapytała wręcz, czy oni się już wycofują. On przytaknął i do mamy, szurając, mówi: „Czy pani chce jechać z nami?”, bo wielu ludzi uciekało przed bolszewikami. Mama powiedziała: „Dziękuję, dziękuję”. Jak już mówiłam, Wolbrom był tak na górkach położony i ta fabryka również znajdowała się na wzgórzu. Takie było wzgórze zagajnikiem porośnięte i droga tamtędy prowadziła. Myśmy nawet chyba zeszli na dół, nie do piwnicy, ponieważ to było na pierwszym piętrze, trochę strzelaniny było, mama w ogóle nie uznawała żadnego schodzenia do schronu, ojciec był taki raczej ostrożny. Schodziliśmy tam, a ja ciągle wyglądałam, bo mnie to wszystko bardzo ciekawiło, tak jak w 1939 wybuch wojny. Myślałam: „Boże kochany, żeby tylko nie zawarli pokoju”, ja tak chciałam wojnę przeżyć. Patrzę i najpierw zobaczyłam czołg, który stał na tamtej drodze. Niemieckie tygrysy były takie przysadkowe, dość szerokie, a ruskie były takie wysokie, takie bardziej wieżowate, że tak powiem. Wydał mi się trochę dziwny ten czołg, popatrzyłam, zeszłam tam i mówię: „Słuchajcie, chyba idą bolszewicy”. Myśmy w ogóle mówili „bolszewicy”, już się nawet nie mówiło „Armia Czerwona”, nie pamiętam, „czerwoni” po prostu. Dalej mnie świerzbiło, więc wyszłam na ulicę i patrzę, idzie taki jeden, pojedynczy, oni w takich czapach chodzili – tak teraz jest modnie, mój syn sobie nawet w zimie kupił tę czapkę, przyszedł kiedyś w niej, a ja mówię: „Czerwoną gwiazdę sobie jeszcze przyczep, patrzeć na to nie mogę”. My ciągle mieliśmy te skojarzenia rozmaite. On tak w tej uszatce idzie, taki zapyziały zupełnie, i pierwsze słowa, no nic złego, niesie czajnik taki podobny, jak mój ojciec wywoził z Pruszkowa, i mówi: „A czaj u was jest?”. Nic złego, chciał czaju, ale skojarzenie tego obdartusa zdobywcy i tego uciekającego przed chwilą Niemca, niestety, cywilizacyjnie to było porównanie nieprawdopodobne.

Stamtąd zresztą, jak już weszła wspaniała Armia Czerwona, bardzo szybko, bo w ciągu czterech dni, wróciliśmy do Warszawy. Jak się pojawili Rosjanie, tzw. regulirowczycy – pani pewnie na filmach widziała, były to kobiety, które z chorągiewkami regulowały, rzadziej mężczyźni – ojciec zaprosił ich do nas, do domu, tam gdzie myśmy mieszkali. Oczywiście jak postawione były kieliszki, to poprosili o szklanki, bo powiedzieli, że taką mają swoją miarę. Najzabawniejsza historia ze wszystkich, to było, jak pewien Rosjanin powiedział, że coś ojcu mojemu pokaże. Wziął gazetę, tytoń, żeby ukręcić z tego papierosa. Myśmy o tym słyszeli, nie było to nic nadzwyczajnego. Tylko potem wyjął „kanke olioligatore” – to były takie blaszane puszki, na które założona była guma do robienia lewatywy, na jej zakończeniu znajdowały się takie ebonitowe rurki do wsunięcia w odbyt i tam były założone kurki, które można było przekręcać, żeby ta woda płynęła lub nie płynęła. On taki kurek zdobył i na ten kurek nadziewał papierosa i mówił: „Smatrij, choczesz, kurisz, nie choczesz, nie kurisz”, i przekręcał. Opowieści o zegarkach na rękach nie były tak śmieszne jak to.

Jakie były losy Pani Babci? Mówiła pani, że pani babcia wyszła wcześniej z Czerniakowskiej. Czy pani wie, jak to się odbyło?

Tak. Wiem oczywiście, bo przecież babcia opowiadała. Babcia została z naszą gosposią. Nasza gosposia była nietypowa, bo to była gospodarska córka spod Łukowa, która uciekła ze wsi, bo tam groziłoby jej wywiezienie na roboty do Niemiec. Ona duża, masywna, silna, pięćdziesięciokilogramowy worek na plecy zarzucała. Tak więc to nie była typowa służąca, tylko taka gospodarska córka, która u nas pracowała. Była w wieku mojego brata. Moja mama była niezwykle dobrym człowiekiem. „Pani mi coś zadała” – mówiła i darzyła moją matkę i całą naszą rodzinę taką miłością i przywiązaniem. Wyniosła z babcią mnóstwo naszych rzeczy, bo była bardzo silna. Wychodząc z domu, zostawiła swoje rzeczy, a wynosiła nasze, bo powiedziała, że nasze rzeczy są lepsze. Taka była Mila. Nie mówiąc o tym, że siedziała potem pod Warszawą i prawie na czołgach sowieckich wjechała z powrotem. Była jedną z pierwszych, którzy byli w Warszawie. Ponieważ nasze mieszkanie na Czerniakowskiej ocalało, to ona tam przyszła i  całe nasze mieszkanie zabezpieczyła. Po polach szukała okna, bo tam Niemcy powyciągali do bunkrów, podobnie meble, dywan. Trochę tam węgla znalazła, napaliła w jednym pokoju.

Babcia z Milą wyszły we dwie, niedługo po tym, jak byłyśmy tam z mamą. Także dobrze się stało, że myśmy w końcu po ojca poszły, dopiero potem na Sadybę. Oni wygarnęli wszystkich z naszego domu. Niestety, powstańcy zrobili tam szalony błąd, bo oni jak weszli 1 sierpnia, od razu 2 sierpnia o świcie się wycofywali, bo pierwsza barykada była przy Przemysłowej, za Łazienkowską. Tam było wielu chłopców, nawet z naszego domu. Po dwóch moich kolegach, trochę starszych ode mnie, szesnastolatkach,  ślad zaginął. Wszystkie kobiety z domu ocalały, oni ich wyprowadzili Szwoleżerów na Agrykolę. Na rogu Agrykoli oddzielili kobiety od mężczyzn. Tych mężczyzn nie było wielu, prawie wszystko to było w cywilny sposób w konspiracji, gdzieś było na barykadach. Paradoksalnie właśnie tamci ocaleli. Wiem o dwóch, trzech mężczyznach z tej naszej kamienicy, którzy ocaleli. Natomiast jeden z tych chłopców, sympatia mojej koleżanki, smarkuli, której ojciec jej pracował w czasie okupacji w urzędzie miejskim, bo była taka instytucja pracująca z niemieckim zarządcą Warszawy, został i jego zabrał Niemiec. Dalej popędzili ich Czerniakowską i nie wiem, czy babcia z Milą uciekły. Nie bardzo to sobie wyobrażam, bo babcia w końcu miała prawie sześćdziesiąt lat, to jednak nie była osiemnastolatka, poza tym one miały toboły. Mila takie ilości tego wszystkiego wyniosła, że chyba musieli je gdzieś tam puścić, bo one znalazły się gdzieś przy kościele bernardyńskim. Ale potem one z Milą jakoś wyszły z Warszawy. Udało się, nie wiem, jak to się działo dokładnie.

Myśmy stosunkowo szybko, bo po pięciu dniach, z tego Wolbromia wrócili do Warszawy. Ojciec rozmawiając z tymi  regulirowczykami wymyślił, że dojedziemy na drugą stronę Wisły, bo to było szybciej, bliżej, tam już kolej chodziła. Dojechaliśmy do Lublina, w Lublinie ojciec miał rodzinę, myśmy tam tylko przenocowali i następnego dnia na Pragę dojechaliśmy pociągiem. Przez Wisłę przeszliśmy i od razu na Czerniakowską wyszliśmy. Jak myśmy potem do Śródmieścia poszli, bo z Czerniakowskiej oczywiście na piechotę, bo wszystko na piechotę, bo nie było mowy o niczym, żadnych ciężarówek, wszędzie gruz, barykady, bo ich prawie nie porozbierali. Plac Trzech Krzyży był cały zrujnowany. Kiedyś ten kościół był dwa razy większy niż obecnie. Zobaczyliśmy, że dom stoi. Mieszkanie było zamknięte. Patrzymy, Jezus Maria, a tu naokoło u sąsiadów, widać, wszystko otwarte. Potem patrzymy, jest kartka: „Zaraz wracam, Mila”. Ona wyszła, bo ciągle chodziła, szukała różnych naszych rzeczy. I wróciła. Następnego dnia ona się zbiera, my mówimy: „Mila, gdzie ty jedziesz?”, a ona odpowiada: „No, nie byłam dwa lata w domu, chcę do domu”. Minęły trzy dni, o świcie słyszymy stukanie, za drzwiami Mila z wielkimi koszami żywności. Mówi: „Pani mnie dwa lata karmiła”. Także takich ludzi się spotykało po drodze. Był taki szmatławiec „Nowy Kurier Warszawski”, ludzie się tam ogłaszali i tak się szukali. Ojciec dał tam ogłoszenie, że szuka babci i dzięki temu trafiła do nas z powrotem. Mila już została pod Warszawą.

Poszłam do pierwszej szkoły, która w Warszawie była uruchomiona, przy ulicy Polnej – gimnazjum i liceum im. Kołłątaja. Otwarto ją już na przełomie lutego i marca. Ten budynek stoi do dziś.

To jest to samo liceum Kołłątaja, które teraz jest tam koło Hali Banacha?

Tak, dokładnie. Przed wojną nazywało się trzecim miejskim, pierwsze miejskie było na Sowińskiego na Woli, drugie – na Kochanowskiego. Je też zresztą potem kończyłam, jego żeńska część była na Rozbrat. Przy Górnośląskiej do dziś jest basen podziemny drugiego gimnazjum miejskiego. Ono było piękne, wybudowano je tuż przed wojną, ale w 1939 zostało zbombardowane, ostał się tylko ten basen. Na takim poziomie przed wojną się budowało szkoły. Trzecie gimnazjum miejsce było na Śniadeckich, tuż przy placu Konstytucji. Wtedy nie miało jeszcze  żadnego patrona, pierwsze miało Sowińskiego, drugie Kochanowskiego, a trzecie nie miało. Chodził tam mój brat, bo ojciec pracował przedtem w zarządzie miejskim, miał w związku z tym uprawnienia.

Moja mama przed wojną, ponieważ nie pracowała, udzielała się w komitecie rodzicielskim. Potem, jak wróciliśmy do Warszawy, mama na Czerniakowskiej spotkała pana Bujno, to był wychowawca, nauczyciel polskiego i przysposobienia wojskowego mojego brata. On był w AK wileńskim, był też skoczkiem spadochronowym, cichociemnym, w ogóle fantastyczną drogę odbył. Przyjechał do Warszawy, spotkał się z mamą i dosłownie nie miał gdzie nocować, więc mama oczywiście przyprowadziła go do nas, myśmy wprawdzie z czteropokojowego mieszkania dwa pokoje tylko mieli, bo nie było reszty czym opalić. Był przecież jeszcze styczeń czy luty. On parę dni był u nas, potem kogoś odnalazł i mówi do mojej mamy: „Pani Halino, może byśmy tak uruchomili gimnazjum?”. Moja mama, która zdała maturę i trochę sekretarzowała w tym malutkim przedsiębiorstwie ojca, ale z biurowością nie miała do czynienia, została pierwszą sekretarką w szkole. Pan Bujno, ponieważ gmach trzeciego miejskiego był wypalony, znalazł budynek obok, przy Polnej (Polna 46A), on jest tam nadal. Uruchomili więc trzecie miejskie, a pierwszym dyrektorem został profesor Uniwersytetu Warszawskiego, Bohdan Suchodolski. Ludzie wracali. Niektóre szkoły zaczynały tylko od młodszych klas, a tam od razu były wszystkie klasy. Po paru tygodniach od uruchomienia tej szkoły, dyrektor przyszedł do sekretariatu i powiedział do mojej mamy: „Pani Halino, dostaliśmy pismo, każą nam dać imię szkoły”. On był profesorem, nie wiem, czy socjologii, czy psychologii, bo nie historii, w każdym razie mówi: „Jakie tu imię, jakie tu imię wymyślić? A może Hugona Kołłątaja?”, i tak zostało Kołłątajem. To był 1945 rok.

Myśmy mieli rok szkolny tylko do lipca, przerobiliśmy wszystko w te parę miesięcy, nawet matura była w lipcu. Ja się w życiu tak dobrze nie uczyłam jak wtedy, bo się cieszyłam, że mogę do szkoły chodzić. Wcześniej na kompletach chodziłam do sióstr nazaretanek do szkoły powszechnej na Czerniakowskiej i pierwszą gimnazjalną, pod przykrywką siódmej klasy, robiłyśmy u sióstr, a następne klasy – pod przykrywką szkoły krawieckiej. Od razu pierwszego dnia w tej szkole spotkałam mojego męża, w jednej klasie byliśmy, bo ja szłam o rok wcześniej, od sześciu lat mama mnie uczyła, z tym że ona uczyła mnie sama w domu, nie posłała mnie do szkoły. A mój mąż z kolei przez okupację uważał, że jak na kompletach, „to jeszcze raz” i mimo różnicy dwóch lat znaleźliśmy się w jednej klasie.

Przypominam sobie 70-lecie tej szkoły, które obchodzone było podczas stanu wojennego. Dyrektorem wtedy był nasz profesor Łaganowski, matematyk, wspaniały facet, który przeszedł gehennę – był w Oświęcimiu i w Dachau, wspaniały nauczyciel. I proszę sobie wyobrazić, że w szkole w latach 60. była konspiracyjna komórka. Gdzieś tam portret Rokossowskiego zwalili i niestety byli uczniowie, którzy donieśli, i Łaganowskiego wyrzucili. On się dwa lata w domu nie przyznawał, że nie jest już dyrektorem, był tam tylko nauczycielem matematyki. A ponieważ matka moja jeszcze tam pracowała, ja także byłam zaproszona na ten zjazd. Poproszono mnie w imieniu absolwentów z dawnych lat o wystąpienie. Bardzo piękne materiały dostałam od nich, nagrania mi zrobili. Owację mi zrobiła tak nieprawdopodobną ta młodzież, to były przesympatyczne momenty. Byłam z tą szkołą tak związana przez swój pewien czas, przez męża, przez brata i przez matkę. Poprosili mnie więc, żebym im poopowiadała. Do mnie do dziś nauczyciele historii i polskiego odzywają się od czasu do czasu, bo ja znam dobrze historię tej szkoły. Szkoła z ogromną tradycją, mnóstwo młodzieży akowskiej, np. jeden z zośkowców, profesor medycyny, pan profesor Szamborski, on maturę robił w trzecim miejskim, ale przed wojną.

Bardzo dużo pani pamięta. Nam też dziś wiele pani opowiedziała.

Ja pewne rzeczy widzę, mam doskonałą pamięć wzrokową. Na przykład tak jak obrazek zapamiętałam to nieprawdopodobne zimno ze strony Krakowa. Tak mnie to utkwiło w pamięci. Oczywiście tam na pewno było wielu przyzwoitych, serdecznych ludzi. Wiem, że na ogół ludzie nie narzekali na tych, co ich przyjmowali gdzieś dalej. Sama pamiętam jak w 1939 roku Warszawa przyjmowała ludzi z Kresów, którzy uciekali, Poznań, Wielkopolskę.

Często słyszę, że pod koniec powstania ludzie złorzeczyli powstańcom. Nieprawda. To znaczy, nie mówię, że się gdzieś nie zdarzyło, bo przecież mnie wszędzie nie było, tylko na tym Mokotowie, natomiast chcę pani powiedzieć jedno. Zobaczyłam pierwszą tablicę pamięci ludności dzielnicy, na Mokotowie jest, na rogu Puławskiej, przy Dworkowej. Przed paru laty została postawiona dzięki staraniom żyjących jeszcze mieszkańców Mokotowa. To chyba tylko dowodzi, jaki był ten stosunek, prawda? Oczywiście, zdarzać się na pewno mogło. Muszę pani powiedzieć jedno, że z mojej rodziny w czasie okupacji nikt nie zginął. Mówię uczciwie. Natomiast mojego chrzestnego ojca z najbliższej rodziny czternaście osób. Dosłownie. I bratanek, i syn, jeden w Oświęcimiu, drugi na Pawiaku, trzeci w powstaniu, jeden jeszcze krewny tak demonstracyjnie w Oświęcimiu powieszony na placu itd. Także te losy bardzo różne są. Dlatego nigdy żadnej średniej nie wolno wyciągać. Ja uważam, że ludność Warszawy przede wszystkim płakała i łzami żegnała powstańców. Co nie znaczy, że może ktoś osobiście nie złorzeczył, ludzie są różni.

Powiązane hasła

”None