menu

Rozmowa z Andrzejem Kurcem

Rozmowa z Andrzejem Kurcem

Zapraszamy do lektury wywiadu z przyjacielem Muzeum Dulag 121 panem Andrzejem Kurcem –  synem Konrada Kurca ps. „Joland”, poetą, członkiem Pruszkowskiego Towarzystwa Kulturalno – Naukowego oraz Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, w kole nr 6 w Pruszkowie – od lat wspierającego działania na rzecz popularyzacji wiedzy na temat walki zbrojnej podczas II Wojny Światowej oraz inicjatywy tworzenia miejsc pamięci, wśród nich również Muzeum Durchgangslager 121.

Konrad Kurc ps. „Joland” (ur. 15 marca 1896 r. – zm. 3 sierpnia 1944 r.) – kierownik biura finansowo-personalnego w pruszkowskiej elektrowni, członek plutonu AK „Nenufar”, uczestnik powstańczej akcji zbrojnej na terenie elektrowni, rozstrzelany przez nazistów 3 sierpnia 1944 roku. Począwszy od 1940 roku udzielał się w oficjalnie działającym MKSS (Miejskim Komitecie Samopomocy Społecznej) utworzonym przy pruszkowskiej RGO, a dwa lata później wstąpił do utworzonego w ramach Wojskowej Służby Ochrony Powstania plutonu „Nenufar” , którego zadaniem było podtrzymać dostawę energii elektrycznej dla lewobrzeżnej części Warszawy w momencie wybuchu Powstania. Akcja bojowa na terenie elektrowni rozpoczęła się 1 sierpnia 1944 roku. Dowodził nią podporucznik rezerwy Stefan Kwiatkowski ps. „Zabłocki”, zaś Konrad Kurc ps. „Joland” został przydzielony do grupy, której zadaniem było odbicie z rąk Niemców wartowni przy wejściu do elektrowni oraz koordynację służb sanitarnych. Wobec szturmu niemieckiego oddziału szanse utrzymania obiektu były jednak niewielkie. Powstańcy rozpoczęli więc pertraktacje z przychylnym zawsze dla polskiej załogi kierownikiem siłowni Krzysztofem Wolffem. Razem ustalili wersję wydarzeń, którą Wolff miał później przekazać Niemcom, zgodnie z która atak na elektrownię miał nastąpił z zewnątrz, bez udziału załogi, która lojalnie wypełniać miała swe obowiązki zapewniając ciągłość dostawy prądu. Plan powiódł się tylko częściowo. Gdy 2 sierpnia niemiecki oddział przybył do elektrowni rozpoczęły się przesłuchania, w wyniku których aresztowano pięciu członków załogi, wśród nich „Jolanda”. Jeden z rannych żołnierzy – najprawdopodobniej opatrywany właśnie przez Kurca – rozpoznał go i wskazał Niemcom jako jednego z powstańców. „Jolanda” zabrano do siedziby Gestapo i poddano okrutnemu śledztwu, zaś dzień później – 3 sierpnia – na rampie kolejowej przy młynie stracono. W 1946 roku za walkę i niezłomną postawę podczas śledztwa Konrad Kurc został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Walecznych. Order z rąk Stanisława Mikołajczyka odebrał jego syn, ośmioletni wtedy Andrzej Kurc.

***

Proszę powiedzieć, co spowodowało, że pan tak bardzo głęboko wszedł w tematykę II Wojny Światowej i że taki ważnym celem było dla pana upamiętnianie tego, co zrobił pański ojciec, tego kim był i w ogóle tej całej historii wojennej? Bo był pan bardzo silnie przez wiele lat związany z organizacją, której celem było upamiętnianie. Jak to się stało, że pan mimo że był bardzo młodym, małym dzieckiem, gdy dorósł zajął się sprawą właśnie historii…

Może się państwu wydać to dziwne, ale powodem to była wroga propaganda komunistyczna przeciwna działalności AK. Dla mnie postawa ojca była po prostu wzorem. Nie mogłem znieść tych inwektyw i sobie powiedziałem, że jak dorosnę to będę robił wszystko, żeby historia była prawdziwa.

