menu

Cieślik Stanisław – „Ty nie wiesz, co my przeżyliśmy!

Cieślik Stanisław – „Ty nie wiesz, co my przeżyliśmy!

Przez większość życia Stanisław Cieślik (ur. 1948 r.), syn Ludwika Cieślika nie znał pełnej historii swojej rodziny. Wychowany w Belgii, w polskojęzycznym domu, nie wiedział o żydowskich korzeniach swoich rodziców. W okresie okupacji niemieckiej Ludwik Heller i Temka Kritz ukrywali się w Warszawie, posługując się fałszywymi nazwiskami Ludwik Cieślik i Łucja Kastory. Oboje przeżyli powstanie warszawskie i wypędzenie do obozu przejściowego w Pruszkowie. Dopiero po śmierci ojca w 1990 roku zaczął odkrywać rodzinne tajemnice ukrywane przez lata przez najbliższych. W rozmowie z pracowniczkami Muzeum Dulag 121 opowiedział o wojennych losach swoich rodziców, o pomocy udzielonej im przez Wandę Domińską w czasie ich pobytu w Warszawie i obozie Dulag 121, czy powojennej emigracji do Belgii. To także historia o poszukiwaniu tożsamości i mozolnego odtwarzania losów rozproszonej przez wojnę rodziny. Wywiad z synem artysty został przeprowadzony w 2026 roku przy okazji pracy nad wystawą szkiców Ludwika Cieślika z cyklu „Cierpiąca Warszawa r. 1944” , które przedstawiają sceny z powstańczej Warszawy, wysiedlania jej mieszkańców i z obozu Dulag 121. Obecnie Stanisław Cieślik zajmuje się upamiętnianiem twórczości ojca w Polsce i zagranicą. Dzięki jego zaangażowaniu Muzeum Narodowe Ziemi Przemyskiej w Przemyślu zorganizowało dwie wystawy poświęcone twórczości Ludwik Cieślik: „Ludwik Cieślik (Heller) (1904–1990). Uśpione miasto – La ville endormie” (2022) oraz „WIK. Plakat filmowy Ludwika Cieślika” (2024).

Dzień dobry, nazywam się Stanisław Cieślik, urodziłem się w Belgii w 1948 roku, mam pochodzenie polsko-żydowskie. Zostałem ochrzczony w obrządku katolickim. Z rodzicami zawsze mówiłem po polsku, potem się nauczyłem francuskiego, który był głównym językiem w Belgii. Jestem tutaj dlatego, że się dowiedziałem, iż moi rodzice przeszli przez obóz w Pruszkowie.

Jak to się wszystko stało? Mój ojciec urodził się w Przemyślu w roku 1904. Tu też się uczył w gimnazjum. Później wyjechał do Krakowa, gdzie przez dwa lata studiował germanistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ojciec już wcześniej bardzo dobrze mówił po niemiecku, gdyż Przemyśl przed I wojną światową należał do Austro-Węgier. Jest nawet możliwe, że językiem rodzinnym był niemiecki. Potem się nauczył po polsku. Oczywiście świetnie mówił w obu tych językach. W późniejszym czasie poznał jeszcze francuski. Po tych dwóch latach studiów w Krakowie wyjechał do Belgii, żeby studiować sztuki piękne w Antwerpii. Dlaczego w Antwerpii? Dlatego że część rodziny mojego ojca mieszkała wtedy w Belgii.

Po pięciu latach studiów wrócił do Polski i się osiedlił w Warszawie, gdzie zaczął karierę rysownika i malarza. Został tam aż do wybuchu wojny. Gdy Niemcy zaczęli bombardować Warszawę, wyjechał do Lwowa, gdzie znał wielu artystów i miał kontakty. Był tam, gdy Sowieci zajmowali wschodnią Polskę. Tam poznał moją matkę, która wówczas się nazywała Temka Kritz. Żył we Lwowie aż do inwazji niemieckiej na Rosję. Po napadzie Niemiec wrócił z moją matką do Warszawy, gdzie przeżył Powstanie Warszawskie. Tuż po powstaniu został wywieziony z moją matką do Pruszkowa. Nie wiem, ile czasu oni tam zostali, chyba dwa–trzy tygodnie, nie więcej, dlatego że mój ojciec był chroniony przez panią Wandę Domińską[1], która po wojnie została uhonorowana Medalem „Sprawiedliwa wśród Narodów Świata” przez instytut Yad Vashem w Jerozolimie. Ta pani pomagała moim rodzicom i w Warszawie, i w Pruszkowie, gdzie uzyskała pozwolenie na przychodzenie do obozu, żeby pracować. Zrobiła mojemu ojcu taki bandaż, specjalnie poplamiony kolorem czerwonym, żeby mógł udawać rannego. I po tych dwóch czy trzech tygodniach, nie wiem akuratnie, Niemcy pozwolili rodzicom wyjść z Pruszkowa i oni pojechali na wieś, do Nasiechowic, które są za Kielcami, bliżej Krakowa. Tam rodzice zostali aż do wyzwolenia przez Armię Czerwoną.

Po tym wszystkim pieszo dotarli do Krakowa, gdzie żyli przez kilka miesięcy i gdzie mój ojciec został zaangażowany jako malarz dekorator Teatru Słowackiego. Znam nawet daty, kiedy oni tam zaczęli pracować i kiedy skończyli. Zdaje się, że to było już w październiku 1945 roku, kiedy dostali pozwolenie, aby wyjechać do Belgii, do rodziny. Podróż trwała dwa miesiące, czyli to był październik i listopad 1945 roku, aż w końcu się znaleźli w Brukseli. W Belgii zaczęli pracować, bo praca była, nawet dla artystów, do reklamy i tak dalej. Oboje zaczęli rysować, malować. Moja matka także była artystką. Ustatkowali się w tej Belgii. Urodziłem się kilka lat później. I, powiedzmy, żyli normalnie, ale ukrywali przede mną pochodzenie żydowskie.

Ludwik Cieślik, 1958. Ze zbiorów Stanisława Cieślika

Kiedy się Pan dowiedział o swoim pochodzeniu?

Po śmierci mojego ojca w 1990 roku. Matka powiedziała: „Tutaj są szuflady, musisz je otworzyć, bo w nich są dokumenty. Są podatki, które trzeba płacić. Ja nic z tego nie rozumiem, nigdy się tym nie zajmowałam. Zrób to ty”. Zacząłem przeglądać te dokumenty. Znalazłem wśród nich m.in. fałszywe zaświadczenie o ślubie moich rodziców, którzy według niego pobrali się 3 września 1939 roku w Warszawie w kościele protestanckim. To oczywiście była nieprawda, bo wiem na pewno, że się pobrali we Lwowie przed rabinem.

