menu

Kruk – Z naszego podwórka („Echo Pruszkowskie” 1925-1926)

Kruk – Z naszego podwórka („Echo Pruszkowskie” 1925-1926)

W połowie lat dwudziestych w „Echu Pruszkowskim” ukazał się cykl krótkich, humorystycznych nowel „Z naszego podwórka”, opisujących zabawne scenki i opowieści z codziennego życia Pruszkowian. Ich autor skrywał swoją tożsamość pod pseudonimem „Kruk.”, którego do tej pory nie udało nam się niestety rozszyfrować. Być może krył się za nim literat Jan Szczepkowski, który publikował w „Echu”, lub Marian Józefowicz, również autor „Echa”, który pisywał krótkie formy dla dzieci pod pseudonimem Andrzej Kleks. Poniżej zebraliśmy dla Państwa zachowane odcinki „Z naszego podwórka”. Zapraszamy do lektury.

 

I

Pruszkowski Eddison

 

Przy wzajemnej rekomendacji nie usłyszałem jego nazwiska, gdyż zwyczajem większości, wymamrotał coś niewyraźnie.

Znałem go już przedtem z widzenia. Upamiętnił mi się szczególnej od pewnego dnia, a właściwie pewnej nocy, gdy wracałem ostatnim pociągiem z Warszawy. – Przyszedłem wtedy dość wcześnie i śledząc w ciepłym przedziale staczałem Istną walkę ze snem, który morzył mnie straszliwie. A zasnąć bałem się, gdyż perspektywa przespania stacji Pruszków nie mogła być ponętną, wobec braku, powrotnego pociągu. Byłem wite zły, jak licho.

Wtem otwierają się drzwi i wchodzi mój obecny znajomy. Rozejrzał się po przedziale i usiadł wygodnie w kąciku, wyciągając daleko przed siebie nogi. Po chwili spał, słodko chrapiąc i świszcząc nosem. Wiedziałem, że jechał do Pruszkowa i Irytowała mnie ta pewność siebie, czy tez lekceważenie ewentualnych skutków „przejechania” stacji. Miła historia obudzić się gdzieś w Grodzisku łub Milanówku I oczekiwać na pociąg do 5 rano. Zazdrościłem mu snu i… drażnił mnie. Pociąg ruszył, zakołysał się na rozjazdach i sapiąc popędził przez pola…

Towarzysz mój spał. Gdy przyszedł konduktor, nie otwierając oczu pokazał mu bilet miesięczny i znów zachrapał. Zatrzymanie się pociągu we Włochach I Utracie nie rozbudziło tego dziwnego pasażera. Pociąg stanął w Pruszkowie… a on, śpi.

„Niech cię djabli” – pomyślałem sobie ­ „jedź dalej” i otworzyłem drzwi do wyjścia. Nogi śpiocha, tak jednak zatarasowały wyjście, te musiałem potrącić o nie wychodząc. To go zbudziło… nie zdziwił się ani nie zaniepokoił lecz najspokojniej wyszedł za mną.

Patrzyłem jak wesoło gwiżdżąc szedł „czarną drogą”. Skorzystałem więc obecnie z zawartej świeżo znajomości, aby wyrazić zdziwienie z jego ówczesnego ryzykownego, moim zdaniem, spokoju. Roześmiał się w odpowiedzi: „Często wracam tak późno i zawsze cieszę się z okazji drzemki 30-40 minutowej”.
– Ależ pan ryzykuje przejechać stację.
– To niemożliwe – zabezpiecza mnie od tego mój wynalazek.
– No?
– Wybieram przedział, gdzie już siedzi jaki pruszkowiak. Rozumie pan, jeżdżę codzienne, człowiek poznaje z twarz,. Wszystkich jeżdżących z Pruszkowa. A taki zawsze się znajdzie. Siadam w takim przedziale, obowiązkowo przy wyjściu z lewej strony – licząc w kierunku od Warszawy.
– Pan, rozumie… pasażerowie z Włoch i Utraty wysiadają na prawą stronę, więc mnie nie niepokoją, a ten upatrzony pasażer z Pruszkowa wychodząc musi potrącić moje nogi i tym, że tak powiem, automatycznie budzi mnie.
– Więc tedy, gdym jechał z panem.,.
– Właśnie – na pana liczyłem I nie zawiodłem się, jak zresztą nigdy do tej pory!”

