menu

100&102 – 11 listopada 1918 r. w Pruszkowie

100&102 – 11 listopada 1918 r. w Pruszkowie

11 listopada 1918 roku pruszkowski oddział Polskiej Organizacji Wojskowej (POW) pod dowództwem Jana Ptasznika wyruszył w dwóch grupach, aby rozbroić niemieckie posterunki. Pierwsza, 14-osobowa grupa pod dowództwem J. Ptasznika, rozbroiła żandarmów niemieckich na posterunku przy przejeździe kolejowym na Żbikowie (przy ul. 3 Maja), głównych koszarach przy Klonowej 8 oraz na posterunku na dworcu kolejowym. Druga, 20-osobowa grupa, po obsadzeniu posterunków na Żbikowie i moście kolejowym nad Utratą udał się do koszar niemieckich. Tam spotkali komendanta Ptasznika, który nakazał im rozbrojenie posterunków na żbikowskiej Papierni (ul. Broniewskiego 1), w Utracie (dziś Piastów) oraz posterunku żandarmerii w domu Józefa Bielawskiego (ul. B. Prusa 32). Żandarmi nie stawiali oporu. Jeszcze tego samego dnia komendant Ptasznik zabrał głos na specjalnym posiedzeniu Rady Miejskiej, obwieszczając, że obejmuje funkcję komendanta miasta, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo publiczne. O wypadkach z 11 listopada 1918 r. wiemy co nie co z trzech zachowanych źródeł: protokołu z posiedzenia Rady Miejskiej w Pruszkowie z dnia 11 listopada 1918 r., opublikowanej w „Głosie Pruszkowa” (1919, nr 15) relacji peowiaka Józefa Rozenowicza oraz artykułu „Wypadki listopadowe”, który ukazał się w rocznicowym wydaniu „Głosu Pruszkowa” (1918, nr 3). Poniżej publikujemy wszystkie trzy w zmienionej, ze względu na bieg opisywanych wydarzeń, kolejności.

Pruszkowski oddział POW, „Głos Pruszkowa” nr 3, 15 XI 1918 r.