I wtedy zaczął Pan szukać i pytać?

Właśnie, zacząłem pytać i w końcu po troszku się dowiedziałem o wszystkim. Dowiedziałem się na przykład, że moja matka miała siostrę, czyli moją ciocię, która mieszka w Izraelu.

Kiedy Pan to odkrył, mama jeszcze żyła i mógł Pan o tym porozmawiać z mamą?

Moja matka nie chciała o tym mówić. Dowiedziałem się przez krewnych, bo różni krewni mojego ojca żyli w Belgii i to oni mi o wszystkim opowiedzieli. „Wiesz, że masz ciocię w Izraelu?” „Nie, nie wiem”. Od razu chciałem do niej zatelefonować. Powiedzieli mi: „Raczej napisz do niej list”, bo to jest starsza pani, mogłaby dostać udaru czy zawału serca. Napisałem. Kilka dni później zatelefonowała do mnie. „To ja, twoja ciocia”. W pierwszej chwili oczywiście się zdumiałem i nie wiedziałem, co odpowiedzieć, bo to było takie dziwaczne, że miałem czterdzieści dwa lata, tej pani nigdy nie widziałem, a to była moja ciocia. Wskoczyłem w pierwszy samolot i poleciałem do Izraela poznać tę ciocię. Nie tylko ciocię, lecz i jej syna i dwóch wnuków, i w ogóle całą rodzinę, bo była jeszcze rodzina brata mojej matki, niestety wujek już nie żył. On też wyjechał do Palestyny i został profesorem fizyki w Szkole Politechnicznej w Hajfie. Poznałem jego syna, potem wnuków i tak dalej. Mam tam całą rodzinę. Oprócz tego mój ojciec miał rodzinę w Belgii, w Ameryce i w Kanadzie. Jestem w kontakcie ze wszystkimi.

Pod jakim imieniem i nazwiskiem urodził się Pański ojciec?

Nazywał się Ludwik Heller.

W jakiej rodzinie się urodził? Czy wie Pan coś o jego rodzicach, dziadkach, o jego pierwszych latach życia?

Wiem. Mój dziadek, którego ja nigdy nie poznałem, bo on zmarł chyba przed wojną, podobnie zresztą jak moja babcia, był handlarzem maszyn do pisania. Podpisał ogromny kontrakt z armią austro-węgierską i sprzedawał do garnizonów maszyny do pisania. Dzisiaj się sprzedają komputery, to było to samo. On nawet jeździł po imperium austriackim, był m.in. w Bośni. To wszystko mój ojciec mi opowiadał. Powiedzmy, że to była rodzina dosyć dobrze sytuowana. Nie była bardzo bogata, ale nie była biedna. Oni żyli w śródmieściu Przemyśla, które było małym miastem, ale dosyć aktywnym. Stacjonował w nim garnizon austriacki. Austriacy przebudowali miasto w twierdzę i podobno służyło tam aż sto tysięcy żołnierzy i oficerów. To oczywiście dzięki temu gospodarka tak dobrze się rozwijała. To pokrótce historia mojej rodziny.

Czy Pana tata miał rodzeństwo?

Miał. Jego najstarszy brat zginął w 1939 roku jako żołnierz podczas bitwy przeciwko Niemcom. Siostra niestety zginęła w Auschwitz. Jak już powiedziałem, gdy ojciec skończył gimnazjum, wyjechał do Krakowa. Tam mieszkał u tej swojej siostry, która była już mężatką. Jej mąż był adwokatem, nazywał się Benjamin Landau, ona zaś była pianistką. Mieli dwoje dzieci – czternastoletniego syna i trzyletnią córkę. Gdy wybuchła wojna, rodzina siostry, czyli ta para, postanowiła się rozdzielić, by się ratować. Benjamin Landau z tym najstarszym dzieckiem, synem, wyszedł piechotą na wschód. Przez lasy chcieli dotrzeć do Rumunii, ale Sowieci ich złapali i posłali do Kazachstanu. W Kazachstanie musieli obaj ciężko pracować. Gdy wojna się skończyła, wrócili do Polski i z Polski od razu pojechali do Palestyny. Oczywiście Landau, ojciec, zmarł, bodaj w latach 60., ale syn przeżył. On się nazywał Fryderyk Landau, ale potem zmienił imię na Mosze. Mosze Landau. On był taki bardzo nerwowy człowiek, chyba przez te przeżycia. Pracował dla urzędu ceł w Izraelu. Spotkałem go, gdy tam poleciałem. Miał już siedemdziesiąt lat. Opowiadał mi o tym, co mój ojciec przeżył w Krakowie przed wojną. To było bardzo wzruszające. Niestety on już nie żyje, ale mam jeszcze jego listy i tak dalej. Żona Benjamina, czyli siostra mojego ojca, niestety z tą małą córką została wywieziona do Auschwitz i tam zginęły.


Przedwojenna fotografia rodziny Heller. Od lewej: siedzi Izydor/Israel, Artur (Tunek), Getruda, Ludwik i Regina. Ze zbiorów Stanisława Cieślika

Jak miała na imię?

Miała na imię Gertruda.

A dziewczynka?

Tego nie wiem. Nigdy się nie dowiedziałem.

Czego się Pan dowiedział właśnie od rodziny o swoim ojcu?

Dowiedziałem się nie tak wiele, poznałem tylko małe detale o życiu w Krakowie w latach 20.

To proszę o tym opowiedzieć, bo to też jest ciekawe.

Podobno oni mieszkali niedaleko Plant, gdzie były kiedyś mury miasta. On mi opowiadał, że mój ojciec nie cierpiał Żydów tradycyjnych. Tych, którzy chodzili w chałatach i kapeluszach, z pejsami i tak dalej. Zawsze troszkę się wyśmiewał z tych ludzi. Brał do siebie tego syna Landauów i mówił: „Widzisz tego tutaj? Jak on wygląda?! Przecież można się śmiać z tego”, bo rodzina mojego ojca była bardzo postępowa i zasymilowana.

Nie byli religijni?

