Łyżka strawy i ciepły kąt…
Zachęcamy do zapoznania się z artykułem „Łyżka strawy i ciepły kąt…”, w którym Małgorzata Witttels skupia się na opisie skali pomocy, jaką otrzymali wypędzeni mieszkańcy Warszawy podczas powstania warszawskiego i po jego zakończeniu w Podkowie Leśnej i okolicznych miejscowościach. Miasto-Ogród stało się także jednym z głównych ośrodków schronienia dla tysięcy więźniów obozu Dulagu 121 w Pruszkowie, gdzie zapewniano im wyżywienie, opiekę medyczną, pomoc duchową, edukację dla dzieci oraz wsparcie organizacyjne i konspiracyjne. Kluczową rolę odegrali Mieszkańcy Podkowy Leśnej, w tym duchowieństwo, lekarze, członkowie RGO i PCK, harcerze i kolejarze EKD, którzy z narażeniem życia działali na rzecz pomocy powstańcom i wygnanej ludności cywilnej. Referat Małgorzaty Wittels został zgłoszony na konferencję „Ocalić wypędzonych. Pomoc mieszkańców Pruszkowa i okolicznych miejscowości więźniom obozu przejściowego Durchgangslager (Dulag) 121. Sierpień 1944 – styczeń 1945”, zorganizowaną przez Muzeum Dulag 121 w 2014 r. i został opublikowany w Zeszytach Muzeum Dulag 121, nr 1 (2015).
Łyżka strawy i ciepły kąt oraz opieka – oto czego potrzebowali wygnani ze swoich domów mieszkańcy Warszawy, pędzeni pieszo wiele kilometrów, wiezieni zatłoczonymi wagonami (często bydlęcymi) do obozu przejściowego Dulag 121 w Pruszkowie – miejsca, którego okupanci nie usiłowali nawet przystosować do ich potrzeb. Tysiące osób, także dzieci, chorzy, starcy, przetrzymywane było w strasznych warunkach. Tym ludziom potrzebne było jedzenie, ciepły kąt (była jesień, zimne noce, a ludzie zmęczeni i niedożywieni, pozbawieni ciepłych okryć), opieka, serdeczna pomoc i zainteresowanie, tak ważne dla sponiewieranych, upodlonych ludzi.
Kto i w jakim zakresie niósł pomoc wypędzonym? Jedni bardzo ofiarnie dzielili się tym, co mieli (żywnością, ubraniami, mieszkaniem), inni dawali mniej. Byli i tacy, którzy zarabiali na nieszczęściu wypędzonych, ale w zasadzie solidarność z wygnańcami była powszechna. Opisując dzieje rodzin i domów Podkowy Leśnej, wielokrotnie słyszałam opowieści o pomocy udzielanej wygnanym warszawiakom. Zebrałam część tych wspomnień i uzupełniłam je o inne dokumenty i opracowania. Są one zatem różnorodne w charakterze i szczegółowości. Bardziej dokładne są opowieści samych wygnanych z Warszawy, mniej – historie osób, które znamy tylko z drugiej ręki – ze wspomnień rodziny lub znajomych – wówczas mamy do czynienia z pojedynczymi faktami, które nie pokazują w pełni działalności tych osób.
Od 6 sierpnia 1944 roku, jeszcze w trakcie trwania powstania, zwożono do pruszkowskiego obozu Durchgangslager 121 ludność pacyfikowanych dzielnic. Stąd, dzięki wielkiej odwadze i wysiłkom wielu osób, wynędzniali, schorowani mieszkańcy stolicy przedostawali się do podpruszkowskich miejscowości. „Podkowa Leśna stała się jedną z najbardziej przeciążonych uchodźcami miejscowości. Napływ uchodźców nie był jedyną formą związku Podkowy z Dulagiem 121. Wielu mieszkańców spontanicznie angażowało się do pracy w obozie pruszkowskim. Wśród nich od 10 sierpnia była jedna z najgłośniejszych postaci obozu Kazimiera Drescher, tłumaczka naczelnego lekarza obozu dr. Adolfa Königa. Dzięki znajomości mechanizmów obozowych i swoim możliwościom wpływu na decyzje komisji lekarskiej, przyczyniła się do wydostania z dulagu tysięcy osób”[1]. Michał Domański, autor wspomnień, dodaje, że z Podkową związana była także część obozowej służby medycznej.
Pomocy wygnanym udzielały w obozie i poza nim RGO (Rada Główna Opiekuńcza) i PCK (Polski Czerwony Krzyż), a także spontanicznie zgłaszająca się okoliczna ludność. Aby skutecznie pomagać i objąć opieką jak największą liczbę osób, w październiku 1944 roku powstała w Podkowie nowa organizacja – Komitet Pomocy dla Rannych Powstańców i Uchodźców z Warszawy. Wśród jego założycieli znaleźli się wybitni i zasłużeni mieszkańcy miasta: ksiądz Bronisław Kolasiński, Tadeusz Baniewicz – dyrektor EKD (Elektrycznej Kolei Dojazdowej), Ewelina i Zdzisław Krzyżewscy, Ignacy Trąbczyński, Maria Uzarowicz, Czesław Klarner, Lucjan Miracki.
O skali udzielonej pomocy świadczy chociażby liczba mieszkańców Podkowy Leśnej. Przed wojną Podkowa liczyła 1700 mieszkańców, po powstaniu liczba ta wynosiła około 20 tysięcy, choć niektórzy szacują, że w okresie największego napływu warszawiaków dochodziła nawet do kilkudziesięciu tysięcy. Podkowa z małego kameralnego osiedla stała się gwarnym miastem, z wyrastającymi jak grzyby po deszczu sklepikami, kawiarniami, barami. Ulicami przechadzały się tłumy ludzi, którzy w ciągu dnia musieli znaleźć sobie zajęcie poza przepełnionymi domami, w których spędzali noce. Wszędzie „przeładowane do ostateczności wille, domy i chałupy przygarnęły wszystkich, nawet szpitale z rannymi”[2] – wspominał ten czas Stanisław Dygat.

