menu

„Praca bez rozgłosu” – reportaż o RGO („Tygodnik Pruszkowski”)

„Praca bez rozgłosu” – reportaż o RGO („Tygodnik Pruszkowski”)

W 1915 r. władze rosyjskie wydały zgodę na utworzenie Rady Głównej Opiekuńczej (RGO) – polskiej organizacji udzielającej pomocy aprowizacyjnej, mieszkaniowej i medycznej w trudnym czasie Wielkiej Wojny. Tego samego roku w Pruszkowie zaczęły powstawać Rady Miejscowe Opiekuńcze, będące kontynuacją pracy działającego od 1914 r. Komitetu Obywatelskiego Gminy Pruszków, które przystąpiły do organizowania kuchni, pomocy lekarskiej, ochronek, a w 1916 r. także burs dla biednych i osieroconych dzieci. W 1928 roku w numerach 1, 2, 3 i 6 ukazał się reportaż poświęcony działalności Rady Głównej Opiekuńczej w Pruszkowie.

 

Praca bez rozgłosu

Tygodnik Pruszkowski 1928 no 1
I

— Są w Polsce instytucje, na czele których stoją ludzie o wybitnych talentach i niespożytej wprost sile. To też zawdzięczając takim ludziom, instytucje przez nich kierowane, wykazują powolną siłę rozwojową, a jednak nie dającą się powstrzymać żadnym wypadkom, żadnym przeciwnościom. Bowiem talent ich polega na przewidywaniu wszystkiego co będzie i co być może. Nie łudzą się utalentowani ludzie tern, że praca ich wykazywać będzie wyniki li tylko dodatnie. Nie mają też i rozczarowań, bowiem wiedzą doskonałe, iż w każdej pracy napotyka się trudności. Jeżeli do talentu jednostki dodamy jeszcze szlachetność, to otrzymamy typ człowieka, dającego gwarancję, że budowane przez niego gmachy są oparte na trwałych fundamentach.

Jednym z takich gmachów jest instytucja, posiadająca swe główne siedlisko w Pruszkowie. Tu się znajduje mózg tej instytucji i tu przerabianą jest praca dająca w rezultacie wyniki wprost kapitalne. A praca ta jest ciężka i żmudna, najeżona takiemi trudnościami o której mają pojęcie jedynie ci, którzy się z tą pracą stykają bezpośrednio.

 

Jest również w tej pracy i odpowiedzialność wielka. Odpowiedzialność o której nie mówią żadne kodeksy. A jednak jest odpowiedzialność z której zdają sobie sprawę ci, co stoją na czołowych stanowiskach tej instytucji. Wiedzą oni bowiem, iż po za kodeksami pisanymi są jeszcze kodeksy nie pisane; lecz obowiązujące każdego, kto podjął się wykonania pracy sumiennie i uczciwie.
— Cześć tym ludziom!

 

— Istnienie Rady Głównej Opiekuńczej miasta Pruszkowa posiada dla Rzeczypospolitej Polskiej wprost kolosalne znaczenie. Tu bowiem wychowuje się setki dzieci, które pozbawione są ogniska domowego, bądź też dzieci rodziców tak biednych, że o daniu swemu pokoleniu jakiegokolwiek wychowania lub Wykształcenia mowy być nie może. Temu jednak zaradza Rada Opiekuńcza m. Pruszkowa przygarniając pod swe opiekuńcze skrzydła rzesze dzieci, wymagające opieki i skierowania ich na drogę po której mają pójść w przyszłości.

— Cofnijmy się nieco wstecz i popatrzmy na działalność Rady w tych momentach, gdy Polska przeżywała straszne chwile najazdu obcej przemocy. Uprzytomnijmy sobie te czasy, kiedy to głód i nędza, zaglądały niemal do każdego domu. A były to czasy ciężkie, czasy zmagania się narodów na polach walk. W tedy zanikały u ludzi wszelkie skrupuły. Kto był sprytniejszy i podlejszy ten, na niedoli i nędzy swych bliźnich tuczył się i porastał w pierze.

