menu

Halter Marek – Wspomnienia. Część druga

Prezentujemy drugą część wspomnień Marka Haltera (ur. 1937 r.), w których opisuje losy rodziny od grudnia 1944 do maja 1945 roku. Opowiada m.in. o przeżyciach swojego ojca, Ryszarda Haltera – jego powrocie z obozu w Pölitz oraz o kolejnym aresztowaniu, tym razem przez funkcjonariuszy NKWD. Obszerny fragment relacji dotyczy życia rodziny na wygnaniu, wpierw nieopodal miejscowości Końskie, a następnie w Łodzi. Opisuje trudy życia, ale także gesty wsparcia i solidarności mieszkańców Generalnego Gubernatorstwa. Popowstańczy okres to chwile lęku o swoich najbliższych, wzajemnych poszukiwań oraz czas zmagania się z przebytymi traumami i utratą najbliższych: „Mówi się, że czas goi rany. Nieprawda. Czas tylko pozwala przyzwyczaić się do bólu” – pisze Pan Andrzej we wstępie relacji.

Pan Szwarc i Wacek Kamiński

W tym czasie gdy przychodziła do nas pani Irenka na opatrunki, któregoś dnia w ciągu dnia przyszedł do nas pan Szwarc. Gdy wszedł powiedział głośno, że nazywa się Krajewski i czy może rozmawiać z Mamą. Byłem tym nieco zdziwiony, ale nie dałem po sobie poznać. Gdy on powiedział, że chce porozmawiać z Mamą zdecydowałem, że pójdę do Babci. Wyszliśmy z Franią. Po drodze rozmawialiśmy o rzece, która płynęła w dole za polem, o drzewach i jeszcze jakichś rzeczach obojętnych. Trochę porozmawialiśmy z Babcią i zabraliśmy Jerzyka na obiad. Gdy wróciliśmy już pana Szwarca nie było, tylko na wieszaku zamiast ciepłej kurtki pana Gospodarza wisiał jego kożuch, ten w którym przyszedł. Przypomniałem sobie, że chodził w nim na Grzybowskiej. Pan Gospodarz ostrzył żyletki na szklance.

Dwa dni później przyszedł Wacek Kamiński ten AL-owiec z Grzybowskiej. Zaraz zaczął rozpytywać czy nie widzieliśmy pana Szwarca. Mama odpowiedziała, że nikogo takiego nie było, ale on zapytał mnie. Zrobiłem głupi minę i zapytałem kto to taki. On się zdenerwował i mówi, że „taki z wąsami”. Ja mu na to, że Wujek Ziut ma wąsy, Wujek Janek ma wąsy. Spoglądając na niego mówię, że on też ma wąsy. I dalej, że Tata jest w obozie. Zapytałem go, dlaczego on nie pojechał do obozu. Nic nie odpowiedział, tylko jeszcze bardziej zdenerwował się, założył czapkę i wyszedł.

Pana Szwarca nigdy więcej nie spotkałem, a Rodzice też nie mieli o nim już nigdy żadnych wieści.

***

Tata

Był 15 grudnia, sobota przed obiadem. Mama poprzedniego dnia, w piątek nie poszła do Łowicza. Umówiły się z Józią, że pójdą we wtorek w tygodniu przedświątecznym. Poszła z Jerzykiem do Babci. My pozostali wszyscy byliśmy w izbie. Stałem jak zwykle przy motowidle, Frania i Józia przędły. Nagle Józia odezwała się: „o, jakiś pan idzie do nas”. Zapytałem, jaki pan, bo nie zauważyłem nikogo, choć stałem przodem do okna. W tym momencie otworzyły się drzwi do sieni i ja wrzasnąłem:

– „TATA !!!”

Rzuciłem wszystko na podłogę i zaczęliśmy się witać. Pani Gospodyni od razu zaprosiła Tatę do stołu i podała mu kubek mleka. Zaczęła przygotowywać coś więcej do jedzenia.

Pan Gospodarz pomógł Tacie zdjąć kurtkę podobną do za dużej marynarki i powiesił ją w sieni. Tata ciężko usiadł na krześle między stołem a skrzynią i patrzył na mnie. Usiadłem obok na skrzyni i wziąłem go za rękę. Po chwili wbiegł Jerzyk, za nim Mama. Na końcu przydreptała Babcia podtrzymywana przez Franię. Nawet nie zauważyłem, kiedy wybiegła do Bieńków. Przez ten czas Józia podała Tacie małą miskę z wodą do umycia rąk, a pani Gospodyni następny kubek dobrze ciepłego mleka. Tata napił się łyk, odstawił mleko na stół odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy. Wszyscy milczeliśmy. Po kilkunastu minutach otworzył je. Powiedział do nas: „chodźcie” i przytulił nas.

Następnie podszedł do Babci, która już klęczała przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Ukląkł koło niej, my przy nim, obok nas państwo Gospodarze z Córkami. Głośno zmówiliśmy „Zdrowaś Mario”. Pani Gospodyni po krótkiej rozmowie z Mamą poszła urządzać w komorze odpowiednie spanie. Przez ten czas Dziewczyny rozpaliły duży ogień pod kuchnią w sieni, Pan Gospodarz nanosił wody ze studni. Babcia i Dziewczyny zostały z nami w pokoju, a pan Gospodarz z panią Gospodynią i Mamą poszli do sieni „zbudować łazienkę”. Na koniec jeszcze pani Gospodyni wyjęła coś z szafy i podała Mamie. Pan Gospodarz też przyszedł do nas. Mama została w sieni, aby pomóc się Tacie umyć się. Po jakimś czasie do izby wszedł Tata w bieliźnie nocnej pana Gospodarza. Tak ubrany, tylko dodatkowo narzucony zapaską zjadł obiad i poszedł do komory spać. W izbie zaległa cisza, żeby Tata mógł się wyspać.

Wtedy dopiero Frania zauważyła, że na skrzyni leży maleńka walizeczka. Od razu pani Gospodyni ją zabrała i schowała do komody, aby nikt do niej nie zaglądał, bo to własność Pana. Po pewnym czasie z komory dobiegło chrapanie Taty. Mama z Dziewczętami poszły do sieni przygotować ubranie Taty do prania i zrobić obiad. Babcia się modliła, ja wróciłem do nawijania nici na motowidło. Pani Gospodyni coś przebierała w szafie.

Było bardzo cicho, tylko od czasu do czasu w sieni słychać było jakieś ostrożne szurania. Pani Gospodyni wyszła do sieni, po czym przez uchylone drzwi na migi zaprosiła nas na obiad. Tata cały czas spał. Wieczorem położyliśmy się spać w innej konfiguracji. Mama poszła do Taty do komory, a ja z Jerzykiem od tej pory mieliśmy swoje spania po obu stronach stołu w izbie. Ja spałem między stołem a skrzynią, Jerzyk między stołem a komodą.

***

Opowiadanie Taty

Na drugi dzień Tata obudził się rano, gdy jeszcze było ciemno, ale leżał spokojnie i nic się nie odzywał. Po pewnym czasie, gdy Mama usłyszała, że pani Gospodyni wstała, wyszła z komory. Dała Mamie dla Taty spodnie i koszulę pana Gospodarza, bo te w których Tata przyjechał, wymagały dużego remontu. Tata wyglądał bardzo elegancko, bo koszula była haftowana, a spodnie w pionowe, kolorowe pasy i dostosowane do butów z cholewami. Było to odświętne ubranie pana Gospodarza. Aby nie było Tacie zimno pani Gospodyni pożyczyła mu swoją zapaskę. Ja siedziałem cicho i tylko patrzyłem na Tatę, „jak w obrazek”.

Tata zaczął opowiadać. Pani Gospodyni postawiła mu kubek z mlekiem, aby mógł co pewien czas popijać. A było tak:

Gdy Niemcy nas rozdzielili, po południu zostali ciasno załadowani do krytego wagonu towarowego z małym tylko okienkiem pod dachem. Było ich około siedemdziesięciu. Jeszcze nie ruszyli, gdy Tata zaproponował, żeby ci którzy mają przy sobie scyzoryki wycieli dziurę w podłodze, aby mogli się załatwiać. Tata zaczął pierwszy, potem kolejno robili to inni. Wycięli kawałek deski tak, że można było swobodnie włożyć dwie ręce. Przy tej pracy Tata złamał swój scyzoryk.

Jechali trzy dni. Pociąg kilkakrotnie się zatrzymywał i wtedy byli wypuszczani na krótko „na spacer”. Ponieważ było zimno, a rzadko kto miał jakieś cieplejsze ubranie tworzyli „kocioł”, to znaczy stawali blisko siebie i chodzili lekko ocierając się. Gdy komuś zrobiło się cieplej, wychodził na zewnątrz, a ci z brzegu wchodzili do środka.

Raz dziennie dostawali trochę zupy z brukwi. Zupa była w stanie płynnym – przecieranka – taka, że ją pili. Na cały wagon dostali kilkanaście menażek. Każdy wypijał szybko swoja porcję i oddawał menażkę następnemu, aby wszyscy mogli się nieco pożywić. Przed odjazdem musieli menażki oddać. Przywiezieni zostali na stację Pölitz za Szczecinem. Po wygonieniu z wagonu zapędzono ich do baraków obozowych. Tam przydzielono prycze po jednej na trzech tak, że musieli spać na boku. Przed wejściem do baraków musieli iść pod prysznice, z których ledwo co leciała woda. Każdy się rozebrał i nieco umył, ale szybko trzeba było wychodzić i robić miejsce następnym.

Przed wieczorem na apelu zostali policzeni. Położyli się spać koło jedenastej wieczór. Zerwano ich na apel o piątej rano. Cała wielka grupa miała pół godziny na umycie się i ogolenie. Oczywiście nikt nie miał żadnego narzędzia do golenia. Tata do tego celu używał scyzoryka, a właściwie jego małego ostrza ponieważ duże złamało się w wagonie. Następnie wszyscy poszli na śniadanie, na które była zupa z brukwi do wypicia i kawałek gliniastego, niedopieczonego chleba wielkości dłoni. Zaraz po śniadaniu był apel, na którym znowu ich policzono . Okazało się, że kilku nie wyszło ponieważ zmarli w nocy. Z apelu zapędzono ich do budowy betonowych pływających pomostów dla łodzi.

Były dwa rodzaje pomostów – duże i małe. Wozili taczkami przygotowany beton i wlewali go między ustawione szalunki z desek. Między deskami było już włożone zbrojenie z powiązanych prętów. W ten sposób powstawały betonowe skrzynie, które następnie nakrywano betonowymi pokrywami. Na nie nakładano siatkę zbrojeniową i następne też zalewano betonem. Na innym stanowisku, przed zalaniem górnej pokrywy układano wewnątrz bardzo gęsto, starannie pionowo butelki. Później wszystko zalewano betonem. Pomosty z butelkami wewnątrz były odporne na bomby.

Tata, mimo zmęczenia i niedożywienia, pomierzył dłonią te pomosty i później, już po wojnie przekazał mi te wiadomości. Przez długi czas miałem je zapisane w specjalnym zeszycie. W 1954 r. na jeziorze Wicko Wielkie widziałem taki pomost pływający z nieco utrąconym przez pocisk lub bombę narożnikiem. W dalszym ciągu pływał i był używany przez miejscowych rybaków. Przy tych pomostach pracowali do zmierzchu, a następnie byli zapędzani do baraków. Wtedy dopiero dostawali po raz drugi zupę z brukwi i kawałek gliniastego chleba.

Po czterech dniach takiej pracy, na porannym apelu zaczęto wybierać ludzi różnych zawodów. Tata zgłosił się jako zegarmistrz. Na pytanie czy miał własny zakład, czy pracował u kogoś, powiedział, że pracowało u niego czterech ludzi, a on często, gdy było więcej pracy także siadał do stołu zegarmistrzowskiego. Bardzo im się podobał ten „stół zegarmistrzowski” i to, że Tata mówił biegle po niemiecku. Po apelu został przeniesiony do innego baraku, gdzie każdy miał swoją pryczę i własny koc. Mógł też trzymać pod „poduszką” ze słomy swoje dokumenty i różne przedmioty. W tym baraku mieszkało kilkudziesięciu ludzi różnych narodowości. Najwięcej było Polaków, po kilku Rosjan, Ukraińców, Francuzów i Włochów, był także jeden Niemiec. W tym baraku spotkał znajomego, inżyniera Żelazkiewicza, ojca kolegi Jerzyka ze szkoły na Ogrodowej.

Następnego dnia w grupie fachowców różnych branż został przewieziony na teren fabryki paliw syntetycznych, do działu remontowego. Tam w ciepłej sali siedziało już kilkunastu ludzi, każdy przy oddzielnym typowym stanowisku zegarmistrzowskim. Tata zajął takie przydzielone mu stanowisko i otrzymał polecenie sporządzenia spisu potrzebnych narzędzia. Spisał ich cały szereg z zaznaczeniem, że w zależności od tego, jaką pracę dostanie będzie potrzebował jeszcze pewne uzupełnienie specjalistyczne. Dopisał także, że musi mieć możliwość używania tokarki i frezarki. Zapisał wszystko tak, jakby zdawał egzaminie w Szkole Konarskiego. Gdy po pół godzinie przedstawił swój spis od razu Niemiec – „szef” zaczął do niego mówić „wy”. Tata zorientował się, że Niemcom brakuje fachowców i specjalistów i można, umiejętnie postępując wymusić na nich odpowiednio dobre warunki bytowe.

Jako swoistą pracę egzaminacyjną dostał do naprawy porozbijany w czasie bombardowania rejestrator piszący w sześciu kolorach. Tata popatrzył na ten sprzęt, którego wcześniej nie znał i na migi zapytał siedzącego naprzeciw zegarmistrza czy ma rejestrator rozłożyć. Ten pokazał Tacie, że rozłożyć to drobiazg, ale trzeba mieć głowę, żeby go złożyć. Oczywiście cała ta „rozmowa” odbywała się wtedy gdy „szef” nie widział.

Wtedy Tata podszedł do „szefa” i powiedział, pokazując różne miejsca, jak bardzo aparat jest zniszczony. Będzie potrzebował jeszcze jednego uszkodzonego, z którego wyjmie niektóre części, aby zamontować je w tym egzemplarzu. „Szef” pokiwał głową ze zrozumieniem i dostarczył Tacie nie tylko drugi rejestrator, ale także instrukcję montażową i komplet specjalistycznych narzędzi. Ten dzień przesądził o stosunku Niemców do Taty.

Tata potrzebował trzech dni, aby naprawić rejestrator. Przy każdym kółku zębatym i rolkach z osiami wyważał je robiąc przy tym notatki i znaczki na kółkach oraz odpowiednio różne miny i czyniąc półgłosem uwagi. Kolega z przeciwka zauważył, że „szef” przyprowadził innych Niemców, aby z daleka podziwiali Taty pracę. Od następnego dnia dostał dodatkowy przydział chleba. Czas pracy ograniczono mu tylko do ośmiu godzin. Także miał prawo robić sobie co jakiś czas przerwy na odpoczynek oczu.

Po trzech dniach podczas pracy zaczął śpiewać „Ave Maria” Szuberta oczywiście po łacinie. Wtedy sąsiad z przeciwka włączył się do śpiewu wyszkolonym tenorem także po łacinie. Zaczęli śpiewać w duecie. Okazało się, że ów sąsiad jest Francuzem – księdzem. Nie znał języka niemieckiego, a Tata nie znał języka francuskiego. Nie mniej w ten sposób śpiewając różne fragmenty modlitw po łacinie, zaczęli porozumiewać się również na zupełnie świeckie tematy. Często zamiast słów modlitw podczas śpiewu wymieniali informacje o tym, czego się dowiedzieli. Zawsze rozmowę kończyli słowem „Amen” co uwiarygodniało ich w oczach Niemców. Niemcy oczywiście nic nie rozumieli. Słyszeli tylko melodie. Wielu zaczęło przychodzić, aby ich posłuchać.

W jakieś dwa tygodnie od momentu, gdy Tata zaczął pracować jako zegarmistrz przyszła inspekcja z jakimś bardzo wysoko postawionym oficerem. Najpierw stali przed progiem i słuchali śpiewu. Zauważył ich ksiądz i przekazał tę wiadomość śpiewem Tacie a Tata dalej odpowiednimi, umówionymi sygnałami. Zaczęli w duecie śpiewać „Ave Maria” i wtedy inspekcja weszła. Przerwali śpiew, ale ów najwyższy stopniem poprosił (!) ich, aby kontynuowali, bo bardzo lubi śpiew. Zapytał Tatę i księdza skąd znają się na śpiewie, więc odpowiedzieli zgodnie, że przed wojną uczyli się w konserwatorium. Niemcy jeszcze chwilę postali i posłuchali. W pewnym momencie ten oficer wyjął z kieszeni zegarek i spojrzawszy nań, niechcący go upuścił. Podniósł, przyłożył do ucha – zegarek stanął. Podszedł do Taty i zapytał, czy Tata może go zreperować. Tata odpowiedział, że oczywiście może, ale potrzebne jest na to specjalne pozwolenie na piśmie, ponieważ musi nie tylko rozliczyć swój czas pracy, ale także dać odpowiednie zlecenie na precyzyjną tokarkę do dotoczenia „szpindla”.

Wywiązała się techniczna rozmowa. Tata otworzywszy zegarek dokładnie wyjaśnił, co się stało i co trzeba zrobić. Oczywiście od razu wykręcił mikroskopijne śrubki i wyjął balans. Podał Niemcowi lupkę i pokazał uszkodzoną oś. Niemiec był bardzo zadowolony, ponieważ Tata cały czas mówił spokojnie i po niemiecku. Natychmiast wydał polecenie, aby postąpić według instrukcji Taty i zostawił zegarek do naprawy. Wszystko odbyło się szybko i sprawnie. Po południu zegarek był naprawiony. Tata orzekł, że musi go jeszcze potrzymać dobę, aby sprawdzić czy dotoczona oś ma odpowiednie parametry, a to jest możliwe tylko przy dobowej pracy zegarka.

Ten moment był przełomowy w sytuacji Taty. Na drugi dzień został wezwany do tegoż oficera, który okazał się komendantem całego działu remontowego. Tata zgodnie z regulaminem obozowym zameldował się i czekał na pytania. Oficer najpierw powiedział, żeby usiadł, bo będzie rozmowa będzie dłuższa. Zapytał Tatę, czy umie naprawiać małe zegarki naręczne. Tata odrzekł, że oczywiście ponieważ było to właściwie jego i jego warsztatu wieloletnie, główne zajęcie przed wojną. W tej sytuacji Tata został zwolniony od napraw rejestratorów i innych urządzeń dla potrzeb fabryki.

