Janota-Bzowska Fitkau Maria – „Tylko nie chciałabym już nigdy, przenigdy przeżywać wojny… ”
Maria Janota-Bzowska Fitkau (ur. 1910) w 1936 r. ukończyła Warszawską Szkołę Pielęgniarstwa. W 1939 r. została zmobilizowana i skierowana do Punktu Sanitarnego w Ośrodku Zdrowia przy ul. Spokojnej 15, gdzie pracowała do 31 grudnia 1939 r. W 1942 roku wstąpiła w szeregi AK. Podczas powstania warszawskiego pracowała jako pielęgniarka w Szpitalu Chirurgicznym RGO nr 1 przy ul. Grudowskiej 12 w Milanówku (szpital „Perełka”) utworzonym dla powstańców i wypędzonej ludności cywilnej. Była również współorganizatorką oddziału ginekologiczno-położniczego przy ul. Prostej 11 w Milanówku, który działał do czerwca 1945 r. Od 1962 r. była asystentką społeczną w Instytucie Reumatologicznym przy ul. Spartańskiej w Warszawie. Została odznaczona: Odznaką Grunwaldzką, Medalem Wolności i Zwycięstwa, Krzyżem Armii Krajowej, Odznaką „Za wzorową pracę w służbie zdrowia” oraz Medalem „Za udział w wojnie obronnej 1939″. Poniżej prezentujemy fragment wspomnień Marii Janoty-Bzowskiej-Fitkau, które w całości zostały opublikowane w książce „Pochylone nad człowiekiem. Wspomnienia i Biogramy Absolwentek Warszawskiej Szkoły Pielęgniarstwa 1921-1945, t. II, red. Maria Jezierska, Warszawa 1993.
Powstanie Warszawskie
Fartuch i czepek pielęgniarski raz jeszcze odegrały w moim życiu dużą rolę.
W pierwszych dniach okupacji mieszkaliśmy z moim mężem w Klinice na Starynkiewicza. Po urodzeniu córeczki – Agnieszki – wynajęliśmy mieszkanie w Milanówku, pozostawiając oczywiście pokój na Starynkiewicza jako stałe miejsce zamieszkania. W dniu wybuchu powstania mąż mój pojechał rano kolejką EKD do Warszawy. Ja z dzieckiem zostałam w Milanówku. Tego dnia było strasznie, przeraźliwie cicho…Nie słyszałam dzwonienia – dudnienia dział zza Wisły, nawet przyroda ucichła , jakby w oczekiwaniu burzy. Po południu poszłam zmienić książkę. W czytelni zobaczyłam tych, którzy jako jedni z ostatnich wyjechali, i to już z dużymi trudnościami z Warszawy. Mój mąż – nie przyjechał…
Noc przyniosła przerażające wiadomości. Połączenia telefonicznego nie można było uzyskać. W dodatku zaczął lać ulewny deszcz, zmniejszając jeszcze bardziej odporność psychiczną.
Pierwsze dni sierpnia wyjaśniły rozpaczliwość sytuacji tych, którzy byli w Warszawie. Łuny widoczne wieczorem były coraz bardziej krwawe, zapach dymu wdzierał się przez okna. Przyznaję, że te dni załamały mnie. Nie byłam zdolna do niczego. Nie spałam, wpatrując się z rozpaczą w krwawą łunę nad Warszawą… Dnie spędzałam na szukaniu wiadomości, na bezowocnych próbach skontaktowania się z mężem. Moja dwuletnia córeczka bawiła się beztrosko pod opieką swojej niani, a ja wpadłam do domu na chwilę, aby znowu ruszyć dalej w jakąś pogoń za cieniem nadziei… Deszcz lał bez przerwy. Zmoczona, zapłakana – musiałam przedstawiać żałosny widok.
Przyszedł jednak moment – a było to, zdaje się 7 sierpnia – który zmienił całkowicie moją sytuację. Zobaczyłam pierwszych rannych, wydobytych spod gruzów, poparzonych, nieszczęśliwych, załamanych stokroć bardziej ode mnie. Skomunikowałam się z miejscowymi lekarzami – zmobilizowali się szybko. Znalazło się wtedy wiele osób ofiarnych, energicznych i nie wiadomo kiedy i jak zdecydowano zorganizować szpital. Uzyskano zgodę właścicielki dużego domu, w którym mieścił się dotychczas pensjonat[1], na oddanie go na ten cel.