I. 11 Listopad 1918. Ze wspomnień”

      W Polsce, w czwartym roku bezwzględnych okupacyjnych rządów, zapanowała jakaś dziwna śmiertelna cisza, przerywana od czasu do czasu głośniejszym ekscesem ze strony Niemców lub jakimś wystąpieniem przeciwko nim. Z dala od Marny dochodziły głuche wieści o klęskach niemieckich – wszystko to poprzedzało burzę, która lada dzień miała wybuchnąć.
       W początkach listopada 1918 roku wypadki zaczęły biec w szalonym tempie, rewolucja w Niemczech, detronizacja Wilhelma, obalenie rządów austrjackich  w Lubelszczyźnie itd. 8-go listopada zaczął się w Polskiej Organizacji Wojskowej wzmożony ruch, przygotowano się do zbrojnego wystąpienia przeciwko Niemcom.
       9-go listopada otrzymałem rozkaz zrobienia planu Pruszkowa z dokładnym oznaczeniem wszystkich posterunków niemieckich. Plan ten skończyłem 10-go i tegoż dnia wieczorem zaniosłem go do Komendy Miejscowej, żadna ze zgromadzonych tam osób nie przeczuwała nawet wypadków dnia następnego.
      Nadszedł pamiętny dzień 11-go listopada. Z rana, jak zwykle udałem się do Warszawy, ruch kolejowy był zupełnie normalny. Znalazłszy się na ul. Marszałkowskiej nie zauważyłem specjalnego ożywienia, dopiero na ul. Brackiej usłyszałem gęste strzały i zobaczyłem pierwszych rozbrojonych Niemców. Nie namyślając się więc długo wróciłem na dworzec kolejowy, by powrócić do domu, jednakże ruch pociągów był już przerwany i, chcąc nie chcąc, wraz z kilkoma kolegami puściłem się na piechotę do Pruszkowa. Idąc, rozbrajaliśmy po drodze napotkanych Niemców tak, że z łupem kilku karabinów weszliśmy do Pruszkowa. Rozstawszy się z kolegami, udałem się prosto do Komendy Miejscowej, by zawiadomić ją o wypadkach zaszłych w Warszawie. Jednakże tu już wiedziano o wszystkiem, zbiórka całej organizacji była naznaczona i lada chwila miano wyruszyć na Niemców. Zebrało się około 20 młodych chłopców, rozdzielono „broń” tj. kilka rewolwerów systemu Smith-Wessona i jeden z sekcyjnych otrzymał wspaniały karabin niemiecki, nawiasem powiedziawszy z zepsutym zamkiem, ale ktoby tam zważał na podobne głupstwa. Padła komenda: „Marsz” i oddział podzielony na dwie sekcje ruszył.
      Pełni bojowego animuszu zbliżaliśmy się do posterunku przy Żbikowskim przejeździe kolejowym, ale ku naszemu rozczarowaniu, ujrzeliśmy spokojnie stojących „Szwabów”. Rozbrojenia dokonaliśmy w przeciągu kilku minut i sami już uzbrojeni w karabiny ruszyliśmy na Komendanturę. Rozbrojenie poszło tu również bardzo szybko, gdyż każdy z nas miał już zgóry wyznaczony pokój, który miał zająć. Po rozbrojeniu, zostało się nas w Komendanturze trzech, sekcyjny Olędzki, ja, jako zastępca i jeden szeregowiec – reszta oddziału ruszyła ku żandarmerii i stacji. Było nas trzech „panów życia i śmierci” zgromadzonych w Komendanturze Niemców, których połowa wystarczyłaby, by nas posłać do „lali”. Rozbrojenie bowiem było tak powierzchowne, iż dopiero nad ranem odkryto w jednym z pokojów 80 karabinów. Jednakże Niemcy nie okazywali żadnych zbrodniczych zamiarów, przeciwnie, stali się od razu bardzo potulnymi i niewinnymi owieczkami, a nawet „serdecznie” zapraszali nas na likwidację kantyny, czyli po prostu na „jednego” – rzecz prosta odmówiliśmy. Postępowanie Niemców było tak inne, iż po prostu nie chciało się wierzyć, że są to ci sami, wczorajsi, butni junkrzy. Np. jeden z feldfeblów podchodzi do mnie i mówi: „Ich bin ein Pole” [z niem. Jestem Polakiem – przyp. red.], a po tym zaczyna opowiadać długą historię o swej matce Polce itd. itd., a kończy okrzykiem „da lebe der Internazional”.
      Między żołnierzami znajduje się i jakiś Alzatczyk, z którym zaczynam rozmowę mieszaniną języków polskiego, francuskiego i niemieckiego.
      Jest godzina 8 wieczór, chcąc nie chcąc muszę iść na wartę przed bramę, gdyż Niemcy zaczynały „szmuglować” mundury i oto przyłapano jednego z takich „szmuglerzy”.
Role się zmieniły i trzeba było widzieć minę Prusaka, gdy go jeden z szeregowców złapał za połę i krzyknął: „Panie! – daj no ten szmugel”.
      Na warcie postałem cztery godziny i wróciłem z powrotem do izby, na odpoczynek. W tem słyszę głośny tupot nóg, wyglądam na korytarz, a tu wali się ze 70 żołnierzy. Pytam się skąd idą: „z Warszawy” pada odpowiedź; a dokąd? – „nach Vaterland”. Wdawszy się z nimi w dłuższą rozmowę dowiaduję się, że nie mogąc się doczekać pociągu, wracają do „Vaterlandu” na piechotę. Tymczasem muszę ich jakoś umieścić i przy sposobności rekwiruję wszystkie, posiadane przez nich przedmioty wojskowe. Wracam do izby, dzwonek telefonu brzmi bezustannie, jednakże nie można się z nikim porozumieć – w słuchawce słychać istną orgję głosów. Dopiero po północy jednemu z plutonowych udaje się połączyć z Grodziskiem. Na zapytanie: „Kto mówi” – odpowiada ktoś po niemiecku, na to nasz plutonowy nie wiele myśląc: „Ortakommandetur Pruszków”. I zaczyna się bajeczna rozmowa, nasz peowiak, udając Niemca, radzi komendanturze w Grodzisku, by jak najprędzej uciekła do „Vaterlandu”, gdyż Polacy biorą się ostro do rzeczy – rozmowa się przerywa.
      Reszta nocy zbiegła mi na wartach i lataniu z rozkazami, to na stację, to do żandarmerii.
      Świtało – kończyła się chłodna, listopadowa, a pierwsza znów w Niepodległej Polsce, noc.
Joter*
„Głos Pruszkowa” z 9 XI 1919 r.