Popatrzyłem na niego z uznaniem – ten człowiek nie zginie – umie się przystosowywać do okoliczności.

„Echo Pruszkowskie” 1925 nr 1

 

II

Wróg Magistratu

 

Mam przyjaciela człowieka spokojnego, niemal podwójnego abstynenta. Należał on do typu przyjaciół, którzy zadawalają się możnością wypowiedzenia lub wyjęczenia swych żalów w mej obecności. Mówił, że ma do mnie zupełne zaufanie, bo jestem dla niego strasznie dobry itd. Był więc to naprawdę dobry przyjaciel, bowiem wymagał ode mnie tylko cierpliwości.

Ponieważ jest to jednak dość męczące, nie martwiłem się nie widząc go przez kilka miesięcy.

Dopiero niedawno na jednym z koncertów spotkaliśmy się. Był strasznie zmieniony: schudł, zczerniał, rzucał niespokojne spojrzenie wokoło, unikając wzroku jegomościa, z którym rozmawiał. Powitał mnie bez zwykłego entuzjazmu. Rozmowa przeszła na temat spraw miejskich i mój przyjaciel w sposób nawet nieprzyzwoity zaczął napadać na Magistrat, Radę Miejską i jeszcze jakieś władze miejskie. Dziwiłem się brakowi umiarkowania w jego słowach.

W tym ktoś rzucił głośną, lecz jak mi się zdawało niemądrą uwagę: „Po co się irytować – nie upijać się i będzie dobrze!”. Mój przyjaciel aż zaniemówił – zaczerwienił się, potem zbladł. Myślałem, że będzie awantura więc chwyciłem go pod rękę i odciągnąłem na stronę. Widząc jego wzburzenie, starałem się go uspokoić, zagadać.
– Przepraszam – przerwał mi – widzę, że pan nie wie, o co chodzi; proszę posłuchać opowiem, jak mnie Magistrat nasz urządził.
– Słucham.
– Byłem porządnym człowiekiem…
– A teraz?
– Czy ja wiem, już nic nie rozumiem – machnął ręką z rezygnacją – co dzień słyszę, że jestem pijak, choć na wódkę nie chcę patrzyć, żem awanturnik – choć na nikogo ręki nie podniosę, żem lampart itd. itd.

Zaczęło się to na jesieni. Miałem pozabiurową robotę i wracałem późno. Na ulicy ciemno, bo nasze latarnie są od siebie w odległościach kilometrowych. Zresztą schodki przed domami miały być usunięte. Tak uchwaliła Rada Miejska już dawno, bardzo dawno. Mijam właśnie Magistrat – zawadzam o te jedyne na całej ulicy schodki i boleśnie tłukę sobie twarz, walając się jednocześnie w błocie.

Żona zobaczywszy mnie w domu przestraszyła się.

– Co się z tobą stało! – zawołała. Spojrzałem w lustro – wyglądałem fatalnie –umazany błotem, skóra udarta z nosa, cieknie krew.

Zrobiło mi się głupio. Zacząłem opowiadanie całej historii, ale byłem bardzo zdenerwowany i moje opowiadanie było dość bezładne. Przerwała mi żona groźnem pytaniem: „Chuchnij!”.

Tłumaczyłem, ba… chuchałem …ech, nic nie pomogło; żona orzekła, żem pijany, że puszczam pieniędzy, licho wie z kim itd., w ciągu całej godziny, poczem się rozpłakała i poszła spać. Odtąd zaczęło się dla mnie życie pełne udręczeń. Gdy chcę cytrynę do herbaty – słyszę uwagę słowy: „po przepiciu”. To samo przy barszczu, kapuśniaku itd.

Gdy przyjdzie kto do nas dla towarzystwa i chce z nim wypić kieliszek, słyszę uwagę żony: „o, bo mąż lubi wypić” – gdy nie chcą pić, to słyszę: „mąż tylko po za domem lubi wypić”. Gdy brak mi pieniędzy na perfumy lub suknie, których żonie się zachce, to mówi „no ma się rozumieć dla mnie nie masz pieniędzy, ale na wódkę ci starczy”. I tak ciągle… ciągle. Ach żeby ten Magistrat wszyscy diabli…
– Ale kochany panie, cóż tu Magistrat, raczej żona pańska…
– O nie mów pan – odrzekł cokolwiek urażony – żona moja to święta kobieta, ale ten Magistrat…

Rozejrzałem się wokoło czy niema w pobliżu psychiatry, którego opiece chciałem powierzyć przyjaciela.