To znaczy, że to wiąże się z pana bardzo silnymi, bolesnymi przeżyciami z okresu dzieciństwa, czy słyszał pan na temat swojego ojca negatywne opinie?

Tak.

A od kogo pan je słyszał? Jak to przebiegało? Czy pan w szkole był w jakiś sposób napiętnowany jako dziecko AK-owca? Czy inną drogą to do pana przychodziło?

Inną drogą. Najbardziej mnie zabolało jak byłem świadkiem… po prostu czerwoni wyrzucili mojego ojca z grobu.

O tym nic nie wiemy. Czy może nam pan o tym opowiedzieć? Czy może jest to zbyt bolesne dla pana wspomnienie?

Daty to nie pamiętam dokładnie. W każdym razie był to rok 1945, gdzie przywieźli masę ciał ludzi rozstrzelanych, które uznali wręcz – zdaje się opinią ich rodzin – za komunistów po prostu, tworząc legendę tak zwanej „lewej podmiejskiej”, czyli tak nazywali ruch oporu niby komunistyczny działający po stronie lewej Wisły. I wtedy, ponieważ tam, gdzie była mogiła mojego ojca i jeszcze dwie mogiły powstańcze, było suche miejsce, przekopali to. Oprócz tego jeszcze taki olbrzymi grób żołnierzy niemieckich i rosyjskich z I Wojny Światowej. Też przenieśli kości gdzie indziej i tam pochowali tych ludzi. Wyciągnęli ciała. Mój tata na szczęście był w trumnie, którą zrobili z prostych desek jego koledzy z konspiracji. Obok były dwa groby żołnierzy chowanych w grobach polowych. Po prostu zwłoki wyciągnięte na wierzch. To było straszne wrażenie. Ja to przeżyłem tak, jak drugi raz śmierć ojca, którego widziałem w rowie pełnym krwi. Nie mogę mówić o tym naprawdę. To było straszliwe przeżycie. Także sami państwo rozumieją, miałem powody, żeby angażować się w tę pracę. A że też wyszło na to, że jestem z zamiłowania historykiem i humanistą. Piszę wiersze, które dzięki temu, że mam takich przyjaciół, były wydane.

Czytaliśmy pańskie utwory. Są drukowane w „Przeglądzie Pruszkowskim” pani Horban. Jesteśmy pod ich dużym wrażeniem. Natomiast rzeczywiście powiedział pan rzecz, która mną szalenie wstrząsnęła, nie mogę tego nie powiedzieć, bo rozumiałam, że pan jako mały chłopiec stracił ojca, że na pewno mama bardzo dbała o to, żeby przekazywać informacje i przekazywać ten obraz ojca dzieciom. Znam też tę historię, którą opowiadała pani Horban na temat pogrzebu? Pamięta pan pogrzeb swojego ojca?

Bardzo skalany.

Byliście na pogrzebie tylko w najbliższym gronie rodzinnym ze względu na bezpieczeństwo biorących udział w konspiracji. Czyli tylko pan, mama i siostra, prawda?

Tak.

Irena Horban: I ksiądz. Ksiądz Wacław Her, co zawsze podkreślamy. To był wyjątkowy człowiek.

Taki pogrzeb, który zapada w pamięci. Ojciec chowany niemalże po kryjomu. Czy miał pan wtedy wiedzę, że tak się wydarzyło, aby uchronić innych?

Aż takiej świadomości to wtedy nie miałem. Chociaż został mi taki widok: jak przyjechała fura, bo on na furze, takiej konnej, ciało i my przyjechaliśmy, to za murem cmentarnym stanęła taka, jak to mówiono kiedyś w Warszawie, „suka”. A nazywana tak, bo [był to] taki wóz, gdzie żandarmi siedzieli do siebie w dwóch rzędach wzdłuż bariery. Czekali prawie do końca…

Żeby aresztować tych, którzy pojawią się na pogrzebie?