Stacja EKD Podkowa Leśna Główna. Ze zbiorów Polony
Ze wspomnień mieszkańców i ich gości wyłania się obraz życia w tym okresie. „Właściciele willi zachowywali dla siebie minimum miejsca, udostępniając resztę uchodźcom. Ci, nie mieszcząc się często w przepełnionych izbach domów – zajęte bywały nawet werandy, ganki, strychy, piwnice, leżanki dla psów, schody, spiżarnie etc. – lokowali się w budynkach gospodarczych, komórkach, zabudowaniach folwarcznych, oborach, stajniach, stodołach”[3].
Sytuacja ludności zmuszonej do opuszczenia Warszawy, a zamieszkałej czasowo w Podkowie, doprowadziła do powstania na terenie osiedla struktur RGO. Wiązało się to także z faktem, że właśnie tu mieszkali Janusz Machnicki, wiceprezes RGO i Stanisław Wachowiak, członek prezydium RGO. Według informacji Michała Domańskiego siedzibą podkowiańskiego punktu RGO były piwnice sołectwa oraz mieszkanie Ireny i Józefa Klukowskich przy ul. Lotniczej. Tam rozdzielano między potrzebujących lekarstwa, obuwie i odzież.
Rozpoczynając prezentację zaangażowanych w opiekę nad wygnanymi z Warszawy, trzeba przedstawić osobę o największych zasługach – księdza rektora parafii podkowiańskiej Bronisława Kolasińskiego. Choć był on postacią numer 1 wśród niosących pomoc podkowian, o jego samarytańskiej postawie zachowały się nieliczne i ogólnikowe tylko wspomnienia. Sam jeden (nie było w Podkowie wikarych) stał się działającą na dużą skalę instytucją charytatywną: pomagał potrzebującym przez cały okres wojny, ukrywał lub kierował w bezpieczne miejsca ukrywających się żołnierzy AK, przechowywał broń, a także współpracował, jako kapelan, z plutonem „Alaska” i był jego doradcą – to właśnie kościół w Podkowie był miejscem spotkania ewakuowanych z powstania przywódców podziemia. Wspomagał także ukrywających się Żydów. „Tu było centrum pomocy. Co tylko miał, to rozdawał, kierował wygnanych pod znajome adresy”[4] – wspomina sanitariuszka i żołnierz AK Krystyna Szmajdowicz‑Książkiewicz, pseudonim „Ewa”. „Ksiądz Kolasiński zawsze na posterunku. Pomaga, kieruje, gdzie trzeba, lokuje chorych w prywatnych, bogatszych domach (…), gdy ewakuuje się z Warszawy Szpital Wolski z chorymi i personelem, księdzu Kolasińskiemu pomaga młody kapelan w tym szpitalu, ks. Marian Chwilczyński… Wyczerpani całodobową pracą zmieniają się co kilka godzin. Tłum zalega podkowiański kościół”[5] – wspomina Alina Lisowska‑Syller.
Ważną rolę, nie tylko w niesieniu doraźnej pomocy, lecz także w podejmowaniu pracy wychowawczej, odgrywał w Podkowie podharcmistrz Zygmunt Sobota – organista, opiekun ministrantów, założyciel chóru w Podkowie. Był czynnym żołnierzem AK i Szarych Szeregów. „W okresie powstania pod jego kierownictwem wykonywaliśmy wiele zadań”[6]. Ireneusz Miracki, autor wspomnienia o Zygmuncie Sobocie[7] wśród podejmowanych prac wymienia pomoc w szpitalach podkowiańskich, m.in. wykonanie kilku par noszy i udział w pochówkach zmarłych. „Kiedy w szpitalach umierało po kilka osób dziennie i zakopywane były w pobliżu miejsca śmierci, czułem się w obowiązku utworzyć tymczasowy szpital dla tych biedaków, którymi nie miał się kto zająć” – pisał w liście do swoich zwierzchników ksiądz Kolasiński. Tak powstał w listopadzie 1944 r. podkowiański cmentarz.
We wspomnieniach o Zygmuncie Sobocie czytamy też: „W związku z nasileniem się łapanek, pan Zygmunt zorganizował w dolnym kościele nocleg na słomie dla kilkunastu mężczyzn ukrywających się przed żandarmerią niemiecką”[8]. To zapewne jedno z wielu tego typu działań, bo znów wiadomości mamy tylko z drugiej ręki i to bardzo lakoniczne.
Pomocy rannym i chorym uchodźcom udzielały przede wszystkim szpitale, które powstały w Podkowie specjalnie na potrzeby wysiedlonych. W sierpniu otwarto w budynku „Kasyna” oddział Szpitala Wolskiego, a 1 października 1944 roku oddział chirurgiczny tegoż szpitala na parterze willi Tadeusza Baniewicza przy ul. Kwiatowej 20. We wspomnieniach z tego czasu zapisały się nazwiska doktor Janiny Misiewicz, kierującej personelem medycznym, oraz doktor Wiwy Jaroszewicz. Zapamiętano także pomoc sióstr szarytek, m.in. s. Salomei Chojnowskiej, s. Marii, s. Józefy oraz świeckich sanitariuszek, m.in. Krystyny Baniewicz, Krystyny Szmajdowicz, Kaliny Szydłowskiej, Ireny Lorenz. Pod ich fachową i troskliwą opieką wielu rannych wracało do zdrowia. W bardzo trudnych warunkach (niekiedy bez prądu i dostatecznej ilości środków opatrunkowych i lekarstw) udało się przeprowadzić wiele skomplikowanych operacji. Ogromnego wsparcia duchowego udzielali rannym i chorym księża Bronisław Kolasiński i Franciszek Barański[9]. „Na podkreślenie zasługuje olbrzymie poświęcenie i zapał pracowników szpitala, wykonujących obowiązki bez żadnego wynagrodzenia, przy głodowych racjach żywnościowych i w bardzo ciężkich warunkach – braku bielizny, środków opatrunkowych, lekarstw”[10].