Tata natychmiast wykorzystał tę sytuacje, aby zamówić dodatkowe narzędzia. Wyegzekwował prawo do stałego, poza kolejnością składania zamówień w precyzyjnym warsztacie mechanicznym i dodatkowe ogrzewanie pomieszczenia. Przecież tak drobne mechanizmy trzeba naprawiać mając ręce odpowiednio rozgrzane i sprawne, a ponadto zegarek naręczny pracuje prawidłowo w temperaturze ciała. Niektóre kwestie techniczne omawiał bardzo dokładnie podpierając się prawami fizyki. Niemiec nie wiele z tego rozumiał, ale był ukontentowany, że zrobił taki dobry krok dla niemieckiej załogi.

Od tej pory Tata dostał polecenie naprawiania wyłącznie prywatnych zegarków. Zaczął też otrzymywać kilkanaście marek wynagrodzenia oraz specjalną przepustkę na miasto Pölitz, aby mógł kupić dodatkową żywność po godzinach pracy. Mógł także wrócić do obozu w nieco późniejszym czasie niż pozostali więźniowie zwłaszcza po nalotach, ale zawsze musiał mieć przypiętą w widocznym miejscu literę P na dużym prostokącie z masy.

***

Cały obóz wraz z fabryką oraz miastem Pölitz i jego okolicą był traktowany jako strefa zamknięta pod specjalnym nadzorem. Wszędzie widoczne były patrole żandarmerii, które mogły w każdej chwili kontrolować każdego poruszającego się. Strefa była podzielona na szereg segmentów, po których wolno było poruszać się tylko ze specjalnymi przepustkami. Przejście z segmentu do segmentu odbywało się przez bramy, na których przeprowadzano kontrolę przepustek. Przepustki były oznakowane specjalną numeracją i były w różnych kolorach.

***

W swoim baraku Tata spotkał kolegę z Warszawy, który podał się za kominiarza o specjalizacji czyszczenie kominów fabrycznych. Ponieważ nie było takiego fachowca w obozie, dostał polecenie zorganizowania z jeńców brygady i przeszkolenie ich. Z wykształcenia był inżynierem budowlańcem, więc znał pobieżnie tematykę. Po pewnym czasie brygada została sformowana, a wszyscy z tej brygady dostali takie same uprawnienia jak Tata i dodatkowe wyżywienie. Uzasadnione to było pracą na dużej wysokości. Przy osłabieniu pracującemu groziło, że spadnie i wtedy trzeba będzie „szkolić nowego pracownika”, a to wymaga czasu. Tylko taka argumentacja do Niemców przemawiała.

***

Do pracy wszyscy wychodzili bezpośrednio po apelu. Odległość od miejsca zamieszkania do fabryki Tata oceniał na około 10 km. Najpierw szli 2 km do pociągu w kolumnie pod konwojem żandarmów. Następnie jechali konwojowanym pociągiem za bramę. Stamtąd już w mniejszych grupach byli konwojowani przez żandarmów rozprowadzających ich w różne miejsca pracy. Wracali analogicznie. Tata, po otrzymaniu specjalnej przepustki na miasto, mógł wyjść samodzielnie, ale czynił to dopiero, gdy odjechał pociąg z pozostałymi więźniami. Wrócić do obozu mógł następnym pociągiem, albo z więźniami, lub już nie konwojowany z Niemcami. Często wybierał tę drugą opcję, ponieważ wtedy podsłuchiwał,,, o czym oni rozmawiają. Niekiedy w pociągu spotykał „swoich klientów”, którzy zostawili mu zegarki do naprawy. Wtedy oni najczęściej nawiązywali rozmowę z Tatą. Kilkakrotnie w rozmowie proponowali Tacie, aby podpisał folkslistę, wtedy będzie można „ściągnąć z Polski rodzinę do kraju”. Za każdym razem Tata mówił, że to nie wykluczone, ale najpierw musi porozumieć się z żoną, a poczta chodzi bardzo wolno i są trudności wynikające z frontu. W ten sposób Tata zbierał informacje niezbędne do ucieczki. Dowiedział się wszystkich tajników o przepustkach, cenach biletów, rejonizacji kartek żywnościowych itp.

Cała strefa obozu i fabryki była obstawiona stanowiskami obrony przeciwlotniczej, na którą składały się gniazda karabinów maszynowych i baterie dział przeciwlotniczych, głównie zenitówek „45”. Obsługiwały je umundurowane kobiety w różnym wieku, ale dowódcą każdej baterii był mężczyzna.

Dużo problemów sprawiały naloty alianckich samolotów bombowych. Najczęściej miały miejsce rano, gdy szli lub jechali do pracy. Gdy syreny zawyły na alarm lotniczy i artyleria przeciwlotnicza zaczynała strzelać, kolumna jeńców rozbiegała się po polach. Tata obliczył, że ósmego grudnia powinien nastąpić nalot ponieważ zawsze to miało miejsce w cztery dni po rozpoczęciu pracy zniszczonej w poprzednim nalocie części fabryki, objawiającej się dymieniem choćby jednego z kominów. Kilka razy nadlatywał samolot myśliwski i zaopatrzony w świece dymne „pisał” na niebie słowo „achtung”.Obserwując uważnie te sytuacje Tata doszedł do wniosku, że prócz informacji „dymiących kominów” musi jeszcze działać jakaś tajna komórka wywiadowcza.

Grupa pracowników – specjalistów miała odpowiednie przepustki, zezwalające na wejście do schronów dla Niemców. Schrony były budowane w formie półokrągłych bunkrów z grubymi na trzy metry ścianami ze zbrojonego betonu. Część z nich była wbudowana pod ziemię w pochyłościach wzgórz porośniętych lasem. Tata nie korzystał z możliwości schowania się w bunkrze. Gdy samoloty nadlatywały kładł się na plecach i obserwował je uważnie. Ponieważ był „przeciwlotnikiem” zawsze wyciągał wnioski o charakterze wojskowym.

Atakujące samoloty latały bardzo wysoko poza zasięgiem artylerii przeciwlotniczej. Nadlatywały dużymi grupami dość ciasno i jednocześnie zrzucały bomby. Były to tzw. naloty dywanowe. Wiele bomb spadało na pola, na których leżeli jeńcy z obozu oraz Niemcy. Wtedy po odwołaniu nalotu wszyscy, którzy ocaleli chodzili tyralierą i zbierali zabitych i ich szczątki. Niekiedy trzeba było wchodzić na drzewa po drabinach, aby stamtąd zdjąć ludzkie fragmenty. Po każdym nalocie należało iść do fabryki do pracy. Wielu ludzi nie przychodziło. Także na wieczornym apelu brakowało też wielu jeńców.

Kiedyś podczas porannego apelu następnego dnia po nalocie odbyła się egzekucja czterech więźniów. Prawdopodobnie próbowali oni wykorzystać nalot do ucieczki. Ale szczegółowo Tata na ten temat nie mówił. W ogóle starał się nie mówić o sprawach drastycznych. Także nie mówił, w jaki sposób wchodził w posiadanie blankietów na przepustki i dokumenty. W późniejszych rozmowach rzucał mimochodem, że gdy trafił na dokumenty pobrudzone krwią, oddawał je Niemcom. Także wtedy, gdy nie był pewien, czy przypadkiem nie jest obserwowany przez Niemców lub obozowych „kapo”.

Obozowe wyżywienie było bardzo marne i niewielkie. Dwa razy dziennie dostawali zupę z brukwi i niewielką porcję chleba. Zupa była z brukwi w postaci gęstego płynu. Gdy tylko Tata zaczął dostawać pieniądze i kartki żywnościowe uprawniające do zakupów na mieście, zaczął rozdzielać zdobyte pożywienie między najbliższych kolegów z baraku i z sali w fabryce.

Pewnego razu, gdy wyszedł z fabryki na miasto, było już ciemno i Tata poszedł do piekarni. Jako ostatni w kolejce doszedł do lady. Bardzo starsza sprzedawczyni zapytała go, czy jest Polakiem. Gdy potwierdził, z kartki wycięła mu numerek na jeden bochenek chleba, ale podała dwa i kazała szybko ukryć. Tak zdarzyło mu się kilka razy. Bochenki były półkilowe. Po drodze do stacji, skubiąc za pazuchą bochenek jeden zjadł przed dojściem do bramy obozowej. Mógł ją przejść bez obawy, bo nawet zrewidowany miał tylko jeden. Gdy przyszedł do baraku, drugi bochenek zaraz pokroił na porcje i rozdał sąsiadom. Innym razem (a było to w niedzielę), poszedł do portu i tam od jednorękiego rybaka, któremu bezinteresownie pomógł przenieść skrzynkę, dostał dwie wielkie wędzone ryby, które też rozdał w baraku. Tylko przed schowaniem jej za pazuchę obaj szczelnie je zapakowali, aby zapach za bardzo się nie rozchodził.

W pracy, za zreperowane Niemcom zegarki, które dokładnie ewidencjonował otrzymywał kilka marek. Także prowadził książkę przychodów, a po zakupach i przyjściu do baraku dokładnie rozliczał pieniądze. Cała ta procedura była ściśle określona, wszystko musiało się zgadzać. Dwa razy miał kontrolę, a gdy powiedział, że znalazł jednego feniga na polu po bombardowaniu to go wpisał, uznali, że ze względu na „sumienność jeńca” można Taty już nie kontrolować.

Tata dostawał od nas co dwa tygodnie paczkę z papierosami. Zawsze wolno było przysłać tylko 100 sztuk. Paczka była zawsze kontrolowana, ale nigdy nie brakowało żadnego. Zabierał je do pracy i handlował nimi z Niemcami. Zawsze wymieniał na chleb, który Niemcy – klienci mu przynosili oczywiście ukradkiem. Wtedy ten chleb rozdzielał między swoich kolegów w sali. Kiedyś po bombardowaniu znalazł brzytwę. Po przyjściu do pracy zaraz ją zgłosił „szefowi” z zapytaniem, co ma z nią zrobić. „Szef” porozumiał się ze swoim zwierzchnikiem, który wyraził zgodę, aby była jednym z narzędzi Taty zapisanym w książce narzędziowej. Od tej pory Tata był zawsze dobrze ogolony. Prawie codziennie wypożyczał tę brzytwę kolegom z baraku. Już nie musieli skrobać się scyzorykami lub potłuczonymi szybami. W ogóle po bombardowaniach, na polach Tata znajdował bardzo dużo różnych rzeczy. Często były to kartki żywnościowe albo pieniądze. Powoli zaopatrywał się także w inne, możliwie dobrze wyglądające ubranie, które skrzętnie chował pod deskami swojej pryczy. Kiedyś znalazł walizeczkę, tę z którą przyjechał do nas. W niej powoli gromadził różne narzędzia zegarmistrzowskie. Nigdy nie mówił wprost, jakim sposobem wchodził w ich posiadanie.

Cały czas myślał o ucieczce z obozu. Do tego wykorzystał swoje umiejętności poligraficzne i znalezione lub zdobyte w nieznany mi sposób dokumenty niemieckie. Przygotował wszystkie przepustki i inne dokumenty na cała trasę. Zapoznał się jeszcze z trzema mężczyznami, którzy także planowali ucieczkę. Jeden z nich, pan Nagielski był z Łodzi i mieszkał na ulicy Nad Jasienią w pobliżu dworca Kaliskiego. Dla wszystkich też przygotował komplet dokumentów. Wszyscy bardzo dobrze mówili po niemiecku. Gdy dokumenty były gotowe czekali tylko na odpowiedni czas. O ucieczce powiadomił kolegów dzień wcześniej. Powiedział o tym księdzu- Francuzowi z przeciwka i poinstruował go, jak ma oddawać zegarki klientom na wypadek, gdyby z powodu nalotu nie przyszedł do pracy.

Rzeczywiście ósmego grudnia, w dzień imienin Mamy, gdy tylko wyszli po apelu do pociągu, zawyły syreny i kolumna tak jak zwykle rozbiegła się po polach. Wszyscy czterej trzymali się bardzo blisko siebie, aby się nie zgubić. Jednocześnie starali się uciec nie za daleko od dworca, aby móc wskoczyć do pociągu jadącego w kierunku Szczecina.

Udało im się złapać jakiś pociąg towarowy i leżąc na platformie przejechali kilka kilometrów. Znowu zawyły syreny i wtedy wyskoczyli z tego pociągu i ukryli się w ruinach. Tam przeleżeli do nocy. Dalej, aby ominąć bramy oddzielające poszczególne sektory, wynajdowali dziury w drutach kolczastych. Szczęśliwie nie trafili na żaden patrol. Nad ranem dotarli do dworca kolejowego w Szczecinie, gdzie bez trudu kupili bilety do Poznania mimo, że to było już za granicą dopuszczalnych odległości.

Przy ludziach cały czas rozmawiali o tym, że jadą na front wschodni i tak też mieli przygotowane dokumenty. Niektórzy starsi Niemcy stojący w kolejce do kasy litowali się nad nimi i mówili, że trudno im będzie wrócić. Od jakiejś kobiety dostali nawet pół bochenka chleba na drogę. Jechali cały dzień. Kilka razy mieli kontrole biletów i dokumentów. Aby nie rozmawiać z ludźmi w pociągu, najczęściej udawali, że śpią.

Do Poznania dojechali wieczorem, gdy było ciemno. Wyskoczyli z pociągu przed Dworcem Głównym. Chowając się po różnych pociągach stojących na dworcu podejrzeli, jak są rozmieszczone patrole, jak często chodzą, gdzie są kasy itd. Gdzieś, w jakimś kącie trochę się przespali. Wcześnie rano wszyscy poszli do dworcowego fryzjera i rozmawiając po niemiecku kazali się ogolić. Jeden z fryzjerów zapytał Tatę dlaczego ma takie ubrudzone ubranie. Tata odpowiedział, że kilka godzin wcześniej po drodze spotkał ich nalot. Musieli schować się w paskudnym brudnym schronie. Gdy już byli ogoleni, umyci i mieli oczyszczone ubrania, poszli do kasy i posługując się dokumentami na dalszą podróż kupili bilety do Łodzi.

Gdy podjechał właściwy pociąg, na peron wyszły dwa patrole i sprawdzano wsiadającym dokumenty. Oni we czterech stanęli za filarem i czekali aż zawiadowca da znak do odjazdu. Gdy „lizakowy” zagwizdał i wydał polecenie wsiadania, wyskoczyli zza tego filara i ponaglając się wzajemnie po niemiecku pobiegli do wagonu. Pociąg już ruszał. Żandarm stojący na stopniu otworzył drzwi do wagonu, pomógł im wskoczyć, a następnie sam zeskoczył.

W pociągu znowu też kilkakrotnie kontrolowano dokumenty. Udawali śpiących. Kilkaset metrów przed dworcem Kaliskim pan Nagielski dał im znak i wszyscy wyskoczyli z pociągu. Gdy zebrali się na ziemi, cały czas rozglądając się, czy nie ma w pobliżu patroli pan Nagielski doprowadził ich do swojego domu.

Nie cały kilometr dalej przebiegała „zielona granica” między Rzeszą a Generalnym Gubernatorstwem. Trzeba ją było przejść. Pilnowali jej Ukraińcy na koniach i z psami. Przejść mieli tylko trzej ponieważ pan Nagielski zostawał już w domu. Przeprowadzić ich miała jego dorosła córka. Przygotowania trwały dwa dni. Przez ten czas odżywili się i wypoczęli. O odpowiedniej porze przeprowadziła ich do „polskiego” skraju pasa granicznego i powiedziała, że dalej muszą iść sami, po czym wróciła do domu. Oni czołgając się, a później cicho podbiegając doszli do plebanii jakiegoś wiejskiego kościoła. Tam ksiądz z gospodynią zajęli się nimi, dali jeść i pozwolili przespać się. Następnej nocy wyprawili ich w kierunku Łowicza, gdzie doszli nad ranem. Początkowo prowadził ich wiejski chłopak wyprzedzając o kilkadziesiąt metrów. W Łowiczu rozstali się. Tata poszedł do kuzynki pani Szałowskiej, gdzie został dokładnie poinformowany, jak dojść do nas, żeby po drodze nie natknąć się na Niemców. Szedł polnymi drogami aż doszedł do Przemysłowa. Było to 15 grudnia. Cała ucieczka trwała tydzień.

Wielokrotnie pytałem Tatę jak zdobywał blankiety na przepustki, które przecież musiał podrobić. Nigdy nie udzielił mi jednoznacznej odpowiedzi. Analizując różne sytuacje, doszedłem do wniosku, że „nabywał je” od zabitych, często poszarpanych przez bomby Niemców. To musiałoby być straszliwe przeżycie, ale wola ucieczki była silniejsza. Także cały proces wykonywania tych przepustek był niezwykle ryzykowny i każda wpadka, a nawet tylko podejrzenie groziło śmiercią. A przygotowywał je dla czterech ludzi.

Później, po wojnie wielokrotnie podpytywałem Tatę o różne szczegóły ucieczki i pobytu w obozie, ale zawsze był bardzo oszczędny w słowach. Widać było, że nie chce wracać do tych wspomnień.

***

Przez kilka dni Tata nie wychodził z domu tylko odpoczywał. Dużo spał. Pani Gospodyni pilnowała, żeby jadł nie dużo, ale często. Gdy ktoś przychodził, Tata chował się komorze i cicho siedział. Gdy przyszła pani Anielcia Wożniak (ta od „Bonifacki”) i zapytała, co to za pan mieszka z nami, Frania powiedziała, że to brat Mamy, który był ranny w czasie Powstania i teraz dobrzeje po chorobie. Mama we wtorek 18 grudnia poszła z Józią do Łowicza. Gdy wróciły podała Tacie kartkę pocztową. Tata odczytał głośno fragment:

„Wyjeżdżam z obozu. Jeżeli kartka przyjdzie wcześniej niż ja, możecie już na mnie nie czekać”.

Stempel był ze Szczecina. Oczywiście wszystkie panie popłakały się. Mama z Józią przyniosły jeszcze Tacie z Łowicza czapkę narciarską i prawie nowe buty – sztyblety. Tata zakładał je później tylko wtedy, gdy wychodził na dłużej z domu. Wokół domu i po gospodarstwie chodził w drewniakach, które mu zrobił pan Gospodarz. W domu, jak wszyscy chodził w kapciach zrobionych przez Mamę na drutach trochę takich, jak skarpety. Tylko zelówki były z gumy, naszyte przez pana Gospodarza.