Tak. Odjechali rozgoryczeni, bo w sumie [na pogrzebie] było dwóch powożących furą i ksiądz Wacław Her. […] Ojciec miał być chowany w grobie w ogrodzie przy kamienicy, w której mieszkaliśmy i on mieszkał, ksiądz, który powiedział mamie, że on jej nie pozwoli, żeby żołnierz był chowany nie na poświęconej ziemi. I pojechał z nami. Na szczęście też go nie ruszono tam na cmentarzu, bo przecież też się narażał. A po latach dowiedziałem się, dlaczego proboszcz nie odprawiał mszy. Jak się okazało na parafii były zdeponowane pieniądze Armii Krajowej. Gdyby proboszcz został aresztowany to by przepadł dostęp do nich.

Irena Horban: To był ksiądz proboszcz Tyszka, o którym mówiłam, prawda?

Tu chodzi o parafię Kazimierza?

Irena Horban: Kazimierza. Ksiądz Tyszka miał wszystkie pieniądze Armii Krajowej, bo w parafii mógł mieć. I on przetrzymywał, natomiast ksiądz Tyszka, Edward, Wacław to był jego brat rodzony i też był w AK. [Księża] Her, Skrzecz to byli wszyscy Armia Krajowa. Ksiądz Tyszka był, zresztą i Wróblewski, w RGO był […], ale był też w Armii Krajowej. I ksiądz Dyżewski, który był proboszczem parafii żbikowskiej też był w AK. Więc to była taka sieć. I [ks.] Bujarski też był w AK. Czyli ta cała grupa księży tu będących, wszyscy byli w Armii Krajowej. I dlatego masz rację Andrzejku, że nie odprawił mszy, bo on był głową tej całej grupy, że tak powiem, Armii Krajowej.

Andrzej Kurc: Ja może skończę o tym impulsie, który spowodował, że dalej się angażowałem. Szukałem ludzi, którzy mogliby mi powiedzieć o ostatnich chwilach życia mojego ojca. Odszukałem nazwisko Kruk. On był pracownikiem elektrowni, a w organizacji był rusznikarzem. Mieszkał na Żbikowie przy ulicy Królowej Jadwigi, to nie daleko elektrowni. A na ulicy księdza Streicha, obecnie Waryńskiego, miał warsztat rusznikarski. Znalazłem go i przez znajomych i zaprosiłem go do domu. I muszę powiedzieć, że w pewnym momencie tej decyzji żałowałem, bo jak zobaczyłem siwego, steranego życiem człowieka, [który] mówił ze łzami w oczach o moim ojcu i widziałem jak to przeżywa strasznie, tak jak by był winien śmierci mojego ojca, że nie dopilnował dowódcy… Tata w tej akcji praktycznie przez długi czas dowodził, ponieważ komendant tego plutonu, inżynier Kwiatkowski pseudonim „Zabłocki” został ranny w rękę i korzystając z przerwy na obiad ewakuował się do domu. Ponieważ ojciec był jednocześnie dowódcą tak zwanej drużyny bojowej, bo tam było parę takich oddziałów […], które mimo akcji w elektrowni działały na miejscu, żeby ludzie mieli światło. Bo elektrownia pracowała, to był między innymi atut przy kapitulacji. [W ten sposób] dyrekcja się obroniła. Utworzyła legendę, żeby bronić załogi, że elektrownia została zaatakowana z zewnątrz przez AK, a ludzie nie mają [z tym] nic wspólnego, że byli zajęci produkcją energii. A ponieważ tak było, że część ludzi pracowała, restrykcje się sprowadziły do aresztowania kilku ludzi, w tym mojego ojca, który został rozpoznany przez człowieka, któremu uratował życie. Bo to był starszy wiekiem żołnierz tak zwanego Werkschutzu, a tata był jednocześnie przełożonym kobiet w WSK, sanitariuszek. Ponieważ wiedział, że konwencja genewska wymaga, aby [jeńcy mieli prawo] do obsługi medycznej tak, jak i swoi ranni, kazał tego człowieka opatrzyć i nieopacznie sam nachylał się nad nim, a że miał po wypadku samochodowym uszkodzony nerw trójdzielny, drgał mu policzek, więc był rozpoznawalny. Jak wkroczyło Gestapo po kapitulacji to tenże żołnierz taki był wdzięczny, rycerstwo Niemców się tu przewija, że zamiast uratować człowieka to jeszcze pognębił. Powiedział: [ten] z opaską na ręku nade mną się pochylał, był dowódcą, no i tak się skończyło. Ojciec był poddany bardzo okrutnemu śledztwu, bo jak ciało wylądowało w końcu u nas w domu, bo pozwolono, specjalnie widocznie licząc się z tą wpadką na cmentarzu, to widziałem, że musiał być gdzieś przymocowany za kajdanki, bo na nadgarstkach miał skórę zdartą. Między innymi w dokumencie nadającym ojcu Krzyż Walecznych dowódca pułkownik Krzywda-Rzewuski napisał, że Krzyż jest przyznawany za walki i bohaterską postawę w śledztwie. To też jeszcze łańcuch wzruszeń spowodowało. Proszę sobie wyobrazić, że pod koniec 1945 roku dostaliśmy z mamą zaproszenie do elektrowni warszawskiej, gdzie odebrałem [odznaczenie] osobiście z rąk premiera Mikołajczyka, do tej pory widzę tą jego korpulentną postać, uśmiech tego niedużego człowieka, który wręczał mi to odznaczenie.