Chyba nie. Tak mi się wydaje. Mam jedno zdjęcie całej rodziny. To zdjęcie jest w tym katalogu Przemyśla. Oni stoją na nim ubrani, powiedzmy, po europejsku. Nie byli religijni. Mnie się wydaje także, że mój ojciec nie był obrzezany. Odbyłem dyskusję na ten temat z rodziną w Brukseli. Mam takiego kuzyna, który twierdzi, że to niemożliwe, bo w żydowskich rodzinach wszyscy mężczyźni byli obrzezani, ale to nie jest takie pewne w odniesieniu do mojego ojca. Mój ojciec przeżył, a przecież Niemcy sprawdzali, czy ktoś był obrzezany, czy nie. Dlatego dla mnie to jest niejasne.

A co Pan wie o początkowej pracy artystycznej ojca?

On chyba miał już tę chęć zostania artystą, od kiedy był nastolatkiem. Miał profesora rysunku, który się nazywał się Adolf Bienenstock[2]. Ten Bienenstock był znanym przemyskim artystą, oczywiście Żydem. Namalował freski w synagodze w Przemyślu i stworzył tamtejsze witraże. To on zachęcił mojego ojca do tej ścieżki kariery. To była taka śmieszna historia, bo rodzice mojego taty wysłali go do Belgii, ale nie żeby studiował sztukę, tylko ekonomię. Rodzina miała bowiem w Ameryce kuzyna, który był handlarzem cennych znaczków i innych, antycznych rzeczy, antykwariuszem. Ojciec miał pojechać do Buffalo czy Pensylwanii, żeby współpracować z tym kuzynem. Dlatego najpierw rodzice wysłali go do Antwerpii, żeby studiował ekonomię, bo nie dość, że była tam dobra szkoła ekonomiczna, to jeszcze mieszkała rodzina. Po dwóch miesiącach ojciec strasznie się znudził ekonomią. W dodatku ten kuzyn nagle umarł. „Ha! To już nie muszę jechać do Ameryki i dalej studiować ekonomii”. I się zapisał do [Królewskiej]Akademii Sztuk Pięknych, nic nie mówiąc rodzicom.

Czyli rodzice nie wiedzieli, że zmienił kierunek?

Właśnie, cały cykl studiów przerobił w Antwerpii. Gdy po pięciu latach dostał dyplom, wrócił do Polski.

Rodzice musieli być zdziwieni, że to nie jest jednak dyplom z ekonomii.

Nie, chyba on w którymś momencie już powiedział rodzicom o swojej decyzji. Ale to było po jakimś czasie. Wiem, że na początku trzymał to w tajemnicy, nic nie mówił, bo chyba się bał. Wtedy to rodziny decydowały o losach synów, córek oczywiście też – im trzeba było znaleźć dobrego męża. Tak to wtedy było we wszystkim.

Jak potem się potoczyła droga zawodowa ojca?

Bardzo dobrze. Gdy mój ojciec wyjechał do Belgii po 1945 roku, to od razu zaczął pracować – najpierw rysował reklamy. Potem tworzył plakaty filmowe i dlatego w Przemyślu zrobiliśmy drugą wystawę – tylko z plakatami. On namalował nie wiem ile, ale między tysiącem a dwoma tysiącami plakatów filmowych.

Dużo. Widziałam niektóre. Do Kanału Andrzeja Wajdy też zaprojektował plakat.

Do Kanału i do Zamachu[3]. Oprócz tego do sowieckich filmów, właściwie do filmów z całego świata, bo i włoskich, francuskich, niemieckich, amerykańskich. Na tej drugiej wystawie w Przemyślu było ich sto dziewiętnaście, ale oryginałów zostało mi dwadzieścia, pozostałe to druki. To wszystko mam w domu.

Czyli zarówno przed wojną, jak i po wojnie głównym zajęciem ojca były te plakaty?

Tak, podobno, bo ja mało wiem o tym, co przed wojną tata tworzył. Nie wiem, co się zachowało. Wiem, że w Warszawie już przed wojną malował plakaty filmowe. Zaczął, gdy wrócił z Antwerpii. Zachowały się listy między nim a jakimś producentem filmowym. Jak on się nazywał? Nie wiem, czy Jankolowi czy jakoś podobnie. To wszystko mam w domu. Ojciec jeszcze przed wojną pracował i dla MGM, i dla Warner Bros.

Duże wytwórnie.

Właśnie. I może pani Winiarska[4][5] z Przemyśla znalazła jakiś plakat, który został po filmie Jadzia, namalowany, jak mnie się wydaje, w 1937 roku i podpisany „Wik”, od Ludwika.

To był jego pseudonim?

To był jego pseudonim artystyczny i potem, gdy on był w Belgii, zawsze podpisywał swoje plakaty „Wik”. Zresztą założył firmę, spółkę z jednym drukarzem. Ta firma też się nazywała „Wik”.

Spróbujmy jeszcze wrócić do roku 1939 i odtworzyć losy taty od momentu wybuchu II wojny światowej. To jest też bardzo ważne. Czego Panu udało się dowiedzieć?

Jak wojna się zaczęła, tata od razu ruszył do Lwowa. Tam wcześniej poznał moją matkę, pobrali się tuż po wybuchu wojny.

Proszę opowiedzieć o tym ślubie w synagodze. Czy coś więcej Pan wie?

Wiem tyle, ile się dowiedziałem od mojej ciotki, tej, która żyje w Izraelu. Rodzice się pobrali 3 września 1939 roku. Tego jestem pewny. I to chyba jest prawda.

Jakie były losy mamy? Gdzie się mama urodziła?

Mama się urodziła we Lwowie. Ale dzieciństwo spędziła w Czortkowie, który był bardziej na wschód, taka mieścina in the middle of nowhere, byliśmy tam. Podobno jej dziadek był znanym rabinem. Wiem, że jak mama była dziewczynką, to mówiła po ukraińsku. Jej rodzice znali jidysz. Mówili w jidysz, jak nie chcieli, żeby dzieci rozumiały, bo one nie znały jidysz. Mówiły po polsku i po ukraińsku.

Czy wie Pan, gdzie się Pana rodzice poznali?

Chyba we Lwowie.

Jak mama miała na imię i nazwisko?

Najpierw się nazywała Temka, później Łucja.

A nazwisko?

Pierwsze nazwisko Kritz, później zmienione na Kastory. To jest węgierskie nazwisko, nie wiem, skąd się wzięło, chyba rodzice na czarnym rynku kupili jakieś dokumenty, legitymację od kogoś. Tak się wtedy robiło.

Czy wie Pan coś o tych latach do momentu ślubu rodziców, jak mama je spędziła? Wspomniał Pan, że mama też była artystką.