* Za pseudonimem „Joter” krył się szeregowiec pruszkowskiego oddziału Józef Rozenowicz – syn zamieszkałego przy ul. 3 Maja (kilkadziesiąt metrów od Komendy POW w Aptece Bielawskiego) Eliasza Rozenowicza – właściciela składu drewna, radnego miejskiego i jednego z najbardziej zasłużonych działaczy na rzecz pruszkowskiej gminy żydowskiej.

II. „Wypadki listopadowe w Pruszkowie”

Apteka Jana Bielawskiego, której budynek stoi do dziś przy ul. 3 Maja 27

     Wiadomości o wypadkach na froncie zachodnim, zarówno jak i odbywających się na terenie okupacji austriackiej z wielkim opóźnieniem dochodziły i przedostawały się na tereny okupacji niemieckiej. Czujne oko cenzorów niemieckich wynajdowało wszelkie wzmianki w ówczesnej prasie i chciwie je skreślało, chcąc ukryć prawdę przed czytelnikami. Temniemniej poszczególne wiadomości docierały do społeczeństwa, które gorączkowo wyczekiwało decydującego momentu.
      Wypadki warszawskie, jakie miały miejsce w dniu 10 listopada, rozbrajanie pojedynczych żołnierzy niemieckich zelektryzowały społeczeństwo pruszkowskie. Instrukcje, jakie z Komendy Głównej otrzymywała nieustannie miejscowa Komenda P.O.W., nakazywały pogotowie stałe i czujność na ruchy wojska niemieckiego.
      11 listopada w poniedziałek przed południem przyszedł rozkaz rozbrojenia Niemców. O godzinie 1:30 ppoł. oddział P.O.W. złożony z 14 ludzi pod komendą ś. p. Jana Ptasznika wyruszył z przed apteki w Żbikowie na posterunek i „wachę” na przejeździe Żbikowskim. Jednocześnie zbierał się drugi oddział P.O.W., aby iść z pomocą pierwszemu. Rozbrojenie Niemców na Żbikowie poszło zupełnie gładko, bo oddawali oni broń bez oporu. Pozostawiwszy wartowników przy rozbrojonych Niemcach komendant Ptasznik rozdzielił swój oddział na dwa i sam z jednym udał się do Komendy niemieckiej i głównych koszar na ul. Klonowej, drugi oddział wysłał na dworzec kolejowy. I tu i tam rozbrojenie odbyło się bardzo sprawnie.
      Tymczasem zebrał się drugi oddział P.O.W. w sile 20 ludzi i pośpieszył niezwłocznie za pierwszym. Obsadził posterunek na Żbikowie i na moście kolejowym. Reszta oddziału udała się do Komendy na ul. Klonową. Stąd komendant Ptasznik niezwłocznie wysłał silne patrole, celem rozbrojenia posterunków na Papierni, w Utracie i posterunku żandarmerji w domu J. Bielawskiego w Pruszkowie.
      Na opór napotkano tylko na posterunku żandarmerji, który jednak został szybko rozbrojony. Następnie wysłane patrole w stronę Brwinowa zatrzymały pociągi idące w kierunku Warszawy, rozbroiły jadących wojskowych i sprowadziły pociągi do Pruszkowa, aby je niedługo pod eskortą skierować do Warszawy.
      Tłumy ludności! towarzyszyły przy rozbrajaniu, manifestując swą radość.
      O godzinie 6 wieczorem rozbrajanie zostało zakończone i został niezwłocznie ogłoszony stan wyjątkowy. Wieczorem zebrała się Rada Miejska, na posiedzeniu której komendant Ptasznik oznajmił, że z rozkazu Komendy Głównej P.O.W. obejmuje w mieście władzę wojskową i policyjną, aż do czasu nowych zarządzeń.
      Tak minął w Pruszkowie pierwszy dzień wolności!
      Rozbrojeni Niemcy spokojnie przebywali w koszarach, upominając sic tylko o rychłe odesłanie ich do domów. W nocy natomiast ciemne indywidua miejscowe próbowały grabić składy kolejowe i zbożowe, znajdujące się na terenie warsztatów kolejowych. Stanowcza postawa posterunków POW szybko położyła kres tym zachciankom.
„Głos Pruszkowa” z 11 XI 1928 r.

