menu

Brwinów pomaga

Artykuł Małgorzaty Wittels opisuje rolę mieszkańców Brwinowa w niesieniu pomocy Warszawiakom w czasie i po upadku powstania warszawskiego. W drugiej połowie 1944 roku liczba ludności Letniska-Brwinów wzrosła z siedmiu do około czterdziestu tysięcy osób, a podwarszawskie miasteczko stało się azylem dla więźniów obozu Dulag, wypędzonych cywilów, rannych powstańców oraz dla ewakuowanych instytucji, szpitali i szkół. Lokalna społeczność wykazali się wielką solidarnością i ofiarnością: udostępniali swoje domy, organizowali wyżywienie, opiekę medyczną i pomoc socjalną. Działały tutaj kuchnie dla ubogich, ochronki, świetlice, a także funkcjonowały trzy szpitale, w tym dla chorych zakaźnie, które przyjmowały rannych powstańców i cywilów. Referat Małgorzaty Wittels „Brwinów pomaga” ukazał się drukiem w Zeszytach Muzeum Dulag 121, nr 1 (2015).

O Brwinowie po Powstaniu Warszawskim wiem niewiele ponad to, co przekazali mi rodzice. Znalazłam też trochę informacji w różnych publikacjach, ponieważ zbieram wydawnictwa o podwarszawskich miejscowościach. Dlaczego w ogóle podejmuję ten temat? Z poczucia więzi z tym miastem, by wśród wspomnień o tych, którzy pomagali uchodźcom ze stolicy, nie zabrakło mieszkańców Brwinowa.

Aby zrozumieć skalę zjawiska, jakim był exodus warszawiaków do okolicznych miejscowości, spójrzmy na liczby: ludność Brwinowa wzrosła po Powstaniu z 7000 osób do 40 000. Powstało jakby nowe miasto. A przecież w sąsiednich wioskach także zapełniły się domy, chaty, budynki gospodarcze. „Na niewielkim obszarze nastąpiło niebywałe zagęszczenie ludności. Ludzie ci ze zgliszcz Warszawy zawszeni, brudni wjeżdżali w inny świat: domy całe, z szybami, otwarte sklepy, pod dostatkiem wody, czyste łóżka, ludzie pracujący, a normalni przechodnie przypatrują się im ze współczuciem i wyciągają rękę. Powrót do normalnego życia”[1] – tak sytuację ujmuje Lech Dzikiewicz.

O sytuacji w Brwinowie po powstaniu pisze Maria Tyszkowa: „W dniach Powstania Warszawskiego i po jego kapitulacji setki mieszkańców stolicy znalazło dłuższe lub krótsze schronienie w brwinowskich domach, willach i ogrodach. Wielu z nich zresztą pozostało w Brwinowie na stałe. Był wtedy Brwinów azylem dla osób prywatnych i dla instytucji, dla ewakuowanych z Warszawy szpitali i szkół”[2].

