menu

Szczepkowski o Anielinie („Głos Pruszkowa” 1935, 1938)

Szczepkowski o Anielinie („Głos Pruszkowa” 1935, 1938)

W okresie międzywojennym w Pruszkowie istniały jedynie dwa dostępne dla mieszkańców parki – zarządzany przez pruszkowskie gniazdo Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” park przy pałacyku, do którego wstęp był płatny, oraz wydzierżawiony przez zarząd miasta w 1928 roku park „Anielin”. Ten ostatni stał się tematem wielu burzliwych dyskusji, które przetaczyły się przez lokalną prasę okresu międzywojennego. Narzekano na zaniedbanie zieleni, niszczycielską działalność wandali oraz stan wód w parkowym stawie stawie i kanałach. Wybraliśmy dla Państwa dwa, naszym zdaniem, najciekawsze artykuły, oba autorstwa pruszkowskiego działacza społecznego i literata Jana Szczepkowskiego poświęcone parkowi „Anielin”, które ukazały się w „Głosie Pruszkowa” w 1935 i 1938 roku.

Jan Szczepkowski

O parku, malarji i świeżem powietrzu

Na rok przed Wielką Wojną sukcesorowie Jana Bergsona rozpoczęli parcelację pięknego parku przy kolei. Podczas okupacji niemieckiej większość nabywców wycięła drzewa na swoich działkach. Dopiero po wojnie, światlejsi obywatele zorjentowali się, że miasto Pruszków, mające przedtem znakomite powietrze dzięki parkom i starym drzewom (wielkie topole na Kościuszkowskiej, klony na Klonowej i t.p.), staje się nieznośnem miastem, coraz bogatszem w dymy, kurz i asenizacyjne wyziewy. Mieszkańcy zaś odczuwają coraz dotkliwiej brak miejsc spacerowych.

Park Bersona, zbiory pp. Zaborskich

W lipcu 1921 roku, do ówczesnej Rady Miejskiej, został złożony memorjał opatrzony 81 podpisami przedstawicieli instytucyj społecznych, urzędów i fabryk w Pruszkowie, oraz osób prywatnych, w sprawie konieczności stworzenia parku miejskiego. Na skutek owego memorjału Rady Miasta i Magistrat powołały komisję składającą się z pp. prof. Piotra Hosera, Piotra Kuklińskiego i Jana Szczepkowskiego, w celu zbadania parków i pustych terenów odpowiednich do nabycia lub założenia parku miejskiego.

Komisja zbadała na miejscu parki i tereny położone po jednej i drugiej stronie szosy tworkowskiej, nad rzeczką „Utratą”, poczem orzekła, iż tereny łąkowe wymagają wysokich nakładów i długich lat oczekiwania na rozrost drzew. Pozostają więc dwa parki: ks. ks. Emerytów i Anielin (park hr. Potulickiej, jako zbyt kosztowny, nie był brany pod uwagę). Pierwszy — zbyt mały na park miejski i pozbawiony wody, drugi — zaniedbany, tern niemniej jednak, zważywszy na jego centralne między dzielnicami położenie, najodpowiedniejszy. Jeśli fundusze miasta nie pozwalają na jego nabycie komisja uważa za wskazane wydzierżawienie.

Niezależnie od tego komisja, w celu stworzenia skweru miejskiego i uratowania starych drzew, proponowała nabycie po b. parku bergsonowskim tych działek, na których jeszcze drzew nie wycięto.

Fragment „Planu miasta Pruszkowa”, 1926 r., zbiory Muzeum Dulag 121

Park Anielin, dzięki staraniom śp. St. Berenta, został wydzierżawiony przez miasto dopiero w 1928 roku. Do tego czasu niesumienni dozorcy zdążyli wyciąć na opał dużo drzew i krzewów. Wycinano je nawet już po objęciu dzierżawy przez miasto pod pretekstem że „zmarzły” i schną.

„Anielin” znany ludziom przedwojennym jako rozkoszny park publiczny, dzierżawiony przez Stowarzyszenie Robotników Chrześcijańskich, smutny dziś przedstawia widok.