Tak, mama studiowała. Było ich w domu czworo – mama była najmłodsza, miała dwie siostry i jednego brata. Jedna z tych starszych sióstr wyjechała z bratem do Palestyny w 1938 roku. Tam osiedlili się i pracowali. Jej matka i ta druga siostra, średnia, zostały uwięzione w getcie lwowskim i tam zginęły z powodu chorób, Mógł to być tyfus czy coś podobnego, nie wiem dokładnie. Ojciec zaś został rozstrzelany podczas Grosse Aktion [Wielkiej Akcji]. Tyle wiem. Mam jedno zdjęcie ich rodziny.

Jaka to była rodzina? Czy tradycyjna?

Nie, nie tradycyjna ani chyba nie biedna. Jak mówiła mi mama, mieli trzy służące. Podobno jeden z dziadków mamy miał tartak. To było wtedy oczywiście bardzo intratne, gdyż wiele domów było drewnianych. Był ponoć dosyć bogaty. Ta rodzina mieszkała w jednej dzielnicy Lwowa przy ulicy Świętej Kingi. Byliśmy tam, widzieliśmy ten dom. To było kilka domów, które należały do Benjamina Kritza. Ludzie nazywali tę dzielnicę Kritzówka, dlatego że należała do tych Kritzów. I to wszystko odkryłem, jak miałem czterdzieści dwa lata.

To musiało być duże zaskoczenie.

Było zaskoczenie, oczywiście, ale pozytywne.

Czym się zajmował tata w czasie pobytu we Lwowie?

We Lwowie ojciec został zaangażowany przez Rosjan, czyli przez Sowietów, i rysował karykatury do „Krokodyla”[6]. Oprócz tego, jak mi opowiadał, był scenografem Teatru Wielkiego, ale nie wiem, czy to prawda.

A mama?

Mama rysowała portrety Stalina, Żdanowa i innych. Mój ojciec mi opowiadał taką anegdotę – jak mama kończyła te portrety, to on je zanosił do sekretarza partii. Jakiś facet go zawołał i ostrzegł: „Niech obywatel uważa, jak niesie ten portret…” Portret był nieopakowany, bo oczywiście papier drogi i tak dalej. „Ten portret jest do góry nogami, nie wolno pokazywać na ulicy Stalina do góry nogami. Gdy jakiś komisarz pana zobaczy, to pan ryzykuje”. I tak to było. Ale we Lwowie podczas okupacji sowieckiej nie cierpieli tak dużo, powiedzmy. Oczywiście niczego nie było, brakowało różnych rzeczy w sklepach i tak dalej, ale żyli prawie że normalnie.

W jakich okolicznościach rodzice opuścili Lwów?

To było takie troszkę dziwaczne. Tata był we Lwowie, kiedy się dowiedział, że szykuje się Grosse Aktion, w której naziści mają wytępić całą ludność żydowską w mieście. Tam wtedy rzeczywiście pięćdziesiąt tysięcy osób zginęło. Ojciec uciekł więc z mamą na wieś, gdzie został ugoszczony przez księży podlwowskich parafii. Odnawiał freski, które były oczywiście w złym stanie, bo trwała wojna, okupacja sowiecka i tak dalej, a księża zapewniali mu schronienie. Po tej całej pracy rodzicom udało się jakoś wrócić do Warszawy. Mój ojciec był przekonany, że Warszawa będzie bezpieczniejsza niż Lwów, co nie było prawdą. Na szczęście poznali panią Wandę Domińską. Pani Domińska nie ukrywała moich rodziców, ale się nimi opiekowała, kiedy mieszkali w sąsiednim mieszkaniu. Mój ojciec nie wychodził na dwór. Siedział w domu i rysował pocztówki pejzażowe. Moja matka, która podobno nie miała twarzy żydowskiej, wychodziła i je sprzedawała. Dzięki temu udało im się przeżyć.

A wie Pan, gdzie się ukrywali?

Na Żoliborzu. Gdzieś mam zapisany adres.

U kogo?

U sąsiadów tej pani Domińskiej, która – jak wspomniałem – została nagrodzona Medalem „Sprawiedliwa wśród Narodów Świata”.

Czy przybliży Pan historię związaną z panią Wandą Domińską?

Pani Domińska ukrywała jedną panią, która się nazywa Charlotte Goldstein. Moi rodzice mieszkali w mieszkaniu obok. Nie byli ukrywani, ale ona uważała na nich i ich wspierała. Mówiła do mojego ojca: „Ty nie musisz wychodzić”. Moja matka wychodziła na dwór, bo podobno nie miała zdradzającego pochodzenie wyglądu… Nie wiem, co to jest „twarz żydowska”, ale uważam, że mój ojciec nie miał tej karykaturalnej twarzy z nosem itd.

À propos nosa, opowiem taką anegdotę o tym, co mnie się zdarzyło. Gdy pierwszy raz leciałem do Izraela, żeby poznać tę ciocię i jej rodzinę, to w samolocie podróżowało wielu Etiopczyków, którzy emigrowali z Etiopii. To byli Felaszowie[7]. Potem, jak zostaliśmy ugoszczeni u tej cioci, to przyszedł jej syn, mój kuzyn, który jeszcze żyje. „Jak podróż ci się udała?” „Bardzo dobrze. Leciałem z Felaszami”. „Wiesz, to jest bardzo ważne dla nas, że nasz rząd sprowadza tych biednych ludzi z Afryki, bo oni są Żydami”. „Oni są Żydami?” „Oczywiście, że są Żydami. Oni w przeciwieństwie do zwykłych Etiopczyków mają nosy długie i proste”. Ludzie nigdy nie wyzdrowieją, bo to jest rasizm odwrotny. Rzeczywiście, ci Felaszowie nie wyglądają jak typowi Afrykańczycy, mają inny nos.

Wtedy w Warszawie byli tylko Pana rodzice czy też inni członkowie rodziny?

Nie, rodzina się rozdzieliła. Jak wspomniałem, część mojej rodziny ze strony matki wyjechała przed wojną do Palestyny. Rodzina mojego ojca była w części w Ameryce, w części w Belgii. Moi dziadkowie umarli przed wojną, naturalnie. To prawie wszystko, co wiem.

Po tym, jak Pan się dowiedział, o przeszłości rodziny, próbował Pan z mamą rozmawiać na ten temat? Czy mama się jakoś otworzyła?

Nie, nie bardzo. Usłyszałem: „Nie rozgaduj, ludzie nas nienawidzą!”. Ona się obawiała, że kiedyś ten antysemityzm powróci. I rzeczywiście powrócił. Ale ja się nie uważam ani za katolika, ani za żyda, jestem świecki. Mam obywatelstwo belgijskie, żyję w demokratycznym kraju, teraz we Włoszech. To wszystko nie jest ważne, bo to tylko nienawiść z jednej i z drugiej strony. Nie można z tym dalej żyć.