Opaska RGO Wacława Wernera. Ze zbiorów Małgorzaty Wittels

Przez cały okres wojny mieszkańcy Brwinowa starali się nie tylko o własne przeżycie, ale też pomagali innym. Pod egidą RGO działała kuchnia dla niemających środków do życia, prowadzona przez siostry urszulanki wysiedlone z poznańskiego. Rada Główna Opiekuńcza starała się też o znalezienie lokum dla osób pozbawionych dachu nad głową. O ofiarności i zaangażowaniu brwinowian świadczy pismo prezesa Polskiego Komitetu Opiekuńczego Sochaczew­‍‑Błonie dr. I. Świętochowskiego, które zostało przesłane w lutym 1945 roku przewodniczącemu Delegatury RGO w Brwinowie prof. Wacławowi Wernerowi. Zacytuję fragment: „Kuchnie nasze, dzięki ofiarności społeczeństwa nie przerwały działalności swojej dla braku przydziałów urzędowych, akcja kolonii i półkolonii rozwijała się jak najlepiej, powstawały ochronki, świetlice, staraliśmy się ratować dzieci i otoczyć opieką młode pokolenie przez pomoc dawaną zakładom zamkniętym, słowem, jako jedyna polska instytucja staraliśmy się ulżyć doli najbardziej w tej wojnie pokrzywdzonej ludności Polski”[3]. Autorzy listu stwierdzają, że „zarówno pod względem organizacyjnym jak i przez zasięg prac opiekuńczych wybiliśmy się w tym zakresie na jedno z pierwszych miejsc w kraju”[4]. W liście nie został określony okres, w jakim udzielana była pomoc, ale można przypuszczać, że obejmował on zwłaszcza okres po powstaniu, kiedy potrzebujących było najwięcej. Nie został też podany skład brwinowskiego Komitetu, a byli w nim zasłużeni dla społeczności obywatele: ks. Jan Górny, Stanisław Rayzacher, Szymon Fersterowski, Zofia Kuleszyna, Maria Czarnecka, Jan Laski i Stefan Gockowski. Stałymi pracownikami brwinowskiego komitetu RGO byli Ewa Leszczyńska, M. Kazankiewicz, S. J. Mrózek, Aleksander Wróblewski, Irena Mikulska, N. S. Grubska, a także Mieczysława Kaźmierczak, inż. Janusz Kobyliński, pani Kubiak i pan Rożniatowski.

List z dnia 12 II 1945 r. dr. I. Świętochowskiego, prezesa PolKO Błonie-Sochaczew i kierownika biura J. Kaweckiego do Wacława Wernera, przewodniczącego delegatury PolKO w Brwinowie z podziękowaniem za jego działalność w RGO. Ze zbiorów Małgorzaty Wittels

W tym trudnym okresie po upadku powstania ważną rolę w niesieniu pomocy uchodźcom odegrały szpitale. W Brwinowie działały trzy szpitale. Największy z nich, przy ul. Pszczelińskiej w Pszczelinie [dziś część Brwinowa – dop. red.], powstał jako czwarta filia szpitala Wolskiego. Dr Janina Misiewicz, zastępca dyrektora tego oddziału, określiła liczbę jego łóżek na 100 (150 w Biskupicach). Szpitalem kierował dr Zbigniew Woźniewski. Inni lekarze to prof. Janusz Zeyland, dr Józef Piasecki, dr Kazimierz Ciecierski. 29 października przybył pierwszy transport chorych i personelu do Pszczelina. „Pszczelin. Pierwsze wrażenie całkiem miłe; reprezentacyjnie wyglądają sale chorych. Białe szpitalne łóżka z materacami, stoliki, chorzy po ostatnich tygodniach na Płockiej uszczęśliwieni zmianą. Gorzej przedstawiają się pomieszczenia dla personelu. Służba mieszka na sali chorych, siostry mają dla siebie stryszek, a my reszta, gdzie kto może. Doc. Roguski mieszka w sąsiednim domu, dr Chodkowska dziś przeprowadza się do Milanówka. Szpital zajmuje jeden cały budynek (3 pokoje na dole, apteka, kancelaria i laboratorium z ambulatorium oraz na górze 2 sale chorych) i część drugiego budynku (kuchnia i 2 sale chorych kobiet). Przyjęto nas obiadem, a później oglądanie naszego nowego miejsca. Od razu największą bolączką będzie pewne miejsce – przewiewny gołębnik nad stawem i to dość daleko”[5].

