menu

Dąbrowska Barbara – Moje małe Powstanie

Powiązane hasła

Dąbrowska Barbara – Moje małe Powstanie

Barbara Dąbrowska, z domu Janke, ur. w 1938 roku, opisuje swoje przeżycia z 63 dni spędzonych na warszawskim Śródmieściu – wpierw przy ul. Żelaznej, a następnie przy ul. Złotej. Do obozu Dulag 121 trafiła z rodzicami Genowefą z d. Gizot i Władysławem oraz niespełna rocznym bratem Kazimierzem po kapitulacji. Stamtąd rodzina została wysłana do Starachowic, gdzie została gościnne przyjęta przez jego mieszkańców. Po wojnie rodzina wróciła do rodzinnego domu w Rembertowie. Swoje wspomnienia Pani Barbara Dąbrowska spisała w 2010 roku. Opowiada w nich o nie tylko o powstańczych i popowstańczych losach rodziny, ale także o tym, jakie ślady pozostawiła wojna w niej oraz w jej bliskich.

Lata biegną nieubłaganie. Ze świadków zdarzeń, które opisuję, jestem ostatnią żyjącą osobą. Po wielu latach, jakie upłynęły od zakończenia wojny, ludzie, szczególnie młodzi, nie uświadamiają sobie, jakim jest ona złem i jaki ślad zostawia w pamięci nie tylko dorosłych, ale i dzieci, które ją przeżyły. Rodzice bardzo rzadko wspominali wojnę. To co opisałam, to (z małymi wyjątkami) wydarzenia, które szczególnie utkwiły mi w pamięci i które bardziej przypominają rozsypane fotografie, niż chronologiczny zapis faktów. W połowie Powstania Warszawskiego skończyłam sześć lat, jest to więc prosty opis wydarzeń widzianych oczami małego dziecka, pozbawiony tła historycznego i komentarzy.

xxx

Moi rodzice, Genowefa z d. Gizot i Władysław Janke, wprowadzili się do nowo wybudowanego domu w Wesołej pod Warszawą w 1938 roku. Dom był jeszcze niewykończony, ale wybuch wojny wstrzymał dalsze prace, odsuwając je na czas nieokreślony. Decyzja rodziców o opuszczeniu swego wymarzonego domu i przeniesieniu się do Warszawy na pewno nie była łatwa. Złożyło się na nią kilka czynników. I wojna światowa rozgrywała się przede wszystkim w oparciu o linie okopów przebiegających na otwartych przestrzeniach. Ta wojna oszczędzała w znacznym stopniu duże miasta. Ojciec chciał Mamie i mnie zapewnić większe bezpieczeństwo. Innym czynnikiem był fakt, że Tata pracował w biurze projektowym Elektrowni Warszawskiej, położonej na lewym brzegu Wisły, podczas gdy Wesoła znajduje się po prawej stronie rzeki. Z jednej strony dojazd do pracy mógł być coraz bardziej uciążliwy, z drugiej czapka i legitymacja pracownika Elektrowni, w minimalnym stopniu, stanowiły jednak parasol ochronny. W domu pozostała matka Mamy babcia Teofila z młodszym synem Tadeuszem, który, wywieziony na roboty do Niemiec, dostał przepustkę na pogrzeb ojca (a mojego dziadka) Antoniego w styczniu 1942 roku i udało mu się znaleźć pracę w Warszawie na poczcie. Dziadek Antoni, zapędzony zimą do kopania okopów, dostał ciężkiego zapalenia płuc, które wówczas dla starych ludzi było śmiertelną chorobą.

Rodzice zatrzymali się w mieszkaniu kuzyna Mamy na Żelaznej 67, który wywiózł rodzinę poza Warszawę i mieszkał sam. W pobliżu, na Złotej, mieszkał kuzyn Ojca doktor Aleksander Ossowski z rodziną, a kilka domów dalej, na Złotej 58, drugi brat Mamy Marian z żoną Heleną. Do Warszawy przybyliśmy wczesną jesienią 1943 roku w trójkę, a w grudniu urodził się mój brat Kazimierz.

Jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy, co to jest wojna i okupacja. Ale przeprowadzka do Warszawy, gdzie na ulicach ciągle byli obecni żołnierze niemieccy, potęgowała poczucie jakiegoś zagrożenia. Pewnego dnia przyszła Mamy przyjaciółka z córeczką. Bawiłyśmy się na balkonie i ona upuściła kawałek papieru, który pofrunął nad ulicą. Zabrałam ją natychmiast do domu, żeby nikt nie zauważył, z którego balkonu sfrunął papier, i mocno ją nastraszyłam mówiąc, że za rozrzucanie papierów (nie znałam słowa ulotka) Niemcy

mogą zabić na ulicy. Kiedyś poszłyśmy z Mamą na zakupy do Hali Mirowskiej, pełnej straganów i ludzi. Hala miała wtedy otwarte wielkie bramy na obu końcach budynku. W pewnym momencie ktoś w bramie od wschodniej strony krzyknął: „Łapanka” i cały ten tłum rzucił się na oślep w kierunku Żelaznej. Mama biegła trzymając mnie mocno za rękę i wołała: „Patrz pod nogi i nie upadnij, bo nas rozdepczą”. Udało nam się uciec, ale obawa przed nieobliczalnym tłumem pozostała we mnie do tej pory i podświadomie unikam dużych skupisk ludzi.

W lipcu zbliżający się od wschodu front dawał o sobie znać. Jednego dnia, późnym wieczorem, obserwowaliśmy samoloty, które nadleciały nad Warszawę i zrzucały flary, aby oświetlić zaciemnione miasto. Natychmiast niebo zaczęły przecinać smugi świateł z reflektorów i serie pocisków, a my czym prędzej schowaliśmy się w głąb mieszkania.

Wkrótce przyszedł dzień wybuchu Powstania. Ojciec wrócił wcześniej do domu i od progu powiedział: „Zaczyna się”. Dla mnie zabrzmiało to bardzo tajemniczo, ale Mama rozpłakała się ze wzruszenia i rzuciła Ojcu na szyję. Usłyszeliśmy silny wybuch. Porwany jakimś podmuchem duży papier przefrunął przez pokój. Zaczęły się nocne alarmy i schodzenie do piwnic. Pierwszej nocy Mama zawinęła Kazika w kocyk, a Tata ubrał mnie, wziął przygotowane wcześniej niezbędne rzeczy i zeszliśmy na dół. Siedzieliśmy na piasku, bo piwnica nie miała podłogi. Okropnie tam zmarzłam i następnym razem ubraliśmy się cieplej.

W pierwszych dniach sierpnia powstańcy zdobyli browar Haberbuscha. W piwnicy pojawiły się beczki z piwem. Nasza dozorczyni, która bardzo lubiła Mamę, przygotowała dla niej napój wzmacniający: mieszaninę podgrzanego piwa z jajami. Bardzo byłam zmartwiona, że nie pozwolono mi spróbować (z wiadomych względów) tego rarytasu.

Na początku Powstania przeżyliśmy piękne wydarzenie. Wczesnym popołudniem przez otwarte okna dobiegła nas grana w wielkim rozmachem znana melodia – Etiuda Rewolucyjna Chopina. Ktoś z sąsiedniej klatki schodowej, wkładając w to całą duszę, grał w jakimś zapamiętaniu. Mamie, tak wrażliwej na muzykę, łzy lały się po twarzy, a i Tata miał wilgotne oczy, kiedy ta tak polska muzyka wreszcie swobodnie płynęła na całą okolicę. Nawet ja –  małe dziecko – czułam podniosłość tej chwili. Był to szczególny moment, którego opis znalazłam po latach również w czyichś pamiętnikach.

Pewnego dnia rano kazano nam przebiec ulicą do sąsiedniej kamienicy nr 65. Ludzie ruszyli, a ja wybiegłam znacznie do przodu przed rodzicami. Ojciec nie mógł mnie dogonić, bo nie mógł biegać (miał zniekształconą po wypadku lewą stopę i kulał do końca życia), a Mama niosła Kazika. W tym momencie zaczął się ostry ostrzał i wezwano nas do powrotu. Całe szczęście, że złapała mnie za rękę sąsiadka i wciągnęła do naszej bramy, gdzie było już bezpieczniej i oddała pod opiekę rodziców.

Ósmego sierpnia (nie jestem pewna tej daty) bardzo wcześnie rano dotarł do nas wujek Marian i powiedział, że zabiera nas do siebie, bo na Złotej jest znacznie spokojniej, a w sąsiednim budynku jest szpital powstańczy, w którym pracuje wuj Olek. Rodzice zabrali więc najniezbędniejsze rzeczy (na szczęście również worek sucharów i nasze zimowe palta) i przeprawiliśmy się na Złotą.

Wujek mieszkał w jednym z dwóch budynków dawnego gimnazjum, które ukończył. Usytuowane równolegle domy zajmowały całą szerokość placu, więc w obu były duże bramy, które łączyły trzy części placu szkolnego. Nasz dom stał od strony ulicy Siennej (obecnie Sienna 53), oddzielony od niej sporym boiskiem. Mieszkanie, położone na parterze w zachodniej części budynku, nie było tak duże, jak na Żelaznej. Z klatki schodowej wchodziło się do korytarzyka z maleńkim kibelkiem w kącie po prawej stronie, Po lewej było wejście do kuchni, a na wprost duży pokój, chyba częściowo przedzielony. Okna wychodziły na boisko odgrodzone murem od ulicy Siennej.