Byli jednak i tacy, co myśleli inaczej. Ci właśnie zrozumieli niedolę polskiego dziecka, jego opuszczenie i wreszcie przyszłość rysującą się dla tego dziecka bardzo fatalną i, dlatego przygarnęli to dziecko, by poza daniem dachu nad głową i łyżki strawy dać im coś więcej. A mianowicie chodziło o to żeby dziecko zostało odsunięte od deprawujących wpływów. Postanowiono wyrobić z tych dzieci zacnych i godnych obywateli Polski. Wreszcie postawiono sobie za zadanie żeby dziecko znajdujące się pod opieką Rady nie odczuwało braku ogniska domowego.

Pragnąc bliżej zaznajomić się z działalnością Rady Głównej Miasta Pruszkowa, udałem się do p. Władysława Łopińskiego, który mi łaskawie poświęcił czas pomimo nawału pracy zawodowej i społecznej.

Oczywiście, że krótka rozmawa nie mogła wyczerpać całości działalności instytucji w której p. Łopiński zajmuje stanowisko dyrektora. Opowiedział mi więc pobieżnie p. Łopiński dzieje Rady obiecując, iż w każdej chwili gotów mi jest służyć informacjami.
— Instytucja nasza — zaczął p. Łopiński — istnieje już blizkp od lat piętnastu. Jak panu wiadomo na czele Rady Głównej Opiekuńczej m. Pruszkowa stoi p. prezes Zenon Rutkowski.
Działalność Rady nie ogranicza się na dawaniu dzieciom wychowania i wykształcenia li tylko w Pruszkowie. Zdajemy bowiem sobie sprawę, iż zbyt są ciasne nasze ramy byśmy mogli tamować rozwój dziecka tutaj w Pruszkowie. Polityka wychowawcza naszych zakładów polega na tern, że dzieci znajdujące się w nich, otrzymują przygotowanie ogólne, umożliwiające naszym wychowankom zdobywanie wiedzy fachowej, lub też wstępowanie do średnich i wyższych zakładów naukowych.

W pierwszym jednak rzędzie dbamy o normalny rozwój naszych wychowanków, zdając sobie sprawę, iż od tego jest uzależniony dalszy rozwój i kształtowanie się tych młodych latorośli.
— A ileż dzieci znajduje się obecnie pod opieką Rady — spytałem?
— Trudno mi w tej chwili operować i rzucać nie zupełnie dokładnemi cyframi — odpowiedział p. Łopiński. Sądzę jednak iż nie przesadzę jeżeli okreśłę cyfrę na przeszło 900 dzieci. Mamy więc o czem myśleć, jednak pracujemy, gdyż zdajemy sobie sprawę. że pracujemy dla polskiego dziecka.

 

Chłopcy i dziewczęta naszych zakładów oprócz pobieranych nauk, otrzymują jeszcze w ręce rozmaite zawody. – Uczymy szycia, haftu, robótek ręcznych i t. p. — jeżeli chodzi o dziewczęta, — Chłopcy wprawiają się w sztuce koszykarstwa, introligatorstwa, stolarki i t. p. zawodach, co posiada jeszcze tę praktyczną stronę, że wychowankowie nasi przyzwyczajają się do ciągłej pracy. Niezna czy to byśmy wychowanków naszych mieli zamęczać, co byłoby sprzeczne z metodą wychowania. Mają oni poddostatkiem wolnego czasu, który spędząją na czytaniu, grach, zabawach i gimnastyce. Na wychowanie fizyczne zwracamy specjalną uwagę, wychodząc z tego założenia, iż dla zdrowego ducha trzeba przygotować zdrowe siedlisko.

— Z tych paru słów proszę wywnioskować coś niecoś o działalności naszej na polu wychowania dziecka, oddanego nam pod opiekę. My zaś na ile pozwalają nam warunki staramy się, by ciążące na nas obowiązki wypełniać.
Nie chcąc dłużej trudzić zmęczonego całodzienną pracą p. dyrektora, podziękowałem zą udzielenie mi tych cennych wiadomości i zamówiwszy się na następną wizytę—wyszedłem.

Tygodnik Pruszkowski 1928 no 2
II

— Kto umie kochać dziecko—ten składa dowód, że jest dobrym obywatelem kraju. Kto dziecka kochać nie potrafi — ten obojętny jest na dobro swego kraju. Bowiem przez miłość dla dziecka idzie umiłowanie własnej ojczyzny, gdyż w dziecku jest zawarte wszystko to, co kochamy i do czego się przywiązujemy. Bo w dziecku zawarta jest przyszłość każdego kraju. Zawarte w niem są nasze nadzieje, pokładane od pierwszego posłyszanego krzyku. Wszystko się mieści w maleńkiej istocie dziecka: świat cały i wielka potęga ducha!