Czyli ojciec został odznaczony w jednym z tych pierwszych rzutów w 45 roku, jeszcze za Mikołajczyka?

Tak. Z Londynu. To było londyńskie odznaczenie.

A jak rodzina była traktowana potem, już po 45 roku, w rzeczywistości komunistycznej polskiej przez władze? Czy mieliście jakieś wsparcie w związku z tym, że ojciec zginął, że mama była sama z dziećmi? Jak interesowano się losem dzieci, no w końcu bohatera? Czy też doznawaliście jakiś restrykcji w tym okresie, jako rodzina związana z AK? Czy zostawiono was samych sobie?

To wiem, że staraniem pułkownika Krzywdy dostawaliśmy wsparcie UNNRA, bo byśmy zginęli z głodu, gdyby nie to. [Byliśmy] łakomczuchy bo, jak otrzymaliśmy, to mało się nie potruliśmy z siostrą. Ona się, za przeproszeniem, z głodu nażarła masą orzechową, to takie ciężkostrawne…

Irena Horban: Ona też mała dziewczynka była. Ona była młodsza ode mnie, Jola.

Andrzej Kurc: Miała wtedy czternaście lat.

Czy całe życie pana było związane z Pruszkowem?

Tak, choć urodziłem się w Warszawie. Dlatego także mam do niej wielki sentyment. Urodziłem się na Ochocie na Sękocińskiej. Szukałem tego domu. Stoi.

A kiedy przeprowadziliście się do Pruszkowa?

W trzydziestym którymś roku. Najpierw do Piastowa, a później na Żbików, na ulicę Szkolną, obecnie Łączniczek AK. Tam nasz ojciec miał zamiar kupić taki nieduży, mały domek, ale nie było pieniędzy, także się przenieśliśmy do obecnego mieszkania, w którym po Powstaniu było trzydzieści parę osób. Całe rodziny. Leżeli w noc na podłodze. Nie było innego miejsca.

To były osoby, które wyszły z obozu Dulag?

Częściowo, ale większość przyszła z Ochoty. Drogą od kolejki, przez Tworki, byli prowadzeni do Dulagu. Część nawiała po prostu.

Uciekinierzy.

Irena Horban: Chyba nie było mieszkania wtedy, w którym nie było ludzi z Warszawy. Nie wyobrażam sobie.

Andrzej Kurc: Przez pewien czas było u nas dwóch powstańców, których w nocy, po godzinie policyjnej, przyprowadziła łączniczka. Wiem, że miała na imię Hanka. Nazwiska nie pamiętam.

Irena Horban: Andrzejku, Godlewska.