„Echo Pruszkowskie” 1925 nr 2

 

III

Filozof

 

– Że też się panu nie sprzykrzyło tak codziennie jeździć do Warszawy i z powrotem, przecież to tortura… Doprawdy podziwiam…
– Kto panu powiedział, że mi się nie sprzykrzyło. Ale nie mając pieniędzy na kupno mieszkania w Warszawie, muszę jeździć stale. Cóż mi przyjdzie z narzekania, lepiej wyszukiwać dodatnie strony.
– Wyobrażam sobie dodatnie strony wystawania w ogonkach przy kasie, te ciemności w wagonach, i ta kochana publiczność… brr…
– Ech jaki pan gwałtowny i niesprawiedliwy. Wystawanie w ogonkach to szkoła cierpliwości. Stój pan sobie tak cichutko, uważając, aby się wątroba pańska nie przewróciła, w czasie gdy kasjer w żaden sposób nie może obliczyć reszty ze złotówki, lub gdy mniej lub więcej urocze paniusie proszą stojących przed panem, aby im kupić bilet, a taki uprzejmy pan głośno rachuje, ile będzie kosztować 2 1/2 biletu do Warszawy i dwie połówki do Włoch…
– Rzeczywiście przyjemność!
– A ciemności w wagonach? Panie, niech pan popatrzy na te parki czule tulące się do siebie w nieoświetlonych kątach przedziału! Czy im z tym źle!
– I czyż to przyjemne, gdy tak jak ja wejdzie pan niespodziewanie do oświetlonego przedziału i całująca się para odskoczy raptownie w różne strony i po chwili zaczynają do siebie mówić per „panie”. Czy pan nie czuję się wtedy głupio, bardzo głupio!
– No to racja!
– A publiczność wagonowa… to przecież ci sami ludzie…
– Ale te rozmowy?
– Właśnie, właśnie jeżeli się przysłuchać uważnie, jeżeli się zastanowić – łatwo pan zrozumie, że te rozmowy to istna kopalnia…
– Bzdurstw!
– No niekoniecznie! Pan jest bardzo złośliwy. W tych rozmowach jest dużo pouczającego!
– Ciekawym co?
– Oto na przykład: jakaś niewiasta opowiada z ferworem o pewnej działaczce i tak ją określa: „jest ona główną duszą całego towarzystwa”. Momentalnie wyobraża pan sobie, że oprócz duszy głównej są i dusze, że tak powiem uboczne, wie pan coś w rodzaju konarów głównych i bocznych, i w następnym momencie już pan widzi duszę ludzką w formie drzewa, nawet z listkami…
– Zielonemi…
– No rozumie się. Albo drugi przykład: tłumaczy jeden pasażer drugiemu: „jeden z nich to, wie pan, nieślubny syn, znajdek, a drugi przeciwnie, taki na fest urodzony”. Co, czy nie ciekawe? Wyobraża pan sobie takie rodzenie na fest?
– Ha! Ha! Ha!, a to kawalarz z pana. Nie, doprawdy muszę jeździć codziennie i słuchać uważnie. A to dopiero… „na fest urodzony”. Trzeba znajomym opowiedzieć…

„Echo Pruszkowskie” 1925 nr 3

 

IV

U nas inaczej

 

Gdy podróżny, obciążony walizką większych rozmiarów znalazł się uu stóp skały, zaszedł mu drogę kacyk miejscowy ze swą świtą uzbrojoną w maczugi i rzekł zupełnie uprzejmie:
– Waliza twoja jest nam potrzebna, oddaj ją więc!
– To rabunek! – krzyknął podróżny.
– Bynajmniej – odparł kacyk – żądamy w imię prawa.
– Jak to? Więc u was własność prywatna nie istnieje?
– Owszem, ale mamy również ustawy, przewidujące możność zabrania podróżnym walizy bez odszkodowania, o ile jest to pożądanem dla ogółu.
– Ha, trudno – z rezygnacją szepnął podróżny – jak jest taka ustawa, to bierz pan moją walizę. Przy tych słowach chciał wręczyć kacykowi walizę, lecz ten jednak jej nie wziął.
– Walizę zanieść musisz cudzoziemcze własnoręcznie do mej rezydencji – o, to niedaleko, 10 lub 15 kilometrów, poprzez skały i przepaście.
– Jak to! – wrzasnął podróżny – nie dość, że bierzecie mi moją własność, jeszcze mam ją za wami nosić!
– Taka jest u nas ustawa – uprzejmie odrzekł kacyk – zresztą, gdy sam nie chcesz nieść walizy, musisz wynająć którego z moich ludzi – oczywiście za odpowiednim wynagrodzeniem z twej kieszeni.

