menu

Szczepkowski – Koleją przez budziackie stepy („Echo Pruszkowskie” 1929)

Szczepkowski – Koleją przez budziackie stepy („Echo Pruszkowskie” 1929)

W 1929 roku w kilku częściach w kolejnych numerach „Echa Pruszkowskiego” ukazał się artykuł Jana Szczepkowskiego „Koleją przez budziackie stepy. Fragmenty z przeżyć i podróży pruszkowiaka”, będący relacją z powrotu do Polski z Besarabii (dzisiejszej Mołdowii) po zakończeniu I Wojny Światowej. Szczepkowski, który na czas wojny przeprowadził się nad Morze Azowskie, w 1918 roku wstąpił do IV dywizji Wojska Polskiego na wschodzie gen. Żelichowskiego, prowadząc kursy z geografii i historii dla żołnierzy. W relacji, będące połączeniem reportażu z podróży i artykułu krajoznawczego, barwnie opisuje nie tylko swoje przygody podczas powrotu do kraju, ale także Besarabię – jej krajobraz, przyrodę i historię.

Jan Szczepkowski

Koleją przez budziackie stepy.

Fragmenty z przeżyć i podróży pruszkowiaka

 

1.

 

Ignacy Paweł Fudakowski – Wieś w Besarabii podczas I wojny światowej, Narodowe Archiwum Cyfrowe

 

W początkach maja 1919 roku zostałem zaliczony do kompanji sztabowej IV-ej Dywizji Wojsk Polskich, kwaterującej wtedy w Jarmoldei. Należało pojechać do pułku, stojącego w pobliżu Dniestru we wsi Plobsztubej i załatwić pewne formalności, związane z przeniesieniem. Po jednodniowym pobycie i noclegu w tej ostatniej wiosce wracałem do Jarmoldei szerokim mołdawskim wozem rozparty na wiązce kukurydzowych badylów. Pogoda była piękna, droga równa, siedzenie wygodne, mimo to czułem ból w grzbiecie i różnych organach wewnętrznych, a wysiadając z wozu przed swą kwaterą miałem wrażenie, że wymłócono mnie dokumentnie ze wszystkich stron cepami. Powlokłem się więc prawie na czworakach do doktora.

Obejrzał język i skomenderował krótko: do domu i do łóżka. Rozkaz ten brzmiał dość ponętnie, lecz niestety rzeczywistość nie była ponętną. Domem naszym, a raczej kwaterą była zimna i wilgotna izba bez podłogi, łóżko zaś zastępowała twarda ława, na której spało się bez żadnego materaca, mając jedynie plecak pod głową. Buty i ubranie nie były tygodniami z zasady zdejmowane gwoli uniknięcia reumatyzmu.

Wyciągnąwszy na owej ławie zbolałe członki, leżałem spokojnie, aż mie ogarnęła miła tyfusowa gorączka. Przy takiej 40° stopniowej temperaturze człowiek czuje się doskonale w zimnej izbie, pod lekkim płaszczem jest mu zupełnie ciepło, a w podnieconej gorączką wyobraźni przesuwają się coraz to inne sceny: przykre lub wesołe, ale zawsze nowe. Czasem tyfusowy pacjent ma wrażenie, że jest torreadorem branym na rogi przez byka; niekiedy zda mu się, że doznaje pieszczot w ramionach nadobnej nimfy, lub jedzie aeroplanem do nieba, słowem jak w kinematografie, z tą różnicą, że chory chce być nie tylko widzem, lecz i aktorem, zdarza się więc, że taki ogłupiały w tyfusie aktor wyskakuje z łóżka, a czasami nawet robi salto-mortale przez okno na ulicę i nikt mu tego za złe nie bierze z wyjątkiem dozoru szpitalnego, dbałego zawsze o karność chorych i własną reputację. Nim jednak znalazłem się w szpitalu, przez parę dni byłem odcięty od ludzi i pozostawiony na łasce „poczciwych” Mołdawian.

Na dobitkę prawie jednocześnie ze mną zachorował mój syn, 12-letni chłopiec pełniący w ostatnich dniach funkcje mego ordynansa, gospodarze zaś nasi uważali, że najwłaściwszym środkiem kuracyjnym dla chorych jest spokój – pozostawiono więc nas w absolutnym spokoju i nie zaglądano zupełnie do naszej zimnej świetlicy, sami zaś nie mieliśmy dość sił, aby reagować na swe niewesołe losy. Wypadkiem zabłądził jakiś żołnierz. Byłem na tyle przytomny że skreśliłem parę wzruszających frazesów do jednego z oficerów sztabu. Skutek był nad wyraz pomyślny. Wkrótce znalazł się przy nas lekarz, siostra, ciepłe mleko – słowem uczciwa opieka, a w parę dni później zostaliśmy włożeni niby szklane naczynia na wóz dobrze wymoszczony słomą i w asystencji wielce sympatycznej siostry przewiezieni do szpitala dywizyjnego w Kauszanach.
Nie powiem, aby widok tego szpitala wywierał na przybywających do niego pełne otuchy wrażenie. Cały kompleks domów mołdawskich, zarekwirowanych na sale szpitalne skupiał się około starej cerkiewki, która spełniała rolę domu przedpogrzebowego i cieszyła się niebywale liczną kIijentelą nieboszczyków, ekspedjowanych z bardzo uproszczoną procedurą kościelną na pobliski cmentarz.

Około chat, na których widniała wypisana dużemi literami wyjątkowo szczera djagnoza lekarska „tyfus plamisty”, snuli się sanitarjusze i siostry w białych fartuchach, a na przyźbach wygrzewały się na słońcu żywe kościotrupy rekonwalescentów, wobec których wywołany z grobu nieboszczyk Piotr z Janiszewa (Piotrowina) wydałby się pewnie okazem czerstwego zdrowia i dobrej tuszy.

Do jednego z takich domków i nas wpakowano. Wiadomo mi było że tyfusu plamistego nie mam, lecz tak zwany „powrotny”; chłopiec zaś miał, panującą wtedy hiszpankę połączoną z wysoką temperaturą. Rozejrzawszy się więc w otoczeniu chorych zdecydowanych „tyfuśników”, postanowiłem rejterować stąd na całą parę. Lecz doprawdy trudne to było zadanie wobec braku tej właśnie pary w cielesnej maszynie. Czego jednak człowiek nie dokaże siłą woli. Przebyłem sam całą izbę, a nawet wysoki próg, aż zmachany niczem Swen Heddin po wdarciu się na „dach świata” w Himalajach, ległem na podłodze w sieni i ogłosiłem sarrit arjuszom „łapiduchom” energiczny protest. Zrobiła się mała chryja. Przybył naczelny lekarz. Zacny ten człowiek, chociaż był przedtem lekarzem c. k. austryjackiej armji, posiadał jednak rozum i serce – zrozumiał i ocenił po ludzku naszą sytuację. Poszedł, wyszukał sam położony dalej od centrum szpitalnego domek i już w godzinę potem wędrowałem tam, niesiony raczej, niż prowadzony przez żołnierzy, chłopca zaś ten wyjątkowy doktór sam wziął na ręce i poniósł do nowego lokalu.