Wspomniał Pan wcześniej, że ani tata, ani zwłaszcza mama nie mówili o przeszłości.

Tata próbował. Pamiętam jedną rzecz, taką dosyć wzruszającą. Kilka tygodni przed śmiercią – miał już osiemdziesiąt sześć lat – zadzwonił do mnie, byłem już we Włoszech. Powiedział: „Wiesz co? Chciałem do ciebie przyjechać i zostać kilka dni”. „Proszę bardzo, przyjedź”. „Nie, nie mogę, nie mogę zostawić twojej mamy samej”. Jestem przekonany, że on chciał mówić i opowiedzieć mi całą prawdę. Nie udało mu się. Mama by robiła… sceny. Była bardzo nerwowa. Po prostu szalona przez te wszystkie przeżycia. „Ty nie wiesz, co my przeżyliśmy!” O tym się wiedziało, że przeżyli, czy Polacy, czy Żydzi. Jak się dowiedzieliśmy, były miliony zabitych. Także Polaków, katolików. To jest też prawda.

Mam kuzynkę w Brukseli, która jest teraz Belgijką, ale pochodzi z Przemyśla. Jest w moim wieku. „W Polsce wszyscy są antysemitami”. Próbowałem z nią dyskutować. Ona jest lekarzem, osobą wykształconą, ale Polskę surowo ocenia, że jest gorsza niż naziści. To mi się nie podoba. To znaczy, że nigdy nie wyjdziemy z tych wszystkich uprzedzeń… Panie mnie rozumieją?

To wróćmy jeszcze do Powstania Warszawskiego. Jakie były losy rodziców w czasie powstania? Co Pan wie?

Nie wiem dużo. Mnie się zdaje, że mój ojciec przenosił wiadomości dla powstańców. Nie brał udziału w walkach, ale widział walki.

Gdzie zastał rodziców wybuch powstania? Czy wciąż w tym mieszkaniu na Żoliborzu?

Chyba tak, ale nie jestem pewny. Na Żoliborzu nie było tak intensywnych walk, mnie się zdaje. To było troszkę poza miastem.

Tak, Żoliborz skapitulował pod koniec września, więc przy samej końcówce Powstania Warszawskiego.

Mam w domu książkę historyczną, w której są mapy Warszawy z czasów powstania, gdzie widać te dzielnice, które były zdobyte przez powstańców. Potem ich obszar się zmniejszał aż do końca, ale więcej nie wiem.

Ale wie Pan, że rodzice trafili tutaj, do Pruszkowa.

To wiem.

I wiemy to dzięki cyklowi dwudziestu jeden prac zatytułowanemu „Cierpiąca Warszawa r. 1944”.

Potem powstała druga teka, która jest oczywiście wzorowana na tej pierwszej, choć narysowana inną techniką.

Czy to jest jedyne źródło informacji, czy cokolwiek słyszał Pan jednak o wygnaniu i Pruszkowie? Tata coś opowiadał?

Niedużo wiem.

Ale czy kiedykolwiek wspomniał o tym epizodzie?

Tak, mówił mi, że z żoną, czyli moją mamą, był wywieziony tutaj, do Pruszkowa.

Jak rodzice się wydostali z obozu?

Dostali pozwolenie właśnie dzięki tej pani Domińskiej, która zawczasu zrobiła ojcu bandaż na całą głowę, barwiąc go czerwonym kolorem, który miał udawać krew. Mój ojciec symulował, że jest ranny. To go uratowało.

Czyli pani Domińska była razem z rodzicami także tutaj, w Dulagu?

Ona zdobyła pozwolenie, by pomagać ludziom wypędzonym do Dulagu. Wiem, że moi rodzice mieli kontakty z panią Domińską, nawet gdy byli już w Belgii. Ta pani przysyłała polskie książeczki dla dzieci z dedykacją dla mnie, podpisane „Wanda Domińska”.

A jakie były jej dalsze losy?

Nie wiem. Wiem, że została odznaczona przez Yad Vashem w 1982 roku i mam nawet numer. Zmarła w 1993 roku.

Spotkał Pan ją kiedyś czy widział?

Moi rodzice mi opowiadali o niej i jej rodzinie. I właśnie teraz poznałem panią Bartosiak, która jest wdową wnuka Domińskiej.

A czy rodzice opowiadali coś z tego okresu wypędzenia na Kielecczyznę, na wieś? Czy nie bardzo?

Wiem, że byli w tych Nasiechowicach i że było im tam bardzo dobrze, bo oczywiście mieli jedzenie, schronienie, tylko że była zima, mróz, ale w Polsce mróz to normalna rzecz.

Opowiadali mi o tych Nasiechowicach, o tym, jak przyszła Armia Czerwona i że żołnierze też nocowali u tych chłopów. Oficer czy podoficer tego oddziału zawołał mojego ojca na podwórze: „Chcę ci coś pokazać”. Tam na podwórku stały „organy Stalina”[8], taka ogromna armata. Do mojego ojca, o którym się dowiedział, że jest artystą, powiedział: „Wiesz, a to jest nasza sztuka. Z tym zwyciężymy. My jesteśmy bardzo dumni z tego”. To takie anegdotyczne historyjki.

Jak długo rodzice byli na tej wsi?

Nie wiem, chyba kilka tygodni, może miesiąc, coś takiego.

Potem udali się do Krakowa.

Na piechotę podobno.

Czym rodzice zajmowali się w Krakowie.

Mój ojciec, o czym się dowiedziałem ostatnio, pracował w teatrze. I oprócz tego rysował tę pierwszą tekę. Matka została zaangażowana do jakiegoś wydawnictwa, które produkowało mapy geograficzne odzyskanych terenów polskich, czyli Śląska, Pomorza i tak dalej. Rysowała mapy z polskimi nazwami miejscowości. To było oczywiście propagandowe – żeby wszyscy wiedzieli, że Polska odzyskała te tereny, które nie były polskie od ośmiuset lat.

Mama również miała wykształcenie plastyczne?

Tak, ale nie wyższe, tylko średnie.

Czy mama kiedykolwiek tworzyła na temat swoich wspomnień?