O podkowiańskich szpitalach i warunkach, w jakich leczono i operowano rannych i chorych, napisała w książce Szpital dobrej woli
lekarz Wiwa Jaroszewicz. Przytoczę kilka charakterystycznych fragmentów: „11 sierpnia N. Lipińska [Nonna Lipińska‑Łyźwańska – dop. red.] wraz z dr. Józefem Jonscherem uzyskała w sołectwie w Helenowie przydział na szpital w budynku kasyna w Podkowie Leśnej. […] RGO podkowiańska zaakceptowała przydział i zapewniała częściowe wyżywienie. 12 sierpnia N. Lipińska uzyskała od Kreishaupmanna Rupprechta, urzędującego w Tworkach, zezwolenie na ewakuowanie chorych z Jelonek. Tego dnia rozpoczęła się ewakuacja 50 chorych, 21 osób personelu lekarskiego (głównie studenci‑medycy), 7 szarytek i 10 pracownic fizycznych. W Rakowie czekał umówiony przez panią Lipińską dwuwagonowy skład kolejki”[11]. Autorka pisze o tym, jak wyglądał główny budynek szpitalny w podkowiańskim kasynie: „My zajęliśmy dwie duże sale restauracyjne dla chorych, kuchnie i kilka małych pokoi. Sprzętu szpitalnego ani gospodarczego nie było. Chorzy zostali położeni na słomie. Zaczęła się wielka jałmużnicza robota dla uzyskania niezbędnego zaopatrzenia. Nie spotkaliśmy tu tej spontanicznej ofiarności miejscowej ludności, która tak bardzo była nam pomocna na Jelonkach. Natomiast personel EKD pomagał nam z bezprzykładną ofiarnością. Zawsze mogliśmy liczyć na specjalne pociągi dla przewożenia rannych i chorych, a w okresie ewakuacji szpitala na Płockiej także i różnego bagażu. Wnoszenie ciężko chorych na noszach nie było proste. Nosze trzeba było wnosić przez okna i ustawiać poprzek wagonu… Kasyno nie wystarczało dla pomieszczenia chorych, przy tym warunki sanitarne były fatalne. Chorzy na gruźlicę, ranni, chorzy wewnętrzni, nieletni i dzieci leżeli pokotem na słomie, jedni obok drugich”[12]. Drugi transport chorych przybył z Jelonek do Podkowy 17 sierpnia, również pod opieką Nonny Lipińskiej‑Łyżwańskiej.
Od 16 sierpnia szpital podkowiański otrzymał nazwę Szpitala Wolskiego, a dyrektorem została dr Jadwiga Misiewicz. „Regularna zorganizowana praca filii w Podkowie zaistniała dopiero od listopada. Mieliśmy wówczas oddział chirurgiczny liczący 50 łóżek: w Kasynie 100 łóżek dla chorych na gruźlicę oraz choroby wewnętrzne, pracownię rentgenowską i laboratorium; prowadziliśmy ambulatorium – miedzy innymi dopełniano odmy płucne. Do filii naszej od 10 września należał ponadto czasowo szpital w Biskupicach‑dworze, gmina Helenów”[13]. A oto jak wyglądała praca szpitala: „W okresie największego nasilenia mieliśmy ponad 220 hospitalizowanych chorych. Stały ich dopływ bywał lawinowy… Wśród chorych i rannych wielokrotnie udawało się ewakuować również z Warszawy ludzi zdrowych – powstańców i osoby cywilne m.in. Marię Rodziewiczównę. 27 września uzyskaliśmy w komendzie obozu w Pruszkowie przepustkę dla medyka J. Napiórkowskiego, zaś dr Halina Krzywiec zdobyła podobną przepustkę w Gestapo za Żelazną Bramą, korzystając z protekcji p. Łaskiego… Drugim źródłem napływu chorych do Podkowy był obóz w Pruszkowie. W zasadzie z obozu tego przewożono chorych do szpitala w Tworkach i w Milanówku. Jednakże zarówno z Tworek, jak i bezpośrednio z Pruszkowa kierowano do nas chorych, a często zdrowych. Były to grupy od kilku do 20-30 osób dziennie. Ludzie ci byli umieszczani na listach chorych, sporządzanych przez Polaków pracujących w obozie. Wśród nich byli członkowie różnych organizacji, a także osoby, którym indywidualnie pod pozorem pracy w Ośrodku Zdrowia w Pruszkowie, udało się uzyskać przepustki do obozu. I tym pomocą była Nonna Lipińska, która z ramienia Ośrodka miała stały wstęp do obozu z ekipą pracowników. Liczba personelu w Podkowie wynosiła w końcu sierpnia i września około 159 osób, w czym było 4 lekarzy, kilku studentów medyków, kilkanaście sióstr szarytek, 3 siostry świeckie oraz 100 osób personelu fizycznego. W tej liczbie 3 mężczyzn”[14].