Pobiegłam do domu, zostawiłam parę wskazówek odnośnie dziecka, wyjęła z walizki swoje fartuchy, czepek – i biegiem ruszyłam do pracy, którą już byłam pochłonięta całkowicie.

Bardzo trudno odtworzyć w pamięci szczegóły naszej pracy i wysiłków, zwłaszcza w pierwszym etapie. Wiem, że podzieliliśmy miedzy siebie zajęcia, wiem, że mając za sobą fachowe przygotowanie i doświadczenie z pracy w Szpitalu Maltańskim[2] – zajęłam się stroną organizacyjną kilku dziedzin pracy, także – że ze wszystkich stron spotykałam się z poświęceniem, wysiłkiem i ofiarnością bez ograniczeń.
W niewiarygodnym tempie szpital zaczął działać. Oczywiście był przepełniony rannymi, których kolejką dowożono z Pruszkowa, niezależnie od tych, którzy trafiali do nas indywidualnie. Władze niemieckie, z którymi pertraktowała pani Kiełbasińska[3], osoba niezmiernej energii i specyficznego podejścia do zagadnienia – dały oficjalne zezwolenie na prowadzenie szpitala. Wszyscy otrzymaliśmy legitymacje, które chroniły nas przed bezustannymi łapankami.
Któregoś dnia, przeszedłszy wieczorem ze szpitala do domu, dowiedziałam się, że była jakaś uciekinierka z Warszawy., które widziała w Klinice męża i przyniosła od niego kartkę. To pozwoliło mi na jeszcze pełniejsze zmobilizowanie energii do pracy.
Praca moja różniła się od tej sprzed pięciu lat. Tam miałam do czynienia bardziej bezpośrednio z rannymi, nie mając czasu na oderwanie się od narzędzi, krwi, bandaży. Tutaj zdawałam sobie sprawę, że pożyteczniejszą rolę spełnię organizując i w pewnym stopniu kierując biegiem różnych prac. Trzeba było przecież ustawić nie tylko zagadnienie zabiegów i opieki nad leżącymi, lecz także zmobilizować ludzi do pełnienia czynności związanych z działalnością szpitala oraz pomocą dla uchodźców.
Zorganizowano regularną izbę przyjęć z łaźnią, gdzie niemal każdy ranny przed położeniem na łóżko był cały umyty, a w razie potrzeby odwszony. Zorganizowano również zbiórkę odzieży dla tych, którzy byli przyjmowani do szpitala w strzępach własnej garderoby. Kwestie zaopatrzenia w żywność, leki i środki opatrunkowe rozwiązywaliśmy zdobywając je z różnych źródeł.
Szpital Dzieciątka Jezus ewakuowany z Warszawy ulokował się w miejscowym gimnazjum, z własną organizacją, personelem i sprzętem.
Wkrótce stanęła wobec nowego problemu, z którym na razie nie umiałam sobie poradzić. Otóż wśród setek rozbitków życiowych zwracających się do szpitala o ratunek, pewien, dość duży procent, stanowiły kobiety rodzące lub będące po świeżo odbytych porodach w warunkach obozu lub płonących domach.
Będąc dobrze zorientowana w zasadniczych wiadomościach dotyczących położnictwa – zdawałam sobie sprawę, że przyjmowanie ich do szpitala było bardziej niebezpieczne niż zostawienie pod gołym niebem. Nie było przecież możliwości izolowania położnic od zetknięcia z ropą, która lała się ze wszystkich mniejszych i większych ran. Nie mieliśmy jeszcze antybiotyków, a w naszych wojennych warunkach mieliśmy trudności ze środkami opatrunkowymi, lekami i praniem.
Trzeba było jednak koniecznie coś zrobić. Przede wszystkim więc należało zdobyć lokal na osobny szpital położniczy i uzyskać pozwolenie od władz niemieckich na otwarcie go. Zbieg okoliczności i duży zasób dobrej woli przyszły z pomocą. Niedaleko szpitala chirurgicznego znajdowała się bardzo ładna, nowoczesna willa należąca do wdowy, która miała dziewiętnastoletniego syna, dorodnego, wypielęgnowanego jedynaka. Wiedziałam, że drżała o niego, nie wiedząc jak ukryć go przed Niemcami. Przyszło mi na myśl, że gdybyśmy zatrudnili go choćby fikcyjnie, dając mu legitymację z „wroną”, można by pertraktować w sprawie willi.