***

Przygotowania do Świąt

Następnego dnia rozpoczęły się przygotowania do Świąt. Pani Gospodyni z Mamą i Józią przygotowywały dzieżę do robienia chleba i ciasta. Należało wykorzystać gorący piec więc obydwa pieczenia powinny odbyć się za jednym zamachem. Frania wyjęła pudło z różnymi cackami na choinkę. Usiedliśmy i zaczęliśmy je przebierać i naprawiać. Jerzyk poszedł do Babci. Ponaprawialiśmy wszystko, co było uszkodzone i dorobiliśmy kilka pajączków ze słomy i spory kawałek łańcucha. Zawsze lubiłem precyzyjne roboty. To zajęcie było dla mnie o tyle nowością, że wszystko było ze słomek, kawałeczków kolorowych włóczek i bibułek. Robienie bombek z wydmuszek zostawiliśmy na ostatnią chwilę, gdy już będą używane do ciasta jajka. Tylko jedną skorupkę dostaliśmy od razu, bo pani Gospodyni, która od razu bardzo polubiła Tatę, dała mu jedno do wypicia, a Tata bardzo lubił pić surowe jajka.

Tata koniecznie chciał pomagać przy pieczeniu chleba i ciasta, ale po dłuższych rozmowach uzgodnili z panem Gospodarzem, że tylko narąbią drzewa. Najpierw pan Gospodarz przyniósł ze stodoły krzyżak i piłę, którą Tata zaczął ostrzyć pilnikiem. Do poprawienia szranku (rozchylenie zębów piły) do pniaka przybili odpowiednio deskę, pod którą co pewien czas podsuwali dalej piłę. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, co jest w tej walizeczce, którą Tata przyniósł ze sobą. Były w niej narzędzia zegarmistrzowskie. W niej właśnie Tata wyjął największy z pilników do ostrzenia piły.

Gdy Tata ostrzył piłę, pan Gospodarz przyniósł dużo gałęzi i kilka pieńków ze stodoły. Razem orzekli, że będzie potrzeba jeszcze więcej. Pan Gospodarz zaprzągł konia i pojechał przez pole do lasku za wsią „po chrust”. Wrócił, gdy już było ciemno. Potem długo z Tatą przeładowywali „zdobycz” do sieni. Pani Gospodyni orzekła, że wystarczy tego do wiosny. Na drugi dzień panowie od rana w niewykończonej izbie piłowali wszystkie kloce, a potem na zmianę rąbali. Panie wyrabiały ciasto na chleb. Gdy chleby zaczęły się piec wyrabiały ciasto, do którego dorzucały różne „bakalie”. Były to suszone owoce, namoczone w wodzie, aby zmiękły i łatwo się kroiły. Wszystkie prace trwały przez trzy dni. Ja tylko mogłem przynosić porąbane drwa z niewykończonej izby i układać koło kuchni, żeby wyschły. Jerzyk na ten czas wolał przeprowadzić się do Babci, która jak mogła tak pomagała swojej gospodyni – pani Bieńkowej w przygotowaniu świąt. Widziałem, jak pani Gospodyni nasypała do chustki sporo suszonych owoców i dała Babci, aby dorzuciła im do ciasta.

Na dwa dni przed Wigilią wieczorem poszliśmy z Tatą po choinkę do lasku. Ponieważ była to interesująca wyprawa Jerzyk postanowił wziąć w niej udział. Tata podostrzył duża siekierę, ubraliśmy się ciepło i poszliśmy przez pole w kierunku rzeki. Gdy doszliśmy do niej Tata obejrzał się i dokładnie opowiedział, jak mamy patrzeć na oddalone, przydrożne drzewa, aby wyjść naprzeciw naszej chaty.

Skręciliśmy wzdłuż rzeki, przeszliśmy przez mostek, za którym zaraz był lasek. Dokładnie sprawdziliśmy, czy nikogo w pobliżu nie ma. Stanęliśmy na czatach, Tata wszedł do lasku. Po chwili usłyszeliśmy dwa uderzenia i ukazał się Tata z choinką jego wzrostu. Wyjął z kieszeni sznurek, którym owiązaliśmy choinkę. Przeszliśmy szybko drogę i mostek i ścieżką wzdłuż rzeki wróciliśmy do domu. Wszystko odbyło się bez przeszkód. Choinka powędrowała do niewykończonej izby i została przykryta w kącie jakimś derkami.

W przeddzień Wigilii, po południu ubraliśmy choinkę. Jerzyk już był cały czas z nami. Na krótko przyszła Babcia, która pomodliła się a potem wróciła pomagać jeszcze swojej gospodyni. W dzień Wigilii Babcia już była u nas od rana. Usiedliśmy w białej izbie przy stole. Jakoś wszyscy się zmieściliśmy. Po modlitwach, podzieliliśmy się opłatkiem. Wszyscy płakali. Nawet Tata i pan Gospodarz. Do jedzenia był barszcz czerwony, który ugotowała Mama i oczywiście zrobiła do niego uszka z kapusty. Potem były pierogi z kapustą i grzybami. Nie było żadnej ryby ani śledzia. Jako ostatnie, trzecie danie były kluski z makiem i „bakaliami”. Potem było rozdawanie prezentów, które „przyniósł Św. Mikołaj”, gdy my z Franią i panem Gospodarzem poszliśmy z opłatkiem do konia, krowy i kur. Tata otrzymał nowe, grube skarpety, pan Gospodarz paczkę żyletek, pani Gospodyni i Babcia po nowej chustce na głowę, Jerzyk latarkę, a ja dwa zeszyty, jeden w kratkę drugi w trzy linie i dwa ołówki. Mama, gdy dowiedziała się, że jest prezent też dla niej, aż usiadła z wrażenia. Dostała flakon wody kolońskiej. Podobno, gdy były w Łowiczu, Józia spotkała się po kryjomu ze Św. Mikołajem. Potem było jeszcze ciasto i kompot z suszu. Na pasterkę nie poszliśmy, bo przecież była wojna. Godzina policyjna obowiązywała również z na wsi. Tylko trochę inaczej. Nie chodziły niemieckie patrole.

Dla mnie przez wiele lat była to najpiękniejsza Wigilia w życiu. Później przyszły następne piękne, ale już o innym charakterze wspaniałości.

***

Święta

Jedziemy saniami do kościoła na sumę. Babcia z Józią będą się modlić w domu. Dwa czy trzy dni wcześniej pan Gospodarz z Tatą wyciągnęli ze stodoły, z sąsieka sanie. Robili to wieczorem, aby jak najmniej ludzi widziało Tatę. Gdy po świątecznym śniadaniu Tata wyszedł na pole za stodołą, skąd na horyzoncie widać było drogę, którą ciągnął sznur ludzi podjął decyzję, że i on idzie do kościoła. W takim tłumie nikt nie zauważy obcego. Jerzyk od razu powiedział, że on idzie z Tatą.

Na sanie, na tylne siedzenie wsiadły Mama, pani Gospodyni, Frania. Na koźle powoził pan Gospodarz, a ja siedziałem obok niego. Panie dostały jeszcze jedna derkę do okrycia, a ja miałem założony przez głowę swój kocyk, jeszcze z Warszawy. Na ten uroczysty wyjazd pani Gospodyni pożyczyła Mamie swój zapasowy, łowicki strój. Kościół był wypełniony tak, że trudno było wejść. Ale za to było ciepło. Sanie zostały dość daleko, koń dostał worek z obrokiem i nakrycie, lejce zostały przywiązane do drzewa, żeby koniowi nie przyszło do głowy gdzieś odmaszerować.

Po nabożeństwie, podczas którego wszyscy zgromadzeni śpiewali kolędy, ruszyliśmy w drogę powrotną. Wsiedliśmy do sań, jak poprzednio, bo Jerzyk z Tatą wracali pieszo. Pan Gospodarz wyjaśnił mi jak należy kierować koniem i oddał mi lejce. Szosą ciągnął sznur sań, więc jechaliśmy wolno. Na kilkanaście kroków przed nami zrobiło się luźniej. Koń znał drogę do domu, więc nieco przyspieszył.

Przy zjeździe na drogę do wsi, przy kapliczce zbyt wcześnie ściągnąłem lewe lejce. Koń raptownie skręcił, sanie przez kilka sekund jechały bokiem, prawa płoza zsunęła się z drogi do rowu. Pan Gospodarz zawołał  „prr” i zeskoczył kozła. Stanął na płozie i wychylił się do tyłu. Koń stanął. W tej samej chwili podbiegł Tata z Jerzykiem, którzy szli tym samym tempem, co my jechaliśmy. Frania też zeskoczyła z sań i stanęła na płozie. Pan Gospodarz wziął konia za uzdę i powoli wyprowadził sanie na drogę. Zrobi się mały korek. Ale szybko wszyscy wrócili na swoje miejsca i już bez przygód dojechaliśmy do domu. Gdy wysiedliśmy na podwórku, Mama podeszła do konia, głaszcząc go po nosie i coś cicho do niego powiedziała. Weszła do domu i nie rozbierając się wzięła kawałek chleba i poszła „porozmawiać” z koniem. Następnie razem z panem Gospodarzem wyprzęgli go i wprowadzili do stajni. Ja cały czas się przyglądałem. Jerzyk z Tata poszli do chaty.

Gdy usiedliśmy przy obiedzie w białej izbie przy stole, zapytałem Mamę dlaczego robiła „takie sztuki” z koniem. Na to Mama: „bo przecież zdenerwował się i trzeba go było uspokoić, że to nie jego wina”. Wtedy Tata zaczął opowiadać, jak to było, gdy chodził z Mamą do koni jeszcze jako narzeczony. On koni zawsze się bał, natomiast Mama rozmawiała z nimi, jak z małymi dziećmi.

W Nowy Rok do kościoła poszła tylko Józia. Zależało jej na wiadomościach od znajomych sąsiadów z innych wsi i księdza. Żeby móc z nim porozmawiać wzięła „kolędę” w postaci gomółki masła. Poszła przez pola, bo bezpieczniej. Na drogach zrobił się większy ruch. Często zaczęły jeździć niemieckie samochody albo z samym wojskiem albo ciągnąc niewielkie działka i inne przyczepki, także kuchnie polowe. Wszystkie miały budy przykryte plandekami. Do szosy było około 500 metrów, więc widać było wszystko bardzo dobrze. Tata wysoko w stodole w pobliżu tylnych wrót zrobił sobie stanowisko obserwacyjne. Kilka razy dziennie szedł tam posiedzieć i popatrzeć.

***

Początek śpiewania kolęd

Jak to było w zwyczaju, zaraz po Nowym Roku, przyszło kilka dziewcząt ze wsi z kołowrotkami. Przy pracy zaczęły śpiewać. Tata chwilę posłuchał i zaproponował, żeby zaśpiewały kolędę. Podchwyciły myśl i zaczęły śpiewać cały znany repertuar. Po pewnym czasie Tata dołączył do nich i powoli zaczął je instruować, jak powinny prawidłowo śpiewać i oddychać przy śpiewie. Postanowili też, że wystąpią  w kościele w Złakowie na jednej z ostatnich mszy św. „kolędowych”. Umówili się, że dziewczęta będą przychodzić wieczorami i uczyć się prawidłowego śpiewu, już nie białymi głosami. Dziewczęta okazały się bardzo zdolne i po kilku spotkaniach śpiewały, jak w prawdziwym chórze. Wtedy Tata zaproponował, że nauczy ich kolędy „Cicha noc”. We dwoje z Mamą zaśpiewali ją, ale był kłopot ze słowami. Wtedy Tata, zasugerował, że tę kolędę zaśpiewają mormorando na zakończenie nabożeństwa.

***

Niemcy na kwaterze

Już dziewczęta po próbie rozeszły się do domów. Także Babcia z Jerzykiem poszła do Bieńków. Mieliśmy zasiąść do kolacji, gdy nagle na podwórku zawarczał motor. Tata natychmiast schował się do niewykończonej izby. Rozległo się energiczne stukanie do drzwi. Pan Gospodarz powiedział, że otwarte. Do sieni weszli dwaj Niemcy. Oficer z żołnierz z rozpylaczem, ale nie w hełmie tylko w kominiarce i grubej czapce.

Mama od razu głośno zapytała po niemiecku, w czym można pomóc. Oficer zrobił zdziwioną minę i zapytał czy mogą przenocować. Mama przetłumaczyła Gospodarzom, o co chodzi. Ci wyrazili zgodę, bo co innego można zrobić w takiej sytuacji. Pani Gospodyni powiedziała, żeby zdjęli płaszcze i usiedli przy ławie na zydlach. Oficer zdjął pas z pistoletem, powiesił go na wieszaku koło drzwi, na nim powiesił płaszcz, a na płaszczu czapkę i polecił zrobić to samo żołnierzowi. Ten zdjął rozpylacz, także powiesił na wieszaku, następnie zdjął płaszcz, powiesił na nim zdjął czapkę i kominiarkę.

Usiedli na wskazanych zydlach. Sytuacja wyglądała na bardzo dziwną, bo tak uprzejmych Niemców do tej pory nikt z nas nie widział. Oficer zapytał Mamę, skąd tak dobrze zna niemiecki. Mama odpowiedziała, że jesteśmy z Warszawy. Pokiwał głową. Żołnierz nic nie mówił tylko się rozglądał. Pani Gospodyni zapytała, czy zjedzą z nami kolację, wtedy oficer powiedział po polsku (zupełnie nieźle), że oczywiście jeżeli zostaną poczęstowani. Kazał żołnierzowi przynieść z motoru plecak i walizkę. Oficer walizkę położył w kącie sieni przy drzwiach na podłodze. Wyjął srebrne akselbanty ze złotym żołędziem i założył je. Tak wystrojony usiadł do ławy, żołnierzowi kazał usiąść koło siebie. Mama, która mówiła cały czas głośno powiedziała, że za chwilę powinien przyjść mąż, bo wyszedł do sąsiadów.

Po kilku minutach drzwiami od strony ganku wszedł Tata w kożuchu pana Szwarca i czapce naciągniętej na czoło. Wszedł powiedział po niemiecku „dobry wieczór”.

Oficer odpowiedział po polsku. Gdy Tata usłyszał słowa Mamy, że mąż niedługo powinien przyjść od razu ubrał się w kożuch i wyszedł cicho przez okno.

Ledwie zmieściliśmy się przy ławie. Przeżegnaliśmy się przed jedzeniem. Niemcy przyglądali się uważnie. Pani Gospodyni postawiła na środku dużą miskę z parującymi jeszcze kartoflami. Pan Gospodarz pierwszy nalał sobie małą, drewnianą warząchewką mleka następnie podał ją kolejno oficerowi, ten żołnierzowi, który koło niego siedział. Potem był Tata, Mama, ja, pani Gospodyni i Dziewczęta. Tata i pan Gospodarz siedzieli w takich miejscach, że koło nich był pniak z wbitą siekierą a druga siekiera stała oparta o ścianę.

Zaczęliśmy jeść jak zwykle nabierając po trochu drewnianymi łyżkami kartofle i popijając mleko nabierane łyżką. Mama przeprosiła gości, że jemy łyżkami drewnianymi. Przed wojną mieliśmy eleganckie, srebrne. Niemcy nic się nie odezwali. Po jakimś czasie oficer zapytał, czy można wstawić motor do stodoły, bo na dworze bardzo zmarznie i jutro będzie go ciężko uruchomić. Tata zaproponował, żeby sprawdzić. czy przejedzie przez wejście do stajni. Tam będzie cieplej, bo przecież koń trochę grzeje. Zaraz po kolacji wszyscy czterej ubrani ciepło wyszli. Broń została na wieszakach. Słychać było, jak mężczyźni wstawiają motor. Zmieścił się. Ja przez ten czas usiadłem w swoim kącie przy kuchni. Gdy wrócili oficer poczęstował wszystkich papierosami. Tata i pan Gospodarz odmówili, kobiety oczywiście też nie paliły, ale żołnierz zapalił.

Siedząc w kącie zacząłem przyglądać się żołędziowi oficera dyndającemu na końcu srebrnego sznura, na wysokości żołądka. Zmrużyłem oczy. Po pewnym czasie oficer po polsku zapytał mnie, dlaczego tak do niego celuję. Bez chwili zastanowienia odpowiedziałem: „bo jest pan Niemcem”.

W tym momencie zorientowałem się, że palnąłem straszną rzecz. Nie patrząc na nikogo wiedziałem, że wszystkich zmroziło. Przez chwilę była cisza. Oficer powolnym ruchem sięgnął do kieszeni munduru, odpiął jej klapkę, wyjął scyzoryk, odciął żołędzia wstał, podszedł do mnie i go podał mówiąc po polsku: „proszę”. Nie wstając wziąłem go i odpowiedziałem: „danke”.

Niemiec usiadł. Gdy kończył papierosa, pan Gospodarz przyniósł z gospodarczej komory snopki słomy i ułożył je pod chlebowym piecem. Poszedłem do izby na swoje posłanie, Mama z Dziewczętami do komory. Państwo Gospodarze i Tata jeszcze coś rozmawiali z Niemcami. Potem słychać było plusk wody. Zasnąłem. Rano, jeszcze było ciemno obudził mnie warkot motoru wyjeżdżającego z podwórka na drogę. Gdy usiedliśmy do śniadania Tata powiedział mi powoli i bardzo spokojnie, że zawsze powinienem się zastanowić, co mówię. Dwa dni później, ktoś przyszedł do nas z wiadomością, że w lasku za rzeką znaleziono ciało oficera niemieckiego, który popełnił samobójstwo, bo obok leżał pistolet, którego nikt nie zabrał. Nigdy więcej na ten temat nie było mowy.

Za dwa dni przez wieś od strony Mastek zaczęły maszerować kolumny piechoty niemieckiej kierując się do mostu nad rzeką. Także wtedy pojawiły się latające nisko samoloty z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach i wzdłuż drogi strzelały z karabinów maszynowych. Gdy nadlatywały kolumna rozpierzchała się kryjąc pod chatami, po czym po nalocie kolumna wracała znowu na drogę i szła dalej. Chyba żadnego Niemca nie zabili. Przynajmniej nie było o tym mowy.

***

Sowieci

Inaczej o nich nikt we wsi nie mówił. Wszyscy oczekiwali ich z nadzieją, ale i niepokojem. 17 stycznia weszli, a raczej wjechali na czołgach od strony Złakowa. Późnym wieczorem, w tamtym końcu wsi słychać było harmonię, jakieś śpiewy a na koniec serię z automatu. Rano dowiedzieliśmy się, że to pijani „krasnoarmiejcy” najpierw rozjechali czołgami Niemca lekarza, który został przy ciężko chorym dziecku. Później serią w brzuch zastrzelili ciężarną kobietę. I pewnie by jeszcze tak „dokazywali”, ale nagle wpadło kilku enkawudzistów, wyciągnęli ich za ostatnią stodołę i rozstrzelali. Kazali rano ich zakopać.