Wiem, że troszkę malowała akwareli, ale nie miały one nic wspólnego z historią. Była dosyć zdolna. W Belgii, gdy zaczęła pracować, rysowała dla czasopism dla kobiet suknie itd., ilustrowała modę. Potem to się zmieniło, dlatego że upowszechniała się fotografia, z tego powodu mama przerzuciła się na pisanie artykułów o modzie.

Czy wie Pan coś o okolicznościach wyjazdu z Krakowa, z Polski?

Wiem, że to były pociągi zorganizowane przez armię aliantów, bo pełno ludzi, którzy byli deportowani w czasie wojny, wracało do domu z różnych miejsc.

A czy towarzyszyła temu jakaś specjalna motywacja – czy musieli wyjechać czy po prostu chcieli?

Chcieli. Zwłaszcza matka chciała się odciąć. „To ja przekonałam twojego ojca, żebyśmy pojechali na Zachód”. Ona miała takie przekonanie, że na Zachodzie panuje powszechny dobrobyt, wszyscy jedzą dobre befsztyki, dobrze i ładnie się ubierają itd. Dla niej to był taki raj na ziemi.

Czy wiedzieli już wtedy o losach swoich rodzin, o tym, że wielu ich krewnych zginęło?

Tego nie umiem powiedzieć, ale wiem, że moja matka przekonała mojego ojca. Gdy przyjechali do Belgii, to byli zaskoczeni tym, że tak bardzo mało miast czy choćby domów zostało zniszczonych. Na przykład kartki żywnościowe w Belgii zostały skasowane może dwa lata po wojnie. We Francji obowiązywały dziesięć lat. Belgia dlatego w miarę ocalała, gdyż podczas wojny spadło na nią raptem kilka bomb.

Nie ucierpiała tak jak na przykład Warszawa.

Oczywiście wywieźli Żydów, ale nie wszystkich, bo wielu udało się ocalić. Byli jeńcy wojenni i tak dalej. Do tego liczni kolaboranci współpracujący z Niemcami, zwłaszcza we Flandrii.

Jak się żyło rodzicom w tych pierwszych latach po przyjeździe do Belgii?

Dobrze. Mnie matka urodziła w szpitalu prywatnym. To znaczy, że już im się dobrze powodziło, a to było trzy lata po wojnie. Od razu zaczęli mieć dochody z tych wszystkich rysunków reklamowych i tak dalej.

Portret Łucji Kastory autorstwa Ludwika Cieślika, 1948 r. Ze zbiorów Stanisława Cieślika

Czy miał Pan kontakt z Polską, z Warszawą? Kiedy był Pan tu po raz pierwszy?

W 1972 roku.

W jakich okolicznościach?

Rodzice chcieli mnie zniechęcić do tego pomysłu, żeby jechać do Polski. Przekonywali, że „tam już nic nie ma”. Tak mi mówili. W dodatku panowała jeszcze komuna. Lądowaliśmy w Krakowie. Potem pojechaliśmy do Warszawy i dalej na północ. Wróciliśmy na południe, byliśmy w Przemyślu. Przemyśl wtedy ohydny. Wszystko szare, kurz na ścianach. Stare domy, zaniedbane. Nie było to przyjemne. Po tym, jak byłem w Przemyślu ostatnio, to już inny świat.

Ale był Pan wtedy z rodzicami czy sam Pan przyjechał?

Nie wolno im było przyjechać, bo oni byli uciekinierami ONZ-etu. Ja odziedziczyłem tę sytuację. Mimo że się urodziłem w Belgii, pozostałem uciekinierem aż do dwudziestego roku życia. Poszedłem do sądu, żeby zostać Belgiem. Oni przez lata pozostali uciekinierami, oficjalnie ONZ-etu. Moja matka została Belgijką w latach 70., a mój ojciec dwadzieścia lat później, bo chciał wrócić do Polski.

Odwiedzając Polskę, znał Pan te adresy, te miejsca jak Przemyśl, Warszawa, jakieś informacje Pan miał o nich?

Nie wiedziałem wielu rzeczy. To było dziwaczne, dlatego że ja zawsze mówiłem z rodzicami po polsku. Jak przyleciałem tutaj, to mnie szokowało, że wszyscy mówią po polsku. Dla mnie język polski to taki domowy tajemniczy kod, dlatego że nikt inny go nie rozumiał. Mało Polaków żyło w Belgii. Po przyjeździe tutaj to było dziwaczne, że szofer autobusu mówił po polsku. Ale potem się przyzwyczaiłem.

Czy jakichś członków rodziny udało się wtedy odwiedzić?

Nie, nawet nie wiedziałem, czy ich mam. Zresztą wszyscy członkowie rodziny się rozdzielili i zamieszkali w innych krajach.

To był 1972 rok. Zanim zostałem Belgiem, nie miałem prawa jechać do Polski. Na moim paszporcie – z adnotacją, że jestem réfugié ONZ-etu – było zaznaczone, że jest on ważny do wszystkich krajów z wyjątkiem państw wschodniej Europy. Oczywiście, że jak jestem uciekinierem, to nie będę tam wracał. To taka logika.

To, ile miał Pan lat, gdy tutaj Pan po raz pierwszy przyjechał?

Miałem dwadzieścia cztery lata. Potem nie byłem w Polsce dłuższy czas. Znów przyjechałem w 1993 roku, byłem tu z przyjaciółką. Przylecieliśmy samolotem do Warszawy. Wynajęliśmy samochód. I nim pojechaliśmy do Lwowa. Tam jak po wojnie – domy się waliły, było, ponuro, widoczne bezrobocie, ludzie leżeli pijani, na krawężnikach, chodnikach. To było coś okropnego.

Ale wtedy już Pan trochę wiedział.

Już wtedy trochę wiedziałem, ale przykładowo o Kritzówce dowiedziałem się później. Wtedy wiedziałem o Teatrze Wielkim, zresztą bardzo ładnym. Ładne miasto. Ale wtedy zaniedbane, niektóre domy musiały mieć takie metalowe podpórki chroniące przed zawaleniem.

            W ostatnich latach Lwów się całkowicie zmienił. Teraz w związku z wojną nie wiem, co będzie, ale byłem tam z żoną w roku 2016. To była taka emocja! Byliśmy nawet w Czortkowie, gdzie moja matka spędziła dzieciństwo.

W miejscowości pośrodku niczego.

Akuratnie, nic wokół nie ma. Ale jak się dostaliśmy na ten płaskowyż, początek Podola, to mi powróciła pamięć, jak mi matka opowiadała, jak to wyglądało. Mówiła, że było strasznie zimno w zimie, aż do minus dwudziestu stopni, i że na drogach były takie ściany śnieżne na dwa metry wysokości. Nie wiem, czy troszkę nie przesadzała…

Myślę, że nie.