Andrzej Kurc: Tak. Miała ich zabrać po jednej dobie. Niestety zostali na drugi tydzień. Boże, co to był za strach. Przecież jakby Niemcy nakryli nas, to cała kamienica pod ścianę by poszła. A ci chłopcy świadomi tego zagrożenia, też się czuli strasznie źle. Wiem, że byli w wieku tak około 22-25 lat. Jeden był kawalerem, drugi był żonaty, miał jedno dziecko. Obaj byli bardzo widocznie ranni. Jeden, ten młodszy, miał ształtyrię, jak to nazywał, przestrzelony obojczyk i tak zrobiony gips jeszcze w pierwszych godzinach Powstania. Drugi miał ranę głowy, też miał ją obandażowaną i całe ciało ropiejące, pełne takich drobnych ranek od odłamków i z pyłu ceglanego, widocznie po bombie. Cierpieli strasznie. [Słysząc] jakieś ruchy, na dole, na schodach, od razu uciekali na strych. Później płakali, że nie chcą nas narażać. No, ale nie było wyjścia. Ich wyjście oznaczało śmierć. Nie wiem, co się z nimi stało. Bo ich [Hanka] wyprowadziła później, ale ślad zaginął po całej trójce.

Irena Horban: Hanka Godlewska była dużo od nas starsza. To była taka pani starsza, która zajmowała się tym z ramienia PCK. Ona bardzo tutaj na terenie Pruszkowa działała.

Andrzej Kurc: I później, jak już zaczęły się zawiązki organizacji kombatanckich – ZBOWiD, pułkownik Sadowski, nasz pierwszy prezes, stworzył koło, które miało pewną autonomię. Było w ZBOWiD-zie, ale przyjmowało byłych żołnierzy też AK. Wiem, że miał kolosalne trudności z utrzymaniem autonomii?

A który to mógł być rok?

Lata 60. już były.

Dopiero 60. lata?

Tak.

Czy wcześniej nie było możliwe, żeby AK-owcy mogli się ujawniać i nie ponosić konsekwencji ?

Nawet po akcji pułkownika Mazurkiewicza […] strach się było ujawniać.

Mówił pan o powstaniu tej komórki w związku z tym, że pan się do niej dostał? Czy to było później?

Wtedy mnie poproszono. Pani Zdanowska zaprzyjaźniona z naszą rodziną powiedziała: Andrzejku, słuchaj, nie chciałbyś nam pomóc? No i ja z otwartymi ramionami przyjąłem tą propozycję.

Irena Horban: Tam jest taka tablica na domu, znaczy już teraz nie na domu, gdzie ona mieszkała, Zdanowska.

Andrzej Kurc: Zresztą zaraz potem zmieniły się trochę układy na górze i sejm uchwalił odznaczenie Warszawski Krzyż Powstańczy. I znowu ja dostałem zaproszenie na odbiór tego Krzyża. Pamiętam, to było w takiej olbrzymiej sali w Związku Nauczycielstwa Polskiego na Powiślu, z takim proscenium. Tam wszystkich zaproszono do odbioru tego [odznaczenia]. To było tak wzruszające przez świadome złamanie [zasady nadawania odznaczeń] przez wręczającego ten Krzyż. Pułkownik Szyszkowski, dowódca Zgrupowania w Kampinosie, był wówczas prezesem „Obroży”, czyli tego okręgu AK, do którego do tej pory należymy. Stało nas osiemnaście osób, czyli dzieci, przeważnie dzieci powstańczych, ale i żon, braci, bliskiej rodziny. Te odznaczenia powinny być wręczane w etui, a pułkownik nie zważając [na zasadę ] wyjmował te Krzyże i przypinał nam na piersi.

To bardzo zobowiązujące.