……………

Zdarzenie to miało miejsce na Przylądku Dobrej Nadziei, a więc daleko, daleko od nas. U nas to całkiem inaczej. Z chwilą przemianowania Pruszkowa w gminę miejską zaczęła się regulacja ulic i właściciele placów przy nich ustąpili pro publico bono część swej własności.

Po pewnym czasie Magistrat zażądał dalszych ustępstw. A gdy niektórzy wahali się, prosząc aby przesunięcie parkanów wykonano na koszt miasta, Magistrat zagroził sądem. Rada miejska wniosek Magistratu uchwaliła i sprawę skierowano do sądu.

O co? Że właściciele domów nie chcą ustąpić bez zapłaty części swych placy i nie chcą dopłacić do tego kosztów przesunięcia parkanów! Sąd pokoju znalazł ustawę, na mocy której pretensje Magistratu uznał za uzasadnione.

Biedna nasza Konstytucja musiała płakać rzewnemi łzami, że prawo własności prywatnej, gwarantowane przez nią w niektórych wypadkach, nie obowiązuje.

Bez odszkodowania można zabrać obywatelowi jego własność, a nawet żądać od niego dopłaty na koszta stąd wynikające.

O kacyku z Przylądka Dobrej Nadziei, o ile skromniejsze było twoje żądanie!

……

Sąd apelacyjny zniósł wyrok Sądu pokoju, stwierdzając dobitnie, że prawo własności u nas istnieje. Miasto może potrzebne mu grunta wykupić w drodze polubownej lub przez wywłaszczenie, a koszty stąd wynikłe samo pokryć musi.

„Echo Pruszkowskie” 1925 nr 7

 

V

Górą Pruszków

 

Pan Marcin należy bez wątpienia do najzagorzalszych wielbicieli Pruszkowa. Tu się on urodził, wychował i pewnie umrze. Żyjąc tutaj lata całe, tak się do Pruszkowa przyzwyczaił, że gdzie indziej mieszkać by nie potrafił. Żywi on głęboki kult dla rodzinnego miasta; pragnie, aby świat cały odnosił się do Pruszkowa z uznaniem lub miłością. Ciągle marzy, aby stało się u nas coś, co Pruszków wsławi przynajmniej w Polsce.

W roku ubiegłym spotkałem pana Marcina, gdy wrócił z wystawy policyjnej w Sopotach. Z dumą opowiadał mi, że w oddziale polskim tej wystawy był uwieczniony Pruszków w związku z historią „polskiego Landru” – Paśnika, było bowiem zdjęcie fotograficzne jednej z jego ofiar z napisem: „trup niewiadomego nazwiska kobiety znaleziony w krzakach pod Pruszkowem”. Pan Marcin był z tego dumny.

Lubiłem się z nim przekomarzać. W tym celu przedstawiałem mu każde zdarzenie pruszkowskie w najciemniejszym świetle. Powtórzyłem to i w czasie świąt.

– Ładne rzeczy się dzieją – mówię – w tym pańskim Pruszkowie, tydzień przed świętami rozwalono komuś na Żbikówku siekierą głowę!
– Proszę pana – odparł pan Marcin – to było po pijanemu, porachunki, że się tak wyrażę… koleżeńskie.
– Dziękuję bardzo, a na drugi dzień znów kogoś pobito, że policja musiała na awanturników robić obławy.
– No widzi pan – żywo odpowiedział pan Marcin – policja łobuzów połapała i spokój ­ niech pan będzie pewny, u nas jest nie gorzej niż w zachodniej Europie.
– Tak, a jak jedna baba wypaliła drugiej oczy kwasem siarczanym, to też Europa?

Pan Marcin był zmieszany. Ten objaw zezwierzęcenia nie znajdował u niego żadnego wytłumaczenia.