Zarząd delegatury RGO w Brwinowie, od lewej: ks. Jan Górny, Zofia Kuleszyna, Wacław Werner i Maria Czarnecka, stoją: Jan Laski, Stanisław Rayzacher, Stefan Gockowski i Szymon Fersterowski, Brwinów 1940 r. Ze zbiorów Małgorzaty Wittels

Kolejny punkt opieki medycznej założono w willi „Harenda” przy ulicy Leśnej. Powstał tu szpital dla chorych zakaźnie (napis na budynku głosił „Uwaga tyfus”). Dr Marian Pertkiewicz, który przybył do Brwinowa 10 sierpnia, tak opisuje okoliczności powstania szpitala: „Rano 10 sierpnia udaliśmy się do Brwinowa do naszych znajomych pp. E. Kristów. Tam zastaliśmy kilkanaście osób z Warszawy. W krótkim czasie dom pp. Kristów zamieszkiwało ponad 25 osób. W tej sytuacji ze względu na bezpieczeństwo (co pewien czas patrole niemieckie sprawdzały poszczególne domy) udałem się do miejscowego lekarza dr. S. Jastrzębowskiego, który w tym okresie współpracował z komitetem RGO… po naradzie komitet postanowił zorganizować w Brwinowie szpital­‍‑izolatorium dla zakaźnie chorych. Na ten cel przeznaczono opuszczoną przez właściciela willę pn. „Harenda”, położoną przy drodze do Podkowy Leśnej. Kierownictwo szpitala powierzono mnie 20 sierpnia. W 3 dużych pokojach na parterze ułożono sienniki. Ja z żoną i szwagierką zajęliśmy pokój na poddaszu. Po zdobyciu kocy i bielizny pościelowej zaczęliśmy przyjmować chorych i osoby niedołężne, przeważnie uchodźców z Warszawy. W krótkim czasie przyjęliśmy 40 osób”[6]. Doktor Pertkiewicz przeniósł się później do szpitala na Łowickiej, a „Harendę” prowadziła dr Anna Krawecka­‍‑Czuperska.

Zarząd delegatury RGO w Brwinowie, w pierwszym rzędzie od lewej Wacław Werner, Maria Czarnecka, ks. Jan Górny, Stanisław Rayzacher, Szymon Fersterowski, Zofia Kuleszyna; w drugim rzędzie od lewej: Stanisław Rayzacher, Szymon Fersterowski i Jan Laski, Brwinów 1940 r. Ze zbiorów Małgorzaty Wittels

Trzeci brwinowski szpital powstał przy ul. Łowickiej w końcu sierpnia 1944 r. Doktor Józef Granatowicz, współwłaściciel lecznicy Omega, zorganizował przywiezienie całego sprzętu z Warszawy i zorganizowanie szpitala. Oto co zapisał on w swoich wspomnieniach: „Po przyjeździe do Brwinowa zastaliśmy naszą nową siedzibę sprzątniętą i dobrze przygotowaną. Wieść o naszym przyjeździe szybko się rozniosła wśród ludności miasteczka. Natychmiast zgłosiło się wielu chętnych do pomocy, wyręczali oni nadzwyczaj przemęczoną i bardzo szczupłą załogę szpitala. Wielu mieszkańców przyniosło kwiaty i żywność oraz bieliznę. Dzielili się z naszymi rannymi swoimi, przeważnie bardzo skromnymi, zapasami. Przez wszystkich nas upragnione były szczególnie mleko, jarzyny, owoce i masło oraz czyste powietrze. Bezpośrednio po uruchomieniu szpitala zameldowało się do obsługi rannych około 10 sanitariuszek, z których część miała przeszkolenie w ramach AK. Organizatorami tej grupy pielęgniarek była rodzina pp. Wernerów z Brwinowa i pani Hryniewiecka – żona prof. Politechniki Warszawskiej”[7].

Personel szpitala stanowili: Józef Granatowicz – dyrektor; dr M. Pertkiewicz – chirurg; dr Halina Pertkiewicz – zastępca dyrektora, dentystka; Barbara Ansorge – pielęgniarka dyplomowana, a także Maria Szybowska, Jadwiga Bąkowska i Józef Szafrański. Placówka mieściła się w Brwinowie przy ul. Łowickiej 2 i funkcjonowała jako Szpital RGO. Doktor Marian Pertkiewicz podkreślał: „Należy wspomnieć, że przez cały okres swej działalności szpital był wspomagany przez Radę Główną Opiekuńczą i społeczeństwo Brwinowa”[8].