Pani K. bez namysłu zgodziła się na moją propozycję. Lokal więc był.
Butelka koniaku postawiona na stole ułatwiła konferencje z mjr. Diehlem[4], komendantem Pruszkowa, od tego zależały wszystkie tego rodzaju decyzje, jak m.in. otwarcie szpitala. Sekretarką jego i tłumaczką okazał się moja dawna koleżanka ze szkoły, co także ułatwiło uzyskanie zgodny na zaangażowanie personelu, na kierowanie rodzących z obozu w Pruszkowie itd.
Dalszym zadaniem było zdobycie sprzętu, łóżek, pościeli, no i oczywiście – żywności. Pozostawała też całkowicie nierozwiązywalna sprawa opieki lekarskiej. Na zapytanie Diehla, kto z lekarzy poprowadzi oddział – nagłe olśnienie spowodowało, że niespodziewanie dla siebie odpowiedziałam: „najlepiej byłoby, gdyby pan major sprowadził z Kliniki na Starynkiewicza męża[5] mego, który tam – jako lekarz specjalista – przebywa. Przecież ze szpitala Dzieciątka Jezus przywozi się lekarzy, personel i sprzęt, a Klinika łączy się ze szpitalem”.
Myśl ta powstała we mnie wcześniej niż uświadomiłam sobie, czym to mogłoby być dla mnie…
Gruby, ciężki, ponury komendant obozu pruszkowskiego był bardzo wrażliwy na wdzięki kobiet. Może i to trochę wpłynęło na jego decyzję, bo nagle – odwrócił się do mnie i powiedział jedno słowo; „dobrze”. Sekretarce wydał dyspozycje, aby zebrała ode mnie dane o przygotowaniu zawodowym mego męża i odręcznie skreślił rozkaz, na mocy którego mąż miał samochodem, który kursował między Pruszkowem a Szpitalem Dzieciątka Jezus, wyjechać z Warszawy do Milanówka.
Przyznaje, że nie bardzo wierzyłam w obietnice Diehla. Dla pewności jednak skreśliłam do męża kilka słów, w których tłumaczyłam mu, że ma pracować w Milanówku oraz prosiłam żeby przywiózł – jeżeli nie uda się przywieźć nikogo więcej – chociaż córeczkę dr Bulskiej, mieszkającej również w Klinice.
Sama zabrałam się z jakąś szaloną energią do dalszych organizacji oddziału. Trzydzieści łóżek zdobyłam kierując się prawem wojennym, zabrawszy je od wyjeżdżających na front Węgrów, stacjonowanych dotychczas Milanówku. Były to właściwie drewniane prycze, ale – w ciągu dwóch godzin przywiezione, wyszorowane i napełnione świeżą słomą zapoczątkowały szpital położniczy przy ul. Prostej.
Muszę w ty miejscu powiedzieć, że społeczeństwo milanowskie zdało wówczas egzamin ofiarności – na piątkę! Nie zdarzało się właściwie, żeby ktoś odmówił pomocy przy jakiejś okazji. Natychmiast znalazły się kobiety do szorowania łóżek, sprzątania, mężczyźni do dźwigania ciężkich przedmiotów, furmanki do przewozów itd. Nie wiadomo kiedy i skąd znalazła się słoma, pościel, garnki, sztućce, kubeczki i inne drobiazgi.

Pozostała jeszcze kwestia aprowizacji. Wpadłam na pomysł, który dotąd sama uważam za genialny. Zmobilizowaliśmy się w kilka osób i obeszliśmy kilkaset mieszkań, prosząc o zadeklarowanie dla szpitala jednego obiadu na tydzień. Wpisywało się od razu nazwiska na listę, ustalając dzień tygodnia. W ten sposób miałam zapewnione codziennie kilkadziesiąt obiadów dla chorych, dla personelu, a nawet udało się nimi dożywiać kilku lekarzy z sąsiedniego szpitala. Liczyłam, że śniadania i kolacje uda mi się wysztukować z jakiś przydziałów żywności.
Trzeba dodać że każda rodzina w Milanówku miała u siebie w domu pełno bezdomnych warszawiaków, a pomimo to – nikt nie odmawiał pomocy. Nie mogę zapomnieć ofiarności byłego właściciela Milanowskiej Fabryki Jedwabiu, p. Witaczka[6], który niejednokrotnie ratował nas z trudności – od niego zdobyliśmy duże ilości mydła, płótna oraz fartuchów.