– Ale… – zaczął.
– Co ale? – przerwałem – Tu nie może być żadnego ale.
– Ale jedna kobieta przy ulicy Kościuszkowskiej urodziła czworaczki.

Teraz ja nie wiedziałem co odpowiedzieć.

– A widzi pan – takie wypadki na palcach można policzyć. Nie każda kobieta potrafi… ho, ho… to nie byle co. Górą Pruszków, panie kochany.

„Echo Pruszkowskie” 1925 nr 8

 

VI

Popularny sport

 

W chwili, gdy zmęczony odrzuciłem obsadkę i z zadowoleniem rozprostowałem obolałe plecy, które wciąż protestowały przeciw zbyt długiemu schylaniu się nad biurkiem, woźny redakcyjny zameldował:
– Pan Kurzela!
Uzmysłowiłem sobie w jednym momencie, że znam kilku panów Kurzelów, że ich w Pruszkowie jest przeszło stu, że jest to najpopularniejsze u nas nazwisko, że nie wiadomo czy nie słuszniej byłoby nazwać nasz gród miast Pruszków – Kurzelów…

Zawrotny bieg myśli przerwany został pojawieniem się gościa. Z właściwą sobie bystrością stwierdziłem, że tego pana Kurzeli nie znam. Miał on lat 14 lub 15 ubrany w długie buty z cholewami, w czarne podniszczone spodnie i taką samą marynarkę, z czupryną malowniczo zwichrzoną, gdzie bez trudu można było znaleźć słomę i siano. To mnie przekonało, że mam do czynienia nie z opasłem burżujem, handlarzem nierogacizny, czy wreszcie ze zblazowanym inteligentem, lecz z synem naszej, zresztą niezbyt urodzajnej, ziemi. Gość bez proszenia zajął najbliższe krzesło i zapytał obcesowo:

– Pan niby pisze w gazecie!
Odpowiedziałem twierdząco.

– Niby i o sporcie to pan pisał?
– Niby ja!
– Ale to dawno było, teraz to nawet o największem sporcie u nas pan nie pisze…
– O jakim to?
– A bo to pan nie wie?
– Chyba o piłce nożnej, ale…
– Panie – przerwał mi – teraz tylko małe pętaki grają w piłkę…
– A starsi?
– Starsi – odparł z dumą – starsi ganiają gołębie!
– Aaaa… więc to jest sport!
– To pan-eś nie wiedział, tera to wszędzie ganiają gołębie. Widział pan przy każdym domu porządnym, czy na Żbikówku, czy na Józefinie, czy pod cegielnią wszędzie są już gołębniki, a w nich pełno koków, weszwanców, pocztowych, perłowych, krymków itd.
– I to dla sportu?
– Rozumie się! Podpuszcza się gołębie pod cudzego. Cudzy przyleci do gołębnika, to go się siatką capnie i jest.
– To tak można?
– Można, potem po cudzego przychodzi niby właściciel i daje wykup.
– Więc to sport z nagrodami!
– No tak, bo na takie przedstawienie biletów nie sprzedajemy…

Zamilkł i coś przemyśliwał.

– Napisze pan o tym?
– Napiszę, przecież trzeba sport nawet tak popularny jeszcze popularyzować.

„Echo Pruszkowskie” 1925 nr 14

 

VII

Wywiad z redaktorem „Echa”

 

Redaktor przyjął mnie chętnie myśląc, że przynoszę rękopis do druku, gdy jednak dowiedział się o celu mej wizyty, skrzywił się i tylko obietnicą wydrukowania tego wywiadu w „Echu” udobruchałem go.

– Grono czytelników – zacząłem – jest zaniepokojone nieregularnym pojawianiem się „Echa”. Krążą nawet pogłoski o zamknięciu gazetki.
Redaktor wykonał tylko jakiś gest nieokreślony.

– Czyż tak sympatyczna rzecz, jak pismo poświęcone sprawom lokalnym nie znalazła poparcia władz?
– Widzi pan – odparł redaktor – władze są różne…
– No na przykład starostwo, które powinno być zainteresowane jedynem pismem w powiecie?
– Pan starosta przyjął mnie swojego czasu bardzo życzliwie, wyraził swe zadowolenie z powodu pojawienia się „Echa”, ale poparcie swoje ograniczył tylko do życzeń.
– A miasto?
– W roku 1924 poparło nasze wydawnictwo ogłoszeniami, których stale nam brak. W roku bieżącym jednak zajęło w stosunku do „Echa” wyraźnie nieprzychylne stanowisko, które wyraziło się jaskrawo w pobraniu 30% podatku od urządzonego w marcu przedstawienia kinematograficznego. Wydawnictwo zostało potraktowane jak prywatny przedsiębiorca, ciągnący z przedstawienia zyski do własnej kieszeni.