Zaświadczenie z 18 IX 1944 r. wystawione przez brwinowską delegaturę PolKO, poświadczające, że Stanisław Lechowski, urodzony 23 IX 1898 r. w Warszawie, legitymujący się kenkartą o numerze 379372, wystawioną 21 I 1943 r. w Warszawie, mieszkający przy ul. Słonecznej 3 w Brwinowie, jest zatrudniony jako urzędnik. Ze zbiorów Małgorzaty Wittels
Zaświadczenie z 2 X 1944 r. wystawione przez kierownika szpitala Mariana Pertkiewicza, poświadczające, że ranna Józefa Lechowska została skierowana na leczenie ambulatoryjne z obozu Dulag 121 do szpitala w Brwinowie. Ze zbiorów Małgorzaty Wittels

O personelu szpitala, który był niezwykle oddany pacjentom, opowiedziała Marta Jurowska­‍‑Wernerowa, łączniczka z Żoliborza, która znalazła się wśród chorych: „Pracą sanitariuszek kierowała w szpitalu dyplomowana pielęgniarka Barbara Ansorge, szwagierka doktora Pertkiewicza. Pamiętam ją uśmiechniętą, dowcipkującą, opiekuńczą w stosunku do chorych i zatroskaną ich stanem. Niełatwe miała zadanie. I ona, i lekarze, i sanitariuszki. Szpital był pełen rannych żołnierzy, były też osoby cywilne, które, jak wszyscy warszawiacy, utracili swoje mienie. Oprócz ran nieśli ze sobą świadomość klęski. Siostra przełożona i jej personel nie tylko opatrywały rany, lecz także podnosiły chorych na duchu. Dodawały otuchy słowem, gestem, uśmiechem. Szpital był »oczkiem w głowie« mieszkańców Brwinowa. Pomagał, kto mógł. Starano się o leki, środki opatrunkowe, których stale brakowało, o środki czystości, ubrania dla tych, którzy mogli opuścić szpital. A przede wszystkim o żywność. O nią było bardzo trudno. Zwłaszcza, że wielu chorych nie można było żywić czarnym chlebem i cebulą. Pieczę nad szpitalem miała RGO (Rada Główna Opiekuńcza) i ona głównie zaopatrywała szpitale w żywność”[9].

Wigilia dla pacjentów ewakuowanego szpitala wolskiego w szpitalu w Pszczelinie, 24 XII 1944 r. Ze zbiorów Biblioteki Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie

„Młodzi chłopcy zdobywali sobie znanymi sposobami żywność dla szpitali. Młode dziewczęta służyły jako pomoc w szpitalach, tym bardziej, że część z nich już w 1939 r. przeszła przeszkolenie pierwszej pomocy medycznej. Szkolenie przeprowadził dr Stanisław Jastrzębowski przy pomocy pielęgniarki dyplomowanej Antoniny Jakubicz, oboje z Brwinowa”[10].

Także w okolicznych wioskach zostały założone prowizoryczne szpitale. „Z informacji pana Bronisława wynika, że w Biskupicach działały dwa szpitale: jeden w remizie OSP, a drugi w Majątku Biskupice (gdzieś w rejonie kuźni). Pacjentami w obu szpitalach zajmowały się siostry zakonne wspomagane przez dochodzących lekarzy i pielęgniarki… Ponadto był i trzeci szpital umiejscowiony w pałacu wsi Czubin, o którym bliższych informacji nie ma. Należy dodać, że mieszkańcy Biskupic udzielali daleko idącej pomocy pacjentom i personelowi szpitali, mimo że było to dla nich ogromnym obciążeniem”[11].