Po przybyciu przeżyliśmy szok. Na Żelaznej było już niebezpiecznie, a tu spokój, na boisku szkolnym w słońcu grzeją się ludzie i gawędzą, panie suszą świeżo umyte włosy. Sielanka.

Umieściwszy nas bezpiecznie u wujostwa Ojciec wyruszył znowu na Żelazną, aby przynieść jeszcze jakieś rzeczy, które mogłyby się przydać. Niestety, przy próbie podejścia do domu dostał się pod silny ostrzał, gdyż w czasie tych paru godzin naszej nieobecności w tym rejonie rozpoczęły się walki. Opuściliśmy więc Żelazną w ostatniej chwili. Ojciec uszedł z życiem spod ostrzału i szczęśliwie wrócił piwnicami do nas.

W czasie Powstania ciągle rozbudowywała się Warszawa „podziemna” w dosłownym znaczeniu tego słowa. Powstawała cała sieć połączeń między piwnicami poszczególnych kamienic. Kuto dziury, a także i tunele. Szlaki były oznakowane nazwami ulic i numerami domów, były też „kierunkowskazy”, które ułatwiały orientację w tym swoistym labiryncie. W ten sposób można było stosunkowo bezpiecznie poruszać się w obrębie sporych fragmentów miasta.

Korzytałyśmy z tych przejść również i my z Mamą. Jej starsza przyjaciółka, Zofia Bursztyńska, zdobywała dla nas chleb z powstańczej piekarni i zrobiłyśmy kilka wypraw, aby ten chleb przynieść do domu. Na naszej trasie był wykop w jezdni z jednej strony ulicy na drugą. W poprzek wykopu przechodziła rura o średnicy znacznie ponad poł metra, pod którą trzeba było się prawie położyć, aby przecisnąć się na drugą stronę. Przejście górą było niemożliwe, bo narażało na ostrzał. Pewnego dnia stanęłyśmy w bramie przed wykopem i wtedy ja powiedziałam, że dziś tu nie przejdę. Musiałam to powiedzieć w jakiś specyficzny sposób, bo Mama nie zaprotestowała. Tylko wzięła mnie mocno za rękę i wróciłyśmy do domu bez chleba. Nie wiem, czy Mama jeszcze próbowała sama dostać się do pani Zofii, czy też była to ostatnia wyprawa.

Ludzie w piwnicach zachowywali się rożnie, jedni po prostu koczowali, schodząc na dół na czas zagrożenia, inni próbowali organizować w nich namiastkę normalnego życia. W czasie jednej z naszych wypraw pomyliłyśmy drzwi i raptem weszłyśmy do salonu. Ściany i podłoga były wyłożone dywanami, stało piękne szerokie łóżko i inne meble, pani w bogatym szlafroczku (różowym), patefon głośno grał, paliło się jakieś światło. Stanęłyśmy z Mamą osłupiałe, a potem, przeprosiwszy za najście, szybko wyszłyśmy. W porównaniu z naszym koczowiskiem w wąskim korytarzu, gdzie chroniliśmy się w czasie zagrożenia, była to oaza z jakiegoś innego świata.

Na boisko spadł pocisk zburzył spory kawałek muru oddzielającego boisko od sąsiedniej posesji (od strony Żelaznej) i wybił duży lej (głębokości ok. 1 m), w którym zbierała się woda albo z cieków naturalnych, albo z uszkodzonych rur wodociągowych. Do tego dołu ustawiała się kolejka ludzi, bo po wybraniu niepełnego wiadra trzeba było długo czekać, aż nowa porcja wody zbierze się na dnie. Tata spełniał rolę naszego „woziwody”.

Przez krótki czas Mama wyprawiała się ze słoiczkiem po szklankę krowiego mleka, które przydzielano małym dzieciom. Kiedyś wróciła zapłakana i cała poobijana, bo wpadła w podmuch od „ryczącej krowy”, który powalił ją na ziemię, a padając trzymała kurczowo słoiczek, zakrywając go drugą ręką i płakała nie z bólu, ale dlatego, że przyniosła tylko pół szklanki mleka.

Pewnego dnia w pobliżu padł koń. Ludzie nie bardzo wiedzieli, co z nim zrobić. Natomiast wujek Marian, za przykładem swojego ojca (mojego dziadka Antoniego), który zawsze sam na każde święta przyrządzał rożne mięsa, w fachowy sposób poporcjował biednego konika. Wszyscy chętni zostali obdzieleni, a zapach przyrządzanego mięsa unosił się w powietrzu po całej okolicy.