Rano okazało się, że most jest zerwany. Nie wytrzymał ciężaru kolejnego czołgu, który wpadł do wody. Kolumny piechoty zaczęły iść dalej, do innego mostu. Czołgi znalazły bród jakieś pół kilometra dalej od wsi. Koło południa przyszedł sołtys i kazał wywiesić biało-czerwoną flagę. Od razu Mama usiadła i uszyła ją z tego, co pani Gospodyni dała i wywiesiliśmy ją na domu. Przez kilka dni wszyscy siedzieli w domach, czekając aż przejdzie pierwsza linia frontu. Przyszła do nas Babcia z Jerzykiem. Dostałem zezwolenie, aby przez podwórka pójść na trochę do Moniki Moldzyńskiej. Wiejskie dziewczęta też w tym czasie nie przychodziły na próby kolęd.

***

Sowiecki żołnierz

Właściwie dzięki zerwanemu mostowi było u nas spokojnie. Aż tu wieczorem do drzwi gankowych zastukał „krasnoarmiejec”. Pan Gospodarz go wpuścił, a on stojąc przy drzwiach poprosił po polsku ze śpiewnym akcentem, czy nie mógłby przespać się w ciepłym pomieszczeniu, bo od kilku dni śpią tylko po stodołach albo w polu. A przecież jest ostra zima. Rano wcześnie pójdzie, ale gdyby tak można prosić o nastawienie budzika, żeby mógł twardo pospać.

Pani Gospodyni postawiła na ławie miskę i maślankę. Z komory przyniosła jeszcze kawałek boczku. Jadł powoli opowiadając, że choć jest Polakiem z Wilna, to został wcielony do Armii Czerwonej. Ma nadzieję, że jeżeli zostanie niezbyt ciężko ranny to pozostanie w Polsce, bo szpitale wojskowe są blisko frontu. Po wyjściu ze szpitala często przebywają u polskich rodzin na rekonwalescencji. Mama opowiedziała pokrótce naszą historię i wspominając przy tym ucieczkę Taty z obozu. Pan Gospodarz położył koło kuchni snopki słomy, Dziewczęta przykryły je podwójnymi derkami. Gdy skończył jeść wyjął ze swojego plecaka/worka zdobyczne, bardzo małe sznurowane buty i podarował je pani Gospodyni. Później okazało się, że wielkością pasowały albo na mnie, albo na Jerzyka. Szybko zabraliśmy się wszyscy spać, żeby żołnierz mógł odpocząć. Gdy rano wstaliśmy już go nie było. Buty zostały schowane na naszą półkę w szafie.

***

Ostrzelanie przez Sowieta

Pani Gospodyni poprosiła, abym przyniósł trochę kartofli z kopca. Wiedziałem, co trzeba zrobić, bo ilekroć Frania szła po kartofle szedłem razem z nią. Gdy wyszedłem na drogę zobaczyłem z daleka, zataczającego się sołdata. Od czasu do czasu po wsi kręcili się żołnierze sowieccy, oczywiście z pepeszami. Jak zawsze podszedłem do kopca od tyłu – od strony pola i już miałem zacząć odgarniać śnieg, gdy żołnierz podszedłszy bliżej, nagle zdjął pepeszę i skierował w moją stronę. Rzuciłem się za kopiec na ziemię i od razu przeczołgałem się za drugi kopiec. Usłyszałem „ta-ta-ta” i głośne rosyjskie przekleństwa. Żołnierz widocznie doszedł do wniosku, że coś mu się przywidziało i nie podszedł do mnie. Gdy ostrożnie wyjrzałem, zobaczyłem, że idzie dalej i już minął kopce. Wtedy znowu poczołgałem się za pierwszy. Odczekałem trochę gdy odszedł dalej nadal zataczając się. Wybrałem kartofle. Kopiec, jak należy zasłoniłem słomą i wróciłem do domu. Tata zapytał, co to za strzały. Powiedziałem spokojnie: „pijany Ruski strzelał”.

***

Po wsi szybko rozeszła się wieść, że Tata potrafi wszystko, co małe, naprawić. Zaczęli ludzie przynosić budziki, zegary, centryfugę itp. Okazało się, że jest bardzo dużo takich nie działających mechanizmów. Tata jako zapłatę zaczął pobierać od klientów żywność: jajka, masło, słoninę, boczek itp. Kiedyś przyjechał kościelny ze Złakowa i w imieniu księdza proboszcza poprosił o wizytę Taty na plebanii, bo jest zepsuty taki stojący, wielki zegar. Tata bardzo się tym ucieszył i od razu omówił się z proboszczem, żeby kilkakrotnie przyjść z dziewczętami na próby kolęd przy instrumencie. Dla bezpieczeństwa omijając szosę chodzili całą grupą przez pola.

***

Szkiełko zegarowe

Raz koło południa przyszedł do Taty ruski sołdat z pepeszą. Gdy podwinął rękaw miał na ręku trzy duże zegarki. Zdjął jeden z nich bez szkła. Kazał Tacie założyć szkło. Na to Tata, że nie ma takiego. On pokazał na okno i powiedział, żeby Tata wyjął szybę z okna i założył. W tym momencie Mama wyprowadziła nas do sieni. W sieni też byli państwo Gospodarze, bo wyczuwali jakieś trudności. Szybko się ubraliśmy i poszliśmy do Babci. Gospodarze też wyszli. Po czterech godzinach Tata przyszedł do nas, do Bieńków. Opowiedział, że Ruski trzymając cały czas pepeszę na kolanach patrzył, jak Tata szlifuje na osełce szkiełko, które wyjął ze swojego kieszonkowego zegarka. Trzeba było jego obwód zmniejszyć o centymetr. Taką sztukę potrafił tylko Tata. Przez dwa dni łapały go skurcze w palce.

***

Ostatnia Msza Święta w styczniu

Teraz Mama rzadziej chodziła do Łowicza. Kiedyś wybrali się z Tatą. Wtedy spotkali kolegę Taty, śpiewaka Antoniego Majaka. Nadeszła niedziela 28 stycznia. Cały przebieg mszy św. Tata omówił wcześniej z księdzem proboszczem, który pozwolił także na kilka prób chóru przy organach.

Poszliśmy wszyscy do kościoła do Złakowa, tylko Babcia nie poszła, bo już „nogi nie chciały jej nosić”. W kościele był tłum. Wieść o tym, że „Przemysłów będzie śpiewał kolędy” rozeszła się po całej okolicy. Pięknie ubrane i ustrojone po łowicku dziewczyny miały kłopot z wejściem przez tłok na chór. Mama z nami też do nich dołączyła ponieważ pani Gospodyni pożyczyła Mamie swój strój. Na buty nikt nie zwracał uwagi, dlatego mogła być w swoich drewniakach.

Wieczorem przychodziły do nas kobiety ze wsi i opowiadały, jak pięknie było wszystko słychać na dole. Tata był zadowolony z występu. Już przemyśliwali z Mamą, panią Gospodynią i naszymi Dziewczętami nad repertuarem na Wielki Post. Mama z Tatą nucili różne pieśni, a pani Gospodyni mówiła, że ta może być, bo ją znają albo, że którejś nie znają.

***

Aresztowanie Taty

Jerzyk w tym czasie był u Babci u Bieńków. W sobotę trzeciego lutego koło 10 rano przyszli Wacek Kamiński (ten z AL-owiec Grzybowskiej), Łompieś (w czasie wojny znany w okolicy jako konfident gestapo), jakiś stary z Mastek, młody chłopak z karabinem i krasnoarmiejec z pepeszą. On jeden był umundurowany. Pozostali byli po cywilnemu i mieli na rękawach opaski biało-czerwone. Przyjechali wozem, na którym siedział jakiś chłop. Początkowo wzięli Tatę do sieni i krótko z nim rozmawiali, następnie pozwolili mu się ubrać wziąć dokumenty i wyprowadzili. Postawili przy studni i kazali temu chłopakowi Taty pilnować. Gdyby uciekał, miał strzelać.

Wrócili robić rewizję. Grzebali we wszystkich kątach, w szafie i skrzyni. Zabrali nocną koszulę Mamy, którą kupiła sobie w Łowiczu. Koło południa wsiedli z Tatą na wóz, którym przyjechali i zawieźli go do Łowicza do więzienia NKWD. Tego Mama dowiedziała się, bo Łompieś „był uprzejmy” odpowiedzieć jej na pytanie, gdzie Tatę zabierają. Nigdy nie dowiedzieliśmy jaki był powód aresztowania. Gdy odjechali Mama zemdlała, ale pani Gospodyni i Dziewczyny szybko ją docuciły.

***

Wędrówki do Łowicza

 Na drugi dzień rano, gdy jeszcze było ciemno we dwoje z Mamą ubraliśmy się ciepło i wyruszyliśmy do Łowicza. Pan Gospodarz podwiózł nas kawałek (aż za krzyżówkę do Chąśna. Dalej poszliśmy pieszo. Była to w tym czasie jedyna droga ponieważ most na rzece był zarwany przez czołg. W jedną stronę cała droga liczyła 16 km. Szliśmy długo. W Łowiczu trzeba było przejść obok dworca kolejowego. Wstąpiliśmy do dworcowego bufetu, wypiliśmy po kubku czarnej kawy i zjedliśmy po kawałku chleba, który przygotowała nam pani Gospodyni. Gdy przeszliśmy przez przejazd kolejowy Mama kilka razy pytała ludzi na ulicy, którędy iść do więzienia.

Doszliśmy i stanęliśmy przed wielką żelazna bramą. Była w niej furtka. Mama zastukała. Otworzyło się okienko w furtce i jakiś głos zapytał po polsku, o co chodzi. Mama odpowiedziała, że może powiedzieć tylko komendantowi. Gdy zacząłem na środku chodnika tupać i „zabijać” ręce, bo zrobiło mi się bardzo zimno, otworzyła się furtka i weszliśmy do środka do wartowni. Było tam dwóch cywilów i dwóch Rosjan z pepeszami. Po chwili przyszedł jeszcze inny żołnierz i zaprowadził nas na pierwsze piętro. Weszliśmy do dużego pokoju z biurkiem, szafami i dwoma krzesłami. Za biurkiem siedział oficer w rosyjskim mundurze i z pistoletem w kaburze na pasie. Zaprosił, abyśmy usiedli i powiedział, zaproponował żebyśmy się rozpięli, bo jak wyjdziemy to zmarzniemy. Dziś długo nie może z nami rozmawiać.

Na wieszaku przy drzwiach zobaczyłem niebieską czapkę, płaszcz i pepeszę. Żołnierz, który nas przyprowadził stał przy drzwiach. Powiedział mu, żeby wrócił do siebie, jak będzie trzeba, to go zawoła. Usiedliśmy oboje z Mamą na krzesłach obok siebie. Mama cały czas trzymała mnie za rękę.

Zapytał, po co przyszliśmy. Mama opowiedziała ,że wczoraj jacyś ludzie z radzieckim żołnierzem zabrali Tatę i powiedzieli, że przywiozą tu. Nie wie o co chodzi i chyba tak nie wolno postępować, bo przecież tak robili Niemcy. Popatrzył na Mamę, spojrzał w papiery, zapytał o nazwisko i powiedział: „tak wczoraj mi takiego pana przywieźli. Oni mi codziennie kogoś przywożą. Dziś po południu będę z nim rozmawiał”.

Mówił bardzo dobrze po polsku, tylko z takim akcentem, jak ten żołnierz, który nocował u nas na kwaterze. Potem zapytał, gdzie mieszkaliśmy w czasie okupacji i skąd teraz do niego przyszliśmy. Mama krótko opowiedziała, że byliśmy w Warszawie, Niemcy nas wygonili z Warszawy i teraz mieszkamy w Przemysłowie. Gdy on zapytał czy to daleko, a Mama powiedział, że 16 km. Zdziwił się, że tyle przeszedłem. Mama na to, że gdy nas Niemcy wyganiali to przeszedłem dużo więcej i dodała:- „my teraz wracamy do domu następne 16 km. Polskie dzieci są bardzo wytrzymałe. Jutro przyjdę z drugim synem”. Popatrzył na mnie i powiedział: „to jesteś zuch. Jak będę z tatą rozmawiał, to mu to powiem. Ale teraz nie mam czasu dłużej z wami rozmawiać”.

Zawołał żołnierza, powiedział mu coś po cichu po rosyjsku. Żołnierz szybko wyszedł, i po chwili przyniósł bochenek chleba i sporą puszkę. Oficer podał Mamie, a Mama schowała do torby. Żołnierz odprowadził nas do wartowni, wyszliśmy na ulicę i poszliśmy do kuzynki pani Szałowskiej. Co pewien czas zatrzymywaliśmy się i Mama rozglądała się dookoła, jakby kogoś szukała. Gdy ją zapytałem dlaczego przystajemy odpowiedziała, że chce dobrze zapamiętać drogę.

U kuzynki pani Szałowskiej dostaliśmy po talerzu grochówki. Mama została przy stole i coś cicho rozmawiały z tą panią. Ja poszedłem na półpiętro, położyłem się na otomanie i od razu zasnąłem. Nie wiem, jak długo spałem, ale obudziła mnie Mama i powiedziała, że musimy wracać do Przemysłowa. Wrócilismy, gdy już było ciemno. Jerzyk czekał na nas. Usiedliśmy do kolacji, w czasie której Mama powiedziała, że jutro on idzie do Łowicza. Szybko się położyliśmy spać. Od razu usnąłem. Rano, gdy się obudziłem było widno, Mamy z Jerzykiem już dawno nie było.

I tak, Mama chodziła do Łowicza codziennie (prócz niedziel), a ja i Jerzyk co drugi dzień. Co kilka dni pan Gospodarz podwoził nas w pobliże Chąśna. Za każdym razem komendant, który miał stopień majora rozmawiał z nami bardzo uprzejmie choć czasem krótko. Niekiedy na dłużej zamyślał się. Zawsze dostawaliśmy chleb i konserwę, którą zjadaliśmy wszyscy na kolację. Niekiedy zostawało trochę konserwy na drugi dzień, wtedy pani Gospodyni gotowała barszcz na mięsie. Bardzo przestrzegała, żeby Mama wieczorem po powrocie zawsze zjadała choćby kawałek mięsa. Kiedyś, gdy była moja kolejka i poszedłem z Mamą, Mama zapytała co by się stało gdyby zwolnił Tatę. Odpowiedział wprost, że wtedy Łompieś natychmiast doniósłby na niego do dowódcy garnizonu. Jego „postawiliby pod ścianę”, a siedemdziesięciu więźniów w najlepszym razie wywieziono by na Syberię. Tak dowiedzieliśmy się ilu ludzi jest aresztowanych.

***

Strzela do mnie Łompieś

Pewnego razu, gdy Jerzyk poszedł z Mamą do Łowicza, koło południa wracałem od Babci na obiad. Szedłem prawą stroną drogi, z daleka widziałem jakiegoś człowieka, który szedł trochę niepewnym krokiem. Gdy podeszliśmy do siebie bliżej poznałem, że to Łompieś. Nagle sięgnął ręką do kabury na pasie. Natychmiast skoczyłem w bok między zabudowania zagrody Śledziów. Już byłem za ich oborą, gdy usłyszałem strzał z pistoletu. Rozejrzałem się dookoła, gdzie w razie jego pogoni uciekać, ale widać zrezygnował z niej. Długo stałem za tą oborą. Przeszedłem tyłami zagród za naszą stodołę i dopiero zza szopy odważyłem się iść do domu. Wszedłem przez ganek, bo tą metodą byłem mniej widoczny z drogi. Ponieważ nikt mnie nie pytał o ten strzał, to po prostu nic nie mówiłem.

***

Ucieczka do Łodzi

Kilka dni później znowu szedłem z Mamą do Łowicza a było to dziewiątego marca 1945 roku. Było jeszcze ciemno i bardzo zimno. Tego dnia Jerzyk nocował z Babcią u Bienków. Już za wsią, na drodze do Mastek zobaczyliśmy światła samochodu, który nas oświetlił i nagle zatrzymał się przy nas. Był to willys. Wyskoczył z niego komendant więzienia, kazał kierowcy pokazać mi, jak pracuje silnik, a sam z Mamą przeszedł na drugą stronę drogi. Kierowca otworzył maskę samochodu, powiedział tylko, żebym nie wsadzał głowy i ani ręki, sam usiadł za kierownicą i nacisnął gaz. Zrobiło się strasznie głośno, tak że prawie ogłuchłem. Nic też nie widziałem.

Po chwili komendant z Mamą podeszli, wsiedliśmy wszyscy do samochodu i bardzo szybko wróciliśmy do wsi. Zostawili nas przy naszym gospodarstwie i pojechali dalej. My wbiegliśmy do domu. Mama coś powiedziała do państwa Gospodarzy i zaczęliśmy się pakować. Frania pomogła mi zdjąć drewniaki i założyć buty, które zostawił żołnierz czerwonoarmista. Buty wypchane były słomą, żeby było ciaśniej i cieplej. W trakcie tego zamieszania pobiegłem jeszcze do niewykończonej izby, wszedłem szybko po drabinie i wyjąłem skrzyneczkę, którą upchnąłem do chlebaka. Jeszcze tylko zrolowaliśmy kocyk, który przewiesiłem przez ramię i wybiegliśmy na dwór, gdzie już pan Gospodarz podjechał wozem naładowanym snopkami słomy. Mama, zanim wsiadła na wóz jeszcze podeszła do konia, pogłaskała go po pysku i dała kawałek chleba. Koń jak zwykle cicho prychnął i na chwilę wsadził Mamie nos pod pachę. Na wozie położyliśmy się na słomie i przykryliśmy snopkami na głowy. Nic nie mówiliśmy. Tak leżąc ruszyliśmy. Początkowo, jak się domyślałem, jadąc przez wieś koń człapał. Później słyszałem jak pan Gospodarz głośniej powiedział „wio” i ruszyliśmy dużo szybciej. Po jakimś czasie chyba zjechaliśmy z drogi wiejskiej na polną, bo koła inaczej toczyły się. Jechaliśmy długo. Po jakimś czasie przez słomę zobaczyłem, że robi się widno, ale nie wstaliśmy. Dojechaliśmy do dworca w Łowiczu.

Szybko wygrzebaliśmy się ze słomy. Pan Gospodarz tylko na pożegnanie nas przeżegnał, od razu zakręcił i skierował się do domu. Weszliśmy do hali dworcowej. Było dużo ludzi, kręcili się też rosyjscy żołnierze po dwóch z pepeszami gotowymi do strzału. Przyglądali się wszystkim mężczyznom. Niektórych legitymowali. Podeszliśmy do kasy, Mama kupiła bilety i gdy tylko podjechał pociąg wsiedliśmy. Dopiero wtedy odezwała się do mnie, abym stanął między ławkami, bo będziemy długo jechać do Łodzi. Nic nie pytałem. Wiedziałem, że w takich przypadkach należy jak najmniej mówić. Czułem się tak, jak wtedy gdy w Warszawie poszliśmy w Aleje Szucha do Szrama. Jakaś kobieta wysiadała po kilku przystankach, wtedy usiadła Mama i wzięła mnie na kolana. Było mi trochę niewygodnie, ale cieplej i nogi nie bolały od stania.