Był to lokal, jak na tamtejsze stosunki wymarzony: duża sucha izba z podłogą, lóżko, wygodna ława z siennikiem, a nawet stół i krzesła i co najważniejsze uprzejma gospodyni, dostarczająca mleka i jaj. Dzięki tym wygodom i troskliwej opiece siostry Zofji, oraz ciepłu słonecznemu, co się wdzierało do izby przez otwarte okna, po kryzysie szybko następowała poprawa i przejście do owego stadjum rekonwalescencji, w której chory zaczyna się uczyć na nowo chodzić po świętej ziemi rodzicielce.

Dywizja nasza ładowała się wtedy do wagonów i transporty odjeżdżały do Nowosielicy. Pozostanie w szpitalu byłoby równe tragedji moralnej – tak się dusza do Ojczyzny rwała. Dzięki świadectwu komisji lekarskiej dostałem szczęśliwie zwolnienie i dokument podróży. Spakowawszy więc manatki, żegnaliśmy spojrzeniem tutejsze ciekawe strony.

Okolica Kauszan to jedna z najpiękniejszych w Besarabji. Z otaczającej miasteczko od południa wyżyny stepowej roztacza się wspaniały widok na doliny, wyżłobione pędem olbrzymich rzek polodowcowych. Zda się iż kraj ten rzeźbił Wszechmocny Stwórca całą długością swego boskiego ramienia – tyle w tej płaskorzeźbie rozmachu, tyle otwartej przestrzeni lądu i nieba.
W dole u stóp ukrytego w zieleni miasteczka świeci, niby lustro niebieskie długa tafla cichego jeziora, a tam obok ciągnie się ów sławny cesarza Trajana wał, który stanowił, jak twierdzi wielu uczonych, granice państwa rzymskiego, a w poszczególnych punktach służył za szańce przeciw barbarzyńcom.

Nic dziwnego, że piękną tę okolicę z tak rozległym widokiem w stronę Lechistanu (Polski) upodobali sobie hanowie hordy Nogajskiej, której sułtan turecki Soliman II-gi w 1569 roku ofiarował na kolonizację całą południową część Besarabji – Budziak albo Budżak. Tatarzy sprowadzili około 3000 rodzin z nad morza Azowskiego, pobudowali Kauszany, urządzili tu rezydencję dla hanów i zapuszczali zagony w granice Rzeczypospolitej. Dziś nie ma śladu tej rezydencji, a jedynem realnem wspomnieniem ich panowania pozostały tatarskie nazwy wsi i uroczysk w tych stronach.

Na tych błoniach, gdzie tkwiły orły rzymskich legjonów, gdzie później przez tyle wieków tratowały ziemię kopytami końskiemi dzikie hordy ludów północy i wschodu, w końcu maja 1919 roku przeciągały w bojowym rynsztunku ze sztandarami wszystkie pułki IV Dywizji Wojsk Polskich. Przeglądu dokonał główny dowódca Grupy Wojsk Sprzymierzonych na Wschodzie, jenerał d’Anselme w otoczeniu jenerałów francuskich i licznej świty, przyczem udekorował krzyżami zasługi („croix de guerre”) jenerała Żeligowskiego, oficerów i tych wszystkich, żołnierzy, którzy chlubnie się odznaczyli w zwycięskich walkach pod Tyraspolem i w przeprawie przez Dniestr.

W tym świetnym przeglądzie, niestety udziału wziąć nie mogłem. Osłabiony ciężką chorobą, lecz pełen wiary, że uda mi się po pięcioletniej tułaczce dotrzeć nareszcie do Polski, 1-go czerwca wsiadłem z synem na mołdawski wózek, który nas dowiózł do stacji kolejowej położonej za jeziorem. Tu należało oczekiwać na pociąg, kursujący raz na dobę. Zapadła już ciepła i gwiaździsta noc, kiedy nareszcie ujrzeliśmy dawno niewidziany osobowy pociąg. Po przebyciu ciężkiej walki w celu zdobycia miejsca, odczuliśmy błogą rozkosz, gdy nareszcie drgnęły wagony i potoczyły się w stronę południowo­-zachodnią ku Reni i Galaczowi.

„Echo Pruszkowskie” 1929 nr 9

2.

 

Greckie mundury podczas I wojny światowej, źródło Wiki Commons

 

Pociąg był niezmiernie przepełniony. Później dopiero na jakiejś stacyjce w połowie drogi dodano nam specjalny towarowy wagon z pozostałościami po koniach i zdrowym amoniakowym zapachem, stokroć przyjemniejszym od wyziewów ze śpiących ciał pasażerów. Wagon, do którego nas wepchnięto na razie, należał do typu charakterystycznych wielopiętrowych sypialni trzeciej klasy znanych dobrze podróżującym w czasie wojny po Rosji.

Sypialny parter takiego wagonu stanowią miejsca na podłodze pod ławkami i między ławkami, pierwsze piętro ławki przeznaczone do siedzenia, drugie piętro – półki podnoszone na noc do spania, wreszcie trzecie – półki przeznaczone do bagażu. Wszystkie te kondygnacje zajęte bywają przez pasażerów, śpiących bogobojnie nie tylko całe noce lecz i całe dnie z krótkiemi przerwami na jedzenie i niedaleki spacer. W nocy wagony wcale nie były oświetlane, zdarzało się więc często, że pasażer, dostając się do swego locum na wyższe piętro, nadeptywał ciężkim butem na ucho lub inny bardziej wrażliwy organ śpiącego niżej pasażera. Następowała wtedy wymiana dosadnych epitetów, przerywana rychło skuteczną interwencją innych „towariczów”, obiecujących po prostu wybić zęby powaśnionym i obydwóch wyrzucić z wagonu.

Nasi towarzysze podróży przedstawiali ogromną różnorodność typów. Większość stanowili wojskowi, jadący bądź w sprawach własnych, bądź służbowych do Galaczu, ówczesnej bazy wojsk koalicyjnych w Rumunji. Dominowali błękitni Francuzi, skromnie ustępowali im miejsca źle przyodziani Rumuni, wyłącznie prawie pospolitacy, lepsze bowiem pułki linjowe zajęte były operacjami na Węgrzech. Ciekawe typy reprezentowali egzotyczni arabowie i murzyni afrykańscy w efektownych fezach i zielonkawo-oliwkowych mundurach. Byli tam i grecy niedużego wzrostu w mundurach podobnych do mundurów kolonjalnych wojsk francuskich lub w albańskich spódniczkach i płytkich fezach z olbrzymim chwastem, spadającym na ramię, wreszcie tłoczyli się autochtoni mołdawscy i nieco rosyjskich pozostałości w czarnych czapkach z „okołyszom” i brakiem politycznej orjentacji w głowach. Czynownicy dawnego rządu rosyjskiego nie wiedzieli teraz do jakiej właściwie nacji zaliczać się mają: do rosyjskiej, ukraińskiej, rumuńskiej, czy też nowej, a neutralnej „besarabskiej”. Pragnąc bowiem zachować lojalność w stosunku do Rumunji, a przezorną rezerwę w stosunku do „matiuszki Rosji” wynaleziono i spopularyzowano nową zgoła narodowość „Besarabców”.