Wśród osób, które brały udział w ratowaniu ludzi z obozu Dulag 121, byli mieszkańcy Brwinowa. Wielkie zasługi położyła w tej akcji znana brwinowska lekarz stomatolog Maria Wilkowska­‍‑Kobylińska. Po rozmowie z przedstawicielem AK, podczas której dowiedziała się o warunkach, w jakich przetrzymywano ludzi w obozie, zgłosiła się do pomocy w ramach służb sanitarnych. Dzięki temu, że wyleczyła komendanta obozu, cierpiącego z powodu chorego zęba, uzyskała możliwość otrzymywania przepustek upoważniających do wyprowadzania na wolność uwięzionych w obozie. Wiele osób zawdzięcza jej życie[12].

Zaświadczenie z 25 X 1944 r. wystawione przez brwinowską delegaturę PolKO, poświadczające, że Hanna Pyzykowska jest zatrudniona jako pielęgniarka w szpitalu przy ul. Łowickiej w Brwinowie. Ze zbiorów Małgorzaty Wittels

Lech Dzikiewicz wspomina o ważnej z punktu widzenia społecznego akcji: „W tej sytuacji na terenie Obwodu »Bażant« AK w Ośrodkach »Bąk« i »Osa« uruchomiono na dużą skalę akcję wydawania fałszywych Kennkart z rozmaitymi lokalnymi meldunkami na naszym terenie. Blankiety tych uznawanych przez okupanta dowodów osobistych, wymagane pieczęcie okrągłe z hakenkreuzami i pieczęcie meldunkowe umiejętnie pozyskiwano z urzędów w Grodzisku Mazowieckim, Brwinowie i Podkowie Leśnej… Działalność ta była prowadzona na skalę wręcz przemysłową, bo najpewniejsze były dokumenty lokalne”[13].

Wśród osób aktywnie pomagającym ludności trzeba wymienić
ks. Jana Górnego. Kiedy przybył do Brwinowa w okresie okupacji był młodym, energicznym człowiekiem. Zbigniew Niewiadomski wspomina księdza jako świetnego organizatora i wielkiego patriotę, opiekuna i wychowawcę młodzieży. Niewiadomski, autor Wspomnień brwinowskiego chłopaka, tak opowiada o Brwinowie po upadku powstania: „Wkrótce zaczęli przybywać do Brwinowa pierwsi uchodźcy z Warszawy. Dom nasz, jak i inne w miasteczku, zaroiły się od tych zmaltretowanych, pozbawionych mieszkania i dobytku ludzi. Nieśliśmy im pomoc w miarę swoich możliwości… Trzypokojowe wolne mieszkanie na parterze było bazą dla uchodźców. Przewinęło się przez nie wiele rodzin, między innymi bardzo ciekawy człowiek P. Kowalski. P. Kowalski przy naszej pomocy dotarł do wskazanych obywateli Brwinowa, szybko zorganizował Komitet Pomocy dla Uchodźców oraz przystąpił do produkcji kul dla rannych. Byłem z Witusiem jego pierwszym personelem i pamiętam, że zaczynaliśmy od zera. Znaleźliśmy stary stół stolarski, pożyczyliśmy narzędzia od znajomych i zaopatrzywszy się w większą ilość kijów od szczotek, desek z tartaku, kleju stolarskiego, drutu i szmat, przystąpiliśmy do produkcji… Zwiększyła się przelotowość uchodźców przez naszą kwaterę, a także zapotrzebowanie na kule, bo wiele osób objętych pomocą z terenu Brwinowa i Podkowy Leśnej miało urazy kończyn dolnych”[14].

Niewiadomski wspomina też o akcji wydostawania znajomych osób z Dulagu. Pomagały tam znajoma akuszerka pani Brodzka i Józef Golędzinowski. Także on sam z bratem udali się do obozu w poszukiwaniu ojca i zostali zaangażowani do noszenia rannych. Wspomniane osoby pomogły w wydostaniu członków rodziny z obozu. I tak na przykład dziadek autora, zaopatrzony w torbę z narzędziami, został wyprowadzony przez pana Golędzinowskiego jako jego pracownik.