Jechaliśmy rzeczywiście długo. Przyjechaliśmy na dworzec Łódź Fabryczna. Gdy wysiedliśmy, od razu weszliśmy w gęsty tłum ludzi, który kierował się do budek przy wyjściu. Tam odbierano bilety. Dworzec dookoła był otoczony wysokim drewnianym, zielonym płotem. Wzdłuż płotu co kilkanaście metrów stali rosyjscy żołnierze z pepeszami. Poczułem się jak wtedy, gdy wychodziliśmy z Warszawy. Nie oglądaliśmy się tylko kierowaliśmy się w pobliże płotu. Na dworcu zaczęło robić się głośno i coraz ciaśniej. Ludzie coś krzyczeli. Nic nie widziałem, bo miałem głowę na wysokości brzuchów dorosłych. Nagle poczułem, że tłum w którym byliśmy, poruszył się raz w jedną, raz w druga stronę, usłyszałem trzask i płot przewrócił się. Wszyscy rzucili się w kierunku parku po przeciwnej stronie ulicy.

Pobiegliśmy razem z nimi. Przecięliśmy ulicę z torami tramwajowymi. Następnie skręciliśmy w drugą, poprzeczną do niej.

Przeszliśmy szybko przez kilka bram przejściowych domów, przecięliśmy kilka ulic. Weszliśmy do jakiejś bramy, dalej na podwórko, do drugiej klatki schodowej w prawej oficynie. Schody. Na półpiętrze zatrzymaliśmy się i przysiedliśmy na stopniach.

Po paru minutach, Mama dalej bez słowa wstała i pokazała, że trzeba iść wyżej. Po dwóch piętrach znowu zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby złapać oddech. Jeszcze jedno piętro. Wejście na korytarz na strychu. Korytarz ma w suficie świetliki. Jest względnie widny. Minęliśmy jedne drzwi , doszliśmy do drzwi na końcu korytarza. Chwila oddechu. Mama stuka, tak jak stukał Tata na Grzybowskiej. W uchylonych drzwiach zobaczyłem maleńką bardzo starszą panią. Mama przedstawiła się. Weszliśmy do kuchni, która ma okienko w suficie. Pani wprowadziła nas do pokoju. Przy stole siedział Tata. Poderwał się. Zaczęliśmy się witać. Przedstawił: „to jest Babcia Wanda, a to Dziadek Leon”.

W tym momencie załamały mi się nogi. Usiadłem na podłodze. Babcia Wanda złapała mnie i posadziła na krześle. Pomogła mi zdjąć kocyk i chlebak, palto i czapkę. Podreptała do kuchni, przyniosła słodką kawę i kawałek chleba. Powiedziała, że zaraz przygotuje coś więcej, bo przecież jest już pora kolacji. Mama poszła jej pomóc, ale Tata ją wyręczył i też kazał odpocząć. Dziadek Leon siedział koło jakiejś maszyny, nic nie mówił tylko mrugał przyglądając się nam.

Gdy usiedliśmy do kolacji, Mama krótko opowiedziała, jak spotkaliśmy na drodze majora, komendanta więzienia, który wszystko jej wszystko wyjaśnił, zalecił ucieczkę i podwiózł nas. Też bardzo krótko mówiła o podróży i o obławie na Dworcu Fabrycznym. Ciekaw byłem opowiadania Taty, ale zanim zdążyłem zjeść kolację, przysnąłem przy stole. Obudziłem się na drugi dzień rano. Babcia Wanda już czuwała, żeby jak tylko wstanę dać mi coś zjeść. Była bardzo troskliwa i kochana.

***

Początkowo próbowałem namówić Tatę na opowiadanie, jak  znalazł się w Łodzi, ale powiedział tylko, że opowie innym razem. Potem pytał o to samo Jerzyk i usłyszał analogiczną odpowiedź. Na razie więcej nie poruszałem tematu ponieważ zrozumiałem, że Tata nie chce nic mówić. Dopiero po wielu latach, gdy powiedziałem, że chcę pojechać do Przemysłowa, Tata najpierw bardzo zdenerwował się, potem wyprosił ode mnie przyrzeczenie, że nie pojadę i nic nie będę dociekał ponieważ nie chce, aby z naszego powodu Gospodarze lub ktokolwiek inny miał przykrości ze strony służb specjalnych PRL.

Zacząłem więc ostrożnie, powoli drobnymi krokami go o wszystko wypytywać. Trwało to długie miesiące, może nawet lata. Udało mi się ustalić różne fakty, które powoli weryfikowałem nie angażując nikogo w moje działania. Aresztowanie Taty i jego pobyt w więzieniu wyglądał mniej więcej tak:

Ten chłopak, który go pilnował przy studni, gdy zostali sami powiedział mu, aby nie przyznawał się, że należał do jakiejś organizacji w czasie okupacji. Gdy jechali na wozie Wacek Kamiński, Łompieś i sołdat wypili po kilka łyków z manierki „na rozgrzewkę”. Woźnica pochodził z okolicy i był przypadkowo zgarniętym „do współpracy” przez Łompiesia. Podczas jazdy pytał, kiedy go puszczą. Łompieś odpowiedział, że po dowiezieniu aresztanta do więzienia.

Gdy przyjechali na miejsce, najpierw wprowadzili Tatę do jakiegoś małego pomieszczenia, w którym spisano jego personalia. Dokonał tego cywil Polak. Następnie zaprowadzono go do celi, w której było kilkunastu ludzi, w tym jeden folksdojcz, o czym poinformowali go współwięźniowie. O pozostałych współlokatorach Tata nic nie mówił. Także o posiłkach, warunkach spania, spacerach itp. „Klawiszami” byli Polacy, dość kulturalni. Po dwóch dniach Tatę zaprowadzono na rozmowę z komendantem więzienia, który pytał go przede wszystkim o przynależność do AK i jak udało mu się uciec z obozu w Pölitz, a także warunki pobytu w nim. Tata nie podawał szczegółów ani, że uciekali w grupie. Na zakończenie spotkania komendant powiedział, że Tata ma dzielnych synów, bo ich widział. Nie mówił, gdzie i w jakich okolicznościach. Początkowo bardzo się zdenerwował, bo myślał, że też zostaliśmy aresztowani. Później jakoś się dowiedział, że my tylko przychodziliśmy.

W dniu ósmego marca koło  ósmej – dziewiątej wieczorem pootwierano drzwi, a na korytarzu rozległy się głosy; „Polacy wychodzić”. Niektórzy wpadli w panikę, że są zabierani na rozstrzelanie, ale Tata od razu ich uspokoił, że nie tak zabiera się więźniów na śmierć. Do celi wskoczył młody chłopak z przyprawionymi wąsami i rewolwerem w ręku i zaczął ich poganiać. Folksdojcz ukląkł i płacząc prosił, aby mógł też iść. Czy wyszedł, nie wiem. Gdy wyszli z celi, na korytarzu Tata rozpoznał tego chłopaka, który go pilnował przy studni mimo, że ten miał przyprawione wąsy. Gdy przechodzili obok pomieszczenia kancelaryjnego Tata zobaczył, że wszyscy klawisze są przywiązani do krzeseł i odwróceni do ściany. Nigdzie nie było widać ani słychać żołnierzy sowieckich. Stojąc przez chwilę na dziedzińcu zostali poinformowani, że nie udało się wydobyć ich dokumentów. Po wyjściu mają dalej  uciekać na własną rękę. Wyzwoliła ich armia podziemna.

Po wyjściu z więzienia Tata od razu skierował się na dworzec kolejowy. Zawiesił się pod wagonem pociągu towarowego, przy którym doczepiona była lokomotywa pod parą a przy niej rozmawiali jacyś ludzie. Po chwili pociąg ruszył. Gdy był już za Łowiczem, jakoś wydostał się spod wagonu i usiadł na buforze. Tak dojechał w pobliże dworca Łódź Kaliska, skąd znanymi sobie ulicami dotarł na ulicę Żeromskiego.

Przebieg tej akcji od strony Szarych Szeregów został opisany w książce „Uwolnić Cyfrę”.

***

Łódź

Początki życia w Łodzi

Mama wstała wcześniej i już wyszła, gdy jeszcze spałem. Tata siedział przy stole, mając otwartą walizeczkę z narzędziami zegarmistrzowskimi, którą Mama zabrała z Przemysłowa i naprawiał igły do maszyny Dziadka Leona. Były one bardzo podobne do tych do zarabiania oczek w pończochach. Dziadek siedział przy swojej maszynie i kręcił korbą. Maszyna była wysoka jak słupek do kwiatów, na trzech nogach. Na górze, na pręcie założony był tytel z cienką, białą nicią. Spod maszyny zwisał kawałek białej pończochy. Gdy się temu przyglądałem Dziadek Leon objaśnił mnie, jak działa ta maszyna i że co pewien czas wychodzi z niej „lenderka” – taki rodzaj pończochy. To do tej maszyny Tata naprawiał igły, które się zepsuły. Gdy zapytałem o Mamę, Tata odpowiedział, że poszła na targ z wcześniej zrobionymi pończochami i może coś uda jej się sprzedać i coś kupić.

Mama wróciła w porze obiadowej. Ledwo ją rozpoznaliśmy. Była ubrana w zielone palto, na głowie miała zielony beret, a na nogach grube pantofle (tyrolki) na małym obcasie. Babcia Wanda pochwaliła, że tak się ubrała, bo wtedy będzie ją trudniej rozpoznać na mieście. Mama przyniosła butelkę oleju, kartofle i kawałek mięsa. Przy obiedzie opowiedziała, że spotkała znajomych z Warszawy, którzy handlują olejem przywożonym ze Skierniewic a tamte okrycia, w których przyjechała z Łowicza sprzedała na rynku komuś, kto dał dobrą cenę. Powiedziała także, że po rynku kręcą się jacyś ludzie zaglądający w twarze mężczyznom i porównują ze zdjęciami trzymanymi w ręku. Jest też kilka rosyjskich patroli z pepeszami. Nie widziała, żeby ktoś za nią szedł i obserwował.

Babcia Wanda bardzo się dziwiła, że Mama tak otwarcie i prosto mówi o tym przy mnie, na co Mama zauważyła, że przecież jesteśmy z Warszawy i mimo, że jesteśmy dziećmi, to wiemy, jak się zachować. Po obiedzie Mama z Babcią poszły na strych i wygrzebały jakąś starą walizkę na podróż po Jerzyka. Oczywiście i ja wkręciłem się do poszukiwań „skarbów” na strychu. Zobaczyłem małe skrzypce i kilka różnych metalowych przedmiotów, figurek, ramek itp. Mama zawyrokowała, że na ten temat porozmawiamy kiedy indziej.

Następnego dnia, jeszcze spałem, gdy Mama pojechała po Jerzyka. Tata w dalszym ciągu naprawiał igły. Siedziałem cicho w kącie, oglądałem i czytałem jakieś stare gazety albo drzemałem. Wszyscy czekaliśmy na powrót Mamy z Jerzykiem. Babcia usiłowała namówić nas, żebyśmy zjedli wszystko, co przygotowała na obiad, ale jakoś nam nie szło. Już było ciemno, gdy przyszli Mama z Jerzykiem. Cała podróż choć długa i w tłoku przebiegła spokojnie. Babcia została w Przemysłowie u Bieńków, ale miała codziennie chodzić do naszych gospodarzy.

Po powitaniach i kolacji Tata przeprowadził z nami poważna rozmowę. Mamy być grzeczni, nie wychodzić sami na dwór, tylko po uzyskaniu zgody Rodziców. Gdyby ktoś się pytał o nazwisko to nazywamy się Halski, a Tata jest w obozie w Niemczech, nie wiemy gdzie. Mama odpruła wszystkie „dowody” z naszych ubrań i przyszyła nowe z adresem i nazwiskiem Halski.

Mama przez następny dzień nie wyszła z domu. Odpoczywała. Po śniadaniu zabrała  się do przygotowywania do sprzedaży lenderek, które przez ten czas zrobił dziadek Leon. Najpierw je prała, potem suszyła na sznurku w kuchni i kolejno naciągała na płaskie „nogi” zrobiona z dykty. Na nich je prasowała przez mokry gałgan. Wszystko wychodziło bardzo ładnie. Po dwie jednakowej wielkości nawijała na tekturki tak, żeby się nie pogniotły. Dziadek Leon był bardzo zadowolony i „kręcił” pończochy jeszcze do późnego wieczora.

Przyszła do nas sąsiadka z poddasza pani Pełzowska. Nieduża, szczupła. Gdy zobaczyła Tatę rozpłakała się i rzuciła mu na szyję. Pamiętała go jeszcze z dzieciństwa. Wtedy dowiedzieliśmy się, że mieszkanie w którym jesteśmy, było mieszkaniem „służbowym” Dziadka Bolesława, gdy długo pracował w giserni w sąsiednim domu. Tata często tam przebywał. Tata opowiedział jej swoje dzieje od czasu, gdy wyjechali ze swoją Mamą – Babcią Kazimierą po pójściu Dziadka Bolesława na wojnę bolszewicką. Rozmawiali długo. Też dostała „instrukcję”, że mamy nazwisko Halski. Po obiedzie Babcia Wanda przyniosła ze strychu stare, przedwojenne książki, te których nie oddała Niemcom. Już mieliśmy zajęcie, było co czytać.

***

Alarm lotniczy

Kilka  dni później, gdy siedzieliśmy wszyscy przy obiedzie, zaczęły wyć syreny ogłaszające alarm lotniczy. Chwilę ich słuchamy. Tata wstaje, idzie do kuchni ze słowami: „zobaczymy, w którą stronę idą”. My obaj z Jerzykiem idziemy z nim. Tata staje na stołku podstawionym pod świetlikiem i uważnie rozgląda się. Schodzi ze słowami: „ee, jeden”. Wracamy do pokoju, do stołu. Przy stole jest tylko Mama, która mówi, żebyśmy jedli, bo obiad ostygnie. Babci i Dziadka nie ma. Uciekli do piwnicy. Po odwołaniu alarmu, wracają.

Nie mogą się nadziwić, że jesteśmy tacy odważni i nawet nie ruszyliśmy się z miejsca. Pod wieczór przychodzi pani Pełzowska z wiadomością, że wszyscy nas podziwiają za odwagę i że sąsiadka z parteru spadła ze schodów do piwnicy i złamała rękę. Jest to chyba jedyna strata w wyniku tego alarmu. Tata wyjaśnia, że ta nasza odwaga wynika z przyzwyczajenia do wojny. Wtedy dowiadujemy się, że w czasie wojny, a właściwie na dwa lub trzy dni przed ucieczką Niemców z Łodzi były dwa naloty lotnicze na miasto. Podczas jednego bomba wpadła do jakiegoś ogrodu i tylko poleciały wokół szyby. Za drugim razem, gdzieś w pobliżu Placu Wolności zniszczyła pół domu i zabiła jedną osobę.

Ogromne wrażenie jakie wywołało na mieszkańcach kamienicy nasze „bohaterstwo” uzmysłowiło mi – ośmioletniemu dziecku – jak bardzo można przyzwyczaić się do niebezpieczeństw i traumatycznych przeżyć a nawet zobojętnieć na nie.

***

Wiadomości z Zielonego Rynku

Przez kilka dni Mama chodzi na Zielony Rynek sprzedawać pończochy. Sprzedaje wszystkie, a ponadto handluje olejem, który bierze od jakiegoś znajomego z Warszawy. Za każdym razem przynosi dla nas jakieś ubrania i oczywiście żywność. Kiedyś , gdy przychodzi stwierdza, że już nie widać patroli rosyjskich i chyba szpicle też się wynieśli z rynku. My jeszcze nie wychodzimy na ulicę ani nawet na podwórko.

Któregoś dnia Mama przybiega zdyszana i opowiada, że spotkała się na rynku z Wujkiem Ziutem. Oczywiście ona go wypatrzyła, bo jeden w tłumie cywili był w mundurze oficera straży pożarnej. Przyjechał do Łodzi służbowo. Jego cywilna firma czyli PZUW będzie się reaktywować w Łodzi. Opowiedział, że Babcia jest bezpieczna dzięki pomocy braci zakonnych z Niepokalanowa. Po kilku miesiącach wypytałem o wszystko Babcię, która do końca miała bardzo dobrą pamięć. A było tak:

Kilka dni po naszej ucieczce z Przemysłowa, przyszedł do naszych Gospodarzy ksiądz ze Złakowa „po kolędzie” choć był już dawno Wielki Post. Akurat była u nich Babcia. Ksiądz chodził od chaty do chaty, więc nikogo to nie zdziwiło. Nic nie ukrywając opowiedział, że niedawno był u niego Łompieś i nakazał przeprowadzenie mu tajnej kontroli, czy nie ukrywa się gdzieś Tata i czy nie wiadomo, gdzie my znikliśmy. Jak coś będzie wiedział, to ma mu od razu donieść. Ksiądz wiedział, że my z Tatą mieszkamy u Kostrzewów (przecież prowadził kolędy z chórem z Przemysłowa), ale dla niepoznaki ruszył z wizytami wzdłuż całej wsi.

Gdy wyjaśnił z jakiego powodu jest jego wizyta, Babcia powiedziała, że nic o nas nie wie, bo synowa zabrała dzieci i nic jej nie powiedziała. Wspomniała też księdzu, że jej syn (Wujek Ziut) wspólnie z Ojcem Maksymilianem Kolbe zakładał w Niepokalanowie straż pożarną. Ksiądz doszedł jeszcze do końca wsi. Chyba dwa dni później przybiegł do naszych Gospodarzy kościelny z wiadomością, że Babcia ma następnego dnia stawić się na plebanii razem z „całym dobytkiem”, (a miała wszystko w zawiniątku w chustce). Babcia już nie wróciła do Bienków tylko wcześnie rano pan Gospodarz odwiózł ją na plebanię. Po południu przyjechali wozem dwaj braciszkowie z Niepokalanowa i zabrali ją do siebie. Stamtąd po kilkunastu dniach została dowieziona do Boernerowa, do Wujka Edka.

***

Praca Taty i mieszkanie

Po tych wiadomościach Tata postanowił szukać pracy. Miał już „zrobioną” kenkartę, którą Mama ocaliła, gdy Tatę zabierali do obozu z Pruszkowa. Pokazał nam ją, (właściwie chodziło o to, żeby Jerzyk widział), że Tata ma jedno imię Czesław. Mnie zawsze wystarczało słowo. Mama już kupiła mu na Zielonym Rynku ciemno szary, używany garnitur i ładne prawie nowe pantofle.