Z dywizji naszej jedzie kilkanaście osób; paru podobnych do nas wynędzniałych rekonwalescentów, kilka pań i osób, które pod opiekuńczemi skrzydłami dywizji przebyły Dniestr i etapy Besarabji, a teraz po latach tułaczki z błogą nadzieją rychłego ujrzenia ojczyzny podążały przez Rumunję ku Polsce.

Mimo prawie bezsennej nocy jesteśmy rankiem w doskonałym nastroju. Ledwie dzień się zrobił, już zaczynamy obserwować okolicę. Widoki malownicze: to jary głębokie pokryte bujną roślinnością, to wzgórza i dąbrowy. Pociąg pędzi szybko lub wspina się pod górę. W pewnym punkcie mimo spadku jedziemy bardzo wolno, mijamy bowiem miejsce, gdzie zdarzyła się przed paroma dniami katastrofa z takim samym jak nasz pociągiem. Zginęło w niej podobno kilkadziesiąt osób, pareset odniosło rany. Wszyscy śpieszą do okien. Na zboczu wysokiego nasypu leżą poprzewracane wagony. Pułkownik, który cudem prawie ocalał w tej katastrofie, i teraz odbywa powtórnie przerwaną podróż, opowiada wrażenia.

„Echo Pruszkowskie” 1929 nr 10

3.

 

Wycinek z „W. Liebenow’s Karte der Bukowina und von Rumänien” ok. 1915, źródło: Bologna

 

Siedziałem w przedziale 2-ej klasy i rozmawiałem z oficerem francuskim. Pociąg pędził, jak szalony, nie zwracaliśmy na to uwagi, bo Francuz mówił coś ciekawego. Naraz niesłychany wstrząs, pęd głową w dół i trzask okropny! Wszystko to trwało może półtorej sekundy. Francuz, nie skończywszy frazesu, konał przebity ogromną drzazgą z wyłamanej ściany wagonu. Inni jęczeli. Ja oprócz fizycznego wstrząsu wyszedłem prawie bez szwanku cudem jakimś doprawdy. Pułkownik mówił o tej tragicznej przygodzie szczerze i tak spokojnie, jak gdyby nie trzy doby, lecz conajmniej trzy lata upłynęły od powyższego faktu. Słuchacze również nie przejmowali się wcale niespodziankami tutejszej kolei. Nerwy nasze stępiały już bowiem w owych czasach bezpośredniego zetknięcia się z wojną i rewolucją.

Po chwili zapominamy o rozbitych wagonach, bo oto pociąg wjeżdża na stację, której rosyjska nazwa „Besarabskaja” nie grzeszy wprawdzie pomysłowością, lecz nas interesuje wspomnieniem rosyjskiego „kipiatku” (wrzątku) wynalazku arcypożytecznego w podróży, zwłaszcza po bezsennej nocy. Niestety wrzątku nie ma. Mołdawianki roznoszą tylko mleko po rublu lub leju za szklankę. Jesteśmy oburzeni. Leje rumuńskie zwane tutaj „frankami” stanowczo za mało doznają w Besarabji szacunku. Mołdawianie oceniali je wtedy na równi z rublami carskiemi z tą różnicą, że ruble brano chętniej, my zaś zaopatrzywszy się w monetę rumuńską, potępialiśmy szczerze brak patrjotyzmu romańskiego u tutejszych chłopów.
Lei jest to jednostka monetarna równa francuskiemu frankowi. Nazwa lei albo leu (lew) pochodzi od nazwy dawnych węgierskich monet z wyobrażeniem lwa, kursujących na Wołoszczyźnie w XIII i XIV wieku. Póżniej lejami nazywano tureckie piastry. Zdawkową miedzianą monetą są bani. Najstarsza ta rumuńska moneta miedziana pierwotnie była bitą przez bank Krajowy i stąd pochodzi jej nazwa.

Po spożyciu zimnego śniadania, widząc, że pociąg nie kwapi się z odjazdem, pasażerowie wylegli na peron. Jedni zabrali się gorliwie do mycia pod pompą, inni prostowali zdrętwiałe nogi, inni wreszcie już z samego rana bawili wybornie siebie i widzów. Był to oddziałek francuski jadący do Galaczu. Żołnierz francuski bywa zawsze wesoły i pełen figlów, a szczególniej, gdy wraca z pozycyj. Teraz zabawiano się w klapsy ochoczo. Jest to zabawa sztubacka, niemal łobuzerska, jedna z tych zabaw praktykowanych na dziedzińcach szkolnych, kiedy to na głos dzwonka z murów cichego gmachu wypada z wrzaskiem rozpętana rzesza chłopców przez długą godzinę wbrew naturalnym prawom trzymana musem w bezruchu. Rzesza ta kipi życiem, szumi, swawoli, cieszy się ze swobody całą duszą i wyładowywuje swój temperament w niesłychanie różnorodnych psotach i zabawach, ot jak ci żołnierze, którzy wyskoczyli z dusznego wagonu i wśród żartów, nic sobie nie robiąc z otoczenia, organizują zabawę. Zaczęło się od bicia i zgadywanie kto bije. Poza tem urozmaicono grę. Stanął jeden na przedzie z opaską na oczach, rozstawa szeroko nogi, pochylił się naprzód zwrócony do kolegów w niepolityczny zgoła sposób, krzyczy: „En avant. Frappe, qui tu voudras, mais pas fort, espece de canaille, jerends Je double” (Bij, który chcesz, ale nie mocno, bo ci kanaljo dwa razy tyle oddam).

Przyskoczył pierwszy z brzega, wlepił mu uczciwego klapsa, tamten wymienił nazwisko „kanalji”, lecz nie zgadł, więc przypada drugi, daje znów klapsa i niepoznany odskakuje, aż wreszcie trzeci czy czwarty. Widocznie sławny dzięki swej ciężkiej łapie tak ją ofiarnemu kozłowi przylepia, że ten z bólu w przeciwną stronę wygina swój tułów, zgaduje trafnie nazwisko i opaska przechodzi na oczy „poilu” ciężkiej łapy, któremu znów poprzednia ofiara, śmiejąc się, ślubuje ognia z „duszy” wykrzesać.

„Echo Pruszkowskie” 1929 nr 11

4.

