menu

Bursa RGO „Sierocin” przy ul. Żbikowskiej („Echo Pruszkowskie” 19 VIII 1923)

Bursa RGO „Sierocin” przy ul. Żbikowskiej („Echo Pruszkowskie” 19 VIII 1923)

W 1923 roku w kolejnych numerach poświęconego sprawom Pruszkowa i okolic dwutygodnika „Echo Pruszkowa” ukazywała się seria reportaży „Z wędrówki po Pruszkowie” przedstawiających życie miasta. W kolejnych numerach 8, 9, 12 i 15 publikowane były teksty autorstwa prawdopodobnie Kazimierza Bagdacha oraz Jana Szczepkowskiego. W wydaniu z 19 sierpnia 1923 roku ukazała się pierwsza część cyklu poświęcona bursie Rady Głównej Opiekuńczej (polskiej organizacji pomocowej działającej w Pruszkowie w latach 1916-1928) „Sierocin”, mieszczącej się przy ul. Żbikowskiej. Przed wybuchem Wielkiej wojny i w jej trakcie mieścił się tu prowazony przez Jadwigę Jantzenową prywatny Przytułek dla Niezamożnych Dziewcząt i Sierot „Sierocin”, który po zakończeniu wojny znacjonalizowano i przemianowano na Dom Wychowawczy im. Królowej Jadwigi w Sierocinie.

Z wędrówki po Pruszkowie

I. Sierocin

Założycielka Sierocina pani Jadwiga Jantzenowa trafnie oceniała zgubny wpływ zbiorowisk miejskich na dziecko, żywiołowo łaknące słońca i powietrza i dlatego ufundowała w 1886 r. zakład wychowawczy dla sierot, dziś będący własnością Rady Opiekuńczej, w odległości paru kilometrów od miasta, kędy nie ma dymów fabrycznych i kurzu miejskiego, a jest już cisza wiejska, aromat pól i śpiew skowronka.

Po niezbyt równej drodze dojeżdżamy do Sierocina. Niewielki ogród, parę budyneczków gospodarczych, około których snuje się drób, zagony warzyw, słowem gospodarstewsko jakie na szesnatsu morgach przy dobrych chęciach prowadzić można i po środku osady duży murowany dom. Dom ten wyróżnia się od innych gmachów zajętych na zakłady Rady Opiekuńczej w Pruszkowie tem, że posiada więcej warunków zdrowotnych i może dla tego dziatwa tu chowana jest bardziej rzeźką i wesołą. Młodociana rzesza buja tu wśród drzew bez trosk życiowych lub pracuje dla wspólnych codziennych potrzeb.

Zwiedzamy wnętrze gmachu. Na wstępie ogromna cienista weranda, przez nią wchodzimy do wygodnego korytarza, z którego wiodą wejścia do Sali rekreacyjnej i Sali jadalnej, zamienionych podczas roku szkolnego na sale wykładowe. Na piętrze ogromna sala sypialniana, a w niej 80 czysto zasłanych łóżeczek. Sala ta imponuje wartością zdrowotną. Jak tu wysoko – ile powietrza! Nie dość, że nie żałowano go wewnątrz, jeszcze przez osiem wielkich okien, któremi zaglądają do sypialni ciekawe gałązki drzew, idzie z pól świeży powiew.

Prócz wielkiej Sali są tu i mniejsze sypialnie oraz umywalnie i ubikacje zaopatrzone w wodę, dom ten bowiem posiada wodociąg i kanalizację.

Po zwiedzeniu piętra przechodzimy do Sali rekreacyjnej – tam właśnie bawią się teraz dzieci. Fortepian brzmi hucznie pod uderzeniami rączek dziewczynki, której nawet nie widać z poza ramion koleżanek i która pewnie z trudem bosemi nóżkami do pedałów sięga, a gra z taką werwą!

Tańczy kilkadziesiąt par bosonogich tancerek dziwny jakiś taniec niby swojski i przyzwoity, chociaż w modnym stylu.

– Spolonizowany fox-trot, ktoś objaśnia.

Na sama płeć piękna, bo brzydkiej co prawda  w całym tym błogim zakątku niema. Buzie pyzate, rumiane, oczy śmiejące. Widzimy różnorodne typy: są tu dziewczynki z kresów i z Wilna, repatriantki z Rosji, jest kilkanaście Warszawianek, są i tutejsze Pruszkowianeczki. Niema młodszej niż 7-u ani starszej niż w 14-m roku.

Zainicjowano śpiew. Głosiki miłe, akompaniament dobry i piosenka tak niewymyślna, naiwna, śpiewana chętnie może dlatego, że jej treści brzmią bolesne wspomnienia wielu z tych sierot…

W naszym ogródeczku są tam śliczne kwiaty
Czerwone różyczki i modre bławaty,
Po sto kwiatów róży i po sto bławacie,
Uwiążę wiązankę i zaniosę tacie,
A tata się spyta: gdzie te kwiaty rosną,
– A w naszym ogródku co je siałam wiosną.

Wychowanki nie mieszczą się w salach domu jest bowiem obecnie przeszło sto sześć dziesiątek dziewczynek, wraz z tymi, które tu dla wzmocnienia wątłego zdrowia wysłano z innych schronisk. Rozpięto więc dla tych nadliczbowych w ogrodzie barak płócienny i rozstawiono w nim 57 łóżek. Podwójne ścianki z brezentu chronią od deszczu i wiatru.

Jest to dar Amerykańskiego Czerwonego Krzyża – hojny, jak wiele innych darów, którymi czujące serca amerykanów i rodaków naszych z poza oceanu ofiarowały polskim dzieciom.

Zakład „Sierocin”, wraz z nieruchomością dopiero od 17 maja r. b. [1923 – przyp red.] stał się własnością Rady Opiekuńczej, jako darowizna przekazana tej instytucji przez Komitet Sierocina.

Z żalem prawdziwym opuszczamy miły zakątek, aby zwiedzić inne zakłady Rady Opiekuńczej, których jest tyle w Pruszkowie, a tak mało tutejszemu społeczeństwu są znane.

J.S.