Wyszedł po śniadaniu. Na obiad jeszcze nie wrócił, ale od razu zapowiedział, że nie będzie go długo. Gdy przyszedł dobrze po obiedzie, zaczął opowiadać. Wybrał się na Piotrkowską. Tam trafił na czynny już sklep jubilerski kolegi z Warszawy, pana Moszczyńskiego. Powiedział mu, że właśnie wrócił z obozu, jeszcze nie wie, gdzie jest rodzina i szuka pracy, żeby starać się o mieszkanie i nas odnaleźć. Pan Moszczyński pokierował go prawie naprzeciwko do rosyjskiej firmy wojskowej „Wojentorg”. Była to wielobranżowa firma usługowa pracująca dla rodzin oficerów armii sowieckiej.

Tata natychmiast tam poszedł. Był to sklep na Piotrkowskiej 29. Przyjął go kierownik zakładu, kapitan NKWD słabo mówiący po polsku. Tata powtórzył, że właśnie przyjechał z obozu pod Gdańskiem (trwała wojna i Pölitz jeszcze było niemieckie, więc nic o nim nie mówił). Pokazał kenkartę. Chce zatrudnić się, bo jest zegarmistrzem, czy przypadkiem nie ma dla niego pracy. Oficer popatrzył na Tatę i zapytał skąd ma taki garnitur. Tata przygotowany na takie pytania bez wahania opowiedział, że gdy wędrował przez Bydgoszcz, wstąpił do jakiegoś opuszczonego, poniemieckiego mieszkania, tam znalazł odpowiedni garnitur i dlatego jest taki elegancki. Obaj napsioczyli na hitlerowców.

Kierownik nazywał się Szer. Tata po jego akcencie stwierdził, że jest rosyjskim Żydem, możliwe, że z polskim rodowodem. Zaprosił Tatę do warsztatu. Była to dość duża hala, w której przy zegarmistrzowskich stolikach siedziało już dwóch ludzi i naprawiali zegarki. Pozostałe stoliki były wolne. Poprosił Tatę, aby sobie wybrał jeden z zegarków i spróbował go naprawić. Tata wziął jakiś kieszonkowy i poprosił o narzędzia. Zauważył przy tym kątem oka, że jeden z pracowników uważnie mu przygląda się. Tata usiadł do wolnego stolika. Otworzył zegarek popatrzył i powiedział, że w nim trzeba wymienić oś balansową (jedno z najczęstszych uszkodzeń zegarków sprężynowych).

Na to kierownik zapytał tego przyglądającego się, czy zgadza się z takim werdyktem. On odpowiedział, że oczywiście tak i można Tatę przyjąć. Od razu Tata dostał stolik i propozycję, żeby naprawił budzik FG. Po pół godzinie budzik chodził. Tata natychmiast dostał jakąś zapłatę i uzgodnili, żeby zaczął pracę od jutra rana i codziennie po zakończeniu pracy będzie dostawał wypłatę za wykonaną pracę. Było to naturalne, ponieważ natychmiast potrzebował jakiejś gotówki na przeżycie. Jeszcze dziś ma poszukać sobie jakiegoś tymczasowego mieszkania. Jutro dostanie odpowiedni papier, aby mógł pójść do urzędu kwaterunkowego i załatwiać przydział lokalu, bo w Łodzi jest dużo wolnych mieszkań.

Na drugi dzień, Tata pracował do południa. Przez ten czas kierownik wystawił mu odpowiedni dokument, z którym Tata poszedł do urzędu. W urzędzie pracowało sporo osób, które dopiero co przyjechały z Warszawy, więc nie było żadnych trudności. Powiedział, że chciałby od razu większe mieszkanie, bo wtedy sprowadzi żonę i dzieci. Po dwóch dniach Tata otrzymał nakaz na mieszkanie pod adresem Zawadzka 16a m 3.

Z tym nakazem Rodzice, tego samego dnia poszli do dozorcy domu, który tam pracował jeszcze przed wojną. Nazywał się Kulesza i mieszkał tylko z żoną. Dom jest pożydowski, który zajęli Niemcy po wypędzeniu Żydów. W naszym mieszkaniu był jakiś dziwny niemiecki urząd. Podobno, na naszej klatce na trzecim piętrze mieszkają już jacyś warszawiacy z dziewczynką, a w oficynie w podwórku jakiś robotnik z dwoma synami. Też Polak, który mieszkał tam przed wojną. Z tymi wiadomościami przyszli Rodzice dopiero wieczorem. Następnego dnia, w Niedzielę Palmową 25 marca 1945 r. była przeprowadzka.

Legitymacja służbowa Ryszarda Haltera w Wojentorgu po zamianie na firmę polską. Źródło: pryw. arch.

***

Nowe mieszkanie. Dom.

Wcześnie rano dostaliśmy od Dziadków stolik pod radio, kilka materacy, poduszkę i zupełnie dobry, czerwony czajnik. Tata wszystko spakował między nogi stolika i owiązał sznurkiem. Umówiliśmy się, że przyjdziemy za tydzień na świąteczne śniadanie ale możliwe, że będziemy zaglądać jeszcze w ciągu najbliższych dni po coś, co może nam się przydać. Mama będzie także jeszcze przychodzić po lenderki i nimi handlować. My „w pełnym umundurowaniu” to znaczy z chlebakami i zrolowanymi kocykami, Mama z czarną torbą i walizką, z którą była po Jerzyka. Tata zgarbiony, niósł na plecach stolik do góry nogami. Ja dodatkowo miałem  w ręku czajnik. Szedłem  w swoich za dużych butach, tych od rosyjskiego żołnierza – Polaka z Wilna. Szliśmy najprostszą drogą, aby nauczyć się trasy. Co pewien czas przystawaliśmy, żeby Tata mógł się wyprostować. Na ulicach nie było „żywego ducha” pewnie wszyscy jeszcze spali. Najpierw poszliśmy  ulicą Żeromskiego. Doszliśmy do Zawadzkiej, skręciliśmy w prawo. Przecięliśmy ulicę Gdańską, na której są tory tramwajowe. Dopiero teraz zauważyłem, że są dużo węższe niż warszawskie. Przy następnej przecznicy – ulicy Wólczańskiej stoi nasz dom. Wejście ma od ul. Zawadzkiej. Dom jest narożny. Sam narożnik jest ścięty a w nim jakieś drzwi – może od sklepu. Następnie trzy średnie, zamknięte deskami sklepy. Budynek jest trzypiętrowy, bardzo wysoki.

Wejście prowadzi na przejściową klatkę schodową. Po kilku schodkach widać wyjście z klatki na podwórko. W pierwszych drzwiach na prawo mieszkał pan Dozorca. Prowadził nas przez małe, kwadratowe podwórko, na którym stoi trzepak i drewniany śmietnik. Podwórko otaczają dwie oficyny. Wchodzimy do długiej bramy, przez którą jest wyjazd na ul. Wólczańską 2. W bramie, blisko wejścia znajduje się szerokie wejście do dużej, eleganckiej, pałacowej klatki schodowej z marmurowymi schodami. Kiedyś klatki pilnował portier w budce stojącej na klatce przy wejściu. Balustrada poręczowa jest pięknie wykuta. Poręcz jest długa, oceniłem, że bardzo dobra do zjeżdżania, ale tego nie powiedziałem głośno. Schodów jest bardzo dużo. Na półpiętrze, zatrzymaliśmy się na chwilę na odpoczynek. Słyszymy, że wysoko nad nami jacyś ludzie wychodzą z mieszkania. Wolno podchodzimy jeszcze pół piętra do naszych drzwi, gdy ci państwo z góry dochodzą do nas.

Mama woła: „Janka !”,a ta pani:- Marysia !”. To Pani Janka Machowa, Mamy przyjaciółka jeszcze z lat panieńskich mieszkająca na Wroniej przy Krochmalnej. Idzie z córką Wiesią i mężem Stachem do kościoła. Oni dostali kilka tygodni wcześniej mieszkanie na trzecim piętrze nad nami, całkowicie umeblowane, nawet z zastawą stołową. Umawiają się z Rodzicami na spotkanie u nich po południu, a teraz idą do kościoła na Piotrkowską przy Placu Wolności.

Wchodzimy. Tata stawia stolik tak jak niósł – na blacie w holu. Usiedliśmy na podłodze opierając się o ścianę. Musimy odpocząć. Po kilkunastu minutach wstajemy. Tata zaczyna nas oprowadzać. Olbrzymi przedpokój jest dość widny, ponieważ wszystkie drzwi z jednej strony przedpokoju są do połowy oszklone matowymi szybami.

Mieszkanie jest niesamowicie wielkie i bardzo wysokie. Później dowiedziałem się, że ma 4,8 m. Sufity są ozdobione sztukateriami. Pokoje zaśmiecone. W jednym stoi wojskowe łóżko, w drugim dwie żołnierskie szafy – jedna dwudrzwiowa druga trzydrzwiowa. W kuchni duży, biały kredens, a na kuchni dwupalnikowa kuchenka gazowa. Poza tym jest sterta tektury falistej i rozwalonych pudeł. We wszystkich oknach od ulicy szyby zewnętrzne są wybite, wyraźnie wepchnięte przez podmuch do  środka. W ostatnim pokoju stoją wyjęte wewnętrzne okna i ramy do zaciemniania okien oklejone czarnym papierem. W każdym pokoju wzdłuż listew przyściennych wiązki jakichś tajemniczych kabli w metalowych pancerzach. W futrynach drzwi między przedostatnim a ostatnim pokojem założono jeszcze jedne, wytłumiane drzwi od strony ostatniego pokoju. W ogródku po przeciwnej stronie Wólczańskiej widać niedbale zasypany dół. Później dowiedziałem się, że to tam uderzyła jedna z dwóch bomb, które spadły na Łódź w czasie całej wojny. To jej wybuch wybił nasze szyby.

Na szczęście wszystkie szyby w kuchni i w pokoju od podwórka są całe. Tam z Tatą przenosimy łóżko i przesuwamy szafy. Mama stara się uporządkować tektury. Tata sprawdza czy leci woda z kranów w kuchni i łazience. Jest brudna więc ją spuszczamy. Tata próbuje zapalić gaz w kuchence, ale po chwili blady płomień powoli gaśnie. Po kilkunastu minutach sytuacja powtarza się. Tata dochodzi do wniosku, że gdzieś rura jest zapchana. Powoli we trzech sprawdzamy, gdzie może być pierwszy rozkręcany gwint. Jerzyk jest dumny, bo świeci Tacie swoją latarką. Dochodzimy do małej spiżarni w małym przedpokoju, w której na dole jest umieszczony gazomierz. Kurek przed nim jest otwarty, to znaczy, że rura jest zapchana jest gdzieś przed gazomierzem. Nie mamy żadnych narzędzi, więc Tata poszedł do pana Dozorcy po jakieś klucze. Przynosi duży klucz tzw. żabkę, kombinerki i długi, gruby, prosty drut. Na jego końcu robi haczyk, aby to czym jest rura zapchana dało się wokół niego owinąć. Cały czas objaśnia co robi, żebyśmy na przyszłość pamiętali. Gdy już wszystko jest przygotowane do pracy, Tata otwiera wszystkie drzwi i okna w kuchni i pokoju od podwórka. Robi przeciąg, aby gdy odkręci gazomierz, gaz szybko był wywiewany z mieszkania. Każe nam stanąć w holu blisko drzwi od małego przedpokoju. Bierze od Jerzyka latarkę, którą zapala na stałe i ustawia w kącie. W tym czasie Mama także staje za nami, ale Tata każe jej się schować, aby w razie wybuchu w pobliżu był ktoś zdrowy. Gdy już jest wszystko przygotowane i zabezpieczone Tata mówi głośno: „uwaga !”.

Oczywiście, mimo zakazu lekko wychylam się zza futryny i podglądam, co robi. Tata zaczyna odkręcać gazomierz od strony odbioru. Gazu nie słychać. Zatem odkręca nakrętki przed gazomierzem. To samo, choć nieco gaz czuć. Widać pakunek jest nieszczelny. Wolno wkłada drut haczykiem do rury i zaczyna ostrożnie nim kręcić. Po chwili pociąga go w dół, wyciąga z rury kawał szmaty. Gaz bucha i zaczyna go mocno czuć. Dobrze, że wszystko jest otwarte i jest przeciąg. Tata zakłada gazomierz. Okazuje się, że są w nim dobre uszczelki, więc po kilkunastu minutach gaz już się nie ulatnia. Wychodzimy wszyscy na balkon, żeby pooddychać świeżym powietrzem.

Wracamy, Tata przy pomocy zapałek sprawdza, czy nie ma gdzieś jakiejś nieszczelności. Dociąga jeszcze raz nakrętki przy gazomierzu i idziemy do kuchni zapalić gaz w kuchence. Wszystko jest w najlepszym porządku. Przez ten czas czajnik dobrze się wypłukał. Dwa razy go wygotowujemy. Kilka dni później Mama jeszcze go przemywa gorącym octem, żeby pozbyć się kamienia. Teraz gotujemy pierwszą własną herbatę (tak nazywamy skórki od różnych owoców, drobno pokrojone i wysuszone), którą pijemy z naszych kubeczków wyniesionych z Powstania w chlebakach. Niestety później gdzieś zaginęły, mimo że bardzo starannie je chroniłem.

Po herbacie Tata odnosi pożyczone narzędzia i przynosi wysoką, stojącą drabinę. Będzie zakładanie wewnętrznych okien i czyszczenie z resztek szyb okien zewnętrznych. Mama przynosi od pani Dozorczyni małą miotłę. Tata wchodzi na drabinę a Mama podaje mu jeden oberluft. Jest bardzo ciężki. Ledwie daje się go Tacie założyć. Zatem będą założone tylko dolne skrzydła. Reszta musi poczekać.

Mama rozkłada przyniesione z Żeromskiego materace na łóżku, pod które podkłada tektury. Kładzie na nich dużą płachtę jako prześcieradło. Nagle chwieje się i i osuwa na podłogę. Podbiegam do niej, dotykam czoła jest rozpalone. Wołam Tatę z dużego pokoju. Jerzyk jest przerażony. Tata układa Mamę na łóżku i nakrywa wszystkim co mamy. A nie mamy nic prócz naszych kocyków, palt, marynarek i ręczników.

Tata biegnie na górę do pani Janki. Ona ma tylko motopirynę (obecnie aspiryna). Zbiega z Tatą i radzą, co robić. Mama jest na pół przytomna. Czasem coś mówi, czego nie rozumiem. Najgorsze, że jest niedziela i nie ma kogo zapytać o lekarza. Pani Janka biegnie do pani Dozorczyni zapytać o jakiegoś lekarza . Dowiaduje się, że przed wojną leczył ich lekarz Żyd, ale go zabili Niemcy. Później od czasu do czasu można był dostać się do lekarza Niemca, który teraz uciekł.

Po jakimś czasie, po motopirynie zaczyna Mamie spadać gorączka. Pani Janka wraca do siebie, ale po pewnym czasie wraca z mężem i Wiesią i znoszą nam gorący, prawdziwy dwudaniowy obiad, który dogrzewamy na naszej gazowej kuchence. Może to było zatrucie gazem, a może przemęczenie wszystkimi przejściami. Tata nie pozwala już Mamie wstawać. Ma leżeć do jutra. Razem z panem Stachem próbują jeszcze założyć choć jeden oberluft. A łącznie jest ich jedenaście. Nie udaje się.

Powoli robi się ciemno. Wtedy dostrzegamy, że brakuje żarówek w oprawach. Widać, że są potłuczone. Pan Stacho pożycza nam dwie słabe, które Tata wkręcił po wykręceniu resztek tych potłuczonych. Tylko w naszym, pierwszym pokoju i w kuchni. Oprawki są w metalowych talerzach pomalowanych od spodu na biało, takich jak w przychodniach, sklepach, urzędach. Jeszcze przez chwilę dorośli rozmawiają na temat podłości Niemców, którzy uciekając mieli czas na potłuczenie żarówek i zapchanie rury gazowej i że trzeba bardzo uważnie rozpalać ogień w piecach, bo mogą tam też być niespodzianki. Tata od razu wstaje i mocno zakręca śruby przy drzwiczkach we wszystkich piecach. W kuchni też nie wolno palić ani do niej zaglądać.

Gdy pani Janka z mężem poszła do domu, układamy dla nas trzech posłania z tektur. Na spód idzie kilka warstw tektury falistej, żeby było ciepło i żeby wydawało się, że jest miękko. Mama musi leżeć na łóżku z materacami. Nasze posłania wyglądają jak budki, ponieważ, żeby było cieplej Tata porobił nad nimi niskie daszki z klapkami. Gdy już leżymy, jeszcze przychodzi pani Janka i przynosi chleb i coś do niego na jutro na śniadanie. Obiecuje, że jutro przyniesie jakiejś gęstej zupy, żebyśmy się najedli. Tata przecież musi iść do wojentorgu do pracy.

Gdy rano Tata wstaje, wstaję razem z nim. We dwóch (Jerzyk udaje, że śpi) odbywamy „naradę wojenną”. Mamie trzeba dać śniadanie, zrobić herbatę. W tym celu Tata robi mi dodatkowe przeszkolenie jak zapalać gaz. Gdy Mama będzie najedzona, Jerzyk ma z nią zostać a ja mam pójść na „rozeznanie terenu”. Mam obejść cały budynek, sprawdzić które mieszkania są zajęte, które wolne i czy w tych wolnych niema czegoś przydatnego dla nas, oczywiście jeżeli są otwarte. Mam tylko obawy czy Jerzyk będzie chciał zostać z Mamą i czy gdyby zaszła taka potrzeba pobiegnie do pani Janki po pomoc. Dla mnie to żadna sprawa, przecież jestem „szprync”. W tym momencie w kuchni pojawia się Jerzyk. Tata już musi wyjść, więc każe mu wziąć sobie śniadanie i pozostać przy Mamie tak, jak ustaliliśmy.

Budzi się Mama, ja przygotowuję herbatę. Ponieważ czajnik jest ciężki, to nalewam do niego wodę na kuchence nosząc kilka kubków od zlewu. Jerzyk zabiera się do krojenia chleba jak „pies do jeża”. Ponieważ Mama musi szybko się najeść, wszystko robię ja. Gdy wszytko jest przygotowane on zanosi Mamie do łóżka za słowami:-„zrobiłem tobie śniadanie”. Mama na to (chyba wcześniej się obudziła): „dobrze, że Marek nie skaleczył się przy krojeniu chleba i nie poparzył przy zapalaniu gazu.”