I dlatego uczeni poświęcili tyle uwagi temu dziecku, by wydobyć z niego i pokazać na światło dzienne wszystko to, co w tem dziecku znajduje się dobrego i złego. A praca w tym kierunku trwa dalej niezmordowanie, gdyż do dnia dzisiejszego nie zdołano jeszcze całkowicie zbadać to dziecko, które dla wielu zdaje się tak łatwe do zrozumienia.

 

W zrozumieniu, zgłębieniu i w poznaniu dziecka, a co za tern idzie i wychowaniu tej młodej latorośli, odgrywają pierwszorzędną rolę warunki w jakich się znajdują: wychowanek i wychowawca. Mam tu na myśli w pierwszym rzędzie epokę w jakiej wzrasta młode pokolenie. Każda bowiem epoka stwarza specyficzne warunki bytowania, co samo się przez się rozumie, iż do tych warunków należy przystosować sposoby wychowania.

Weźmy naprzykład okres przedwojenny: jak on się różni od okresu czasu wojny! Zanalizujmy również dokładnie dobę obecną, a przekonamy się, że między tymi trzema okresami, nie znajdziemy najmniejszego do siebie podobieństwa.

Życie przed wojną europejską, nie wymagało od nas tylu wysiłków na jakie musimy zdobywać się obecnie. W tedy bowiem, gdy były tak zwane czasy normalne, każdy obywatel zdobywał dla siebie lepszą lub gorszą egzystencję: zależnie od szczęścia, uzdolnień, kwalifikacyj i, wreszcie w skali swojej pracowitości.

 

Wtedy to nie było tak szalonego wyścigu o zaszczyty, dostojeństwa i inne efemerydy życiowe, co widzimy dzisiaj na każdym niemal kroku. Wówczas prawie każdy starał się przede wszystkiem o to, by mieć zapewniony chleb powszedni dla siebie i dla swojej rodziny. Myślano o zabezpieczeniu starości i zagwarantowaniu jej w ten sposób, by nie stawać się ciężarem dla otoczenia.

To też widzieliśmy normalny rozwój dobrobytu i zamożności nie tylko poszczególnych jednostek — lecz całych krajów. A niema w tern nic dziwnego, bo skoro jednostki wykazywały dobrą wolę i chęć do uczciwej pracy, więc z tych jednostek — grupowały się całe rzesze, składające się na całość państwa.

Tego rodzaju pojmowanie życia, nie było wynikiem pracy jednego pokolenia. Z dziada na ojca, z ojca na syna były przekazywane zapatrywania i tradycje. I dlatego życie płynęło spokojniej i wygodniej, co w wychowaniu dziecka miało pierwszorzędne znaczenie. Nie widziało bowiem to dziecko twarzy roznamiętnionych w szale gwałtownego robienia pieniędzy. Nie przypatrywało się gorszącym scenom spekulacji. Nie przysłuchiwało się rozmowom obrażającym moralność. Nie oglądało książek i afiszów o takiej treści, które znaczeniem swojem, zatruwały młode dusze dziecka ówczesnego.

 

W takich warunkach wychowanie dziecka, wymagało innych metod, innych sposobów niż okres trwający podczas wojny europejskiej, która — rzec można — wywróciła wszystko do góry nogami.

Krew, zbrodnie, pożary i zgliszcza, mordowanie brat brata, wygnania, głód nędza, szantaże, wieszanie i rozstrzeliwanie ludzi niewinnych, ewakuacje, poniewierka i tułaczka— oto na co patrzyło młode pokolenie i w czem wzrastało. Dodajmy zaś do tego skłonność dziecka do przesiąkania atmosferą w jakiej się znajduje, to otrzymamy cały tragizm tego dziecka, którego ono było bezpośrednim aktorem.

Trzeba więc było przeciwdziałać temu złu, by ratować to młode pokolenie z którego mieli powyrastać przyszli obywatele kraju. Trzeba było odgrodzić ich od widoku, na jaki musieli patrzeć swemi młodemi oczyma. Duszę młodego Polaka i młodej Polki trzeba było ratować za wszelką cenę!