Nonna Lipińska‑Łyżwańska pomagała nie tylko chorym i rannym w szpitalu. Dzięki swoim stosunkom i odwadze wyprowadziła wielu rannych z obozu w Pruszkowie. W willi „Aida II”, mieszkaniu Łyżwańskich, zostali przygarnięci liczni warszawiacy. Ich córka, opowiadając o tamtym czasie, nazywa swój dom koczowiskiem. Z tego okresu pochodzi ekslibris Łyżwańskich wykonany przez Stanisława Łuckiewicza, mieszkańca Warszawy, który także wiele zawdzięczał wspomnianej rodzinie. Ekslibris przedstawia otwarte drzwi, do których po pomoc i pociechę tłoczą się ubogo odziani ludzie z tobołkami. Podobnie Łyżwańskich wspomina Jacek Sempoliński w artykule opublikowanym w Podkowiańskim Magazynie Kulturalnym: „Dzięki pani Nonnie zostałem jako ciężko chory wywieziony wózkiem poza obóz do stacji kolejki EKD w Tworkach, skąd pojechałem do Podkowy. Miałem wtedy 17 lat i wcale chory nie byłem, ale załamany, odcięty od domu, od rodziców. Potem zjawił się ojciec i do stycznia mieszkaliśmy u Łyżwańskich”[15].
Drugim miejscem przeznaczonym w Podkowie na szpital była willa „Krychów” rodziny Baniewiczów przy ulicy Kwiatowej. Właściciele w czasie powstania znaleźli się w Warszawie i jak większość mieszkańców miasta dostali się do obozu w Pruszkowie. Dzięki dokumentom Tadeusza Baniewicza, potwierdzającym pełnioną przez niego funkcję dyrektora kolei EKD, oraz dzięki jego biegłej znajomości niemieckiego udało się im opuścić obóz i wrócić do domu[16]. Rodzina Baniewiczów niesłychanie ofiarnie pomagała wysiedleńcom. „1 października 1944 roku w willi Baniewicza uruchomiono filię Szpitala Wolskiego – oddział chirurgiczny”[17], w którym personel tworzyło około 30 osób, a córka właściciela posługiwała chorym jako sanitariuszka. „Pani Krystyna Baniewicz była dobrym duchem szpitala. Przychodziła do nas dzień w dzień. Prześciełała łóżka, przewijała bandaże, przynosiła nam prasę i tę oficjalną, i tę konspiracyjną. Musiała to robić bardzo dyskretnie, bo do szpitala często zaglądali Niemcy”[18] – wspominał powstaniec, podkowianin Wojciech Zabłocki. Wśród rannych byli zarówno powstańcy, żołnierze Berlinga, jak i cywile. Parter domu przeznaczono na oddział męski, piętro na kobiecy. Ranni leżeli na siennikach na podłodze. Na piętrze znajdowała się sala operacyjna. Przez szpital przeszło, według M. Domańskiego, ponad 150 rannych.
Kolejnym miejscem pomocy rannym i chorym był oddział szpitalny, który mieścił się w punkcie Polskiego Czerwonego Krzyża w domu Kreterów przy ulicy Modrzewiowej 33. Punkt ten został założony we wrześniu 1939 roku, a z chwilą wybuchu powstania jego działalność wznowiła Jadwiga Dzikiewicz – delegat PCK na Podkowę Leśną. Wśród działaczek podkowiańskiego PCK wyróżniły się: Ewelina Krzyżewska, Janina Dąbrowska, Wanda Makowska, Stanisława Rogińska, Felicja Świecka (przewodnicząca PCK w Podkowie Leśnej), Jadwiga Szyndlerowa i Maria Wardzińska. Rannymi opiekował się personel pod kierunkiem doktora Stefana Purskiego, członka RGO, który uratował wielu ludzi przed wywiezieniem do Niemiec na roboty. Wśród lekarzy niosących pomoc chorym trzeba wymienić doc. dr. Rutkowskiego, dr. Rużyłłę i prof. Dżułyńskiego, a wśród pielęgniarek pracujących w tym punkcie W. Szczepańską i A. Gruszkowską[19].
Ważnym ośrodkiem działalności konspiracyjnej w Podkowie był dom Regulskich. Janusz Regulski, dyrektor Spółki „Siła i Światło” i mieszkaniec graniczącego z Podkową gospodarstwa Zarybie, przez całą okupację ukrywał działaczy podziemia i cichociemnych. To tu odbierano i przekazywano zrzuty. Regulski, jako sanitariusz Czerwonego Krzyża, z ramienia Rady Głównej Opiekuńczej brał udział w ratowaniu mieszkańców stolicy wywiezionych do pruszkowskiego obozu. Spędzał w Dulagu całe dnie, pracując w placówce RGO w obozie. Przyczynił się do oswobodzenia wielu osób znajomych i nieznajomych, które następnie kierował do Zarybia. Wśród nich znaleźli się, zaopatrzeni w legitymacje i opaski RGO, Zofia i Stefan Korbońscy oraz Stanisław Wachowiak[20]. O wydostaniu całej rodziny z Dulagu, dzięki pomocy Regulskiego, wspomina m.in. pani Magda Stachowicz[21]. Obszerny dom państwa Regulskich przyjął licznych uciekinierów (od października do stycznia przebywało tam kilkaset osób, na dłużej zatrzymało się ponad 150). „W hallu rozlokowani po kątach siedzieli i leżeli ludzie. Całe grupy rodzinne. Przez dom przeszło wówczas kilkaset osób, wśród nich ludzie nauki, sztuki, teatru. W salonie przez dłuższy czas wisiały prześcieradła, wyznaczające granice »pokoi«”[22] – wspominała po latach Halina Regulska.
Po powstaniu w kilku pokojach willi „Borowin” Niemyskich i Walców przy ulicy Różanej zamieszkało około 30 osób. Spali pokotem na podłodze. Oprócz licznej rodziny w „Borowinie” znaleźli się przedstawiciele świata literackiego i artystycznego: Maria Dąbrowska, Stanisław Stempowski, Anna Kowalska, Wanda Wiłkomirska i wiele innych osób. W krótkim czasie dla uciekinierów został zużyty cały kopiec przeznaczonych na zimę kartofli, wspominali mieszkańcy „Borowina”[23].