Je śniadanie, a ja opowiadam co ustaliliśmy z Tatą. Mama jeszcze dodaje, że gdybym znalazł coś ciekawego, to mogę przynieść pod drzwi kuchenne, które są zamknięte tylko na wielką zasuwę od wewnątrz. Od razu podejmuję decyzję, że najpierw wyjdę na klatkę kuchenną i nie będę musiał chodzić przez podwórze.

Gdy Mama kończy śniadanie wychodzę na kuchenną klatkę i od razu schodzę na parter. Obydwa mieszkania są otwarte, nikt w nich nie mieszka. W jednym znajduję szczotkę na kiju, a pod drugimi drzwiami pęk kluczy na dużym, drucianym kółku. Drzwi są otwarte. W całym lokalu znalazłem tylko mały stołek. Wszystko kolejno w miarę moich możliwości zanoszę do domu. W pozostałych mieszkaniach na tej klatce znajduję jeszcze całkiem dobre wiadro i dwa gięte, lekkie krzesła. Jest jeszcze kwadratowy stół, ale jest dla mnie za ciężki. Gdy schodzę z ostatnim krzesłem, w domu jest Tata z panem doktorem Pertyńskim. To znajomy Rodziców od 1931 roku.

***

Doktor Pertyński

Na początku siedzimy w kuchni, bo pan Doktor bada Mamę. Gdy skończył, Tata pozwala nam wejść i przedstawia nas. Pan Doktor przygląda się nam bardzo uważnie i mówi, że ostatni raz widział nas, gdyśmy się rodzili. Chwali nas, że tak ładnie porośliśmy, że przeżyliśmy szczęśliwie Powstanie i całą tułaczkę. Mamie każe jeszcze poleżeć co najmniej przez trzy dni, ponieważ musi odpocząć, bo jest bardzo osłabiona.

Pyta mnie, kim będę gdy dorosnę. Odpowiadam, że inżynierem. Na to Jerzyk naburmuszony, że nie jego pierwszego zapytał, mówi: A ja będę lekarzem”. Pan Doktor na to, że inżynier to bardzo ważna praca. Buduje domy, mosty, samoloty i projektuje narzędzia i aparaty, którymi posługuje się lekarz. Nie wolno go lekceważyć. Tata spotkał pana Doktora przypadkiem, gdy wchodził od podwórka w drzwi pracowni wojentorgu. Pan Doktor akurat schodził ze schodów. Okazało się, że mieszka w mieszkaniu nad pracownią. Gdy spojrzeli na siebie Tata zawołał: „z nieba mi pan spadł”. On na to śmiejąc się: „bardziej ze schodów”.

Tata powiedział mu natychmiast o Mamie. On pracujący już wtedy w szpitalu wrócił się na chwilę do mieszkania po jakieś lekarstwa. Tata przez ten czas powiadomił kolegów, że trochę się spóźni. Po drodze obaj opowiedzieli sobie trochę, co przeżyli do tej pory.

Ponieważ Tata musiał pójść do pracy wyszli razem. Pan Doktor zapowiedział, że wieczorem zajrzy i jeszcze raz przykazał, abyśmy pilnowali, żeby Mama nie wstawała. Przedtem Tata jeszcze tylko na chwilę wyszedł ze mną do otwartego mieszkania po stół.

***

„Rozpoznanie terenu”

Po wyjściu Taty kontynuowałem „rozpoznanie terenu”. Na naszej głównej klatce niezamieszkałe były tylko trzy mieszkania, ale zamknięte. Wyszedłem na podwórko. Akurat pan Dozorca coś robił przy otworze w środku podwórka. Zapytałem, co to za urządzenie. Odpowiedział, że to hydrofor, który pompuje wodę do zbiornika umieszczonego ponad najwyższym mieszkaniem na rusztowaniu w kuchennej klatce schodowej. Pozwolił mi zajrzeć do środka. Pokazał sinik elektryczny i pompę. Gdy zapytał, po co wyszedłem, odpowiedziałem, że chcę zwiedzić dom, aby wiedzieć gdzie mieszkają jacyś chłopcy, gdy będę chciał pograć w piłkę. Gdy rozmawiamy, spod drzwi ogólnodostępnego szaletu wybiegł wielki szczur i kieruje się prosto do śmietnika. Ten szalet okropnie cuchnie. Na podwórku jest jeszcze drewniany trzepak, ale nie można się na nim przewinąć tak, jak na naszym, metalowym na Grzybowskiej.

W kącie, przy wejściu do oficyny naprzeciw nas stoi skrzynia do magla. Obok w dół prowadzi kilka schodków do sutereny pod kamienicę frontową i to wszystko. Podwórko jest bardzo małe. W Warszawie nazywaliśmy takie podwórka studnią.

Za to brama wychodząca na ul. Wólczańską była długa i świetnie nadawała się do gry w piłkę. W połowie jej długości, po przeciwnej stronie wejścia do naszej klatki jest jeszcze wejście do mieszkania, którego drugie drzwi wychodzą na klatkę kuchenną. To pod nimi znalazłem ten pęk kluczy, ale zgodnie z zasadą dyskrecji nic nie powiedziałem o tym nikomu tylko Tacie.

Przez klatkę przejściową wyszedłem na ulicę Zawadzką. Rozglądam się uważnie jak w czasie okupacji gdy musiałem zapamiętać gdzie i ile było płyt chodnikowych i wartownicy niemieccy. Zaraz obok wyjścia, po lewej stronie w kierunku Wólczańskiej są trzy sklepy. Jest już prawie południe a drzwi wejściowe i wystawy są zasłonięte deskami. To znaczy, że nieczynne. Idę w prawo mijam dwa zamknięte sklepy naszego domu, zamkniętą bramę jakiejś fabryki. Przez szparę we wrotach widzę wielki komin fabryczny. Dalej jest mur aż do przecznicy, którą jeżdżą tramwaje. W ściętym narożniku czarnego domu bez okien są szerokie drzwi, ale zamknięte. Na tablicy czytam, że jest to ulica Zachodnia. Jezdnia jest wybrukowana wielkimi „kocimi łbami” tak jak Zawadzka i Wólczańska środkiem prowadza szyny tramwajowe.

Nie przechodzę przez Zachodnią, tylko po drugiej stronie Zawadzkiej wracam do domu. Jest kilka sklepów, ale większość zamkniętych. Na szczęście jest sklep z pieczywem. Tam dowiaduję się, że działająca apteka znajduje się na ul. Piotrkowskiej prawie naprzeciw kościoła garnizonowego. Myślę, że jutro lub pojutrze trzeba będzie tam zrobić wycieczkę. Powoli dochodzę do naszego domu. Mijam go. Chcę obejrzeć nasz dom z przeciwnej strony ulicy. Wchodzę w Wólczańską, dochodzę do bramy ogrodu. Odgaduje szybko, które okna są nasze, ale ponieważ brama do ogrodu jest otwarta wchodzę. Idę prawie prosto do klatki schodowej prowadzącej do oficyny, którą widać z naszych okien. Wszystko jest pootwierane. Idę ostrożnie jakby miał znienacka wyskoczyć szkop. Wszystkie okna oficyny nie mają szyb. Wybuch tej bomby wybił nie tylko nasze szyby. Wchodzę na klatkę schodową. Na parterze dwa otwarte mieszkania. W jednym z nich, w pierwszym pomieszczeniu na oknie w jednym pudełku leży kilka żarówek, a obok w drugim „korki” (bezpieczniki takie jak przy liczniku). „Korki” ładuję do kieszeni, a żarówki zabieram z pudełkiem. Wychodzę na ulicę przez nikogo nie zaczepiany, bo nigdzie ani na podwórku ani w ogrodzie nie widać ludzi.

Do naszego domu na Wólczańskiej przylega dom  wielkością podobny do naszego. Dalej za nim drewniany płot idący wzdłuż ulicy. Szybko wracam do domu. Mama zaczyna się niepokoić, ale swoją „zdobyczą” bardzo ją ucieszyłem.

Wracam w porę bo pani Janka akurat przyniosła galar „zupy śmietnik”, w której oprócz różnego zielska i kartofli pływają kawałki mięsa. Mama jest rozczulona i jak to u kobiet bywa obie popłakały się. Tata z pracy wraca z kolegą, panem Górnym, który w pracowni siedzi obok Taty. Jest łodzianinem. We dwóch szybko zakładają resztę wewnętrznych oberluftów i okien. Bardzo spieszy się do domu ale mówi, że Tata może liczyć na jego pomoc. Gdy wyszedł, Tata usiadł do zupy. „Składam meldunek” Tacie z mojej wyprawy. Uzgadniamy, że następnego dnia pójdziemy z Jerzykiem „na dokładne rozpoznanie” do domu Wólczańska 1, tego z ogrodem. Jeszcze przed zmrokiem Tata wkręca wszystkie żarówki. Wieczorem jest widno w całym mieszkaniu.

***

Rozpoznanie na Wólczańskiej

Gdy doszliśmy z Jerzykiem do klatki schodowej w oficynie mówi, że on postoi na warcie, a ja mam iść po mieszkaniach. Wyraźnie boi się wejść do pustego domu. Dla mnie to pestka. Jeszcze raz zaglądam do mieszkania na parterze. W ostatnim pokoju, do którego poprzednio nie wchodziłem, bo zajęty byłem żarówkami stoją dwa duże stoły z szufladami i taboret. W mieszkaniach na pierwszym i drugim piętrze są przede wszystkim sterty rupieci, więc ich nie przeglądam. Szkoda czasu. Na trzecim piętrze w jednym mieszkaniu są dwa ładne, lekkie krzesła z giętymi plecami. Składam jedno na drugie i wynoszę z mieszkania, ale przy schodzeniu ze schodów spadam razem z nimi na półpiętro. Jedno zostawiam, a z drugim schodzę. Jerzyk mnie prowadzi. Dopiero Mamie zdaję relację z przebiegu „rozpoznania”.

***

Zjadamy resztę wczorajszej zupy. Mama pyta mnie czy trafiłbym do Taty, żeby mu powiedzieć o stołach. To bardzo daleko. Na Piotrkowskiej przy Śródmiejskiej. Decyduję się. Przecież w Warszawie nie raz chodziłem do sklepu na róg Grzybowskiej i Żelaznej, a na druga stronę do składu aptecznego lub mydlarni to prawie codziennie. Wychodzę i zapowiadam, że będę późno. Tak jak Tata.

Droga jest długa. Idę rozglądając się uważnie. Staram się zapamiętać poszczególne miejsca. Mijam Zachodnią dochodzę do Piotrkowskiej. Na Zawadzkiej od Zachodniej do Piotrkowskiej jest dużo sklepów, ale większość nieczynnych. Nie przechodzę przez jezdnię, tylko skręcam w prawo w Piotrkowską. Dla pewności czytam tablicę z nazwą ulicy. Po drodze mijam sklepy, większość zamkniętych. Środkiem asfaltowej jezdni jeżdżą tramwaje. Każdy nad pomostem motorniczego na śmieszny kominek, na którym jest słabo widoczny numer. W Warszawie są białe, duże tarcze z dobrze widocznym numerem. Nagle za przejeżdżającym tramwajem po drugiej stronie widzę duży, zielony szyld „JUBILER” a pod nim mniejszymi literami nazwisko Moszczyński. To ten kolega, o którym Tata mówił. A zatem już jest niedaleko. W razie czego mam gdzie wejść i zapytać się. Jeszcze jeden dom i widzę sklep z zegarami na wystawie. Po drugiej stronie bramy fryzjer. Numer 29 na bramie też się zgadza. Wchodzę w podwórze. Patrzę w prawo, w pierwszym oknie przy stoliku pod lampą siedzi pochylony Tata.

Idę do klatki schodowej, wchodzę do długiej hali, w której siedzi w rzędzie pod oknami kilku panów. Tata jest na końcu tego rzędu to znaczy pierwszy od strony sklepu. Mówię głośno „dzień dobry”. Wszyscy się odwracają do mnie, a Tata do mnie wstając pyta się skąd się wziąłem i co się stało. Przedstawia mnie wszystkim:- „to jest mój młodszy syn, Marek”.

Mówię mu, jak mi się wydaje cicho, że znalazłem dwa stoły, ale są ciężkie i nie dam rady z Jerzykiem ich przynieść. Na to odwraca się do nas pan Górny, który siedzi obok Taty, że wpadnie na chwilę ale już pod wieczór, to Tacie pomoże.

Wojentorg. Ryszard Halter przy pracy. Fot. z pryw. arch.
Zespół zegarmistrzów Wojentorg, 25 czerwca 1945 r . Ryszard Halter najdalej przy ścianie, obok niego pan Górny. Fot. z pryw. arch.

Mówię też, że w bramie jest zakład fryzjerski, może bym się ostrzygł. Któryś z panów na to, że należy mi się taka nagroda. Tata idzie ze mną do pana fryzjera, przedstawia mnie (już się znają). Mam poczekać aż dokończy strzyżenie klienta i potem po ostrzyżeniu szybko mam wracać do domu, żeby Mama nie denerwowała się. Po paru minutach siadam na fotelu, a pan fryzjer mówi, że tu wszyscy są z Warszawy. Nie dziwi się że trafiłem do Taty bo jestem przecież warszawiak z Woli.

Potem, podczas strzyżenia rozmawiamy o Powstaniu. Na zakończenie, gdy schodzę z fotela i mówię, że Tata zapłaci, on na to, że pierwszy raz jest gratis. Wracam możliwie szybko do domu. Mama gdy zobaczyła mnie ostrzyżonego od razu wrócił jej dobry humor.

Wieczorem, gdy już jest ciemno, przychodzi Tata z panem Górnym. Prowadzę ich po stoły. Przynoszą je kolejno. Przez ten czas idę na górę po to „upadnięte „krzesło”. Pan Górny idzie do domu, a Tata przynosi jeszcze taboret, bo dla Jerzyka jest za ciężki. Jeden stół idzie do kuchni, drugi do trzeciego pokoju – tego najmniejszego. Na kolację dostajemy po dużej porcji ciasta, które upiekła i przyniosła pani Janka. Jemy w kuchni przy stole, który mimo zakazu Jerzyka Mama umyła gorącą wodą. Jestem bardzo zmęczony. Tata zatyka wannę korkiem z gałgana bo żadnego innego nie ma. Nalewa galar wody zagrzanej na maszynce gazowej w kuchni, napuszcza trochę zimnej i tak się myję. Potem idę do „budki” spać.

Mimo, że następnego dnia mam wolne od poleceń bo przespałem wyjście Taty do pracy, wychodzę na ulicę. Pierwsze co widzę, to że pan Dozorca pomaga jakiejś pani otworzyć sklep pierwszy z brzegu po prawej od wejścia. Na moje „dzień dobry” pan Dozorca odpowiada, że od jutra będzie gdzie kupować jedzenie.

Na to pani, śpiewnym akcentem mówi, że zamówienia będzie przyjmować już dziś po południu. Wracam z tą nowiną do Mamy, która postanawia zaraz zejść i porozmawiać. Jerzyk coś protestuje, ale Mama nie zwraca na niego uwagi i we dwoje wychodzimy. On ma zostać, ale podnosi krzyk, że też chce wyjść. Mama przez parę minut rozmawia z panią. Okazuje się, że jest z Wilna i straciła w wojnie cała rodzinę. Męża wywieziono na Syberię i nie dawno dostała wiadomość, że nie żyje. Dlatego wypuścili ją do Polski. Od tej pory w naszych określeniach figuruje jako pani Wilnianka.

Mama chce zobaczyć gdzie jest szkoła dla nas. Ta sama, do której już chodzi Wiesia. Idziemy do ulicy Gdańskiej, przechodzimy na drugą stronę, uważnie bo Gdańską jeżdżą tramwaje. Po przeciwnej stronie, na lewo od skrzyżowania w drugim domu pod numerem 29 mieści się szkoła podstawowa nr. 36. Dom jest trzypiętrowy, ciemny, dość brudny i trochę poobijany.

Zaczniemy chodzić po Świętach Wielkanocnych. Wracamy Aleją 1-go Maja. Po drodze, jeszcze na Gdańskiej mijamy zakład szklarski. Mama wchodzi i pyta o możliwości wstawienia szyb i ceny. Pan szklarz jest dobrze zorientowany, o który dom chodzi. Też jest z Warszawy. Ma wnuka, który chodzi do szkoły na Gdańską. Mówi, że tam więcej niż połowa nauczycieli to warszawiacy. Ma niepisaną umowę ze szkołą, że jeżeli wyleci jakaś szyba on wstawia w pierwszej kolejności. A pieniądze dostaje wtedy gdy szkoła ma.

Szklenie naszych okien będzie dopiero po świętach. Trzeba uzbierać trochę pieniędzy, a my do szkoły musimy mieć jakieś normalne obuwie i ubrania. Pan szklarz umawia się że jeżeli tylko damy znać, to on wstawi na kredyt. Wracamy. Jeszcze idziemy kawałek Zawadzką w kierunku Piotrkowskiej. Kupujemy pieczywo, dużą puszkę marmolady, kilogram cukru (Łodzianie mówią na cukier – faryna – zniekształcenie niemieckiego słowa) i kartofle. Mama jest bardzo zmęczona. Kładzie się na łóżku w ubraniu.

***

Po kolacji Tata bierze pęk kluczy znalezionych przeze mnie i idziemy we trzech na drugie piętro naszej głównej klatki schodowej. Tam nie byliśmy. Jeszcze tam nikt nie mieszka. Tata szybko dobiera odpowiedni klucz. W mieszkaniu nad nami są trzy metalowe, białe łóżka. Wyglądają na szpitalne. Wszystkie rozłożone i oparte o ścianę w przedpokoju. Nie zastanawiamy się. Bierzemy –Tata siatkę, my z Jerzykiem jedno oparcie. Po paru minutach wracamy, bierzemy następne oparcie a Tata następną siatkę. Ta metodą znosimy wszystkie. Jeszcze raz idziemy do tego mieszkania. W pokoju nad naszym pierwszym leży sterta materacy. Tata sprawdza czy niema w nich pluskiew. Nie widać, chyba nie ma. Wszystkie mocno pachną jakimś środkiem dezynfekcyjnym. Znosimy. My po jednym, Tata po trzy. Wszystkie układamy w piątym pokoju żeby choć trochę się wywietrzyły. Tata szeroko otwiera jeden oberluft. Jeszcze raz idziemy na drugie piętro, ale do mieszkania naprzeciw. Tam w jednym z pokoi stoi wielki kredens z przeszkloną nadstawą. Tata sprawdza czy da się zdjąć. Tak, ale wszystko jest bardzo ciężkie. Musi poprosić kolegę o pomoc.