Ojciec razem z wujkiem pełnili dyżury przede wszystkim przeciwpożarowe, bo spadające odłamki pocisków łatwo mogły wzniecić pożar, a także służyli jako grabarze, jako „złote rączki” pomagając sąsiadom w rożnych kłopotach itd. Na przykład sąsiadka z pierwszego piętra zbiegając do piwnicy w czasie alarmu zostawiła w kuchni na stole klucze. Od podmuchu, czy zwykłego przeciągu, zatrzasnęły się drzwi wejściowe. Przybiegła do Taty i wujka, aby coś poradzili. Nie chcieli wyważać drzwi, bo nie było szans na ich zreperowanie i mieszkanie musiałoby stać otworem. Ojciec wymyślił więc inny sposób. Ponieważ klatka schodowa była częściowo wysunięta przed ścianę budynku, miała boczne okna. Ojciec położył szeroką deskę między oknem z klatki a oknem od kuchni sąsiadki, które albo było otwarte, albo już nie było szyby. Po tej desce ja, na czworakach, pełzłam centymetr po centymetrze do mieszkania sąsiadki zabezpieczona tylko ręką Ojca wywieszonego, tyle ile mógł, z okna klatki. Na dole stali ludzie i patrzyli, co z tego wyniknie. Chociaż bardzo dokładnie starałam się wypełniać polecenia Ojca: „Nie patrz w dół, tylko przed siebie”, kilka razy jednak rzuciłam okiem w dół. Wreszcie dotarłam do okna, zeszłam z parapetu, znalazłam klucze, przysunęłam stołek do drzwi i zgodnie z instrukcjami sąsiadki, która stała za drzwiami, odpowiednim kluczem je otworzyłam. Po tym zdarzeniu pozostał ślad: czasami śni mi się, że posuwam się ostrożnie wąską ścieżką na skraju przepaści.

Był piękny dzień, ciepło, ludzie wyszli przed dom, a tu nagle warkot samolotów, z których zaczęły sypać się spadochrony. Patrzyliśmy zafascynowani. Ja spadochron widziałam pierwszy raz (nie licząc małych spadochronów, które unosiły flary, ale to było po ciemku) i bardzo chciałam, aby któryś z nich wylądował na naszym boisku. I rzeczywiście, jeden z nich wylądował przed naszym domem. Ludzie rzucili się z nadzieją, że może jest to żywność. Tymczasem były to środki sanitarne i medykamenty, które zaniesiono do szpitala w sąsiednim budynku.

Pewnego dnia od pocisku zawaliła się i zapaliła kamienica (a może resztki kamienicy) po drugiej stronie ulicy Siennej. Był to codzienny widok, ale tym razem ludzie wybiegli na boisko i coś krzyczeli. Wybiegliśmy i my. Na wysokości pierwszego piętra, na gruzach stał człowiek i przerażającym, ochrypłym głosem bez przerwy wołał: „Wody! Piasku!”. Nie było ani jednego, ani drugiego. Nie wiadomo, czy chciał kogoś, czy coś cennego ratować za wszelką cenę. Ludzie krzyczeli, żeby schodził, bo wszystko zawali się do reszty, ale on był niestrudzony. Mama zabrała mnie do domu, a na drugi dzień po domu została kupa gruzów.

Nasze trawiaste boisko dobrze nadawało się na cmentarzyk. Pierwsze mogiły pojawiły się pod murem oddzielającym boisko od ulicy Siennej. W bramie naszego budynku była kapliczka Matki Boskiej. Któregoś dnia ludzie modlili się nad piękną młodą dziewczyną. Musiało to być chyba w połowie sierpnia, bo później coraz rzadziej wychodziliśmy z domu na podwórze. Z czasem płytkich mogiłek wykopanych w pośpiechu i ledwo zasypanych piaskiem przybywało. Zdarzało się, że podmuch od wybuchu pocisku czy od „ryczącej krowy” podrywał papiery, którymi z braku prześcieradeł (trumny były nieosiągalne) przykrywano zmarłych.

W miarę upływu czasu odnosiłam wrażenie, że robi się coraz bardziej ciemno. Teraz zdaję sobie sprawę, że przyczyną był nie tylko coraz krótszy dzień, ale w oknach ubywało szyb (mimo że były zgodnie z zaleceniami poklejone na ukos paskami papieru), które były zastępowane jakimiś deskami, a ponadto coraz więcej godzin spędzaliśmy w naszym ciemnym korytarzyku między solidnymi ścianami. Mama panicznie bała się zasypania w piwnicy i prawie od samego początku naszego pobytu na Złotej nie schodziliśmy na dół.

Tata z wujkiem stwierdzili, że znacznie mniejsze jest prawdopodobieństwo, iż bomba czy pocisk trafi właśnie w ten wąski korytarz, niż w dowolny inny fragment domu. Koczowanie w korytarzu miało tę zaletę, że nie mieliśmy żadnych insektów, co przy chronicznym braku wody (i oszczędnym używaniu mydła) miało ogromne znaczenie.

Wychodząc w pośpiechu z domu na Żelaznej nikt nie pomyślał, aby mi wcisnąć do ręki jakąś moją przytulankę. Zresztą Ojciec miał wrócić i zabrać brakujące nam rzeczy, co się nie udało. Widząc, że nie mam żadnych zabawek, jedna z pań podarowała mi dużą porcelanową lalkę. Lalka była dla mnie okropna –  nie dość że nie przypominała mi żadnej z moich, to dodatkowo, w wychłodzonym mieszkaniu, była trupio zimna i po prostu bardzo jej się bałam. Chowałam ją gdzieś po kontach, nie potrafiłam Mamie wytłumaczyć, dlaczego mi się nie  podoba.

Kończyły się zapasy sucharów, mąki i kaszy. Aby zabezpieczyć się na następne dni, do stołu w pokoju został przykręcony na stałe duży młynek do mielenia ziarna. Choć byłam małą dziewczynką też chciałam pomoc i mieliłam, wieszając się na dużej korbie, aby pod moim ciężarem młynek wydajniej pracował. Któregoś dnia wuj Olek, który za pomyślnie odebrany poród dostał maleńką gratyfikację, przyniósł nam prezent: każdy z nas dostał po jednym ziemniaku. To był cudowny dar, bo przynosił wspomnienie normalnych czasów i nadzieję, że znowu kiedyś zazielenią się kartofliska. Chyba od wujka Olka dostaliśmy też mały woreczek kostek cukru. Był to skarb na wagę złota. Tak teraz zwalczane te puste kalorie, wtedy były często po prostu darem życia –  pozwalały zabić głód, a dodatkowo niosły osłodę w tych trudnych czasach.

 

Pewnego dnia spadł ulewny deszcz. Ojciec szybko przez okno wprowadził do kuchni kawał rynny i udało się napełnić wielki kocioł do gotowania bielizny. Woda płynąca z dachu zawierała gruz, odłamki pocisków, jakieś śmiecie, ale kiedy się ustała mieliśmy zapas wody do mycia i prania (Kazik był przecież maleńki i pieluszki były niezbędne), a także –  po przecedzeniu przez szmatkę i po przegotowaniu – wodę do picia. Na szczęście dookoła było dużo drewna (z gruzów, zerwanych dachów), nie było więc problemu z napaleniem pod kuchnią – problemem były zapałki. Pewnego dnia w nasz kuchenny komin trafił pocisk. Wyrzucone z przewodu kominowego sadze fruwały w powietrzu. Oczywiście osiadły w garnku na gotującej się kaszy i na wodzie w kotle. Jakimiś szmatami oczyszczono kuchnię i wyłowiono sadze z naczyń.

Teraz uświadamiam sobie, że w ciągu całego Powstania praktycznie nie widziałam powstańców –  chyba ze dwa razy na Żelaznej i raz w podziemnych przejściach na Złotej. Wynikało to oczywiście z faktu, że wujek Marian, kierowany nakazem intuicji (mówił, że czuł, że musi nas sprowadzić do siebie), wyprowadził nas z terenu nasilających się walk. Natomiast na Złotej nie schodziliśmy do piwnic, którymi przemieszczali się i cywile, i powstańcy, a Opatrzność sprawiła, że mimo kurczącego się obszaru powstańczej Warszawy, walki nie zdążyły wejść na nasz teren.

Nadszedł dzień, w którym podpisano kapitulację. Mama była załamana, powiedziała, że nigdzie nie idzie i zostaje na miejscu. Wszyscy, łącznie z sąsiadami, długo jej tłumaczyli, że za pozostanie grozi kara śmierci. Wreszcie udało się ją przekonać i ruszyliśmy w naszą podroż w nieznane. Przedtem oczywiście znowu pakowanie niezbędnych rzeczy, ja też dostałam mały węzełek. Mama, przewiązana kocem, niosła Kazika jak w hamaku. Ruszyliśmy razem z ciocią Helą i wujkiem Marianem, w długiej kolumnie ludzi objuczonych plecakami, walizkami, tobołami. Szliśmy w kierunku Dworca Zachodniego, eskortowani przez dawno nie widzianych żołnierzy niemieckich. Wąż utworzony z żywych ludzi posuwał się powoli, bo szli wszyscy razem: starcy, dzieci, inwalidzi. Dookoła gruzy – krajobraz nie z tego świata, pustynia. Wieczorem dotarliśmy do jakiejś rampy i załadowano nas do odkrytych wagonów towarowych. Lał deszcz i Mama ze swojego futra zrobiła rodzaj namiotu, pod którym siedzieliśmy na walizce we trojkę, a Tata stał nad nami i dodatkowo ochraniał nas swoim ciałem. W czasie drogi jakiś mężczyzna zaczął strasznie krzyczeć z bólu. Okazało się, że zjadł suchy mak nie wiedząc, że po namoczeniu mak bardzo puchnie. Pęczniejący mak rozsadzał mu żołądek. Kiedy dojechaliśmy do Pruszkowa, ludzie wynieśli go z pociągu nie wiem, co się z nim stało.

Obóz przejściowy w Pruszkowie umieszczono w parowozowni. Na poprzecinanej kanałami remontowymi powierzchni znajdowała się masa ludzi. Usiedliśmy na walizkach pod jakimś filarem i wujek poszedł się rozejrzeć, czy nie znajdzie kogoś znajomego, ale w tej masie ludzi nikogo nie spotkał. Rano rozpoczęła się selekcja. Dorośli ustalili, że najpierw pójdą wujek z ciocią, której ciąża była już widoczna (za trzy miesiące urodził się mój brat cioteczny), potem pójdzie Ojciec trzymając Kazika na rękach, a dopiero na końcu ja z Mamą. Nie wolno mi było zawołać „Tatusiu”, bo natychmiast odebrano by mu synka i oddano Mamie, a jego wysłano na roboty. Oczywiście szliśmy w sporej odległości od siebie, oddzieleni innymi ludźmi. Niemcy dokonujący selekcji od razu rozdzielili pierwszą parę: wujka Mariana skierowali na prawo na roboty do Niemiec, ciocię Helę –  na lewo, do grupy pozostającej w kraju. W tym momencie ciocia zaczęła strasznie płakać. Zawsze będę mieć przed oczami ten moment, kiedy wujek obrócił się gwałtownie, poszedł kilka kroków za ciocią objął ją opiekuńczym gestem i poprowadził do grupy przeznaczonej do wyjazdu. Spotkaliśmy się dopiero w kilka miesięcy po zakończeniu wojny. Potem pokuśtykał Ojciec z Kazikiem, specjalnie podkreślając swoją niepełnosprawność. Na pytanie, gdzie żona, odpowiedział, że zaginęła w czasie Powstania (mówił nieźle po niemiecku) i nie udało mu się jej odnaleźć. Niemiec machnął ręką i Ojciec poszedł na lewo do grupy pozostających. My z Mamą przeszłyśmy na szczęście „kwalifikację” bez problemu i też poszłyśmy na lewo. Połączyliśmy się dopiero w pociągu towarowym (na szczęście zadaszonym), kiedy nie groziła nam, przynajmniej na razie, następna selekcja.

Nie pamiętam, ile czasu pociąg jechał, chyba całą dobę. Wczesnym popołudniem zatrzymaliśmy się w Starachowicach. Na peronie stali ludzie z koszami z chlebem i bańkami z mlekiem. Wysiedliśmy z pociągu i staliśmy nie wiedząc, w którą stronę się udać. Po chwili podeszła do nas młoda kobieta, która powiedziała, że też ma dwójkę małych dzieci i zabiera nas do siebie. W ten sposób trafiliśmy do cudownej rodziny piekarzy. Od zapachu świeżego pieczywa, po naszej głodówce, kręciło nam się w głowach. Gospodarze bardzo zajęli się nami, a Tata z kolei pomagał jak mógł. Co pewien czas były rewizje połączone z polowaniem na silę roboczą, ale nasi panowie zorganizowali sobie między workami mąki świetną kryjówkę, a żona piekarza tłumaczyła, że mąż pojechał po towar. Zmiana rodzaju pożywienia była dla nas zbyt radykalna i przez wiele dni mieliśmy silne bóle brzucha. Wkrótce Mama ciężko zachorowała na dyfteryt i została przeniesiona do miejscowego szpitalika zakaźnego, umieszczonego w niewielkim budynku (a może baraku), który stał odsunięty od innych domów. Dużo ludzi wycieńczonych wojną chorowało i szpitalik pękał w szwach. Kiedy pierwszy raz Ojciec szedł do szpitala dowiedzieć się o stanie zdrowia Mamy, zabrał mnie ze sobą. Warunki sanitarne były tragiczne, bo sam widok i zapach w korytarzu świadczył, że latryny były zupełnie niewystarczające na potrzeby tylu umęczonych chorobami pacjentów. Natomiast Niemcy, w obawie przed epidemiami, przydzielili szpitalikowi niezbędne lekarstwa. Mama, i my razem z nią, mieliśmy wielkie szczęście, że w tych strasznych warunkach wyzdrowiała i choć bardzo osłabiona, ale wróciła do domu. W szpitalu przeżyła straszne chwile, kiedy do sali wniesiono nieprzytomną dziewczynkę z jasnymi włoskami uczesanymi tak samo, jak mnie wtedy czesała. Sporo czasu upłynęło, nim wyjaśniło się, te to nie ja trafiłam do szpitala.

Rodzice nie chcieli nadużywać gościnności naszych gospodarzy, więc kiedy tylko Mama stanęła na nogi, pojechaliśmy do Koluszek, gdzie brat Taty Edward był zawiadowcą stacji. Dom stryja nie był duży – kilka pokoików z kuchnią. Jeden pokój zajęliśmy my. Ojciec zbił z kilku desek pryczę, siennik wypchał słomą i na tym łożu pod paltami spaliśmy do końca pobytu. W pokoju stała koza, która pełniła podwójną rolę: pieca i kuchenki. Na szczęście było dość dużo drewna, bo sad za domem wymagał cięcia, więc woda w kuble nie zamarzła nam ani razu. Zima była śnieżna, zasypało po kolana. Nie mogłam codziennie wychodzić na dwór, ale dom stał niedaleko stacji i z okna mogłam oglądać jadące pociągi.

Brakowało nam pieniędzy, Ojciec za swoją pracę dostawał grosze. Na szczęście Mama przez przypadek poznała u stryjenki panią, która powiedziała, że ma dużo mąki, ale nie umie upiec chleba (drożdży nie było, chleb musiał być na zakwasie). Mama umówiła się, że będzie piekła chleb i jako zapłatę będzie dostawać jeden bochenek (oczywiście pieczenie odbywało się raz na kilka dni). Dostała też butelkę oleju słonecznikowego.

Nadeszło Boże Narodzenie. Bardzo chciałam mieć swoją choinkę, więc Ojciec wyciął z końca ogrodu małą sosenkę. Udekorowaliśmy ją pięknie łańcuchami zrobionymi ze starych gazet i kilkoma świeczkami, które dostaliśmy od stryjenki. Dla mnie była to najpiękniejsza choinka, chociaż zupełnie nie przypominała dawnych drzewek świątecznych. Jako prezenty dostaliśmy krążki jabłek smażone w cieście na oleju zapracowanym przez Mamę.

W styczniu 1945 roku, w piękny słoneczny dzień, na drodze przez pola pojawiły się sowieckie czołgi. We dwójkę z Ojcem wyszliśmy na drogę. Ojciec, który dobrze mówił po rosyjsku, dowiedział się, że Warszawa jest już oswobodzona od Niemców i że dużo ludzi do niej wraca. Po kilku dniach, kiedy front na dobre odsunął się od nas, rodzice zdecydowali, że Ojciec spróbuje dotrzeć do Warszawy i Wesołej i zorientuje się, czy możemy już wracać do naszego domu. Tak więc Tata, wepchnięty przez stryja do pociągu, ruszył w drogę. Nie było go przez ponad dwa tygodnie. Wiadomości, które Tata przywiózł, były dobre: nikt z rodziny

i bliskich przyjaciół, o których mógł zasięgnąć informacji, nie zginął. Dom w Wesołej przetrwał, choć jeden pokój narożny był przestrzelony na ukos pociskiem, który wyburzył spore kawałki muru w dwóch ścianach. W jedynym pokoju, który nadawał się do zamieszkania, przebywała sama babcia Tosia, bo wujka Tadzika wycofujący się Niemcy zabrali na roboty. Z części domu na Żelaznej, w której mieszkaliśmy, została kupa gruzu i tylko tyle zostało z naszego dobytku. Ucieczka przed działaniami wojennymi do dużego miasta nie spełniła pokładanych nadziei. Koledzy Ojca w Elektrowni, którzy już wrócili do Warszawy i zabrali się do pracy przy odtwarzaniu i kompletowaniu map z lokalizacją miejskiej sieci elektrycznej, prosili, aby jak najszybciej stawił się do pracy. Na szczęście dom rodzinny Ojca w Rembertowie nie ucierpiał i mogliśmy zamieszkać razem z jego bratem Bolesławem. To była wspaniała wiadomość. Pakowanie przebiegło błyskawicznie i stryj na bocznicy wsadził nas do pociągu, który jechał do Warszawy.

Nasz pociąg nie dojechał nawet do Włoch, zatrzymał się znacznie wcześniej, dalej szliśmy już na piechotę. Zatrzymaliśmy się na odpoczynek u znajomego Taty (chyba nawet tam nocowaliśmy) i rano poszliśmy przed siebie, aby bliżej domu. Szliśmy przez dziwne miasto zupełnie niepodobne do tego, które pamiętałam z czasu przed Powstaniem. Ocalałe fragmenty pojedynczych domów wystawały z jakiś gór pokrytych śniegiem, a dawniej żadnych gór nie było. Ojciec mi mówił, że z naszego domu na Żelaznej została taka właśnie kupa gruzu. Ulice zrobiły się bardzo wąskie, często były to tylko ścieżki wydeptane na dnie głębokich wąwozów. Okaleczone domy ukazywały wnętrza, w których tkwiły jakieś szafy, wisiały obrazy na ścianach, fruwały firanki. Bardzo się wystraszyłam, kiedy wysoko na rozprutej klatce schodowej zobaczyłam na poręczy wisielca i chociaż Mama mi tłumaczyła, że to tylko szmaty, do tej pory nie jestem tego pewna. Szliśmy przez Krakowskie Przedmieście koło kościoła św. Krzyża, przeszliśmy tuż obok strąconej z postumentu i leżącej w śniegu figury Chrystusa z wzniesioną do góry ręką. Wreszcie doszliśmy do przeprawy przez Wisłę i mostem pontonowym dotarliśmy na Pragę. Tam udało się nam złapać jakąś furę i dojechaliśmy do Rembertowa. Byliśmy już prawie w naszym domu!

xxx

Kiedy sięgam pamięcią wstecz, okres Powstania i miesiące po jego zakończeniu odczuwam jako okres jakiegoś zagubienia. Chociaż nie dotknęły nas traumatyczne wydarzenia, jakie w tamtych czasach były udziałem tysięcy ludzi, zostałam jednak wyrwana ze swojego dziecinnego świata, a los dostarczył mi przeżyć, których nie rozumiałam i które do tej pory rzutują na moje życie.

W pierwszych tygodniach naszego pobytu w Rembertowie zdarzył się wypadek, który stanowił jakby podsumowanie przeżyć wojennych. Musiało to być w końcu marca, bo jeszcze było trochę śniegu. Bawiłam się sama w ogrodzie. Przez otwartą bramę wszedł jakiś starszy ode mnie chłopak i celując do mnie z pistoletu (może to była zabawka lub po prostu kawałek rurki, ale dla mnie był to prawdziwy pistolet) powiedział: „Teraz ciebie zabiję”. Zaczęłam się cofać w kierunku werandy z oczami utkwionymi w lufę, a on posuwał się do przodu trzymając ciągle pistolet skierowany w moją stronę. Wieki trwało zanim dotarłam do werandy i stanęłam w jej drzwiach. I wtedy stało się coś dziwnego dostałam jakiejś „nadwzroczności”. Wszystkie gałązki na drzewach, nawet te po drugiej stronie ulicy, widziałam tak wyraźnie, jak gdyby znajdowały się tuż koło mnie. Wiedziałam, że zaraz zginę i będę leżała tak, jak ta dziewczyna w bramie. Udało mi się jednak wycofać na klatkę schodową i pomalutku zaczęłam tyłem wchodzić na schody, trzymając się ręką ściany. W pewnym momencie Mama wyszła zobaczyć, co się dzieje, i wystraszyła chłopaka, który już stał w drzwiach wejściowych. On uciekł, a ja stałam skamieniała. Mama usiłowała dowiedzieć się, co się stało, ale ja byłam tak wstrząśnięta, że nie potrafiłam nic powiedzieć. Po wielu latach gdzieś przeczytałam, że skazani na śmierć dostają takiej „nadwzroczności”, a film o naszych kurierach tatrzańskich kończy scenę rozstrzelania właśnie zbliżeniem na nagie gałęzie drzew. Tak więc od dziecka wiem, że wszystko, co człowiek posiada, jest mu w jakiś sposób podarowane i może to w każdej chwili stracić: dom, mienie, życie.

xxx

Wojna się skończyła – udało się ją przeżyć nam i innym członkom rodziny, którzy byli w tym czasie w Polsce albo na robotach w Niemczech, a także moim dwom starszym ciotecznym braciom, którzy przeszli trudną drogę z Armią Andersa. Ale ślady w psychice ludzi pozostały, mino upływu wielu lat.

Kiedy po śmierci mojej sędziwej Mamy w 2004 roku robiłam porządki w jej szafle, na dnie znalazłam schowane cztery kilogramy cukru i chyba z dziesięć dużych paczek zapałek – skarb ukryty na „czarną godzinę”.

Powiązane hasła