W dwa dni później, przed wieczorem, zobaczyłam idącego od kolejki mojego męża, trzymającego za rączkę Wandzie Bulską. Tego wieczora prysła na chwilę moja odporność nerwowa… Pamięta, że kąpiąc przywiezione dziecko, układając je w czyściutkim łóżeczku, płakałam z nim razem. Mała patrzyła na mnie wielkimi, niebieskimi oczami wystraszanego zwierzątka… Długo siedziałam przy jej łóżeczku uspokajając ja i pieszcząc. Wreszcie usnęła…
Następnego dnia rano zakończyliśmy montowanie prowizorycznego oddziału i przyjęliśmy pierwsze pacjentki. W trzy dni później pracowaliśmy już całą parą – mąż mój prawie nie wychodził ze szpitala, niosąc pomoc tym tak bardzo potrzebującym kobietom…
Zdobyliśmy wtedy – prócz fachowego personelu, niezastąpioną położną, panią Szenkową i energiczną szarytkę – Siostrę Marię, dużo sprzętu i narzędzi.
Staraliśmy się pracować na warunkach i w myśl przepisów normalnego szpitala. Mąż mój okazał się zwierzchnikiem niezwykle wymagającym, ale dzięki temu i dzięki wytężonej pracy całego personelu, oddział nasz lśnił czystością. Froterowaliśmy nawet podłogi! Prowadzone były historie choroby, książki ewidencyjne itd. Wszystko było ograniczone warunkami w pewnej mierze – polowymi; mieliśmy jednak sekretariat ,którego prowadzenie spoczywało w muzykalnych rękach dwojga pianistów, państwa Bereżyńskich, szatniarza i intendenta – pana Seweryna Bobrowskiego.
W razie potrzeby, naturalnie, wszyscy pomagali w innych dziedzinach pracy. Na przykład, kiedy wypadła popołudniowa nagła operacja cesarskiego cięcia, co przy braku światła nie było rzeczą prostą, pan Bobrowski mający blisko dwa metry wysokości, trzymał nad głowami operujących lampę naftową. Smutno mogło się to skończyć, ponieważ w czasie operacji zemdlał wypuszczając z ręki lampę. Mogliśmy wszyscy łatwo spłonąć, bo przecież operacja odbywała się przy otwartej masce i w powietrzu unosiło się dużo eteru, na szczęście lampa została w porę złapana, pan Bobrowski ocucony, a pacjentka i jej piękna, czterokilogramowa córeczka nie odczuły dramatyczności całej chwili…
Wkładaliśmy dużo serca w nasza pracę. Staraliśmy się podtrzymać na duchu nasze pacjentki, z których wiele nie miało wiadomości o losie swych mężów, a niekiedy – wiadomości tragiczne… Może właśnie dlatego, że poza normalną pielęgnacją położnic, znało się ich dramatyczne przeżycia i cierpienia, zostały one nam tak żywo w pamięci.
Pamiętam na przykład dzień, w którym urodziła się maleńka, ważąca poniżej dwóch kilogramów, Joasia Kubalska, której profesor Szejnach nie rokował nadziei życia. Trzymałam malutką w dłoni i starałam się natchnąć wiarą w utrzymanie życia dziecka zarówno siebie , jak i matkę. Wiedziałam, że ojciec dziecka zginął w powstaniu i matce tak bardzo zależy nażyciu córeczki… Chyba ta wiara pomogła, bo Joasia jest dziś zdrową, ładną, dorodną dziewczyną.
Niemcy nawiedzali nas często. Korzystaliśmy z ich sentymentalnych nastrojów i chętnie pokazywaliśmy im ciemno- i jasnowłose noworodki, starając się odwrócić ich uwagę od mężczyzn, którzy ubrani w fartuchy lub siedzący w holu w charakterze ojców – drżeli ze strachu przed legitymowaniem.