W niewielkiej willi „Marysin”, położonej w części Podkowy, która przed wojną nosiła nazwę Młochówek, mieszkał z rodziną Aleksander Enholc, dyrektor Brytyjskiego Towarzystwa Biblijnego. Dom składał się zaledwie z czterech pokoi, ale po powstaniu przyjął około 40 osób. Co dzień córka właściciela Barbara Enholc, która pod nieobecność matki Marii Enholc, przebywającej podczas powstania w Warszawie, gotowała wielki kocioł zupy, by nakarmić domowników. Zaopatrywała się u podkowiańskich handlarzy, u których można było kupić niemal wszystko. Rodzina wyprzedawała różne wartościowe przedmioty, by ratować wygnańców. Cennym produktem okazały się też własne winogrona, które tego słonecznego lata obrodziły nadzwyczajnie, a dochody z ich sprzedaży zasiliły budżet rodziny. W „Marysinie” znaleźli się duchowni różnych wyznań, wielu pozostało tu na dłużej. Barbara Enholc tak wspomina ten czas: „Ludzie potrzebowali nie tylko dachu nad głową i pożywienia, lecz także otuchy i wsparcia duchowego oraz posługi religijnej. W tym czasie nasza komódka pełniła funkcję ołtarza, gdy odbywały się tutaj chrzty i śluby”[24]. Żona właściciela willi Maria Enholc trafiła do obozu w Pruszkowie i przebywała w tamtejszym szpitalu, a kiedy wróciła do domu, nikt nie rozpoznał w wynędzniałej, odzianej w łachmany kobiecie eleganckiej niegdyś kobiety. Radość z jej powrotu mieszała się z przerażeniem.
Również właścicielka znanej i popularnej w Podkowie kawiarni i czytelni Wanda Suchecka uczestniczyła w niesieniu pomocy uciekinierom z Warszawy. „Suchecka była bardzo uczynna, po Powstaniu dzielnie pomagała pieniędzmi, ubraniem i jedzeniem uchodźcom z Warszawy”[25]. Joanna Wąsowicz‑Jabłońska, której matka wspólnie z Wandą Suchecką założyła czytelnię‑kawiarnię, tak wspomina ten czas: „Było wtedy u nas dużo ludzi. Rozkładało się na podłodze sienniki tak gęsto, że ledwo mogłam dojść do mego pokoju. I nocował, kto chciał. U nas też gotowało się zupę dla wszystkich”[26].
Dom Janiny i Władysława Mieszkowskich położony jest przy zbiegu ulic Jaworowej i Modrzewiowej. Po powstaniu był przepełniony, wśród uchodźców wielu było żołnierzy AK, których ukrywano przed Niemcami[27]. Tutaj schronił się także Stanisław Lorenz, dyrektor Muzeum Narodowego, który wraz z innymi pracownikami kultury postawił sobie za cel ratowanie dzieł sztuki przed zniszczeniem i wywózką do Rzeszy. Dzięki przepustce mógł poruszać się swobodnie po zrujnowanej Warszawie i wywoził w plecakach i workach cenne dzieła sztuki, książki i rękopisy (m.in. Dąbrowskiej, Stempowskiego, Krzywickiego). Dzięki poświęceniu i odwadze wielu ludzi uratowano cenne dzieła ze zbiorów Muzeum Narodowego, Biblioteki Narodowej, Biblioteki Uniwersyteckiej i wielu innych instytucji.
Willa Szydłowskich „Włada”, niewielki domek na wzniesieniu nad strumieniem, także zapełnił się wówczas uchodźcami z Warszawy. Mieszkało tam kilka rodzin, a właściciele dzielili się zapasami żywności z gośćmi. Córka właścicieli Kalina Szydłowska, żołnierz AK, pseudonim „Miła”, która sama zgłosiła się jako sanitariuszka do szpitala powstańczego w podkowiańskim kasynie, wspominała że na noce rozkładano na podłodze sienniki tak, że zajmowały całą powierzchnię podłogi. Właściciele „Włady” dostarczali też żywność do szpitala.
Przy ulicy Bukowej mieszkała w obszernym domu Rodzina Skotnickich. Ich dom po powstaniu zapełnił się rodziną i znajomymi, niektórzy pozostali w nim znacznie dłużej. Jak wspomina w swoim dzienniku Jan Skotnicki, o żywność nie było łatwo. Pod datą 16 stycznia 1945 roku zanotował: „Ustały przydziały chleba, zapanowała anarchia pieniężna… Zapanował głód. W naszym domu od trzech tygodni nikt chleba nie widział. Zastępowaliśmy go kartoflami. A mieszkało u nas w domu 27 osób, uciekinierów, którzy schronili się u nas w czasie powstania. Klęskę powiększają silne mrozy…”[28]. Wśród mieszkańców domu znalazł się znany podróżnik i rysownik, przyjaciel Skotnickich, Włodzimierz Orda, który zakończył tam życie[29].

Jan Skotnicki na tle domu w Podkowie Leśnej, 1934 r. Ze zbiorów Polony
Elżbieta Janczewska, córka Stanisława Kowalskiego z drewnianego domku przy ulicy Brzozowej, tak wspomina matkę, która przeszła przez Dulag 121 i uciekła z transportu wiozącego ludność Warszawy na roboty: „Kiedy stanęła przed furtką naszego domu nikt jej nie poznał. »To jakaś starowinka, no, wpuśćmy biedaczkę« – powiedział ktoś z domowników”[30]. Dom Stanisława Kowalskiego był pełen ludzi, którym właściciele chętnie udzielili schronienia, jak owej starowince.
Willa „Promienna” Stanisława Cieszkowskiego, położona przy ulicy Żeromskiego jest niewielka, ale z listy meldunkowej wynika, że w listopadzie 1944 roku mieszkały w niej 23 osoby – trzykrotnie więcej niż przed powstaniem[31].
Willa „Irambo” przy zbiegu ulic Jeleniej i Helenowskiej należała do rodziny Trapszów, z których pochodziła Mieczysława Ćwiklińska. Podczas powstania ukrywały się tutaj jej przyjaciółki aktorki: Lucyna Messal, Zofia Lindorf, Elżbieta Barszczewska, Elna Gistedt i wiele innych osób[32].
Dom rodzinny Stalskich „Natusin” stał na uboczu, na granicy Podkowy i Brwinowa. Po powstaniu zapełnił się uchodźcami, mieszkało tam około 30 osób na stałe. Michał Stalski – mieszkaniec Podkowy, który przeszedł przez obóz w Pruszkowie, skąd został wyciągnięty przez Kazimierę Drescherową, zatrudnioną tam jako personel medyczny – przytacza ciekawostkę dotyczącą organizacji życia w popowstaniowym „Natusinie”: w przepełnionych pokojach przebierano się kolejno – najpierw panie, a potem panowie, ci już przy zgaszonych świecach. „Przez długi czas nikt z rezydentów nie ubywał, za to odwiedzali Natusin przelotni goście na dwie, trzy noce. Na stole zjawiał się chleb pieczony w domu i mleczna kawa i zaraz potem rozpoczynały się ruchy przesiedleńcze, czyli ścieśnianie dotychczasowych legowisk”[33]. Stalscy radzili sobie z wyżywieniem dodatkowych stołowników dzięki ogrodowi (przed wojną pełnił funkcje ozdobne), w którym posadzono kartofle, warzywa. Natomiast najtrudniej było z opałem, brakowało bowiem węgla – właśnie wtedy padło wiele wiekowych sosen w okolicy. Michał Stalski, wspominając tamten okres, zwrócił uwagę na różnorodne potrzeby wypędzonej ludności, zwłaszcza ludzi młodych, którym nie wystarczały miejsce do spania i posiłek. Młodzi (i nie tylko) potrzebowali rozrywki i oderwania się od tragicznych wspomnień i przeżyć. Tak zrodził się pomysł organizowania koncertów[34]. W stróżówce obok „Natusina” mieszkała z rodziną śpiewaczka Ewa Bandrowska‑Turska, która wspólnie z Natalią Stalską stała się inicjatorką zorganizowania koncertu połączonego ze zbiórką na potrzeby Polskiego Czerwonego Krzyża. Koncert, który otwierał Jarosław Iwaszkiewicz, okazał się sukcesem zarówno artystycznym, jak i finansowym, a na potrzeby PCK zebrano sporą sumę pieniędzy[35].
We wszystkich prawie domach w Podkowie, zarówno tych, o których pisałam, jak i wielu innych, mieszkali przez pewien czas uciekinierzy z Warszawy. Ktoś wspominał, że dom był tak przepełniony, że nikogo więcej nie mogli już przyjąć, ale dla szukających krótkiego noclegu zostawiano na werandzie wiązkę słomy, z której każdej nocy ktoś korzystał, zanim rankiem ruszył dalej. Rodzinę i znajomych gościli mieszkańcy willi „Laleńka” Irena i Michał Klukowscy. Michał Domański, autor książki Podkowa Leśna 1939-48, wspomina jeszcze inne domy zajęte przez uchodźców, m.in. domy Bonikowskich i Bertoniego, a także dwór Witaczków w pobliskim Żółwinie[36].
Do listy pomagających wysiedlonym dopisać trzeba wszystkich, którzy włączyli się do akcji produkowania fałszywych dokumentów, które chroniły wygnańców przed represjami okupanta. Tylko kenkarty z miejscowym meldunkiem dawały jako taką gwarancję bezpieczeństwa. Potrzebne były autentyczne pieczęcie, blankiety dokumentów z podrobionymi podpisami Kreishauptmanna. Patronat nad tą akcją przejęły ośrodki „Bąk” i „Osa” obwodu „Bażant” AK. W Podkowie zajmowała się tym Irena Miracka‑Rosińska, której brat był sekretarzem miejscowego urzędu, a fotografie dostarczał Włodzimierz Stalski, który na potrzeby wysiedleńców otworzył zakład fotograficzny. Nie była to praca ani łatwa, ani bezpieczna[37].
Wysiedlonym zapewniano opiekę, wyżywienie, miejsce do spania, ale też rozrywkę. W Podkowie Leśnej działały w tym czasie wypożyczalnie książek. Czytelnię połączoną z kawiarnią prowadziła Wanda Suchecka, dawni mieszkańcy wspominają też wypożyczalnie w willi Krzywickiej i u Aliny Mroczkowskiej w willi „Małgosia”[38]. Czy jednak korzystali z nich także uchodźcy w Warszawy, trudno dziś stwierdzić. Ranny powstaniec Wojciech Zabłocki wspomina o szopce, przygotowanej przez młodych podkowian dla chorych w szpitalu i o drobnych podarunkach na Boże Narodzenie[39]. O pierwszych popowstaniowych Świętach Bożego Narodzenia wspominało wiele osób, w tym Jacek Sempoliński, który spędzał je u Nonny Lipińskiej‑Łyźwańskiej i Antoniego Łyżwańskiego: „Były wielkie zbiorowe święta z prezentami, wierszykami, pewna uczona wysiedlona z Warszawy napisała szopkę. Tam było prawdziwe, rodzinne ciepło”[40].
Wigilię 1944 roku tak wspominał Wojciech Zabłocki: „Po nabożeństwie i krótkim, ale serdecznym kazaniu kapelana państwo Baniewiczowie łamali się z nami opłatkiem, wręczając przy tym drobne upominki i słodycze. Nauczyciele i młodzież miejscowej szkoły przygotowali niezapomniany wieczór piosenki żołnierskiej i poezji patriotycznej”[41]. Tamten czas wspominał także Michał Stalski: „Kobiety natusińskie zajęły się przygotowaniem wnętrz i odświętnego jadła. Wszyscy rezydenci zostali zaproszeni przez moich rodziców na wigilijną wieczerzę”[42]. Dylemat, czy powinno się obchodzić wigilię wobec tragedii tysięcy mieszkańców Warszawy, został rozwiązany w ten sposób, że ustawiono „prosty chojak, przy stole wigilijnym, ale nieudekorowany, nieoświetlony. A stały trzy nakrycia, przy których nikt nie siedział, tyle bowiem brakowało osób należących do rodziny”[43]. Z potraw był mak i kompot owocowy zamiast bakalii.
Przybyłym do Podkowy dzieciom i młodzieży oraz miejscowym Tajna Komisja Szkolna zapewniła możliwość nauki. Prowadzono ją na poziomie szkoły podstawowej, gimnazjum i liceum według przedwojennego programu. Kierownikiem szkoły powszechnej była Maria Mitkiewicz, gimnazjum Maria Majkowska, a liceum Michał Korolec, nad całością opiekę sprawował Stanisław Tynelski. Szkoła pracowała metodą kompletów w poszczególnych domach. Naukę w szkole powszechnej podjęło na 11 kompletach 56 uczniów, a na poziomie gimnazjum i liceum na 17 kompletach 113 uczniów. Pracę wychowawczą w ramach harcerstwa z młodzieżą męską podjął Zygmunt Sobota, a dziewczęta prowadziła nauczycielka Janina Saska. Ponadto młodzież – harcerki i harcerze – pomagali w różny sposób szpitalom poprzez organizowanie zbiórek żywności i odzieży, imprez świetlicowych i recytacji.
Trzeba jeszcze wspomnieć o ważnej dla wygnanych instytucji, jakimi były swoiste biura adresowe, czyli miejsca w centrum miasta z tysiącem kartek zawierających informacje dla rozdzielonych rodzin o tym, gdzie kto przebywa.
Wspominając o pomocy uchodźcom nie można pominąć zasług kolejarzy. O tym, że wielu z nich zapłaciło najwyższą cenę za działalność dla ojczyzny, przypomina tablica na zewnętrznej ścianie kościoła w Podkowie Leśnej, poświęcona kolejarzom z EKD. Interesujące informacje o roli pracowników kolejki w ratowaniu życia Polaków podczas okupacji znalazłam w książce WUKADE 1927-2002, pracy zbiorowej pod redakcją Marii Konopki‑Wichrowskiej.
Personel EKD utrzymywał stałą łączność telefoniczną z Warszawą, dzięki podłączeniu do sieci miejskiej. Korzystali z niej powstańcy i rodziny poszukujące swoich najbliższych. Kiedy w pierwszych dniach sierpnia Niemcy rozpoczęli wywózkę mieszkańców stolicy, kolejka stała się głównym środkiem transportu. Aby pomóc w ucieczce młodym mężczyznom zagrożonym wywiezieniem na roboty lub nawet rozstrzelaniem, kolejarzom udało się przekonać konwojentów, że ze stacji Tworki będzie łatwiej i bliżej doprowadzić wywiezionych do obozu Dulag 121. I tak w pobliżu stacji Tworki, gdzie kolejka zwalnia na zakręcie, czasem na samej stacji, otwierano drzwi na drugą stronę i odwracano uwagę konwojujących, aby umożliwić ucieczkę części z transportowanych osób. Autor wspomnień o historii EKD Tadeusz Gawroński wspomina, że w składzie obsługi pociągu specjalnego do przewozu ludności znalazł się między innymi Henryk Szletyński, aktor, późniejszy profesor Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, wówczas zatrudniony jako konduktor EKD. To on zorganizował przewiezienie rannego Karola Irzykowskiego ze szpitala na Okęciu do Stawiska. „Uciekinierzy z transportu kierowani byli do Obywatelskich Komitetów pomocy Uchodźcom z Warszawy, które powstawały w wielu miejscowościach na linii EKD. Jeden z takich komitetów został zorganizowany w warsztatach EKD Grodzisk i pełnił stałe dyżury, a uchodźcy otrzymywali pierwszą pomoc”[44]. Autor wspomina też o stołówce, która żywiła codziennie setki uciekinierów. Pracownicy EKD otrzymywali na stałe karty aprowizacyjne, które w tym czasie oddawali na potrzeby uchodźców. Była to odpowiedź pracowników na apel powstałego w tym okresie (przy stacji Radońska, a więc w Grodzisku) Obywatelskiego Komitetu Pomocy Uchodźcom z Warszawy. „Każdy ze zgłaszających się otrzymywał kilkudniowe wyżywienie i w miarę możności noclegi. Następnie otrzymywał skierowanie do któregoś z majątków lub okolicznych chłopów”[45]. Równocześnie z obowiązkiem przyjęcia grupy uchodźców właściciele zostali zobowiązani do dostarczania artykułów spożywczych do kuchni EKD.
Wiele o zasługach pracowników kolejki mówi uchwała posiedzenia Gminnej Rady Narodowej Gminy Helenów w Brwinowie z 17 stycznia 1947 roku w sprawie wyróżnienia dyrekcji EKD za „pełną poświęcenia postawę obywatelską w czasie okupacji i Powstania Warszawskiego”. Wśród zasług wymieniono między innymi: „zorganizowanie natychmiastowej pomocy dla mieszkańców bohaterskiej Warszawy przez przyjście z pomocą sanitarną, żywnościową i umożliwienie ucieczki z transportów setkom ludzi niejednokrotnie z narażeniem własnego życia”[46].