To było takie śmieszne, bo gdy po śmierci ojca sprowadziłem matkę do Włoch, to przebywała u zakonnic w domu seniorów. Gdy ją odwiedzałem, to zawsze wychodziliśmy na dwór, do parku. Gdy wracaliśmy, to te zakonnice mówiły: „Co pan robi, jest zimno, nie może pan z matką, starszą panią, wychodzić na dwór, bo ona się przeziębi, rozchoruje się”, i tak dalej. „Niech się siostra nie martwi. Moja matka się urodziła tam, gdzie było minus dwadzieścia co roku w zimie”.

Czy języki, którymi posługiwali się od dziecka rodzice, powracały do nich później? Ukraiński u mamy, niemiecki u taty? Czy były obecne w domu, w ich życiu?

W domu nie, ale ojciec mówił po niemiecku tak jak po polsku. On lubił jeździć na wakacje do Austrii, dlatego że fascynowała go postać Franciszka Józefa. Jak jechaliśmy na wakacje, miałem może dziesięć lat, to on mnie uczył po niemiecku. Pamiętam, jak mnie posłał z hotelu do sklepu, żeby mu kupić pół kilo białych winogron. „Ale ja nie wiem, jak to się mówi”. „To potwórz za mną”. Musiał mi powtórzyć kilka razy, zanim sobie jakoś to w głowę wbiłem. Potem szedłem jak najszybciej, żeby nie zapomnieć. Wchodziłem do sklepu i od razu: „Ein halbes Kilo weisse Trauben, bitte”. I dostałem pół kilo. To był początek tych lekcji niemieckiego. Mój ojciec opowiadał mi także o polityce międzynarodowej. Miałem dziesięć lat i wiedziałem, kim byli Chruszczow, Kennedy i tak dalej. Nikt w szkole nie wiedział. O tym się nie mówiło. Mój ojciec mnie uczył historii.

Wrócę do drugiego wydania prac Pana ojca z 1968 roku. Dlaczego one w ogóle zostały wydane? Jaka była motywacja?

On chciał to wydrukować.

Czyli cały czas myślał o Powstaniu Warszawskim. Tylko jestem ciekawa, dlaczego tam nie ma nic o obozie w Pruszkowie.

Rzeczywiście. Nie wiem dlaczego.

Czy ten album był wydany na rynek polski?

Gdy byłem w Polsce w latach 90., spotkałem się z jednym wydawcą, żeby to jakoś zreprodukować. Dałem mu trzy egzemplarze. Znikły. To było w 1993 roku, miałem wtedy jeszcze wszystko. Potem mój przyjaciel, Polak, znalazł w antykwariacie w Warszawie jeden egzemplarz z pieczątką tego, który to posiadał. To był dawny oficer Armii Krajowej, kiedy on umarł, to jego syn sprzedał to do tego antykwariatu. On to sprzedawał za, nie wiem, 600 złotych? Miał kilka egzemplarzy. Byłem u niego. W domu mam chyba jeszcze pięćdziesiąt egzemplarzy.

Czy album w Belgii był rozprowadzany?

W Belgii został wydany i to ja sprowadziłem go do Włoch, gdy się tam przeprowadziłem.

Czy Pan pamięta, jak ojciec tworzył te prace?

Tak, absolutnie.

Proszę opowiedzieć o tym.

To troszkę dziwne, dlatego że moja matka była wtedy gdzieś na wakacjach. On całymi dniami to rysował i mówił, że „dobrze, że mamusi nie ma, bo jak ona jest, to nie mogę się skupić nad taką robotą. Muszę się skoncentrować”. Pamiętam, jak on to rysował. Miałem wtedy dwadzieścia lat, byłem już na uniwersytecie.

Czy wraz z rysowaniem wracały wspomnienia i opowiadał o tym, co tworzył, czy to była taka bardzo intymna sprawa?

Chyba bardzo intymna. To nie była tajemnica, ale jakoś mało o tym mówił i malował cały dzień. Wtedy właśnie przestał te plakaty robić, korzystał z tego, że był sam. Ja nie przeszkadzałem, ale wiem, że moja matka…

… nie byłaby zadowolona z tematu pracy?

Otóż to. Jak powiedziałem, że chcemy jechać do Przemyśla: „Tam już nic nie ma. Przemyśl zniszczony”. Zniszczona została żydowska część miasta, reszta stoi. I właśnie tam w takiej dzielnicy żydowskiej, w centrum miasteczka, zostało zbudowane to muzeum regionalne…

… Muzeum Narodowe Ziemi Przemyskiej.

Tak, to bardzo ładne muzeum. Pokazali mi wszystko. Trzy piętra – jedno poświęcone życiu Żydów w Przemyślu. Oni stanowili jedną trzecią ludności.

Czy tata opowiadał o okolicznościach powstania tego pierwszego cyklu, który został wydany właśnie w 1946 roku i dotyczył Powstania Warszawskiego?

Niedużo, te prace były w domu, oglądałem je. Oczywiście zapytałem go o różne szczegóły, ale dużo o tym nie mówił, wspominał, że były różne strzelaniny i tak dalej.

Czy wie Pan, co było motywacją, żeby go stworzyć? Czy ktoś go poprosił?

Tego nie wiem, ponieważ on to wydał…

Bardzo szybko, prawda?

Tak. To było troszkę dziwne, bo on wyjechał z Krakowa do Belgii z końcem 1945 roku, a wydanie pochodzi z 1946, czyli rok później. Nie wiem, czy są gdzieś jeszcze oryginały. To wydawnictwo chyba już nie istnieje.

Może zapytam jeszcze o powojenną twórczość ojca w Belgii.

Mój ojciec pracował bardzo dużo, pracował w domu, malując te plakaty. Na końcu mówił, że one mu już bokiem wychodzą. Oczywiście to nie sztuka, ale jednak widzę, to się sprzedaje, są wystawy różnych plakatów filmowych na świecie. Ale on to nie bardzo lubił.

Względy zarobkowe go do tego skłoniły.

To było zarobkowe, dobrze na tym zarabiał, mógł mnie posłać na uniwersytet, dobrze jedliśmy, jeździliśmy na wakacje i tak dalej. To była robota. Dochód był porządny. Mama także najpierw rysowała, potem pisała artykuły. Dostała kontrakt od fryzjerów damskich na rysowanie modeli fryzur. W rzeczywistości to mój ojciec malował, bo matka miała troszkę problemów z perspektywą. On wolał to robić. Rysunki tych fryzur są bardzo ładne. Też mam ich setki.