 

Suchak z „The book of antelopes”, 1894, źródło: Wiki Commons

 

Przy tej ekscentrycznej zabawie tyle jest żywej wesołości, tyle śmiechu, że bawią się doskonale nie tylko Francuzi, ale i skłonna do ponurych nastrojów wschodnia publiczność. Naraz uderza dzwonek, zabawa się urywa i wszyscy śpieszą do swych wagonów.

Koleje besarabskie konserwowały jeszcze dawny rosyjski typ i charakter: szeroki tor, napisy na wagonach, dzwonki, służbę, słowem całą zewnętrzną dekorację, na zmianę której nowi gospodarze kraju nie mieli czasu i nie zwracali w początkach swych rządów szczególniejszej uwagi, natomiast oświadczyli kategorycznie funkcjonariuszom kolejowym, że jeśli ich cośkolwiek łączy z „matiuszką Rosiją”, raczą natychmiast wracać za Dniestr; jeśli nie, muszą posiąść język rumuński i służyć wiernie nowej ojczyźnie. Oczywiście niedawni gorliwi rusyfikatorzy Mołdawian zgodzili się chętnie na romanizację i dziś już są „szty romaneszty”, chociaż jeszcze dzwonią i krzyczą „gatowo”.

Pociąg sunie teraz przez otwarte przestrzenie. Przecinamy stepy Akermańskie albo Budziackie (ta ostatnia nazwa jest właściwszą po oddaleniu się od ujścia Dniestru), owe stepy odmalowane tak przecudnie: w sonecie Adama Mickiewicza:

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloności i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu.

Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;
Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;
Tam z dala błyszczy obłok – tam jutrzenka wschodzi;
To błyszczy Dniestr, to wzeszła lampa Akkermanu.

Stójmy! – jak cicho – słyszę ciągnące żurawie,
Których by nie dościgły źrenice sokoła;
Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,
Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.

Oczywiście dużo uroku stepowego ginie dla jadącego w wagonie kolejowym: ginie bezpośredniość odczuć, owe nurzanie się w zieleni, cisza, wśród której słychać kołysanie się motyla na trawie i ginie naturalne odczucie przestrzeni, sztucznie skracanej pędem żelaznych wozów. W każdym razie wzrokowe nasze wrażenia dają nam niezmierne zadowolenie. Przez otwarte okno wagonu duch nasz wylatuje na bezgraniczną swobodę.

Pojęcie stepu łączymy z pojęciem idealnej równiny częstokroć mylnie. Stepy węgierskie są na przykład płaskie, czarnomorskie natomiast posiadają falistość o bardzo szerokim rozmachu. Zdarza się, że niekiedy z naturalnego wzniesienia widzimy punkty o kilkadziesiąt kilometrów odległe. Wioski napotykamy coraz rzadziej, a chaty są coraz nędzniejsze. Obsianych przestrzeni w pobliżu wiosek niewiele, za to odłogiem leżące Ziemie, przybierające charakter pierwotnego stepu ciągną się dziesiątki kilometrów. Na przepysznych bujnych trawach nie dostrzegamy, jako ongi przed wojną licznych stad ogromnych siwych wołów z wielkiemi rogami. Zginęły pod nożem dla nasycenia wojujących armii, pozostałe zaś resztki tych współczesnych turów ciągnąć muszą pług lub chłopską arbę. Gdzieniegdzie tylko pasą się stadka kołtuniastych owiec, hodowanych dla własnego użytku przez Mołdawian.

Oceniając wzrokiem i myślą te wielkie obszary niewykorzystanych jeszcze całkowicie bogatych czarnoziemów, doznajemy pewnego zadowolenia z faktu, że przeszły one nareszcie w posiadanie Rumunji. Rosja carsko-czynownicza zaślepiona w dążeniach zaborczych, rusyfikacji i eksploatowaniu miast, zapomniała o największym skarbie ukrytym w czarnej glebie, o kolonizacji swych kresów i podniesieniu gospodarstw chłopskich do poziomu kultury zachodniej. Nieprędko to jednak nastąpi, gdyż mała liczebność mieszkańców w stosunku do przestrzeni (52 mieszkańców na 1 klm. kw.) nie stwarza żywiołowej dążności do kolonizacji takiej jak w Polsce (76 mieszkańców na klm. kw.).

Polak nieco zazdrośnie patrzy na te stepy: gdyby Polska miała takie przestrzenie stepów dla kolonizacji, sprawa reformy rolnej nie byłaby aktualną. O ile ekonomista ubolewa nad niewykorzystaniem dziewiczej ziemi, przez którą cały dzień prawie wiezie go pociąg, o tyle miłośnik pierwotnej natury znajdzie w niej tematy do nastrojów i obserwacji.

Przede wszystkiem step i życie na nim jest rzeczą zgoła różną od tego, co otacza i wychowuje olbrzymią większość współczesnej ludności. Jest to świat wielkich praw natury, nie mający pozornie nic wspólnego z wirem zabiegów i małostkowością naszych cierpień. Stojąc wśród tych cudnych, otwartych przestrzeni ziemi i nieba, stajemy wobec potężnej cząstki absolutu, widzimy nieprzebraną Wszechmoc Stwórcy, jednocześnie czujemy w sobie wzmożoną życiotwórczą energję. Zaczynamy bardziej miłować to, co nas otacza, niż siebie. Dlatego z łatwością da się wytłumaczyć dziwne przywiązanie do tych czarnomorskich stepów, których pionier przybyły tu z zaludnionych okolic, bronił z żelazną wytrwałością przed dzikimi najeźdźcami. Nim pobudowano zamki i miasta, już walczono o puste przestrzenie. Ginęły tysiące kolonistów-obrońców. Na ich miejsce napływały inne tysiące, a obok mogił starych wyrastały nowe, nie budząc lęku w miłośnikach stepowego życia.

Nie tylko uroki półdzikiego pasterskiego bytu, lecz i hojne plony, jakie otrzymywał rolnik od wdzięcznie oddanej mu ziemi wytworzyły syntezę duszy stepowej, a więc być niezależnym od nikogo, władać tą ziemią, walczyć o nią do ostatniej kropli krwi, wreszcie tęsknić za jakiemś szczęściem nieuchwytnem, które nazwać się ludzkim wyrazem nie da, a jednak jest kędyś w dali. Świadomość o niem przeziera w zorzach na niebie i w przepastnej nieskończoności błękitów, dźwięczy w wichrze stepowym i jawi się ludziom w tonach pieśni skocznych radością życia, a zarazem smutnych ową nieziszczalną tęsknicą. Takie są świadome i podświadome właściwości natury ludzkiej, wynikające ze współżycia z przyrodą na otwartym terenie. Jednocześnie na tym terenie, gdzie człowiek od dawna pragnął żyć i panować, gromadziły się również stada wiatronogich zwierząt. Bytowały wolne i szczęśliwe tysiące lat, dopóki nie zostały przez „pana stworzenia” złowione na arkan lub przeszyte strzałą.