Autor książki o Podkowie Leśnej w okresie okupacji Michał Domański[47] podkreślił, że dzieje miasta świetnie ilustrują okupacyjną codzienność, formy i skalę podziemnego ruchu oporu. Stwierdził także, że wspomnienia mieszkańców powinny być zebrane w oddzielny tom, tak wiele bowiem jest jeszcze do opisania w tym zakresie, również odnośnie do okresu po powstaniu. Dlatego też zastanawiam się, czy wymieniając nazwiska osób, które pomogły wypędzonym z Warszawy, nie krzywdzę tych, których nie mogę tu wymienić, bo o ich działalności nie udało mi się dowiedzieć. Przeprowadziłam wiele rozmów z mieszkańcami Podkowy – byli to ludzie zasłużeni dla miasta oraz garstka tych, do których udało mi się dotrzeć. Nie znaczy to, że tylko ci wymienieni przeze mnie mieszkańcy powinni zostać zapamiętani jako szczególnie zasłużeni w niesieniu pomocy. W Podkowie Leśnej pomoc niesiona była powszechnie. Michał Domański w swojej pracy pisze o 30 a nawet 50 tysiącach uchodźców w Podkowie w okresie od września do października 1944 roku, można zatem przypuszczać, że nie było domu, gdzie nie udzielono by potrzebującym dachu nad głową.
[1] M. Domański, Podkowa Leśna 1939-48, Podkowa Leśna 2007.
[2] S. Dygat, Pożegnania, za „Rocznikiem Podkowiańskim” 1986, nr 1.
[3] M. Domański, Podkowa Leśna 1939-1948, Podkowa Leśna 2007.
[4] M. Wittels, Drugi album z Podkową, Podkowa Leśna 2000.
[5] G. Zabłocka, Kościół p.w. św. Krzysztofa w Podkowie Leśnej, Podkowa Leśna 2006.
[6] I. Miracki, Podharcmistrz Zygmunt Sobota, „Podkowiański Magazyn Kulturalny” 1997, nr 3(18).
[7] Ibidem.
[8] Ibidem.
[9] M. Wittels, Album z Podkową, Podkowa Leśna 1996.
[10] M. Domański, Podkowa Leśna 1939-48, Podkowa Leśna 2007.
[11] W. Jaroszewicz, Filia w Podkowie Leśnej [w:] Szpital dobrej woli. Szpital Wolski 1939-45, red. Jan Zieliński, Warszawa 2004.
[12] Ibidem.
[13] Ibidem.
[14] Ibidem.
[15] J. Sempoliński, Tak to wspominam…, „Podkowiański Magazyn Kulturalny” 1997, nr 16.
[16] H. Regulska, Tamte lata, tamte czasy: wspomnienia z II wojny światowej, Wrocław 1988.
[17] M. Domański, Podkowa Leśna 1939-48, Podkowa Leśna 2007.
[18] W. Zabłocki, Szpital w Podkowie Leśnej, „Głos Podkowy” nr 2.
[19] M. Domański, Podkowa Leśna 1939-1948, Podkowa Leśna 2007.
[20] Ibidem.
[21] M. Stachowicz, Umieranie domu [w:] Wspomnienia podkowian, T. II, Podkowa Leśna 2004.
[22] H. Regulska, Tamte lata, tamte czasy: wspomnienia z II wojny światowej, Wrocław 1988.
[23] M. Wittels, Album z Podkową, Podkowa Leśna 1996.
[24] Ibidem.
[25] M.Domański, Podkowa Leśna 1939-48, Podkowa Leśna 2007.
[26] M. Wittels, Drugi album z Podkową, Podkowa Leśna 2000.
[27] M. Wittels, Album z Podkową, Podkowa Leśna 1996.
[28] J. Skotnicki, Przy sztalugach i przy biurku, Warszawa 1957.
[29] M. Wittels Album z Podkową, Podkowa Leśna 1996.
[30] E. Janczewska, Nasz drewniany domek, „Podkowiański Magazyn Kulturalny” 2009, nr 61-62.
[31] M. Wittels, Willa „Promienna”, „Podkowiański Magazyn Kulturalny” 2008, nr 58-59.
[32] M. Wittels, Willa „Irambo”, „Podkowiański Magazyn Kulturalny” 2009, nr 60.
[33] M. Wittels, Drugi album z Podkową, Podkowa Leśna 2000.
[34] Ibidem.
[35] Ibidem.
[36] M. Domański, Podkowa Leśna 1939-48, Podkowa Leśna 2007.
[37] L. Dzikiewicz, Walka podziemna: Brwinów‑Podkowa Leśna‑Nadarzyn 1939-45, Warszawa 2010.
[38] M. Wittels, Drugi album z Podkową, Podkowa Leśna 2000.
[39] W. Zabłocki, Szpital w Podkowie Leśnej, „Głos Podkowy” nr 2.
[40] M. Wittels, Drugi album z Podkową, Podkowa Leśna 2000.
[41] W. Zabłocki, Szpital w Podkowie Leśnej, „Głos Podkowy” nr 2.
[42] M. Stalski, Podkowa Leśna – nowa metropolia?, „Podkowiański Magazyn Kulturalny” 2002, nr 38.
[43] M. Wittels Drugi album z Podkową, Podkowa Leśna 2000.
[44] WUKADE 1927-2002. Wspomnienia, dokumenty, zdjęcia wydane w 75-lecie uruchomienia kolejki EKD/WKD, red. i oprac. M. Konopka‑Wichrowska, Podkowa Leśna 2002.
[45] W. Lichmira, Informacja o działalności konspiracyjnej i partyzanckiej [w:] WUKADE 1927-2002. Wspomnienia, dokumenty, zdjęcia wydane w 75-lecie uruchomienia kolejki EKD/WKD, red. i oprac. M. Konopka‑Wichrowska, Podkowa Leśna 2002.
[46] WUKADE 1927-2002. Wspomnienia, dokumenty, zdjęcia wydane w 75-lecie uruchomienia kolejki EKD/WKD, red. i oprac. M. Konopka‑Wichrowska, Podkowa Leśna 2002.
[47] M. Domański, Podkowa Leśna 1939-48, Podkowa Leśna 2007.







