menu

Eugenia Wanda Przygodzka – Zieleniak

Eugenia Wanda Przygodzka, urodzona w 1901 r., mieszkała w domu przy ulicy Radomskiej 20 na warszawskiej Ochocie. Wraz z 11-letnim synem Jackiem Ryszardem, a także matką Ludwiką Reginą Bosacką i zamieszkującym w tym samym mieszkaniu 19-letnim Jackiem Prandenckim przez „Zieleniak” trafiła do obozu Dulag 121 w Pruszkowie. Jej wspomnienie dotyczące wysiedlenia z Ochoty i pobytu na „Zieleniaku” przekazał Muzeum w 2011 r. jej syn Jacek Ryszard Przygodzki.

 

Myślę, ż niejedno pióro – choćby po wielu latach – opisze ten straszliwy obóz, przez który przeszła ogromna ilość warszawiaków. Drugi – ten straszny – był na Woli w kościele św. Stanisława.

1 sierpnia 1944 r. w biurze popłoch. Wszyscy dostali rozkaz, aby jak najprędzej iść do domu. Była to godz. 15., a pracowaliśmy do 17. Wszyscy już wiedzieli, że dziś wybuchnie Powstanie. Wstąpiłam do Bosackich: u nich dowiedziałam się, że czekają na rozkazy. Ostatni raz widziałem wtedy brata i nigdy nie myślałam, że to nasze pożegnanie na zawsze.

Na ulicach spokój w naszej dzielnicy. Jacek Prandecki wyszedł na posterunek, ja oczekiwałem wezwania na punkt sanitarny i dla Jacka, który miał być łącznikiem [Jacek Ryszard Przygodzki, 11-letni syn autorki – przyp. red.]. Rozkaz nie przyszedł. Dookoła  było słychać strzały, ludzi zebrało się w schronie dużo i to nieznajomych. Przyszły dwie sanitariuszki z punktu na Ochocie (nie powiedziały skąd), bo nikogo nie zastały. Kilku powstańców kręciło się bez broni. Jedynie na Kaliskiej, w fabryce tytoniowej, organizowano gorączkowo szpital. Chciała tam dojść p. Górska, sąsiadka, ale jakiś „gołębiarz”, leżący na dachu niedokończonego domu, postrzelił ją. Ranną, czołgającą się na brzuchu, powstańcy ściągnęli do nas, a nocą wyprowadzili czy wynieśli do szpitala. Chłopcy pobiegli po „gołębiarza”. Nie wiem, co się z nim stało, zdaje mi się, że go zabito.

Od wtorku (1 VIII) do soboty rano (5 VIII) był spokój. Prandecki też nikogo nie znalazł i wrócił do domu. W sobotę jakiś mężczyzna biegł i przestrzegł wszystkich, że idą „własowcy”, kobiety i dzieci wyrzucają z domów, mężczyzn i chłopców zabijają. Mężczyźni się pochowali: jedni na balkonach, inni w piwnicach. Ja obydwu Jacków zamknęłam na kłódkę w piwnicy, licząc, że chłopcy wybiją drzwi, gdyby mnie zabrano. Własowcy wpadli z okrzykiem „uchadi, uchadi” i bijąc kolbami wyrzucili nas z piwnicy (Przedtem wrzucili po schodach kilka granatów na postrach. Sami bali się myszkować po piwnicach.). Raniono Puciula (rodzina Puciulów uciekła przed Niemcami z Bydgoszczy), którego kobiety natychmiast wciągnęły do mieszkania stróża, dzięki temu ocalał, przy mnie zabito jakiegoś mężczyznę i popędzono nas Grójecką na Zieleniak. Po wojnie pracowałam z Iwaszkiewiczem (kuzyn pisarza). On ocalał dzięki temu, że kobiety stłoczyły się, a on szedł przykucnąwszy, trzymając się ich sukienek. Gdy w piwnicy ucichło, a chłopcy posłyszeli polską mowę, zaczęli pukać i rozbito zamek, uwalniając ich. Przesiedzieli jeszcze całą niedzielę, a w poniedziałek z białą flagą wyszła z domu cała grupa. To było ich szczęście. Piątego sierpnia Niemcy od Anglii otrzymali zakaz zabijania bezbronnej ludności. Anglia groziła odwetem na jeńcach niemieckich. Jeszcze zdarzały się pojedyncze wypadki (ks. Salamucha), ale mężczyźni już byli bezpieczni. Wprawdzie wysyłano na barykady ludność, za którą szło wojsko, wprawdzie były różne bestialstwa, ale gdy poddawał się jakiś dom, mężczyźni byli bezpieczni.