Wracamy, składamy łóżka. Na nich układamy tektury i nasze budki. Gdy już mamy się kłaść przychodzi pani Janka z wiadomością że na Zawadzkiej pod 23 zamieszkał ich znajomy szewc, pan Lipski. Pan Stacho zna go bardzo dobrze bo razem pracowali. Pan Stacho jest cholewkarzem i robi bardzo ładne damskie pantofle. Mama mówi o naszych butach. Pani Janka umawia się z nami na jutro popołudniu, że wszyscy pójdziemy do pana Lipskiego, który na pewno coś pomoże.

***

Przedświąteczne zakupy

Jest Wielki Czwartek. Tata idzie do pacy, my we troje wybieramy się na Zielony Rynek po zakupy. Mama bierze swoją czarną torbę, ja chlebak. Gdy wychodzimy na ulicę, przed drzwiami swojego sklepu stoi pani Wilnianka i woła wesoło: „dzień dobry sąsiadko, co pani u mnie dziś kupi ?”

Na to Mama, że chciałaby na jutro śledzie, ale nie ma ich w czym namoczyć. Pani Wilnianka, mówi że ona też nie ma dużo naczyń i nie może pożyczyć, ale już moczy dla dwóch warszawianek, to dorzuci jeszcze nasze. Jutro rano będą gotowe. I jeszcze skroi cebulę, tylko niema oleju.

Dochodzimy do targu. Przechodzimy w pobliżu wozu, na którym leży góra poduszek wypchanych słomą. Mężczyzna, który stoi przy nich woła do Mamy: „dzień dobry warszawianko. Może pani potrzebuje tanie poduszki”.

Mama podchodzi, a on się pyta, przy jakiej ulicy mieszkaliśmy. Mama odpowiada, że przy Grzybowskiej, a on na to, że znał tam prawie całą rodzinę Boguszewskich, którzy mieli stajnie pod siedemdziesiątym piątym. Mama na to, że jest córka Szymona i siostrą Janka. Rzucają się sobie w objęcia. Mama nas przedstawia. On mieszkał na Wolskiej, a teraz dojeżdża spod Łodzi. Przyjechał z poduszkami, bo jest tu dużo warszawiaków, którzy nie mają nic więc taki towar na pewno pójdzie. Mama chce trzy. On mówi, że od sąsiadki policzy tylko za jedną i tak nie zbiednieje. Przecież trzeba kupić na święta jeszcze coś do jedzenia, a warszawiacy mają to we krwi, że się wspierają. Gdy wiąże sznurkiem poduszki tak abyśmy mogli je z Jerzykiem wziąć (są bardzo lekkie), podchodzą inni klienci. Robi się wielki ruch przy wozie. Idziemy dalej do znajomego kupić olej. Mama bierze cztery litrowe butelki. Część odstąpi pani Wilniance. Jeszcze kupujemy masło i pęto kiełbasy. Gdy wracamy wozu z poduszkami już nie ma.

Mama podaje pani Wilniance trzy butelki oleju i mówi za jaką cenę, a ona od razu umawia się z Mamą na dalsze dostawy. Przychodzimy do domy bardzo zmęczeni. Mama tylko zdejmuje pantofle i kładzie się na łóżku w ubraniu. Robimy Mamie i sobie obiad w postaci chleba z masłem i marmoladą i dużo słodkiej kawy zbożowej, którą Tata gdzieś kupił po drodze z pracy. Po obiedzie Mama zasypia. My cicho układamy nasze słomiane poduszki i też kładziemy się spać. Jeszcze przedtem nakrywamy Mamę jej jesionką a sami nakrywamy się swoimi paltami. Tak śpiących zastaje nas Tata.

Mamy iść do pana Lipskiego, ale przedtem odwracamy materace, żeby wywietrzyły się z drugiej strony. Jeszcze jedną noc będziemy spać na tekturach. Przy okazji jeszcze raz Mama z Tatą sprawdzają czy niema w nich pluskiew. Są czyste.

Przychodzi pani Janka i idziemy całą wycieczką. Pan Lipski mieszka na drugim piętrze w dwupokojowym mieszkaniu. Wchodzi się do niego z korytarza prosto do dużej kuchni. W kącie ma urządzony swój warsztat szewski. Obok, z jednakowych pudeł kartonowych zbudował trzypiętrową „komodę”, w której mieszczą się drewniane kopyta, buty naprawione i te do naprawy. Pani Janka wyłuszcza po co przyszliśmy, a on woła: „Edek, koledzy do ciebie przyszli”.

Z pokoju wychodzi chłopiec nieco wyższy ode mnie. Przedstawia się: „jestem Edek Wójcik”. Wychodzi także jego mama przedstawia się i wita z Rodzicami i z nami. Mieszkają w jednym pokoju, zaś w drugim pan Lipski. Edek chodzi już do szkoły na Gdańską do trzeciej klasy.

Gdy my się witamy i rozmawiamy na różne tematy, pan Lipski wynosi ze swego pokoju dwa wielkie wory i wysypuje z nich różne obuwie. Wszystko pomieszane. Mierzy Jerzykowi i mnie stopy i zaczynamy przebierać. Po jakimś czasie znajduje odpowiednie pantofle – takie trochę sandały z zapinanym paskiem. Są mało używane, ale on mówi, że do jutra wieczora je „wyprowadzi”. Na pytanie Mamy ile to będzie kosztowało odpowiada, że dużo taniej niż w sklepie. A ponieważ jesteśmy warszawiakami i znajomymi pani Janki to skredytuje, na czas jaki będzie potrzebny do zebrania pieniędzy.

Już mamy wyjść gdy pytam się go, czy będę mógł od czasu do czasu przyjść i popatrzyć jak reperuje się buty. Pan Lipski ogarnia mnie ręką i mówi, że w każdej chwili. Wracamy i rozmawiamy, że jeszcze trzeba jakieś porządne ubrania. W tym momencie przechodzący obok młody mężczyzna informuje nas, że wczoraj na Piotrkowskiej róg Roosevelta otworzono Składnicę Harcerską. Są tam mundurki wszelkich rozmiarów. Stajemy zdziwieni, ale pan szybkim marszem odszedł już daleko. Gdy podchodzimy do domu, pani Wilnianka zakładając już deski na wystawie mówi, że jutro choć jest Wielki Piątek sklep otworzy rzeźniczka z Warszawy na Zawadzkiej pod 24. Kupić można, tylko jeść mięsa „nie uchodzi”.

***

Wielki Piątek

Tata poszedł do pracy. Materace jeszcze dość mocno pachną tym środkiem dezynfekującym, więc ustawiamy je na obu balkonach. Mama idzie odebrać śledzie. Długo jej nie ma. Gdy wraca jest bardzo podekscytowana: „zgadnijcie kto to ta pani rzeźniczka. To pani Adamaszkowa” – Mamy przyjaciółka z Grzybowskiej 71. Znamy ją i my bo nieraz razem z Mamą bywaliśmy w jej sklepie. Mama też opowiada, że gdy była po śledzie u pani Wilnianki, przyszła klientka odebrać swoje. Ta pani – warszawianka mieszka na Wólczańskiej 4. To ten dom obok nas. Pani nazywa się Martynowa, ma dwoje dzieci: – 12 letniego syna Jędrka i 7 letnia córkę Lilkę, która chodzi do drugiej klasy. Obydwoje oczywiście do szkoły na Gdańską. Pan Martyna jest organistą w kościele garnizonowym przy Placu Wolności. Dodatkowo jest bratem znanego piłkarza –obrońcy Martyny. Zaprasza Mamę zaraz po świętach. Ma maszynę do szycia, to może coś razem poszyją. W tym samym domu mieszka przybyła z Wilna pani Welento z córką Marysią. Mieszkają w frontowym budynku na parterze. Jest aptekarką. Marysia, rówieśnica Lilki chodzi do innej szkoły.

Na drugie śniadanie zjadamy śledzie z kartoflami i wybieramy się do Składnicy Harcerskiej po mundurki. Piotrkowską. Do Taty pójdziemy piechotą, a potem dalej pojedziemy tramwajem. Tata jest uradowany wieściami i komunikuje, że wieczorem przyjdą koledzy pomóc przy przyniesieniu kredensu. Ale teraz nie może długo rozmawiać, bo ma ważną pracę. Wsiadamy do tramwaju, który jest nieco ciaśniejszy od warszawskiego, a poza tym jedzie bardzo wolno. Kojarzy mi się z ciuchcią wąskotorową jeżdżąca na Pradze nad Wisłą spod mostu Kierbedzia.

Ulica Roosevelta jest małą przecznicą Piotrkowskiej. Na jej końcu widać czerwony kościół (oo. Jezuitów – akademicki) ze strzelistą wieżą. Wejście do sklepu jest ze ściętego rogu budynku. Duże wystawy wychodzą na Roosevelta. Dwie młode panie sprzedawczynie ubrane w harcerskie szare, damskie mundury szybko znajdują co nam trzeba. Wszystko pasuje, jeszcze tylko czapki – obowiązkowo harcerskie rogatywki. Butów nie kupujemy, bo mają tylko tenisówki, a przecież wieczorem odbierzemy nowe od pana Lipskiego. Panie od razu zgadują, że jesteśmy z Warszawy. One też były w Powstaniu. Proszą aby wszystkich powiadamiać o tym, że sklep już działa.

Nie mamy pasów, ale Mama coś nam uszyje. Po obiedzie, na który też były śledzie z kartoflami polanymi olejem kładziemy się żeby odpocząć. Najbardziej zależy mi żeby odpoczęła Mama. Przykrywamy się paltami i naszymi kocykami. Gdy wstajemy jest już późno. Niedługo powinien przyjść Tata. Idziemy do pana Lipskiego po nasze pantofle. Są gotowe i wyglądają jak nowe. Prócz zelówek i obcasów, wierzchy zostały wyprasowane i tylko wprawne oko może zobaczyć, że są używane. Ten pan okazał się artystą w odświeżaniu butów.

Wychodzi do nas Edek ze swojego pokoju, pokazuje książki i różne zabawki, które sobie zrobił. Ja jestem najbardziej zainteresowany tą „komodą” z kartonów na kopyta i buty. Przyglądam się dokładnie jak są powiązane sznurkami wszystkie pudła, że całość jest sztywna. Mama rozmawia z mamą Edka o szkole. Wymieniają wiadomości, gdzie już są otwarte sklepy. Pan Lipski objaśnia mi do czego służą różne narzędzia szewskie. Niby wszystko jest proste, ale trzeba wiedzieć jak ich używać no i koniecznie trzeba mieć wprawę. Umawiamy się, że będę przychodził co kilka dni a on mi wszystko pokaże. Gdy wracamy do domu Tata z panem Górnym i drugim kolegą z wojentorgu już w czwartym pokoju dosuwają kredens do drzwi przejściowych łączących go z trzecim. Po przeciwnej stronie tych drzwi, w trzecim pokoju stoi jeden z tych dużych stołów. Koledzy witają się z Mamą i jednocześnie żegnają, bo od razu wychodzą. Mamy już gdzie wszystko układać tylko nie mamy co. Przynosimy z balkonów materace, które dobrze się wywietrzyły i układamy na łóżkach. Są poduszki, brakuje tylko pościeli i przykryć. Ale to mało ważne. Na pewno kiedyś będą. W szafach wiszą nasze nowe, harcerskie mundurki. Jeszcze jest chłodno, nie czas w nich chodzić do figury.

Po kolacji Tata podejmuje jeszcze jedną pracę. Trzeba zobaczyć w jakim stanie są piece. Zaczyna od kuchni. Zdejmuje wszystkie fajerki i czyści je gałganami. Potem świecąc sobie latarką zagląda we wszystkie możliwe miejsca. Nagle prostuje się i mówi wolno bardzo poważnym tonem: „uwaga, wszyscy wychodzicie do przedpokoju.”

Po kilku minutach przychodzi do nas, bierze spore pudełko wykłada je kilkoma gałganami, wraca do kuchni. Po następnych kilku minutach mówi abyśmy przyszli i zobaczyli. Na stole w pudełku leży niemiecki granat typu jajko. Gdyby rozpaliło się pod kuchnią ogień, granat by wybuchł. Tata uważnie idzie z tym pudełkiem do łazienki i wstawia je do wanny. Otwiera palenisko bojlera, świeci latarką i znowu każe nam odejść, tym razem do pokoju.

Po pewnym czasie woła nas. W pudełku leżą już dwa granaty. Kolejno idzie do każdego pieca i po każdym jego przeglądzie przybywa jeden granat. Łącznie jest ich siedem. Stawia pudełko za piecem w piątym pokoju i surowo zakazuje wchodzenia. Sam się ubiera i idzie na naradę do pana Dozorcy. Po pewnym czasie wraca i komunikuje, że za pół godziny przyjadą saperzy. Przyjeżdżają rzeczywiście szybko, ale najpierw legitymują Tatę. Tata pokazuje legitymacje wojentorgu. To im wystarcza. Zabierają granaty, ale dla pewności jeden z saperów kolejno jeszcze raz sprawdza wszystkie piece. Potem wszyscy naradzają się i proponują, żeby przy pierwszym rozpaleniu ognia w każdym z pieców nikogo nie było w pomieszczeniu, bo nie wiadomo co jeszcze ci dranie wymyślili.

Zwracają uwagę, że w czterech pokojach od ulicy i w przedpokoju wzdłuż listew przyściennych położone są dziwne kable. Nam każą wyjść z mieszkania. Zostaje tylko Tata. Idziemy do pani Janki na górę. Po godzinie przychodzi Tata i mówi, że wszystkie kable bezpiecznie zdjęto. Przedtem wszystkie były odłączone od jakichś nieznanych urządzeń, których już nie było. Potem z uprzejmości jeszcze rozpalili ogień we wszystkich piecach używając do tego naszych niedawnych posłań. Orzekli, że teraz już możemy mieszkać bezpiecznie i życzyli spokojnych świąt. Byliśmy tak zmęczeni przeżyciami dnia, że tylko trochę się umyliśmy i położyliśmy spać.

***

Wielką Sobotę postanawiamy spędzić pobożnie. Na śniadanie zjadamy trochę kiełbasy kupionej na Zielonym Rynku. Tata poszedł do pracy. Ma wcześniej przyjść. Mama schodzi do pani Wilnianki i kupuje u niej kilka jajek i okrągły prawie płaski talerzyk z wikliny średnicy mojej piędzi. Przynosi też trochę soli w papierku misternie złożonym w solniczkę. Gotujemy jajka a potem Mama układa je na talerzyku. Następnie wszystko razem zawiązuje w czystą chusteczkę aby móc nieść. Czekamy na Tatę, który przychodzi koło południa. Razem idziemy do kościoła poświęcić jajka. Po drodze widzimy coraz to więcej osób niosących święcone w chusteczkach. Okazuje się to wszystko warszawiacy. W Łodzi nikt tak nie nosił święconego.

Kościół stoi w miejscu gdzie Piotrkowska łączy się z Placem Wolności. Dach jest w formie kopuły. Główne wejście prowadzi przez ogród oddzielony od ulicy ładnym, żelaznym, wysokim ogrodzeniem. W kościele wewnątrz dookoła są balkony na dwóch piętrach. Ten kościół był budowany jako świątynia ewangelicka. Teraz idziemy postawić do poświęcenia jajka, a kościół będziemy zwiedzać innym razem. Ksiądz jest w mundurze, bo kościół pod wezwaniem św. Ducha jest kościołem garnizonowym. Szeptem przypominamy sobie jak rok temu, było święcenie jajek na Grzybowskiej w drugiej bramie. Jesteśmy wzruszeni. Wiele osób ociera łzy. Ksiądz coś mówi, ale nie słyszę dokładnie. Dociera do mnie tylko słowo „tułacze”.

Wracamy i po obiedzie postanawiamy odwiedzić groby w kościołach. Idziemy do naszej parafii na ulicę Ogrodową a potem jeszcze raz wstępujemy do kościoła garnizonowego. Do trzeciego jest bardzo daleko. Rodzice rozmawiają z osobami, które tak jak my chcą odwiedzić groby. Okazuje się że w Łodzi nie ma takiego zwyczaju.

Po powrocie do domu kładziemy się wszyscy odpocząć bo Mama jeszcze nie doszła do siebie i bardzo szybko się męczy. Leżąc rozmawiamy o planach na następne dni. Tata stwierdza, że dobrze byłoby się wykąpać, ale nie mamy czym dobrze napalić w bojlerze. Wtedy przypominam sobie, że w ogóle nie zaglądałem do skrzynek na węgiel nawet tej naszej. Zaglądamy, jest pół skrzyni. Tata łapie wiadro i idzie do jeszcze pustego mieszkania obok na klatce kuchennej. Tam jest cała skrzynia. Przynosi kilka wiader.

Najpierw rozpala pod kuchnią. Dla pewności jeszcze wychodzimy z kuchni i dopiero jak Tata mówi, że chyba nic nie wybuchnie, wchodzimy i my. Przez ten czas Mama rozciąga powiązane sznurki, aby rozwiesić na nich pranie, które zrobi po naszej kąpieli.

W łazience najpierw Tata ostukuje bojler, żeby sprawdzić czy jest w nim woda i dokąd sięga. Nie cieknie to znaczy, że nie jest dziurawy. Powtarza się rozpalanie i czekanie czy przypadkiem coś nie wybuchnie. Po kilkunastu minutach, gdy jest wszystko w porządku, Tata rozpala ogień jeszcze w piecu w naszym pokoju, ale palenisko do niego jest od przedpokoju. Pokoje od ulicy są wszystkie zamknięte. W mieszkaniu robi się ciepło. Gdy woda w bojlerze jest bardzo gorąca, Tata sprawdza jak leci z kranu w umywalce. Jest jeszcze trochę brudna. Z kranu bojlera też leci jeszcze brudna. Bierze ścierkę i myje w łazience całą podłogę, ściany do wysokości olejnej lamperii i wannę. Przez ten czas bojler i rury przemyły się, ale trzeba jeszcze grzać, bo przez ten czas do bojlera naleciała woda zimna. Tata robi nam wykład jak działa „cała ta maszyneria”.

W końcu idziemy się kąpać we dwóch z Jerzykiem. Mamy otrzymaną od Babci Wandy kostkę mydła Schichta, jeszcze niemieckiego. Wchodzimy do dobrze ciepłej wody. Gdy siadamy wodę mamy pod pachy. Tata myje nam plecy. Czujemy się jak w raju. Przecież od czasu przyjazdu z Mińska przed rokiem nie mieliśmy możliwości dobrze się umyć w gorącej wodzie. Przez cały ten czas grzeje się woda dla Rodziców. Gdy jesteśmy wyszorowani, ubieramy się w jedyne, zapasowe koszule i pędem biegniemy do łóżek. Tym razem nie potrzebujemy budek. