menu

Ostrzał artyleryjski Pruszkowa (13-14 X 1914)

Ostrzał artyleryjski Pruszkowa (13-14 X 1914)

11 października 1914 r. do Helenowa pod Pruszkowem dotarły wojska niemieckie. 13 października rozpoczął się trwający dwa dni artyleryjski ostrzał stacjonujących po drugiej stronie miasta wojsk rosyjskich. Część pocisków spadała na Pruszków. Całkowitemu lub częściowemu zniszczeniu uległo wiele budynków użyteczności publicznej, zakładów produkcyjnych i fabryk, wśród nich Warsztaty Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej, fabryka fajansu Teichfelda, fabryka pomp J. Troetzera, pałacyk Stowarzyszenia Księży Emerytów (dziś znany jako pałacyk „Sokoła”), młyn nad Utratą, wille „Wenecja” i „Anielin”, a także kościoły św. Kazimierza i Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny na Żbikowie. Reporter „Kurjera Warszawskiego” donosił, że niemal połowa domów w Pruszkowie nie nadaje się zamieszkania. W mieście zapanowały bezrobocie i głód. Obawiano się wybuchu epidemii. Znacznie ucierpiała także fabryka ołówków St. Majewski i S-ka. Zdaniem Leszka Majewskiego, syna właściciela fabryki, ostrzelano ją celowo, aby zniszczyć konkurencję. Jednym z dowodzących po niemieckiej stronie miał być ponoć krewnym Johanna Fabera, którego fabryka była jednym z największych producentów ołówków i kredek w Europie.

22 października w „Kurierze Warszawskim” ukazała się obszerna relacja świadka, który przeżył ostrzał artyleryjski miasta.

Dnia 9-go b.m.  usłyszeliśmy huk armat. Odnosiliśmy go  mylnie do walk, toczących się w dalszych  okolicach, ale już nazajutrz korowód wozów włościańskich, uciekających z dobytkiem  z Nadarzyna i przyległych wsi, zwiastował nam, że nieprzyjaciel jest o wiele bliżej.

W niedzielę, 11-go b.m.,  o godz. 2-ej po poł., przejechał przez stację pociąg podziurawiony kulami; o godz..4 ½  po poł., tegoż dnia ukazali się w Pruszkowie niemcy, wszedłszy tam aleją lipową od strony Helenowa. Na opuszczonej stacji zniszczyli telegraf i połączenia telefoniczne, w poniedziałek zaś już gospodarzyli w mieście. We wtorek, około godz.11-ej przed południem, zaczęła grać artylerja od  strony Utraty. Rozwinął się  zaciekły bój. Ludność niespodziewanie znalazła się w ogniu bojowym. Pociągi już od niedzieli nie kursowały, nie było więc mowy o ucieczce w stronę  Warszawy. Chroniono się do suteren i piwnic. W Żbikowie wiele kobiet i dzieci schroniło się d o szkoły kolejowej, mającej rozległe sutereny. Kto nie miał silnie sklepionych piwnic lub suteryn, chronił się do   sąsiadów. Kule padały tak gęsto, że, kto wychylił głowę przez lufcik, narażał się na śmierć. W ten sposób przypłacił życiem swoją ciekawość jeden z mieszkańców Pruszkowa I-go. Szrapnele i granaty wpadały do mieszkań, dziurawiąc dachy i mury.

Przy odgłosach nieustannej kanonady mieszkaliśmy przez 5 dni w 16 osób w ciasnej suterenie przy ul. Marji – Jadwigi, w zimnie i zaduchu, nie paląc ognia, gdyż dym, wydobywający się z komina, zwracał podobno ku domowi kule nieprzyjacielskie. Gotowało się kartofle i kaszę na maszynkach naftowych. O kupieniu prowiantów mowy być nie mogło, nikt nie odważył się wychodzić z ukrycia. Gospodarza naszego, „który wyszedł do studni dla przyniesienia nam wody, kula zraniła w nogę. Opatrzyliśmy mu ranę, owiązawszy ją naprędce, gdyż o szukaniu pomocy sanitarnej nie można było myśleć, wobec toczącej się bez przerwy walki. Nawet noc nie przynosiła spoczynku, niemal bez przerwy walczono na broń palną lub na bagnety. Wpadano do mieszkań, szukając zasadzek nieprzyjacielskich; wszystko musiało stać otworem, gdyż mieszkania zamknięte budziły podejrzenia i ściągały ku sobie strzały.

W sobotę o godz. 9 z rana huk był tak straszny, że obawialiśmy się, iż nasze schronienie rozsypie się, zawalając nas gruzami. Ziemia drżała pod nami, nad głową słychać było trzask powały. Wtedy zdecydowaliśmy się opuścić nasze schronisko. Raczej na kule się narazić, niż zginąć pod gruzami!

Chyłkiem, na czworakach się czołgając, dotarliśmy do naszych mieszkań, aby, zabrawszy co najkonieczniejsze, wybrać się w drogę i opuścić to piekło bitwy, które szalało coraz bardziej. Zdawało się, że ziemia jęczy bezustannie jakimś głuchym grzmotem. Kule karabinowe, charakterystycznym świstem przeszywając powietrze, padały niezmiernie gęsto.

Przeżyliśmy niezapomniane chwile grozy podczas naszej ucieczki. Dokoła nas padały ciągle strzały, odłamując kawały murów, lub łamiąc z trzaskiem gałęzie drzew. Kryjąc się za domy i parkany, przebiegliśmy szybko kilka wiorst, odetchnąwszy dopiero w Utracie, gdzie kule już rzadziej padały.

Fabryka ołówków St. Majewski i S-ka po październikowym ostrzale