Najdłużej na „Zieleniaku” siedziała nasza grupa. Wprawdzie zastaliśmy garstkę ludzi zebranych poprzedniego dnia, ale niewielu ich było. Potem zaczęło ich przybywać. Robiło się coraz ciaśniej. Ksiądz jakiś chodził między nami i pocieszał ludzi mówiąc, że komendant to dobry człowiek, że on opanuje i zrobi porządek z „własowcami”, ale szybko znikł i opowiadali ludzie, że go zabito za murem razem z innymi księżmi. Ja szalałam z niepokoju o swoich. Jacek Prandecki miał lat 19, a mój Jacek 11.

„Zieleniak” był odgrodzony murem, miał tylko 2-3 bramy. Ludzie skupiali się koło bram, pilnowanych przez „własowców”, aby prosić o wpuszczenie, bo byli spragnieni i chcieli zdobyć coś do jedzenia. Od czasu do czasu przejeżdżał czołg i puszczał serię z karabinu maszynowego. Byli zabici i ranni. Kobiety rodziły w warunkach okropnych: brak wody, brak opieki fachowej, choć byli lekarze, ale niewiele mogli pomóc.

Ja biegłam po placu jak szalona, poszukując komendanta. Myślałam, że go uproszę, aby mnie wypuścił na poszukiwanie zamkniętych w piwnicy Jacków. Bałam się pożaru, bo wypatrzyłam nasz dom i zobaczyłam jak płonie. Dopiero w poniedziałek w południe zobaczyłam dwóch Jacków wchodzących na „Zieleniak”. Oczom nie chciałam wierzyć, że cali i zdrowi.

Na placu robiło się coraz ludniej, coraz mniej miejsca na położenie się. Prandecki zdobył jakieś drzwi dzięki nim można było osłonić się od słońca. Ceny na „Zieleniaku” były fantastyczne. Za półlitrową butelkę płacili 100 zł, ale po wodę wychodzili tylko śmiałkowie. Za butelkę z wodą 500 zł za litr. Za talerz zupy 250 zł brano bez skrupułów. Niektóre kobiety wychodziły na zbieranie trupów i przynosiły całe zastawy zrabowane w pustych domach. „Własowcy” upatrzywszy kobietę w dzień, przychodzili w nocy do obozowiska i gwałcili. W dzień obawiano się komendanta. Ocaliłyśmy jedną taką porwaną (którą komendant obronił), zdejmując z niej płaszcz i kładąc się na niej, bo przyszedł po nią jej oprawca, ale nie wiedział, że leży pod nami. Rozdawano mięso krowie i kozie, ale i strzelano przy tym, tak że rannych nie brakło. Tak żyliśmy bez wody i jedzenia do środy (a może czwartku?) 9 lub 10 sierpnia.

Tego dnia kazano nam wyjść na stację Warszawa Zachodnia. Była to podróż makabryczna. Po drodze trupy mężczyzn i kobiet w ohydnych pozach (gwałcone przed śmiercią). Byli tacy, którzy woleli pozostać, myśląc, że lepiej się obłowią. Nas wywieźli do Pruszkowa do warsztatów kolejowych. Na drugi dzień przyjechali ci pozostali, opowiadając, że ich noc była koszmarem, gwałty, rabunki, morderstwa odbywały się bezkarnie, a ukryć się nie było gdzie, bo ludzi było mało. W Pruszkowie dostałam – dzięki znalezionemu garnkowi – jedną porcję gorącej zupy na nas czworo. Marny to był posiłek – ale coś gorącego i mokrego poszło do żołądka. Nie będę opisywać obozu w Pruszkowie. Różnie bywało. Byli dobrzy i źli, którzy porobili majątki na nędzy naszej. Nas wywieziono do Łowicza, a Prandecki pojechał do Niemiec na roboty (Tak myśleliśmy, ale okazało się po wojnie, że trafił do Buchenwaldu. Przeżył).

Gehennę wygnania Jacek już pamięta, a choć źle było – zawsze będę serdecznie wspominać Kozinę (ze wsi Karsznice Małe, gdzie przydzielili nas przedstawicielce RGO), która wybrała matkę moją, mając litość dla staruszki. Inni szukali ludzi zdolnych do pracy.

Zakończę żydowskim przysłowiem: obyś nie przeżył nigdy tego, co człowiek jest wstanie wytrzymać.