Wierzcie mi, przede mną stał wysoki mężczyzna, syn lekarza Przyżyckiego. Płakał, a mnie się noga trzęsła z wrażenia, jakbym miał delirkę. Taki byłem wzruszony. Jeszcze na dodatek ten cały major Domus, jak nazywali tego, co prowadził, zwracał uwagę pułkownikowi, że [odznaczenia] się wręcza, a ten mówi do niego: Jak sądzicie kolego, czy to nie będzie wielkie wzruszenie dla rodziny, że na swojej piersi potrzymają odznaczenie najdroższej sobie osoby? I walnął wszystkim. Taki malec stał jak ja, kiedy odbierałem od Mikołajczyka ten Krzyż, i on, ten mały, też dostał. Taką miał bluzeczkę szkolną. Dumny stał, cały blady. Wrażenie się spotęgowało jeszcze bardziej, [kiedy] zobaczyłem jak wszyscy zaczęli schodzić bez słowa. I wzrok tego prowadzącego… Na litość boską, czy nikt się nie zdobędzie na słowo podziękowania? I wtedy we mnie zapadła decyzja, że powiem. Pokazałem głową, że ja chcę. [Major Domus] spytał, kto ja zacz, przedstawił mnie z imienia, nazwiska i [powiedział] za kogo brałem to odznaczenie. Wszedłem na mównicę i zacząłem mówić mniej więcej w te słowa, że proszę mi wybaczyć moje wzruszenie, ale jestem niezmiernie wdzięczny wszystkim ludziom, dzięki staraniom których został uchwalony Krzyż Powstańczy. I zakończyłem takim zdaniem: Nie grały im surmy bojowe/ Niech wieczna im gra hymn chwały. Dostałem brawa i na swoje nieszczęście spojrzałem na salę, gdzie zobaczyłem oczy mojej siostry zalane łzami. Jak mi ścisnęło gardło… no, nie powiem więcej, nie dam rady. [Kiedy] odprowadzili mnie do siostry, odetchnąłem. Było parę etapów, które spowodowały [że postanowiłem], że do kiedy będę miał siłę to będę robił Muzeum Dulag, że non stop będę działał. Dla rodziny mojej. Między innymi to jest powód. Moja żona jako dziecko przeszła przez Dulag[…] Mam jeszcze jedno dziecko, z którego jestem bardzo dumny. To jest kwatera powstańcza na cmentarzu pruszkowskim ozdobioną taką, jak się nazywa?

Irena Horban: Matka Boska AK-owska.

Andrzej Kurc: Matka Boska w szacie ozdobionej znakiem Polski powstańczej trzyma na ręku umierającego młodego powstańca, z którego głowy zwisa hełm. Piękna rzeźba.

Irena Horban: I wiersz Baczyńskiego jest tam umieszczony […]. Tam właśnie leży ojciec Andrzeja, Pan Konrad Kurc. I tam leży też mój kolega Mietek Głowacki, który też zginął w Powstaniu.

Bardzo Panu dziękuję za to, że zechciał się Pan podzielić z nami swoimi przeżyciami. Muszę powiedzieć, że jestem pod olbrzymim wrażeniem tego , o czy nam Pan opowiedział. Czuję się zaszczycona, że mogłam pana poznać.

Andrzej Kurc (ur. 3 lipca 1938 r., zm. 8 stycznia 2017 r.) – syn Konrada Kurca, absolwent liceum im. Tomasza Zana w Pruszkowie, które dotąd ciepło wspomina, jako miejsce mające istotny wpływ na ukształtowanie jego patriotycznej postawy. Zainteresowanie wojenną historią Pruszkowa i okolic rozwijał działając w lokalnych towarzystwach; Pruszkowskim Towarzystwie Kulturalno–Naukowym oraz Towarzystwie Absolwentów, Wychowanków i Przyjaciół Gimnazjum i Liceum im. Tomasza Zana. Zaraz po uzyskaniu pełnoletności nawiązał współpracę z działającym wówczas nielegalnie środowiskiem Armii Krajowej, zaś po 1989 roku ze strukturami Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, w kole nr 6 w Pruszkowie, na którego wniosek odznaczony został Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W latach dziewięćdziesiątych jako radny miasta Pruszkowa aktywnie wspierał inicjatywy tworzenia miejsc pamięci, m.in. rewitalizację cmentarza powstańczego w Pęcicach oraz działania na rzecz popularyzacji wiedzy na temat walki zbrojnej podczas II Wojny Światowej, wykładając w pruszkowskich szkołach oraz na Uniwersytetach Trzeciego Wieku.