Z pośród wielu sierścią lub pierzem pokrytych rodzajów zwierząt najliczniej w czasach dzisiejszych reprezentowane są skrzydlate drapieżce. Już z okien pociągu widzimy prawie nieruchomo wiszące w powietrzu większe i mniejsze gatunki sokołów i jastrzębi, a niekiedy widzimy nawet kreślącego w błękitach szerokie koła króla ptactwa – orła, który ze skał naddniestrzańskich zapuszcza się tutaj po zdobycz.
W czasie wiosennego i jesiennego przelotu ptactwa ilość czatujących drapieżników zwiększa się niepomiernie. Górne ich posterunki tworzą wtedy gęstą szachownicę ponad szlakami ciągów i korzystają z łatwej zdobyczy potulnych, zmęczonych ofiar.
Wędrowne nasze ptactwo przebywa cały ogrom trudów i niebezpieczeństw podczas lotu przez stepy i morza po to, aby na umiłowanej ziemi rodzinnej zadość uczynić wielkim prawom bytu swojego gatunku. Zasługuje więc choćby z tej racji na uznanie i troskliwą naszą opiekę. Gdy wkroczymy w bujne trawy stepowe nie pogardzimy obserwacją nawet owego drobiazgu, który depce kopyto naszego konia lub podeszew obuwia, spotkamy tam cały odrębny świat uroczego życia, swobody i, niestety, jak wszędzie, walki i przemocy.

Poszukując większych dzikich zwierząt z przykrością musimy stwierdzić, że już ich nie ma. Minęły bezpowrotnie owe czasy, kiedy na tych stepach pasły się stada rączych suhaków i kluczyły w trawach długonogie dropie. Dziś prócz rzadkiego zresztą wilka, największym z dzikich czworonogów jest zwykły zając i kuzynek jego nieuchwytnie szybki królik. Podczas pieszych wycieczek po stepie byłem nieraz zaintrygowany, gdy jakieś pozornie spore zwierzę, którego jednak kształtów i wielkości nie można było wzrokiem ocenić, w ruchach nierównych i szybkich jak błyskawica, robiło parę skoków w trawie i ginęło w pobliżu pod krzaczkiem burzanu. Przeszukując miejsce, gdzie zwierzę znikło, znajdowałem w ziemi niewielki, lecz głęboki otwór. Otwór ten i ślady pazurków świadczyły, iż był to dziki królik. W norach ziemnych kryje się również połoz stepowy (Zamenis trabalis) największy z wężów europejskich o złotawo lśniących łuskach. Wąż ten wypełza w chwilach ciszy, aby się wygrzać na słońcu, lub upolować chomika czy też wielką zieloną jaszczurkę.

„Echo Pruszkowskie” 1929 nr 12

5.

 

Modliszka zwyczajna, źrodło: Wiki Commons

 

Niechętnie za to opuszcza swą norkę jadowita tarantula. Ogromny ten pająk siedzi całemi dniami ukryty w pionowej głębokiej jamce, najczęściej zrobionej na ścieżce, wydeptanej przez owce, w ukryciu tem czatuje na owady wędrujące po równej drodze, a gdy owad stanie nad brzegiem dołka niby nad głęboką studnią, wtedy tarantula skacze, chwyta go w żarłoczne szczęki i wciąga do swej zbójeckiej jaskini.

Pająki zabijające jadem swe ofiary nie są jeszcze tak okrutnemi stworzeniami, jak inne owady, np. turkuć-podjadek, urządzający sobie niekiedy kanibalską ucztę z własnych braci lub tutejsza modliszka (Mantis reliqiosa). Mieszkając dłuższy czas nad morzem Azowskiem oraz na Krymie, miałem możność obserwować te dziwne, nieznane w Polsce stworzenia, właściwe tylko Europie południowej i Afryce. Jest to owad długi a raczej wysoki (ponieważ zwykle siada w pionowej pozycji) od 6-9 cm, posiada dość pakowny odwłok zwłaszcza u samiczek wydatnie gruby w jesieni. Modliszka należy do owadów prostoskrzydłych i przypomina nieco szarańczę, lecz cienka długa szyja i płaska głowa z wyłupiastemi oczyma, oraz nieproporcjonalnie do głowy wielkie szczęki opatrzono mnóstwem ostrych i silnych zębów, czynią z niej osobliwe stworzenie, coś niby miniaturkę jurajskiego potwora. I rzeczywiście jest ona strasznym potworem dla mniejszych owadów, zwłaszcza pasikoników. Przede wszystkiem dzięki długiej i prostej jak gruba trawa szyi, niewidocznej płaskiej głowie i barwie ciała przystosowanej do otoczenia, to jest zmieniającej się jednocześnie ze zmianą trawy, a więc jasno zielonej na wiosnę, a żółto-brązowej pod jesień, modliszka jest prawie niedostrzegalną.

Potworek ten siedzi sobie w trawie całemi godzinami bez ruchu i przednie muskularne łapki, zbrojne od wewnątrz w kilka ostrych kolców trzyma przed sobą wzniesione i złożone pokornie, jak do modlitwy. Stąd powstała nazwa „modliszki”. Lecz modliszka jest podłą hipokrytką, bo oto pasikonik wesoły i rozśpiewany najmilszą melodją upalnego lata i cichej jesieni skoczył nieopatrznie ku modliszce, która zdała się tylko grubem żdżbłem trawy. Naraz zniża się listek z tego źdźbła, rozszczepia w dwie silne łapy, które chwytają go wpół i podnoszą w górę ku potwornej głowie. Pasikonik chce się wydrzeć, lecz próżne usiłowania: kolce łap wpiły się w jego ciało. Teraz zaczyna się okropna uczta. Każde ssące lub skrzydlate zwierzę, chwyciwszy ofiarę, zabija ją przed spożyciem; owad pożera częściowo żywą istotę, nie troszcząc się o jej męki. Modliszka zjada swą zdobycz powoli, z premedytacją odrywając zębami po kawałku ciała, zaczyna od dołu odwłoka, a kończy na głowie. Uczta taka trwa kilka lub kilkanaście minut. Ofiara szamocze się i przeżywa nadzwyczajne męki, a zimne oczy potworka są wtedy straszne.

Wierzę w celowość każdej żywej istoty w wielkim świecie przyrody, a jednak wobec takich obrazków nasuwa się pytanie, czy jest to zwyrodnienie gatunku podobne do wypadków zwyrodnienia jednostek, czy też jedna z omyłek przyrody, lub jedna z nieodgadnionych tajemnic wielkich sił twórczych.