Stanisław Werner, mieszkaniec Brwinowa i powstaniec, również wspominał ten czas: „Ewakuowani warszawiacy różnymi drogami docierali do Brwinowa i trafiali też do naszego domu. Najczęściej była to droga przez obóz w Pruszkowie. Taką drogą i ja trafiłem do domu. Inni »urywali« się z konwojów prowadzonych do Pruszkowa, a z Pruszkowa, najczęściej do Rzeszy na roboty. Kto się w domu pojawił dostawał łyżkę strawy, ciepły kąt i opiekę do czasu, aż się jakoś w nowych warunkach urządził. Ile osób przewinęło się wtedy przez nasz dom? Nikt statystyki nie prowadził, ale sądząc po ilości ludzi gromadzących się na posiłkach i na ich rotacji, bez trudu zliczyłbym setkę, albo i więcej”[15].

O swojej drodze z Warszawy przez obóz w Pruszkowie Stanisław Werner pisał także w artykule dla „Podkowiańskiego Magazynu Kulturalnego”. Z Żoliborza ewakuuje się z ludnością cywilną, dźwigając ranną kobietę. Od Powązek jako sanitariusz zostaje przewieziony z ranną do kościoła św. Stanisława na Woli, a stamtąd do Dworca Zachodniego. „Tu czeka pociąg towarowy z węglarkami, do których się ładujemy. Gdy wagony są już pełne, pociąg rusza dobrze znaną trasą na Żyrardów. W Pruszkowie zatrzymujemy się przy warsztatach kolejowych. Ranną bierzemy na »stołeczek« i niesiemy. Pielęgniarka wskazuje drogę do hali, zamienionej w coś na kształt przechowalni dla rannych. Tłok, smród gnijących ran, rwetes. Odnajduje mnie pielęgniarka, pani Wesołowska (Maria Kunkel­‍‑Wesołowska, przyp. MW), będąca w kontakcie z moją rodziną w Brwinowie. Wciąga ranną i mnie na listę osób zwolnionych na leczenie w domu. Niemiecki lekarz zadecyduje o tym przy przeglądzie rannych, ale lekarz przechodzi obok zebranych rannych nawet na nich nie spojrzawszy i podpisuje przepustki. Jutro wyjdziemy z obozu. Dostaję ćwierć bochenka chleba. Zastanawiam się, ile czasu nie miałem w ustach żadnego pożywienia, nie mówiąc o chlebie. Otrzymujemy też jakąś zupę. Noc w obozie, rano dostajemy nosze dla rannych. […] Dom zastałem pełen warszawiaków. Brak było miejsc do spania, zajęte tapczany, łóżka, kanapy. Spało się na podłodze na słomie przykrytej prześcieradłem. W ciągu dnia było jeszcze więcej ludzi: ci którzy byli ulokowani w innych domach przychodzili na posiłki. Zawsze była jakaś zupa na obiad, a na śniadanie i kolację – czarny chleb z drobno pokrojoną cebulą. Organizacja była świetna, każdy miał przydzieloną jakąś robotę: ja uprawiałem ogród i robiłem świece, ktoś wyrabiał kapcie, kobiety robiły na drutach, a siostra z macochą pełniły służbę w miejscowym szpitalu. Ciotka przepisywała na maszynie relacje uczestników powstania”[16].

Zaświadczenie z 2 X 1944 r. wystawione przez kierownika szpitala Mariana Pertkiewicza, poświadczające, że chory na epilepsje Stanisław Werner, legitymujący się kenkartą o nr. 920, ur. 1 II 1914 r., z powodu braku miejsca został skierowany na leczenie ambulatoryjne z obozu Dulag 121 do szpitala w Brwinowie. Ze zbiorów Małgorzaty Wittels