Przez rzadkie drzewa, pozbawione podszycia krzewów, widać jak w transparencie: kolej i obydwie dzielnice miasta, na terenie parku żadnego domu, żadnego schronienia świeżem powietrzu przed deszczem. Zaledwie kilka ławek na przewiewnym placyku i kilka łódek pływających po gęstej, nieodświeżanej wodzie.

Niema już od wojny drewnianego pałacyku z zimowym teatrem, niema teatru letniego nad bezwodną dziś sadzawką, niema tych rozlicznych malowniczych kanałów zasilanych czystą, źródlaną wodą, dzięki którym po całym niemal parku opłynąć można było łódką, niema labiryntu cienistych ulic, ani chińskich mostów, ani tych bujnych zielonych gąszczów nadających parkowi charakter pełen zacisznego uroku.

Na psy zeszła kultura w tym parku! Wszystko rozgrodzone, zaniedbane, niszczone… Do niedawna nawet czcigodny stary wiąz, który czasy Jagiellonów pamięta, bezmyślna tutejsza młodzież toporkami i nożami cięła…

A przecież można dosadzić drzew i krzewów. Można uporządkować ulice i co najważniejsze uporządkować wodę. To znaczy pogłębić, przynajmniej o metr sadzawkę źródlaną i puścić wodę przez kanały do stawu z łódkami.

Park bez wody nie ma uroku. Tam gdzie jest woda, oczywiście czysta, raduje się oko i uspokajają nerwy. Są co prawda przeciwnicy wody w Anielinie, powtarzający z pełnym lęku uporem wyraz: „malarja“!

Do tych można zastosować przysłowie: że „słyszeli, iż dzwonią, ale nie wiedzą w którym kościele”.

Malarji w Pruszkowie nigdy nie było i niema. Jeśli była to przywieziona z południowej Rosji. W swoim czasie łowiono komary w Anielinie i specjalna komisja lekarska przeprowadziła badania bakterjologiczne, i mimo najskrupulatniejszych poszukiwań pasożyta Haemosporidium malariae nie znaleziono.

Z Anielina można stworzyć prześliczny park po dokonaniu pewnych wkładów. Zarząd miasta twierdzi, że nie warto wkładać w cudzą własność. Twierdzenie oczywiście słuszne, lecz dziś ceny ziemi są tak niskie, że za niewielki stosunkowo kapitał możnaby powiększyć własność miejską. W ostatecznym razie wydzierżawić na lat kilkanaście.

Przy okazji nie od rzeczy będzie wspomnieć o nowych placach pobersonowskich przy plancie kolejowym, gdzie jeszcze żyje w jednej grupie 65 starych drzew. Byłaby nieoszacowaną szkodą dla mieszkańców gdyby padły one pod barbarzyńską siekierą.

Głód świeżego powietrza w takiem skupieniu jak Pruszków, stanie się jeszcze dotkliwszy za lat kilka czy kilkanaście. Należy już więc tworzyć rezerwaty roślinne i robić pozytywne posunięcia dla dobra tych, co po nas przyjdą.

„Głos Pruszkowa” 1935, nr 11

Jan Szczepkowski

W parku miejskim

Obecnie dzierżawiony przez miasto park „Anielin”, choć w drzewa i krzewy ubogi, daje jednak pewną dozę świeżego powietrza tym łatwiej, że przez szosę tylko graniczy ze wspaniałym, bogatym w roślinność, wodę i rzeźwiący powiew parkiem hr. Potulickiej. Atrakcją parku i czynnikiem dodatnim w orzeźwianiu powietrza jest również stawek anieliński, będący dziś tylko smutną resztką przedwojennych pięknych stawków i kanałów wijących się pod chińskimi mostkami wśród bujnej roślinności po całym Anielinie, a zasilanych czystą bieżącą wodą przez dziś zaniedbane i zapuszczone, a przecież wartościowe źródła u wylotu ulicy Owocowej.