Z pustych przestrzeni stepowych i bujnych łąk, pokrytych różnobarwnemi plamami kwiecia, zbliżamy się do okolic bardziej zaludnionych. Kolej zakreśla duży łuk. W dali widać miasteczko Bołgrad. Stacja większa od innych. W pobliżu Bołgradu ciągnie ze wschodu na zachód ów sławny wał Trajana. Linia wału na mapie wyraźnie jest wskazana, lecz gdzie w okolicy leży trudno odnaleźć wzrokiem, zwłaszcza dla tego, kto równie tylko leży w otwartych drzwiach wagonu, jak na bezsilnego rekonwalescenta przystało.

W miarę zbliżania się do Dunaju okolica staje się coraz bardziej falista. W dali widać wielką taflę jeziora, za niem rumieni się w słońcu wysoki brzeg, jakieś czerwone osadowe gliny, a hen na widnokręgu w stronie południowej majaczą sinawą mgłą powleczone góry. Współtowarzysze podróży dziwią się skąd naraz wyrosły na naszej drodze góry. Wszyscy tak przywykli do widoków stepowych, że pierwsze dostrzeżone na widnokręgu wyżyny wzbudzają żywe zainteresowanie wśród jadących tędy po raz pierwszy. Ponieważ w ostatnich latach byłem nauczycielem, a nawet służąc w wojsku Polskiem podczas postoju w Odessie wykładałem w szkole pułkowej geografję i historję, korzystam więc teraz z okazji, by się zabawić w przygodnego prelegenta. Współpasażerowie Polacy dowiedzieli się więc, że widziane góry leżą już poza Dunajem w Dobrudży i są zakończeniem stepowego płaskowyżu, łączącego je z wysuniętemi na wschód odnogami Bałkanów.

Wskutek naturalnej zapory, jaką dla Dunaja stanowiły wschodnie pasma Bałkanów i wyżyna Dobrudży, rzeka musiała zmienić swój kierunek południowo-wschodni na północny i dopiero wyminąwszy owe widziane przez nas góry (dochodzą one ledwie wysokości 400 metrów nad poziomem morza; oglądane z doliny Dunaju, tuż nad poziomem morze leżącej, czynią wrażenia dość wysokich gór) rzeka skręca tuż przy nich na południe-wschód i szeroką deltą wpada do morza.
Tym sposobem Dunaj i leżąca za nim Dobrudża odcinały ziemię Rumuńskie (Mul­tany i Wołoszczyznę) od Morza Czarnego. Rumunja od dawna pragnęła mieć morskie wybrzeże Dobrudży. Ziemia ta w starożytności Dako-Romańska po wędrówkach ludów i upadku cesarstwa Bizantyjskiego stała się krajem bułgarsko-tatarsko-tureckim. Dopiero w 1878 r. na mocy traktatu Berlińskiego przeszła do Rumunji w zamian za odstąpioną Rosji południową część Besarabji (Budżak), którą od krymskiej wojny władała Rumunja. Bogata romańska Besarabja zagarnięta podstępnie przez Rosję w 1812 r. znów znalazła się cała w jej posiadaniu.

Później w 1917 roku ze względów strategicznych przyznano Rumunji część bułgarskiej Dobrudży, a po wojnie światowej, gdy do wielkiej Rumunji wróciła Besarabja i linja brzegowa od ujścia Dniestru, pociągnięta została na południe aż pod Warnę, nowe państwo Rumuńskie zawładnęło blisko czterysta kilometrowem wybrzeżem morskiem. W tem miejscu opowiadania każdy z tych polskich tułaczów, którzy się po obcych morzach włóczyli i dlatego oceniają ich wartość niezmierną, westchnął po cichu: mój Boże gdybyśmy mieli choć takie pobrzeże.

Nie pora jednak na gawędy i rozmyślania, gdyż przed oczami naszemi przesuwa się coraz to nowy pejzaż. Jedziemy tuż ponad ogromnem jeziorem Kagul, powstanie swe zawdzięczając oczywiście Dunajowi. Na jeziorze w pobliżu brzegu, po którym biegnie pociąg, pływają sobie spokojnie dzikie kaczki. W żołnierzach naszych budzi się strzelecko­-myśliwska żyłka. Walą więc z karabinów przez okna wagonów tak sobie ot dla sportu trafią, czy nie trafią. Szczęściem dla kaczek pociąg mknie prędko, więc strzały chybiają. Tutejsze ptactwo widocznie przywykło już do hałaśliwych wojskowych pociągów. Kaczki płyną dalej spokojnie – kpią sobie wyraźnie z szumu lokomotywy i pukaniny żołnierskiej. Skręcamy ku zachodowi i jesteśmy już ponad majestatycznemi wodami Dunaju.

Reni ostatnia rosyjska stacja przedwojenna. Dworzec imponujący, jak wszystkie dworce kolejowe, budowane przez Moskali na pograniczu. Ogarnia nas uczucie radosne: nareszcie kończy się nasza wędrówka wśród otoczenia, które przypomina czteroletnie, niesłychanie bolesne przeżycia. Przez otwarte okna wagonu wpada upajający, zapach kwitnących akacji. Zapach jest tak silny, że rozkosznem swem tchnieniem zwycięża odory naszego końskiego wagonu. Upajająca woń akacji, cichy poważny szum i potęga ogromnych wód z wiszącą tuż nad niemi czerwoną słoneczną kulą – to jakby jakiś inny nowy i uroczy świat. Budzi się energja, nadzieja otwiera coś niby bramę do nowego życia.

Na peronie dworca i w oczekujących przed nim pociągach tłumy. Należy przesiąść z pociągu szerokotorowego do wagonów, stojących na torze normalno-europejskim. Zabieramy manatki i z trudem dostajemy się do jakiegoś obdrapanego austryjackiego wagonu drugiej klasy. Nikt tu na klasy nie zwraca uwagi, ani o bilety nie pyta – jest to bowiem teren jeszcze nie uporządkowany i jednocześnie szlak ustawicznego przewozu wojsk koalicyjnych na linję Dniestru. Rumuni są uprzejmi dla cudzoziemców, a że przy tem miejscowi pasażerowie koszystają z lokomocji, to ich szczęście.

Jesteśmy stłoczeni i zmieszani przedziwnie: różne nacje i typy, oficerowie, różnokolorowi żołnierze, panie, chłopi i dzieci. Dla kogo brakło miejsca wewnątrz wagonu, ten włazi na dach, inni znów sadowią się na długim stopniu, biegnącym wzdłuż drzwiczek wejściowych, przy czem wszyscy mają znakomite humory. Zawieram nową znajomość z oficerem, którego już samo nazwisko Steinkeller sprawia mi rzeczywistą przyjemność, tem bardziej, gdy dowiaduje się, iż jest on wnukiem zasłużonego działacza i przemysłowca polskiego. W sąsiednim przedziale Francuzi śpiewają operetkowe kuplety. Jeszcze nie umilkli, a już siedzący na stopniu, pod naszem oknem żołnierz rumuński zawodzi w szybkiem tempie jakąś tęskną ludową piosenkę, inny znów gwiżdże wesoło. Każdy pasażer jest swobodny, jak u siebie w domu, słowem życie i temperament bije z każdej strony, z każdego kąta i człowieka, a może tak się tylko zdaje temu, kto z tyfusowego szpitala od pół całkowitych nieboszczyków uciekł.