Na koniec warto przypomnieć, że nie tylko chleba i odzienia potrzebowali ludzie podczas okupacji, lecz także, a może przede wszystkim, chleba duchowego, czyli pożywki dla wyobraźni. Skąd ją brać? Mogły ją dawać opowieści z życia, ale przede wszystkim lektura książek. Mój tata wspominał, że w czasie okupacji domownicy czytali wspólnie, z podziałem na role dzieła Szekspira i Moliera, a także… „Kubusia Puchatka”. Maria Tyszkowa, mieszkanka willi „Janina” w Brwinowie tak opowiadała o swoich bliskich i ich stosunku do książek: „Okupacyjne obowiązki mojej matki to nie tylko ukrywanie poszukiwanych, gotowanie kartoflanki lub zacierek dla licznego grona domowników, ale również prowadzenie swego rodzaju wypożyczalni książek. Księgozbiór w »Janinie« był bogaty. Dużo było książek dla młodzieży, literatury historycznej, przyrodniczej itp. Wobec odcięcia młodzieży od jakichkolwiek form życia kulturalnego był to bardzo ważny element wychowawczy, tym bardziej, że matka miała z młodzieżą bardzo dobry kontakt. Po wielu latach spotykałam nieraz starszego pana »na stanowisku«, który mówił mi, że początek swoich zainteresowań, swoich studiów zawdzięcza książkom z naszej biblioteki”[17]. Nie wiemy, czy ów czytelnik zasmakował w lekturze w okresie przed czy popowstaniowym i nie ma to chyba znaczenia. Myślę, że ludzie, którzy mieli co czytać, czynili to w każdym czasie. I jeszcze jeden głos dotyczący książek, tym razem Marty Jurowskiej­‍‑Wernerowej, pacjentki szpitala: „Do pomocy (w szpitalu) zgłaszali się też wolontariusze – mieszkańcy Brwinowa i przybysze. Odwiedzali chorych, czasem załatwiali dla nich różne sprawy, dostarczali książki czy materiały piśmienne”[18]. Widać były potrzebne.

Na tym kończą się moje wiadomości o pomocy mieszkańców Brwinowa udzielanej uchodźcom z Warszawy. Zdaję sobie sprawę, że jest to zaledwie cząstka prawdy o ciężkiej pracy i serdecznej opiece, w którą zaangażowanych było wielu ludzi. Mam nadzieję, że ktoś te informacje uzupełni o nieznane mi nazwiska i fakty.


[1]  L. Dzikiewicz, Konspiracja i walka kompanii Brzezinka 1939-45, Warszawa 2000.

[2]  M. Tyszkowa, Brwinów, Bydgoszcz 1995.

[3]  S. Werner, Wspomnienie o profesorze Wacławie Wernerze, Brwinów 2013.

[4]  Ibidem.

[5]  B. Wardzianka, H. Kołodziejska­‍‑Wertheim, Raporty lekarza dyżurnego z filii szpitala wolskiego w Pszczelinie (29X1944-24III 1945), Warszawa 2012.

[6]  S. Rumianek, Szpitale wojenne w Brwinowie, Brwinów 2012.

[7]  J. Granatowicz [w:] S. Rumianek, Szpitale wojenne w Brwinowie, Brwinów 2012.

[8]  Ibidem.

[9]  S. Rumianek, Szpitale wojenne w Brwinowie, Brwinów 2012.

[10] Ibidem.

[11] Ibidem.

[12] Pomagała również Maria Kunkel­‍‑Wesołowska, ale o jej działalności nic więcej nie umiem powiedzieć.

[13] L. Dzikiewicz, Walka podziemna: Brwinów­‍‑Podkowa Leśna­‍‑Nadarzyn, Warszawa 2010.

[14] Z. Niewiadomski, Wspomnienia brwinowskiego chłopaka, Brwinów 2004.

[15] S. Werner, Korzenie, Warszawa 2002.

[16] S. Werner, Wspomnienia z Powstania Warszawskiego, „Podkowiański Magazyn Kulturalny” 1994, nr 3.

[17] M. Tyszkowa, Willa „Janina”, „Podkowiański Magazyn Kulturalny” 2009, nr 60

[18] S. Rumianek, Szpitale wojenne w Brwinowie, Brwinów 2012.

Powiązane hasła

”None

Skip to content