Ratowało się wszystkich, którym pomoc była potrzebna, na różne sposoby… Pamiętam pełen napięcia moment. Chcąc ukryć rannego w kolano dwudziestolatka, któremu groziło wywiezienie, ułożyłyśmy mu posłanie na piętrze , we wnęce okiennej. Przykryty został kocami powyżej nosa. W parę godzin potem dano znać, że przyjechali samochodem Niemcy. Chwyciłam półlitrową butelkę spirytusu i pobiegłam na spotkanie przybyłym. Obeszli cały parter; wszystko na razie szło dobrze… Próbowałam zniechęcić ich do wchodzenia na piętro mówiąc, że tam mamy gorączkujące pacjentki i nie wiadomo , czy to nie coś zakaźnego. Najstarszy kiwnął ręką, każąc reszcie zostać, a sam ze mną wszedł na schody. Rozmyślnie poszłam z nim sama, choć moja znajomość niemieckiego ograniczała się do paru pojedynczych wyrazów. Liczyłam na to, że Niemiec umie trochę po polsku, a wiedziałam, że większa liczba świadków może tylko pobudzić głupawego oficera do brutalnych i niepotrzebnych popisów.
Szłam na uginających się kolanach, od niechcenia bawiąc się butelką. Zaraz przy schodach leżał blady jak ściana Danek Dębicki. Niemiec spojrzał w jego stronę i zapytał: „Czy to też jest położnica?…” Zrobiło mi się ciemno w oczach, wiedziałam jednak że tylko tupetem zdołam ocalić sytuację. Roześmiałam się swobodnie i odpowiedziałam: – tak. Niemiec przez chwilę patrzył na mnie, potem wzrok przesunął się na trzymaną przez mnie butelkę. Wziął z moich rak spirytus i poszedł dalej, pobieżnie lustrując górne pokoje. Kiedy schodziłam z nim ze schodów, czułam suchość w ustach, a nogi miałam jak z waty. Sprawa mogła przybrać dramatyczny obrót.
Pewnego dnia zjawił się w szpitalu Von dem Bach[7], z bogatą asystą. Jakże kontrastowała z jego faktyczną rolą – tłumienia z pełnym okrucieństwem powstania – dobroduszny uśmiech, z którym brał na ręce nasze noworodki, wypowiadając jednocześnie gładkie słowa, które jednak nikomu nie pozwoliły ani na chwilę zapomnieć, że to jeden ze sprawców naszego dramatu narodowego.
Szpital przy ul. Prostej istniał w Milanówku do maja 1945 r. Został on uznany przez wyjeżdżającego jeszcze w okresie okupacji w bezpieczniejsze rejony kraju prof. Czyżewicza[8] za klinikę uniwersytecką.
Po skończonych działaniach wojennych wszystko zostało przewiezione do Warszawy, na ul. Starynkiewicza.
Oczywiście z biegiem czasu pewne rzeczy zmieniły się w organizacji naszego życia szpitalnego. W zimie mieliśmy już przydziały urzędowe gotówki i aprowizacji. Obiady gotowaliśmy sami. Personel uzupełnialiśmy bezdomnymi kobietami w zaawansowanej ciąży. Pomagały w pracach kuchennych, paliły w piecach itd. Po porodzie i połogu opuszczały szpital. Staraliśmy się ułatwić im jakoś powrót do życia organizując im pracę, a w koniecznych przypadkach lokując dzieci w domu im. Ks. Boduena[9], który wówczas również znajdował się w Milanówku. Mąż mój zdał sprawozdanie z działalności oddziału, który prowadził w tym istotnie niełatwym okresie. Prof. Czyżewicz wrócił na swoje stanowisko i praca popłynęła własnym, dawnym rytmem.
*
Mieszkam nadal w Milanówku. Często wracam myślami do tamtych dni. Nie mam już starych fartuchów, mam tylko czepek z czarną aksamitką. Odnoszę się zawsze z wielkim sentymentem do tego symbolu pracy pielęgniarskiej, która w dniach grozy wojennej pozwoliła na wypełnianie obowiązku, jakim jest niesienie pomocy tym, którzy jej potrzebują.
Tylko nie chciałabym już nigdy, przenigdy przeżywać wojny…
[1] Szpital „Perełka” w Milanówku – właściwie Szpital Chirurgiczny RGO nr 1, zwany również szpitalem obozowym, zorganizowany w pierwszej połowie sierpnia 1944 roku przez Jadwigę Kiełbasińską. Posiadał około 100-150 miejsc i około 60 osób personelu. Mieścił się w przedwojennym pensjonacie „Perełka” przy ul. Grudowskiej 12 w Milanówku, od czego wziął swoją potoczną nazwę. Do szpitala trafiali zwolnieni z obozu Dulag121 ranni i chorzy, wśród których znajdowali się również powstańcy z Warszawy. Szpital działał najprawdopodobniej do lutego 1945 roku.