Ile tata zaprojektował plakatów?

Moja matka mówiła, że trzy tysiące. Chyba to jest przesadzone. Myślę, że jest ich między tysiącem a dwoma tysiącami.

A kolekcjonuje je Pan?

Ja to wszystko mam w domu. Właśnie usiłuję spisać taki katalog, bo to się zaczęło w 1946 roku i zakończyło w 1978. Czyli on to robił przez ponad trzydzieści lat.

Czy Pański tata lubił kino? Czy w ślad z tym szła jakaś pasja do filmu?

Nie, nie miał pasji. Moi rodzice chodzili od czasu do czasu do kina, ale to nie była pasja

Czy Pan zna tę kreskę taty z jakichś innych prac? Czy w podobnym stylu tworzył prace na inne tematy?

Ta akwarela to jest miasto Lugano w południowej Szwajcarii. Tam odbywał się letni festiwal, była jakaś uroczystość. Mnie się zdaje, że mój ojciec się sam namalował tutaj. To on pyta kogoś, czy jest wolne miejsce, żeby czegoś się napić. To jest on. Pojechał na wakacje. On to namalował w roku 1950. Miałem dwa lata.

Od kiedy Pan się zajmuje upamiętnieniem twórczości ojca.

Zacząłem może dwadzieścia lat temu. Ale tę całą twórczość już znałem. Gdy mój ojciec umarł, musiałem opróżnić piwnicę, gdzie były te wszystkie obrazy. Załadowałem je na auto i ruszyliśmy z przyjacielem aż do Włoch. Ale nie mogłem jechać najkrótszą trasą, przez Szwajcarię, bo gdy kilka lat wcześniej wiozłem dwa obrazy, które umieściłem z tyłu na fotelu w aucie, zatrzymali mnie na granicy: „Przecież to są dzieła sztuki, to pan musi to zadeklarować”. Była północ. „Dobrze, to powiedzcie mi, jak mam to zadeklarować, bo nie wiem”. „Trzeba mieć zaświadczenie eksperta, osoby, która się zna na tym, musi być podpisane i z odpowiednimi pieczątkami”. „Ale teraz to przecież niemożliwe, jest noc. Gdzie ja znajdę takiego eksperta?” „No to nie może pan ich wwieźć”. Pojechałem inną drogą, gdzie mnie było celników. To było moje i chciałem to dać na ściany mojego mieszkania we Włoszech. Proszę pani, ja tego nie chciałem sprzedać, ale musiałem szmuglować.

Prace rodzinne.

Potem, gdy musiałem naprawdę zabrać wszystko, to przejechaliśmy okrężną drogą przez Francję, która należała do Unii Europejskiej, bo Szwajcaria nie należy, dlatego przepisy celne ma inne. Przejechaliśmy trzysta kilometrów więcej. To teraz jest w moim domu we Włoszech. Wszystko, co znalazłem, mam u siebie. Niektóre rzeczy się zagubiły, zniszczyły itd.

Zapytam jeszcze o te poszukiwania ostatnie. Gdy szukał Pan dokumentów czy informacji o losach rodziny, to kontaktował się Pan z instytucjami?

Jak tylko się dowiedziałem, to napisałem do archiwum w Przemyślu. Przysyłali mi jakieś fotokopie. W ten sposób zdobyłem daty urodzenia moich wujów i tak dalej. W jednym było napisane: „nieślubne dziecko”. Ha, sobie powiedziałem, czyżby moja prababcia miała jakichś kochanków? Wspomniałem o tym mojej kuzynce w Brukseli. „Jak możesz podejrzewać naszych przodków? To niemożliwe!”. Potem się dowiedziałem, że w rzeczywistości to „nieślubne dziecko” wzięło się stąd, że gdy ci kuzyni się urodzili, to nie było urzędu stanu cywilnego, wtedy parafie się tym zajmowały i dokumenty były wystawiane przez księży lub przez rabinów. Austriacy (wtedy to była Galicja austriacka) wprowadzili przepisy regulujące stan cywilny, stąd wszystkie dzieci urodzone później były ślubne, a wcześniejsze były nieślubne. Mnie to troszkę zaskoczyło, ale wszystko mogło się zdarzyć. Ta moja prababcia z Przemyśla miała siedmioro dzieci, to może jeden był sprzed tej daty.

To była duża rodzina.

Była duża rodzina, chyba wszystkie rodziny były duże w tamtych czasach.

Dziękujemy za rozmowę.


[1] Wanda Domińska została uhonorowana przez instytut Yad Vashem za to, że podczas II wojny światowej niosła pomoc Żydom. Od 1943 r. ukrywała w swoim warszawskim mieszkaniu Charlottę Goldstein, która uciekła z getta. Opiekowała się przykutą do łóżka lokatorką i pielęgnowała ją w powrocie do zdrowia.

[2] Adolf Bienenstock (1888–1937) – malarz, przedstawiciel polskiego ekspresjonizmu. Studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie u Józefa Mehoffera. W 1922 r. przeniesiono go do I Gimnazjum im. J. Słowackiego w Przemyślu, gdzie nie tylko został nauczycielem rysunków,
lecz zaczął się rozwijać jako artysta. Był autorem polichromii i witraży synagogi Scheinbacha przy ul. Słowackiego – najbardziej znanego jego dzieła. Informacja za: https://sztetl.org.pl/miejscowosci/l/703-lwow/106-biogramy/5464-bienenstock-adolf.

[3] Zamach, reż. J. Passendorfer, 1959.

[5] Katarzyna Winiarska – historyk sztuki i muzealnik, kierownik Działu Sztuki, Rzemiosła i Etnografii Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej.

[6] Chodzi najprawdopodobniej o radzieckie propagandowe pismo satyryczne „Krokodyl na Zachodniej Ukrainie”.

[7] Felaszowie – pochodzący z Etiopii lud kuszycki, obecnie mieszkający głównie w Izraelu, wyznania judaistycznego, zwany z tego powodu czarnymi Żydami lub etiopskimi Żydami.

[8] „Organy Stalina” – potoczna nazwa, jaką Niemcy ochrzcili grupę radzieckich wyrzutni rakietowych BM-8 kalibru 82 mm, BM-13 kalibru 132 mm, BM-31 kalibru 310 mm i ich modyfikacje wprowadzane na uzbrojenie Armii Czerwonej od 1941 r., przez Rosjan zwanych Katiuszą.

Powiązane hasła

”None

Skip to content