menu

Schronisko RGO „Szwalnia” („Echo Pruszkowskie” 21 X 1923)

Schronisko RGO „Szwalnia” („Echo Pruszkowskie” 21 X 1923)

W 1923 roku w kolejnych numerach poświęconego sprawom Pruszkowa i okolic dwutygodnika „Echo Pruszkowa” ukazywała się seria reportaży „Z wędrówki po Pruszkowie” przedstawiających życie miasta. W kolejnych numerach 8, 9, 12 i 15 publikowane były teksty autorstwa prawdopodobnie Kazimierza Bagdacha oraz Jana Szczepkowskiego. W wydaniu z 21 października1923 roku ukazał się krótki reportaż poświęcony schronisku Rady Głównej Opiekuńczej (polskiej organizacji pomocowej działającej w Pruszkowie w latach 1916-1928) „Szwalnia”.

 

Z wędrówki po Pruszkowie

I. Schronisko – Szwalnia

Do najpospolitszych naszych wad, które bezkrytycznie w sobie tolerujemy, należy pochopność sądu. Ludzie sądzą ludzi i sprawy z przesadnym entuzjazmem lub uwłaczającą lekkomyślnością, na odległość przez mury i inne przeszkody nie trudne jednak do przebycia dla tych, którzy gwoli uczciwości własnego sądu, obowiązani są sprawdzić czy pani Psztycka nie rozsiewa przypadkiem plotek, a obywatel pan Grzmotnicki czy nie jest w błędzie złorzecząc na zebraniu tej działalności, której odwrotnie należy wyrazić tylko głębokie uznanie. Podobno dziewczęta ze Szwalni Rady Opiekuńczej, gdy wyjdą zbiorowo na spacer, słyszą złośliwe uwagi: „Takie pannice i jeszcze w schronisku? Do roboty by poszły!” itd. Dziewczęta unikają spacerów. Kto zaś im podobne niemądre zarzuty stawia niech raczy przyjść i zobaczyć ich próżniactwo w Schronisku.

O godz. 6 rano w lecie, a o 7 zimą już są na nogach i w ciągu dwóch godzin wszystko sprzątnięte, one same umyte, uczesane po pacierzu i śniadaniu, żadnej posługaczki i stróża niema w tym domu, a zewnątrz i wewnątrz wzorowa czystość. Potem zasiadają do pracy obowiązkowej przy igle i nożycach trwającej 6 godzin z przerwą godzinną na obiad. Po godzinach obowiązkowych mogą wykonywać własne robótki przy tych samych warsztatach. Ta ostatnia praca daje im możliwość posiadania pewnego fundusiku na swe drobne wydatki. Wieczorem znów obowiązkowe dwie godziny przeznaczoną są na ogólna teoretyczną wiedzę, której udzielają im nauczycielki szkół powszechnych.

Praca wychowanek jest niezmiernie żmudną: ślęczenie w isternych ornamentacjach skomplikowanych ażurowych haftów „Richelieu”, haftów angielskich białych i kolorowych tkanych cienkim jedwabiem i tj. z artystyczną precyzją, wymaga doskonałych oczu, i nieraz benedyktyńskiej cierpliwości. To też wyroby tej pracowni jako to: ornaty, serwety, kapy itd. są już wyrobami mającymi powodzenie na rynku stołecznym. Zamawiają sklepy, zamawiają i osoby prywatne i płacą… oczywiście miliony. Jest to więc schronisko nie filantropijne lecz dochodowe.

A przecież wychowanki i uczennice tego zakładu to zupełne sieroty bez dachu nad głową, któremi należało się zaopiekować. Są to nieszczęsne ofiary wojny, dzieci tych, którzy długie lata cierpieli na Syberii lub, których losy wojny rzuciły do państwa „ponurej anegdoty”, gdzie hodowali niesłychaną tęsknotę za wyidealizowaną Ojczyzną i żelazne siły do upragnionego powrotu z dalekich Omsków, Tiumeniów i Orenburgów itp. Dawali im przekonanie, ze jadą do kraju, w którym rządzi duch mądrości i poryw serdecznego bratniego uczucia.

Rodzice pomarli na progu Ojczyzny w Baranowiczach, Słonimie i Równem, sieroty zaś po nich Pruszków teraz gości, a miejscowa Rada Opiekuńcza wychowuje.

Wychowanie to traktowane jest jako najpraktyczniejsza droga do nabycia fachowej wiedzy krawieckiej w zakresie ich osobistych zdolności; wychodzą stąd jako wykwalifikowane hafciarki lub krawcowe, otrzymują posady w zakładach prywatnych lub jak to miało miejsce przed paru miesiącami, zakładają własną pracownię haftów (w Lublinie). Kierowniczka zakładu p. Jadwiga Andrzejewska i zarządzająca szwalnią p. Karolina Cholewińska gorliwie czuwają nie tylko nad wyrobieniem fachowym uczennic lecz i przygotowaniem do życia w odmiennych warunkach, gdy zapragną własne ogniska założyć. W niejednej główce już pewnie taka myśl świta, nie jeden czerstwy buziak uśmiecha się do świata i jego praw, a jasne oczy tęsknie marzą. Są to już przecie panienki w dobie rozkwitu: najmłodsza ma lat 14 najstarsza 19 – więc zabawić się nieraz rade. Od tego są niedziela i święta. Przychodzą tu goście młodociani z innych schronisk i pod czujnym okiem wychowawczyń bawią się w gry, tańczą i śpiewają przy dźwiękach rozstrojonej nieco fisharmonji.

I pracę urozmaicają sobie śpiewem: ot teraz właśnie z trzydziestu buziaków pochylonych nad tamborkami hafciarskimi, bielizną lub ubrankami dziecinnemi, wypływa harmonijny czysty śpiew – trochę może za smutny, ale tak dobrze charakteryzujący nastrój młodych dusz rwących się w świat podniebny szarzyzny życiowej:

Orły, sokoły dajcież mi skrzydła!
Gruzy – popioły – ziemia mi zbrzydła!
Ja bym tak chciała pobujać z wami…
Orły, sokoły
Choć duszę weźcie na swe loty
I tam zanieście w marzeń kraj złoty…

J.S.