[2] Szpital Maltański w Warszawie – nieistniejący szpital założony w pałacu Mniszchów przy ulicy Senatorskiej 38/40 przez Zakon Maltański. Działał w latach 1939–1944.
[3] Jadwiga Kiełbasińska-Dobrowolska (1904-2002) – akuszerka podająca się za lekarkę, wyznaczona przez Niemców na naczelnego lekarza obozu przejściowego Dulag 121, organizatorka Szpitala Chirurgicznego nr 1 w Milanówku, zwanego szpitalem „Perełka”. Więcej na temat Jadwigi Kiełbasińskiej można przeczytać na naszej stronie: https://dulag121.pl/encyklopediaa/kielbasinska-dobrowolska-jadwiga-biogram/
[4] Heinrich Gustaw Diehl – SS‑Sturmbannführer, funkcjonariusz warszawskiego Gestapo, od 13 sierpnia 1944 r. komendant policji Dulagu 121. Odpowiedzialny za selekcję uwięzionych warszawiaków, kontrolę załadunku osób wysyłanych na roboty w głąb Rzeszy, do obozów koncentracyjnych i Generalnego Gubernatorstwa, a od października tegoż roku również za kontrolę nad obozami przejściowymi w Ursusie i Piastowie. Działał także
w urzędzie nadzorującym grabież Warszawy. Jego losy powojenne nie są znane. W tekście Autorka błędnie przypisuje Diehlowi stopień SS‑Obersturmbannführera (podpułkownika).
[5] Edward Fitkau – dyplom 1930, ginekolog. W czasie okupacji niemieckiej i powstania warszawskiego pracował w klinice ginekologiczno – położniczej przy pl. Starynkiewicza w Warszawie. Po wojnie był dyrektorem szpitala położniczego w Aninie.
[6] Henryk Witaczek razem z siostrą Stanisławą byli założycielami i twórcami przemysłu jedwabniczego w Polsce oraz właścicielami fabryki jedwabiu w Milanówku. Rodzeństwo w czasie powstania warszawskiego zapewnili schronienie i utrzymanie ponad 400 dzieciom w wieku do czterech lat z Domu Sierot im. Baudouina oraz prawie 200 osobom personelu ewakuowanym z Warszawy na terenie Stacji Jedwabniczej w Milanówku.
[7] Erich von dem Bach-Zelewski (wcześn. Erich Julius Eberhard von Zelewski, ur. 1899, zm. 1972) – generał SS (Obersturmbahn), zbrodniarz wojenny. Na służbie w Straży Granicznej (Grenzschutz) od 1930 r., a od 1934 r. w stopniu generała Waffen- -SS pełnił funkcję Dowódcy SS i Policji w Prusach Wschodnich, a następnie na Śląsku. W czasie II wojny światowej odpowiedzialny był za wysiedlanie ludności polskiej ze Śląska, w 1941 r.
mianowany na dowódcę SS i Policji w regionie działania Armii „Środek”. W 1943 r. H. Himmler powierzył mu zadanie zwalczania partyzantki w okupowanej Europie, m.in. na terenach ZSSR, krajów nadbałtyckich i wschodniej Polski, gdzie w wyniku działań formacji mu podległych zginęło ok. 230 tys. ludzi. W sierpniu
1944 r. skierowany do Warszawy z zadaniem stłumienia Powstania Warszawskiego. Jego oddziały odpowiedzialne były za część zbrodni dokonanych na początku sierpnia na Woli i Ochocie oraz
dalszych masowych morderstw w kolejnych dniach Powstania. 5 sierpnia wydał rozkaz stworzenia obozu w Pruszkowie i kierowania tam ludności cywilnej Warszawy. 2 października 1944 r. w jego kwaterze w Ożarowie sygnowany został akt o zaprzestaniu działań wojennych. Był sądzony w Norymberdze, ale uniknął odpowiedzialności za zbrodnie ludobójstwa.
[8] Adam Ferdynand Czyżewicz (1877-1962) – polski ginekolog i położnik, podpułkownik lekarz Wojska Polskiego II RP.
[9] Dom Sierot im. Baudouina w Warszawie – Zakład Księdza Baudouina, znany dziś jako Dom Dziecka nr 15 im. ks. G. P. Baudouina przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, to najstarsza działająca instytucja opiekuńcza dla dzieci w Polsce, założona w 1732 roku przez francuskiego księdza Gabriela Piotra Baudouina. Pierwotnie służył porzuconym dzieciom (Dom Podrzutków).