I tu właśnie musiała być zastosowana inna metoda niż ta o jakiej wyżej była mowa. Bowiem w tym okresie wychowawca miał do czynienia z dzieckiem już zniekształconem, psychika którego była nawekslowaną ku złemu. Nie można jednak powiedzieć, by Polska o dzieciach swoich zapomniała. W chwili krytycznej dla tych polskich piskląt, znaleźli się ludzie o sercach głębokich, a siły stalowej — siły, co to potrafi góry wywracać i wichry nawracać! 1 właśnie ci ludzie w zrozumieniu świętego obowiązku wobec polskiego dziecka, które matka Polka na świat wydała ku przyszłej chwale i wielkości, mającej z kajdan uwolnić się Ojczyzny — otoczyli to dziecko opieką troskliwą i serdeczną.

 

— Miłość tych ludzi ku biednemu i opuszczonemu dziecku opartą była nie na czczym i jałowym sentymencie; to było zrozumienie zadania, jakie miano, spełnić wobec historji. Zajęcie się dzieckiem polskiem, to nie był frazes „pań z towarzystwa”, siadujących w białych rękawiczkach przy wytwornych kioskach, z wytwornymi fantami, na wytwornych kiermaszach…
W postępowaniu tych ludzi widać było zdrową myśl państwową. Oni wiedzieli, że chociaż państwa polskiego niema jeszcze lecz być musi! Tak im dyktowała logika czasu, ta najwierniejsza wskazówka na zegarze narodów! A więc w imię najwyższej racji: racji stanu — oddali się całkowicie sprawie dziecka, dla którego torowali drogę do bram — powstającej z mogiły Ojczyzny!…

Tygodnik Pruszkowski 1928 no 3
III

I powstała Wielka Niewolnica!

— Złoty ryngraf błyszczy na jej piersi, blaskiem stu tęcz mieniąc się w słońcu chmurami jeszcze zakrytem!
— Ryczą jeszcze armaty! Jeszcze trup gęsty ściele miękkie kobierce pól kwietnych. Idą jeszcze zmagania — ostatnie zmagania: o wolność i honor jednych; o zwycięstwo zbrodni nad sprawiedliwością drugich.

Przedświt…

— Chwieje się w posadach stalowa ściana brutalnego najeźdźcy, uderzona taranem potęgi ducha І siły.
— Marna!

Wielki wódz szlachetnej Francji Marszałek Ferdynand Foch, zatyka sztandar trójbarwny — sztandar zwycięstwa na ostatnim szańcu rozgromionego Germana!

— Powiało swędem z pól Grunwaldu..
— Wielka Niewolnica pręży swe członki i szykuje się do Czynu! Idzie poszmer od chaty do chaty, od dworu do dworu, od miasta do miasta… Idzie wszędy, a rośnie w groźny pomruk!
— Precz!!!
— Vivat Polonia!…

A Prusacy uciekali z Warszawy… nie tylko z Warszawy pędzono Germanów.

— Szła wielka burza od wschodu. Spiętrzone chmury przewalały się na Wysokiem nieba sklepieniu. Groźny ryk pijanego szałem plugawego bolszewickiego żołdactwa mroził krew w żyłach spokojnego ludu polskiego.
— Cud nad Wisłą!
— Hordy bolszewickie uciekają w panicznym strachu… Bo gnała ich bojaźń przed Żołnierza polskiego bagnetem. Ulękli się siły potomków Batorych i Jagełłów! Kruszała ich siła na widok dzieci: Warszawy, Poznania, Lwowa i Wilna. Bo i dzieci szły do boju na śmierć i na życie! Szły polskie pisklęta-niebożęta wydzierać Niemcom i Ukraińcom to, co było polskie, co było ich. Szły bronić szańców Warszawy, by po ziemi lechickiej nie stąpały nogi dziczy bolszewickiej! Szły i marły jako ptaszęta, podcięte mrozem śród nocy zimowej. Ale szły bez szemrania naprzeciw śmierci, co na każdym kroku czyhała, utajona w każdej lufie karabinowej i armatniej. Szły o głodzie i chłodzie niebożęta nasze, niosąc swą krew ofiarną na ołtarz umiłowanej Ojczyzny.
— Prawda, jeżeli przerzucimy pożółkłe karty Dziejów Ojczystych — odnajdziemy na nich spisane wielkie czyny pradziadów naszych! Odnajdziemy spisane na nich przykłady tak wspaniałe, iż nic dziwnego, że duch czasów szedł z pokolenia w pokolenie.