III. Protokół posiedzenia Rady Miejskiej w Pruszkowie z d. 11 XI 1918 r.

Oryginał zeszytu, którym ręcznie sporządzano protokoły Rady Miasta, znajduje się w Archiwum Państwowe w Warszawie Oddział w Grodzisku Mazowieckim

W posiedzeniu Rady Miejskiej, obok burmistrza, udział wzięli radni: J. Augustynowicz, kierownik szkoły im. T. Kościuszki Jan Rodzewicz, kupiec i właściciel składu drewna Eliasz Rozenowicz, lekarz w fabryce fajansu dr Aleksander Wolfram, rolnik Karol Olędzki oraz ławnicy: prymariusz i lekarz w tworkowskiej lecznicy dr Józef Handelsman, właściciel kamienic Kazimierz Gogolewski, pan A. Kosiński, a także kupiec i peowiak Piotr Kukliński. Zebraniu przypatrywali się, włączając się aktywnie do dyskusji, goście, wśród nich: proboszcz pruszkowskiej parafii i działacz Rady Miejscowej Opiekuńczej ks. prefekt Jan Kęsicki, ks. Roguski, członkowie straży obywatelskiej oraz komendant Straży Ogniowej Ochotniczej i peowiak Witold Chełmiński. Protokół z posiedzenia, którego oryginał znajduje się w Archiwum Państwowe w Warszawie Oddział w Grodzisku Mazowieckim, sporządził pan Augustynowicz. Obszerne fragmenty zamieszczamy poniżej:

Dnia 11 listopada 1918 r. odbyło się nadzwyczajne posiedzenie Rady Miejskiej w celu omówienia wypadków dnia i wytworzonej sytuacji politycznej, oraz w sprawie zapewnienia bezpieczeństwa publicznego. […] Posiedzenie zagaił burmistrz p. Piltz, wyjaśniając cel zebrania, poczem udzielił głosu Komendantowi Straży Ogniowej p. Chełmińskiemu.
      P. Chełmiński zilustrował w krótkości sytuację, jaka się wytworzyła, opisał przebieg wypadków w Warszawie i w Pruszkowie; zdał relację z czynności rozbrajania miejscowych żołnierzy niemieckich i zajęcia przez organizację P.O.W. Komendantury i Stacji Kolejowej.
      Mówca następnie przedstawił projekt objęcia pieczy nad bezpieczeństwem miasta przez strażaków w liczbie 24-ch, jako stałej, do czasu unormowania się stosunków, straży bezpieczeństwa, płatnej przez kasę miejską po 240 MR dziennie. Na ten temat wywiązała się długotrwała dyskusja (Olędzki, Handelsman, Kukliński, ks. Kęsicki, ks, Rogucki, Augustynowicz, Rodzewicz, Gogolewski i inni).
      W trakcie dyskusji zgłosił się na zebranie Komendant miejscowej polskiej siły zbrojnej p. Ptasznik i oświadczył, że z rozkazu władz wojskowych w Warszawie został mianowany komendantem miasta i okolicy i obejmuje pieczę nad bezpieczeństwem publicznem; organizacja straży obywatelskiej może współdziałać z organizacją wojskową pod jego komendą, otrzymując od takowej pomoc zbrojną. Wobec uwagi, że broń dostaje się w ręce czynników niepowołanych – proponuje Komendant Ptasznik wybrać z pośród obywateli Komisję Kwalifikacyjną dla nowowstępujących do organizacji wojskowej.
      W ostatecznej konkluzji zebrani jednogłośnie uchwalili: a) rozszerzyć i lepiej zorganizować istniejącą straż obywatelską, przyczem takowa będzie korzystać z pomocy sił wojskowych, b) Straży ogniowej ochotniczej na razie nie angażować, c) Do komisji kwalifikacyjnej powołać: p. P. Chełmińskiego, S. Kuklińskiego, Małgowskiego, Kurzelę, Moranowicza, Dra Więckowskiego, Dra Wolframa Na tem posiedzenie zakończono –

Przewodniczący Rady Miejskiej
Podpisano: Augustynowicz, Piltz