Dla osób, które pamiętają Anielin z czasów przedwojennych, z czasów gdy dzierżawiło go od pp. Zielińskich Stowarzyszenie Robotników Chrześcijańskich, najliczniejsza i najpopularniejsza organizacja społeczna na terenie Pruszkowa (kierownikami jej byli: dzisiejszy emeryt kol. Tadeusz Stokowski, śp. Franciszek Wróblewski, śp. Piotr Wardęcki, śp. Gaczkowski i inni). Tym Anielin dzisiejszy wydaje się ruiną, parkiem zdewastowanym, pozbawionym drzew i krzewów, w jednej części śmietnikiem bogatym w porzucane (zwłaszcza w dni świąteczne podczas „tańcówki”) brudne papierki, w innej części pustką, gdzie barwnym dywanem kwiecia nakryto golizny po ładnej i przestronnej willi, po letnim teatrze nad (wyschniętą dziś) wodą i po tym bogactwie drzew (jak np. czerwone kasztanowce) podszytych najrozmaitszymi krzewami, które nie pozwalało, nawet w bezlistnych porach roku, widzieć z centrum parku domów Pruszkowa, kolejowej linii lub warsztatów Żbikowskich.

Park Anielin w międzywojniu, zbiory Książnicy Pruszkowskiej

Na dewastację parku złożyło się bombardowanie miasta w 1914 r., wycinanie drzew przez niesumiennych dozorców w latach powojennych, łamanie gałęzi (witek) z krzewów przez dzieci i starszych, wreszcie schnięcie drzew toczonych przez kornika i inne robactwo panoszące się w tutejszych parkach i ogrodach z powodu braku ptactwa owadożernego, tępionego systematycznie przez nadmiernie rozmnożone koty domowe.

Zabójczemu gospodarowaniu kornika w tutejszych parkach sprzyja również niewiedza czy też niezaradność ludzka. Wszak drzewo toczone przez kornika, a więc jednocześnie schnące, powinno być bezwzględnie i natychmiast wycięte i spalone, pień wykarczowany, nawet wióry i odpadki kory zniszczone w ogniu, aby ani jedna larwa tego strasznego szkodnika drzewnego nie pozostała przy życiu.

Tymczasem w Anielinie stoją miesiące i lata całe stoczone świerki, na ich bezwartościowych trupach hodują się setki tysięcy larw, z których po przepoczwarzeniu na bliższą i dalszą okolicą wylatują niezauważone przez nikogo maleńkie czteromilimetrowe żuczki, odprawiają weselne gody i składają w korze drzewnej jajeczka, aby dalej niszczyć parki i lasy.

A tyle się mówi w górze o dobru społecznym, o którym trzeba myśleć i dlań pracować! Jest w Anielinie pewien sędziwy starzec: wiąz, co Jagiellonów czasy pamięta. Towarzystwo Ochrony osobliwości przyrody powierzyło nad nim opieką Zarządowi miasta. Zarząd, owszem, zrobił, co należało: ogrodził płotkiem, otwory w drzewie załatał cementem. Lecz nasza młodociana, powojenna publiczka nie lubi zasłużonej kultury szanować: płotek porujnowono, cement rozkruszono, spacerowicze przez otwory wrzucają do środka drzewa śmieci i ogryzki z papierosów grożące starcowi katastrofą pożaru…

Ojcowie miasta może nawet o tym nie wiedzą, rzadko tu bowiem zaglądają. Zaglądają za to ludzie, którym nawet owe resztki parku, trochą wody, zieleni i kwiatów stały się miejscem ucieczki przed zaduchem, hałasem miejskim i… smutkiem. Ten albo ta i owa wyjechali w góry lub nad morze. Oglądają cuda natury, wdychają pełną piersią istotnie czyste powietrze, wzrok ich biegnie ku dalekim wolnym od kominów i domów horyzontom, lub grząźnie w bujnej zieleni lasów, pławią się w słońcu i wodzie, żyją pełnią radości i swobody. Niestety ! Podobna radość życia nie wszystkim jest dostępną! Tylu ludzi nie ma na to…

O zarobki trudno, koleje bardzo drogie, zbiorowe wycieczki męczą i krępują, nie dają ani radości ani wypoczynku. Więc bierze się książkę do ręki, bierze papier i pióro i idzie do Anielina…

Na ławkach stojących w cieniu siedzą sympatyczne młode postacie wczytane w zajmującą książkę, bawią się dzieci, gwarzą ze sobą, а nieraz i słodko drzemią emeryci.

Dobry to zakątek, konieczny dla tych, co ich zły Ios i zły ustrój socjalny przymocowały brakiem środków pieniężnych do ciasnego miejskiego terenu! 

„Głos Pruszkowa” 1938 no 12-13