I doszedł do Konstytucji 3-go Maja, zawierającej pierwsze w Europie Ministerjum Oświaty. Wionął w roku 1831 i 1863 tem, co się nazywa; bohaterstwem! czynem!

Nakaz szedł z pokolenia w pokolenie, by Naród sam dla siebie był dziejopisem. By wspaniałość dawnych, pożółkłych kart Dziejów Ojczystych nie została zbrukaną czynem niegodnym Polaka.

 

Cóż więc dziwnego, że naród polski wyłaniał z pośród siebie takich ludzi, którzy będąc wiernymi Nakazowi Dziejów, spisywali historję Narodu na niewinnej duszy dziecka polskiego.

 

Wiedzieli bowiem dobrze ci ludzie, iż tędy poprzez wzniosłego ducha młodego pokolenia prowadzi drogą ku chwale i potędze! Wiedzieli, że oni będą mózgiem — młodzi zaś taranem obalającym przeszkody i druzgocącym moc wrażą. Wiedzieli oni – być może tylko przeczuwali, — że siła młodych i wiecznie w nich podsycany ogień miłości ojczyzny, stanowią tę epokę, na której można wznosić wielkie i wspaniałe budowle.

 

— Lata strasznej zawieruchy wojennej oraz jej skutki nie zaskoczyły bynajmniej ludzi dzielnych i dobrej woli. Ci ludzie nie poddali się zwątpieniu i rozpaczy. Nie tracili głów w natłoku wypadków, toczących się z zawrotną szybkością. Gdy więc rozpętane moce zagrażały duszy dziecka polskiego, we wszystkich zakątkach Polski i poza Polską, znaleźli się ludzie silni, co potrafili moce te ujarzmiać. A tam, gdzie trzeba było dziecko polskie odgradzać od złego, to odgradzano je i otaczano opieką czułą i troskliwą.

 

— Rzucając na papier wspomnienia minionych dni, miałem na celu obudzenie w pamięci naszej tego wszystkiego co przeszło, lecz czego nie wolno zapominać. Przeszłość bowiem uczy nas przyszłości: ona jest najdoskonalszym nauczycielem ludzkości. Wzorując się bowiem na przeszłości i wyciągając odpowiednie wnioski, otrzymujemy najdoskonalszą, najidealniejszą szkołę życia.

Idąc myślą w pomroki dziejów, odnajdujemy tam wypadki godne naśladowania i potępienia. W drugim więc wypadku, wzorując się na przeszłości winniśmy uczyć się, iż wszystko to, co było niegodne należy od siebie oddalać. A ponieważ sprawcami niegodnych czynów wszak byli ludzie, przeto mamy możność odtworzenia ilustracji typu człowieka, na którym wzorować się nie wolno. Zarówno ludzie tworzyli wypadki godne. Na takich ludziach należy się wzorować, bowiem są oni nauczycielami sztuki życia.
— Wracając jednak do tematu zaznaczyć muszę, iż budząc wspomnienia minionego, miałem na celu podkreślenie trudności z jakimi musieli walczyć ludzie oddający się sprawie polskiego dziecka. A zasługa ich jest tem większa, że przewidziawszy wszystko nie wyprowadzili dziecka polskiego na manowce powrót, z którym jest bardzo trudny. Dziś bowiem, gdy wszystko już minęło… a po nieszczęściach pozostały jeno wspomnienia, zdaje się wielu, że to co zostało dokonane nie przedstawia zbyt wielkich trudności.

Wspomienia te pobudzam jeszcze i dlatego, aby ożywić w nas miłość ku dziecku, które w latach wojny było narażone na tyle cierpień i poniewierek. Jednak dziecko to wytrwało i dziś już z wielu tych dzieci powyrastało na godnych i zacnych obywateli kraju. A mamy już między nimi lekarzy, inżynierów, artystów, rzemieślników i t. p. ludzi zdolnych i uczciwych. Są w tych szeregach zacne niewiasty, które w czasach wojny były jeszcze dziećmi, znajdującemi się pod osłoną i opieką tych, dla których przyszłość kobiety-Polki były sprawą pierwszorzędnego znaczenia.
— Jak więc widzimy instytucja, o której była mowa w cz. I-szej mojego artykułu, zadanie wykonała całkowicie, zawdzięczając jedynie ludziom, którzy na czele tej instytucji stali i stoją, jeszcze.

Praca jednak nie jest jeszcze skończoną.

Tygodnik Pruszkowski 1928 no 6
IV

— A więc powracam do przerwanej pracy. Powracam do tematu, dającego mi bardzo wiele zadowolenia i tej prawdziwej satysfakcji, jaką odczuwa się wtedy, gdy człowiek zabiera się do czegoś, co szczerze i prawdziwie polubi. A ponieważ dziecko jest moim ulubionym tematem, przeto każda praca w tym kierunku jest dla mnie raczej wypoczynkiem — a nie pracą.

— W Dziesiątą rocznicę Niepodległości Polski, Rada Opiekuńcza może powiedzieć śmiało: „Oto plon pracy naszej, którą składamy Tobie Najjaśniejsza Rzeczpospolito. Składamy Ci w dani plon najpiękniejszy, a ukryty w głębi piersi: serca dziecięce oddajemy Ci w dani, jako plon pracy naszej dla Ciebie Polsko!”.
I prawda! Serca dziecięce są wspaniałym plonem, zebranym na szlachetnej glebie Rady Opiekuńczej. A chociaż na glebie tej wyrastały czasem i kąkole, jednak szlachetny włodarz nie wyrywał je w złości i zapalczywości, lecz przesadzał w miejsca ustronne — dając żyć, lecz nie pozwalając zagłuszać lepszych roślinek.
Dziś więc w Wielką Rocznicę dumny może być ów włodarz z pracy swej dla dobra i chwały Ojczyzny. Dumnym może być z tego» że za jego przewodem poszli jego współpracownicy naprzeciw złu i trudnościom, piętrzącym się na drodze ciężkiej i żmudnej pracy.

Widocznie jednak mieli do niego zaufanie i przywiązanie, skoro na stanowiskach swoich wytrwali i trwają do dnia dzisiejszego. Dumnym może być z tego, że setki serc dzieci polskich biją w dniu Wielkiej Rocznicy niby dzwoneczki wzywające na Anioł Pański… Bo serca te widzą ciągłą jutrzenkę ukochanej przez nich Ojczyzny, bowiem tego ich nauczono i to w nich wpojono, a strach pomyśleć co by było, gdyby nie przygarnięto w swoim czasie tych biednych, opuszczonych piskląt polskich, które bezradne, głodne i bose, zostawione były na łaskę i niełaskę losu. Nie wiem, czy dzieci te nie powiększyłyby kronik kryminalnych. Wiele z nich, jako dzieci ulicy stałyby się plagą społeczną z którą być może trzeba by było stoczyć walkę.

Dziś jednak w dniu Rocznicy Niepodległości Polski, Rada Opiekuńcza śmiało może stanąć pośród instytucyj, zasługujących na miano budowniczych Polski. Rada Opiekuńcza spełniła swoje zadanie pod każdym względem i spełnia je do dnia dzisiejszego, zdając sobie sprawę, iż spoczywanie na laurach jest jeszcze dalekie… A dalekie ono jest dlatego, ponieważ Polska jest już odrodzona, jednak nie jest jeszcze umocniona. I dlatego Rada Opiekuńcza — ta kuźnia dusz dzieci polskich — czynną być musi jeszcze bardzo długo, aby na kowadle tej wielkiej w zadaniach instytucji, wykuwały się twarde i szlachetne dusze.

Gdy więc w dniu Wielkiej Rocznicy zagrają fanfary i rozkołysane dzwony oznajmią ludowi polskiemu, że dziś jest Dziesiąta Rocznica Niepodległości Polski — Rada Opiekuńcza cicho bez rozgłosu… złoży na ołtarzu Ojczyzny najpiękniejszą dań, bo czyste serduszka dziatwy polskiej — swoich wychowanków.

Bo to jest: praca bez rozgłosu…