Drugą zaś sprawą – są ogłoszenia miejskie. Aczkolwiek Rada Miejska proponowaną przez Magistrat sumę podwyższyła o 200 procent, to jednak sumę tą przewidzianą na poparcie wydawnictwa Magistrat użył na poparcie prywatnej drukarni.
– To smutne!
– A smutne! Ale cóż robić. Gorsze zmartwienie, że „Echo”, nie posiadając stałych współpracowników, musi korzystać z przygodnego materjału, co nie pozostaje bez wpływu na treść numerów!
– Przecież jest komu pisać w Pruszkowie!
– Niestety – mniej jest takich niż się należało spodziewać. Wchodzi tu w grę fałszywa ambicja. Każdy kto choćby napisał cośkolwiek z kroniki bieżącej, uważa się za zdolnego do pracy co najmniej w „Kurjerze Warszawskim” lub choćby do redagowania własnego organu…
– I w rezultacie…
– I w rezultacie nic nie piszą. Rzadko pojawi się jakaś jednodniówka, która potem odleguje się miesiącami w „Ruchu”, nie mając nabywców.
– Jakież są zamiary redaktora, na najbliższą przyszłość?
– Na razie cieszę się tylko, że ten, numer „Echa” ujrzy światło dzienne. Jest to numer pięćdziesiąty ogólnego zbioru, więc poniekąd jubileuszowy. No zresztą na Pruszków 50 numerów w ciągu 2 1/2 lat to, przyzna pan, bardzo dużo.

„Echo Pruszkowskie” 1925 nr 15

 

VII

Sylwetki pruszkowskie

 

Pewnie nie Wszyscy czytelnicy go znają? Popularność jego nie przybrała tych niebezpiecznych rozmiarów, kiedy zaczynają „powszechnie znanego” wybierać do różnych komitetów, zarządów itp.

Lecz z drugiej strony nie jest to również ten szary, tysiączny obywatel, pionek na szachownicy miejskiej, zgubiony w tłumie równych lub nieco większych od siebie. W świecie sportowym ma nawet imię swoje, był przecież wielokrotnym zwycięzcą w biegu: „przejazd-stacja” i aczkolwiek ręki po nagrodę nie wyciągał, to jednak naoczni świadkowie moralnie mu ją przyznali.

Zwyciężył w znakomitym szampionacie preferansowym, gdy w ciągu 48 godzin bez przerwy stawiał „kury” bez względu na ilość i jakość.

Gdyby był mniej skromny, byłby członkiem Rady Miejskiej, lecz boi się aby ze względów „twarzowych” nie był zmuszony zasiąść na lewicy. Bo rzeczywiście wybitnie czerwony kolor jego policzków zwraca uwagę i daje powód złośliwym do zjadliwych uwag na temat… chodzącej reklamy. Nie jest przecież malarzem, a świetnie zna się na kolorycie i na kolorach i zainteresowanym gotów wszystkie przedstawić w kolorze różowym.

„Korzenny pruszkowiak”, wiecznie tęskni do Warszawy, a mieszka u nas jedynie z przyzwyczajenia. A jednak jego zawsze pogodny uśmiech, wdzięk z jakim szybko ściąga swój filcowy kapelusz ze słabo uwłosionej głowy, wrodzona dystynkcja i stały niezmienny repertuar dowcipów zjednywa mu wielu życzliwych wśród znajomych. A nieznajomi, patrząc na jego zawsze zadowolone oblicze, muszą odczuć choć przez moment tajanie własnych smutków. Czy to nie jest wstępem do uśmiechu, a uśmiech czyż nie jest uzewnętrznieniem momentu szczęścia?

O synu Pryama, jak wiele ludzie ci zawdzięczają, a jeśli ich wdzięczność nigdy nie nabierze kształtów realnych, to nie martw się, bowiem sylwetkę twoją uwiecznią w swej pamięci.

„Echo Pruszkowskie” 1926 nr 4