Pociąg rusza i sunie tuż ponad wodami rzeki, co rozlała hen szeroko aż ku owym błękitnawo-zielonym górom, zatopiła krzewy i drzewa w dolinie i toczy się poważnie z nieubłaganą silą żywiołu. Wiosenne słońce stopiło już śniegi na stokach górskich. Szumiały przed miesiącem nadmiarem spienionych fal potoki Szwarcwaldu, Alp Tyrolskich, Czeskiego Lasu, naszych Tatr kochanych, Karpat Wschodnich, Alp Transylwańskich i Bałkanów północnych, a teraz wszystkie te niezmierne ilości wód zebrała potężna rzeka i niesie wśród gór i równin do błękitnego morza. Spłaca dług wielkiemu swemu wierzycielowi skromna ziemia – dług otrzymany w przeczystych kroplach deszczu i kryształkach śnieżnych. Sumienną dłużniczką jest urocza ziemia, oszustwa w naturze zdarzają się bowiem tylko wśród marnych tworów, wielki żywioł jest zawsze szczery i hojny.

Słońce zanurzyło w toń swe szkarłatne oblicze, a na wibrujące fale i na korony zatopionych drzew padły blaski płomienne. Woda, drzewa, góry i cała dolina Dunaju rozgorzała świetlanemi barwami. Jesteśmy zachwyceni.
Jednocześnie z drugiej strony toru ukazują się nowe wody i przejeżdżamy powoli most na Prucie.
Fioletowe cienie zmroku padły na fale Dunaju, kiedy pociąg odsunął się do jego rozlewiska, zagłębił w jakimś rozkopie, minął setki stojących na torach wagonów i stanął przed jasno oświetlonem peronem. Galacz.

„Echo Pruszkowskie” 1929 nr 13

6.

 

Galacz, przed 1919 r., źródło: Wiki Commons

 

Galacz w 1919 r. był rumuńską bazą wojsk koalicyjnych, dążących tędy ku frontowi bolszewickiemu z wielkiej bazy koalicyjnej w Salonikach. Obozowały lub przewijały się tędy różnokolorowe wojska: Francuzi, Rumuni, Grecy, Arabowie, czarni jak sadza murzyni i skośnoocy syngalezi. Niekiedy między egzotyczne żołnierstwo zabłąka się paru służbowo jadących polskich ułanów, dla nich równie egzotycznych, z wielkiemi pałaszami w blaszanych pochwach, jako dziwo oglądanych przez południowych kamratów. Niekiedy znów spotkać można grupkę taką jak nasza: kilku wynędzniałych piechurów, wyszarzanych po drogach cywilów i panie repatrjanki z Rosji.

Na peronie, w salach i przed dworcem pełno żołnierzy w różnych pozach. Kto znalazł kawałek wolnego miejsca na podłodze, ten podłożywszy plecak pod głowę wyciągnął się jak długi i śpi sobie bogobojnie – reszta siedzi lub łazi, ćmiąc papierosy.
Jako świeży rekonwalescent po tyfusie, z trudem dźwigałem tobołki swoje z wagonu, w czem niezbyt wydatnie pomagał mi dwunastoletni synek. Rad więc bylem bardzo, gdy mi się nawinął pod rękę tragarz kolejowy. Niestety, radość była krótka. Ognisty ów Rumun tak gorliwie chwycił mój mantelzak, iż się rozluźniły paski podczas przepychania w tłumie i z wewnątrz wypadły bezpowrotnie różne cenne drobiazgi. Fakt ten nie stropił wcale tragarza, który kazał sobie za 10-minutową pracę 10 lejów (około 5 zł.) zapłacić! Podobne występy przy wjeździe do obcego miasta bywają dość niemile; należą one jednak pono do zwyczajów powitalnych stosowanych do cudzoziemców, nieznających miejscowego języka i zdarzają się nie tylko nad Dunajem, lecz i nad Wisłą.

Grupka nasza, do której należą prócz nas dwóch doktorostwo Siekluccy, państwo Korsakowie, doktorowa Mieleszko z córkami, majorowa Budkiewiczowa i kilka osób nieznanych, zamierza lokować się na noc w hotelu. Do hotelu blisko, podobno niespełna pól kilometra, nie korzystamy więc z wygodnych dorożek, których woźnice mają szczerą intencję obciągnąć nas jak tragarze, lecz ładujemy rzeczy na jakiś ręczny wózek. Tymczasem paru panów poszło naprzód zamówić pokoje.

Już późno. Zmrok dawno zapadł, znużeni jesteśmy szalenie. Wojskowi, cywilni, panie, dzieci – cała gromadka polska otacza wózek pchany przez rozczochranego cygana. Uśmiechamy się do siebie radośnie – Hotel! Hotel w pobliżu! Jak cudnie brzmi ten wyraz. Hotel z europejskimi wygodami! Więc nareszcie do przeszłości należy wypoczynek nocny na twardych deskach, wilgotnej ziemi lub na wozach z amunicją i kuferkami! Czuję jak się wyciągam w czystej pościeli na sprężynowym materacu. Jakże jest błogo bujać się na nim…

Ruszamy, popychając wózek. Naraz – „stójcie!” – woła wracająca z hotelu delegacja. Numery mogą być, ale wygody prawie żadne i taksa po 30 lei od osoby na noc! Prysły materacowe nadzieje! Trzosy nasze są wątłe, do Polski daleko, a tu niewiadomo jak długo wypadnie popasać. Co robić? Po krótkiej naradzie decydujemy się nocować na dworcu, byle gdzie, na byle jakim skrawku podłogi, rano zaś zaalarmujemy naszą misję wojskową niech nam cła locum i życie ułatwi. Znów trzeba dźwigać tobołki lub dać się obdzierać tragarzom. Po wielu przeskakiwaniach przez zwały śpiących ciał i zawadzania o francuskie lub murzyńskie nogi – znajdujemy miejsce w korytarzu, między poczekalnią a bufetem. Pociągu w nocy niema, drzwi od bufetu zamknięte – pod niemi można się roztasować.

„Echo Pruszkowskie” 1929 nr 17-18

7.

 

Galalacz, 1906 r., źródło: Wiki Commons

 

Jestem tak znużony, że już i o jedzeniu nie myślę. Rzucam plecak z produktami jako poduszkę pod głowę i wyciągam się na podłodze. Syn czyni to samo, kwitując również z kolacji. W końcu korytarza ulokowały się panie z dziećmi, obok nas na wielkim kufrze śpi żydowska rodzina, a za nami dwa rzędy francuzów.

W półśnie słyszę, jak nasze panie przyrządzają dzieciom herbatę i jak państwo K., znalazłszy jakieś prywatne mieszkanie, zabierają swe rzeczy, potem w ciszy nocnej odgłosy chrapania i jakieś dziwne szmery i piski. Coś po mnie biega, coś zimnego muska po twarzy i coś czy ktoś tarmosi mi plecak pod głową. Najbardziej przykre i drażniące były wędrówki po twarzy i niemiłe dotknięcia w okolicy nosa. Ostrożnie wysunąłem rękę i w pewnym momencie chwyciłem silnie za ów drażniący przedmiot. Poderwałem go w górę. Szamotanie i pisk. Spojrzałem na zdobycz: przy słabym świetle oddalonej lampy dojrzałem, iż trzymam za ogon ogromnego szczura. Zakręciłem w powietrzu zwierzątkiem i cisnąłem go w pustą przestrzeń. Musiał paść pewnie na jakąś „płeć piękną”, bo wnet ozwał się damski wystraszony głosik, a wśród najbliższych krótki pogwar i znów cisza i sapanie śpiących. Zręczny połów miał ten dobry skutek, że całe towarzystwo szczurze, gospodarujące między nami, gdzieś się ulotniło. Nie zastanawiałem się nad skutkami tej wizyty, lecz nasunąwszy płaszcz na głowę, kontynuowałem spanie. Potem znów czułem, że szczury wróciły i znów gospodarują w plecaku, aż ten się rusza i unosi pod głową. Znużenie było silniejsze od obaw i refleksji.

Wczesnym rankiem zbudzili nas francuzi, wyruszający w drogę. Wtedy dopiero stwierdziłem rozpaczliwe skutki zuchwalej gospodarki szczurów pod moją głową. Plecak został w dwóch miejscach przegryziony, z jednej strony wycięta i przegryziona bielizna, w której miałem zawinięty bochenek chleba, z drugiej wypruty woreczek z kaszą. W chlebie olbrzymia dziura, a kasza śnieżnemi grudkami zdobi dokoła podłogę. Zakląłem po żołniersku.

Lecz dzień już jasność słoneczną rozpostarł, nowe wrażenia i urok płynęły z nieznanego miasta, z majestatycznego Dunaju i widnych za nim sinych odrośli Bałkanów, więc się rychło zapomniało o nocnych tarapatach i podłych gryzoniach.

Samo górzyste położenie Galaczu czyni już miasto uroczem. Idąc do centrum miasta z dolnej dzielnicy kolejowej i portowej mijamy domy zrazu parterowe, potem piętrowe schludne i estetyczne, a niektóre nawet okazałe. Ulice wykładane płaskim brukiem i czyste niezmiernie, nas, przybyłych z Rosji, wprawiają w zachwyt. „Jesteśmy w Europie!” – szepczemy sobie w duchu, krocząc po mieście i poszukując władz mających wizować nasze dokumenty i ułatwić przejazd przez Czechy do Polski. Byliśmy u komendanta miasta, w konsulacie czeskim, tu i ówdzie, aż wreszcie skierowano nas do polskiej misji reemigracyjnej, mieszczącej się w jednym z większych hoteli. Misja ta składała się z trzech osób, kpt. Sztobrycha, d-ra Bieluchowskiego i porucz. Żęndzianowskiego. Oczywiście zainteresowano się naszą dolą natychmiast. Przewidując napływ repatriantów luźnych i przyczepionych do IV dywizji Wojsk Polskich na Wschodzie, już przed paru dniami wynajęto skromny, trzypokojowy lokal, w parterowym domku przy ul. Grivitza. Grupka nasza była pierwszym transportem repatriantów.

W pustych ścianach domostwa, prócz drobnego robactwa, nie było nic. Przy dobrych jednak chęciach członków misji i samych repatrjantów zostały sklecone z desek prycze do spania, a na nich rozesłana słoma. Zbytek obiecujący nie lada wygodę! Panie z dziećmi zajęły jeden większy – mężczyźni dwa mniejsze pokoiki. Kuchenka i podwórko służyły jako ogólna umywalnia. Wrzątek przyrządzano na maszynkach, produkty nabywaliśmy na targu, położonym w pobliżu, konserwy mleko skondensowane dostarczyła nam bezinteresownie misja amerykańska – słowem, nie cierpieliśmy tu głodu. Pierwsze dni spędziłem wraz we swym chłopcem na uczciwej pracy „pro publico bono”. Stosownie do życzenia naszej zwierzchności misyjnej, wymalowaliśmy barwnie kilka plakatów po rumuńsku i po polsku, opiewających adres naszego schroniska. Brzmiało to dla nas bardzo imponująco: „Republika Polonei. Biroul pentru repatriaria Polonezilor se gaseste str. Grivitei 6” (Rzeczpospolita Polska. Biuro repatriacyjne znajduje się przy ul. Griwiza nr 6).

Plakaty owe zostały, zawieszone na dworcu kolejowym i w porcie na ścianach wolnych jeszcze od jakich bądź reklam, zgarniętych z tych ścian przed kilku laty skrzydłem wojny. Nic więc dziwnego, że zwracały powszechną uwagę i sprowadziły nam większą ilość zabłąkanych towarzyszy.

Grupka nasza, licząca początkowo około dwudziestu osób, po paru dniach rozrosła się do czterdziestu paru. Dziwni między nimi byli polacy: niektórzy słabo mówili po polsku, inni zupełnie nie znali ani języka ani Polski, a jednak już uważali się za jej obywateli. Sława nowopowstałego państwa szła między obcych i promieniście ich ku sobie ciągnęła. Do pierwszych należeli przyszywani nasi bracia z zakarpackich zakątków państwa Rakuskiego, najczęściej łaziki wojenne, do drugiej – żony i dzieci naszych wojskowych, element obcy, importowany z terenów operacyjnych, domieszka (podobno zdrowa!) do polskiej krwi, wciągnięta już do urzędowych papierów, jako naturalny przyrost ludności naszej Rzeczypospolitej.

W pierwszej kategorji mieliśmy różne ciekawe typy z fajeczkami w ustach lub za cholewą – coś w rodzaju Szwejka z powieści Jarosława Haszka. Szczególnie pewien powsinoga zaciekawił mię swą gwarą. Szafował on całą wielojęzycznością austryjacką. W jednem zdaniu potrafił obok polskich wsadzić słowackie, węgierskie, niemieckie, chorwackie, rumuńskie, a nawet włoskie wyrazy, wszystko to zabarwiając silnym akcentem czeskim. Z prawdziwą przyjemnością słuchałem tej nie zwykłej żonglerki lingwistycznej, choć się na nią niektórzy zżymali. Gorsze były należące do drugiej kategorji damy rosyjskie nieokrzesane, wrzaskliwe, pachnące gminem i samogonką – nowe obywatelki polskie, nie mówiące ani słowa po polsku, podobno żony oficerów …
(d. c. n.)

„Echo Pruszkowskie” 1929 nr 19-20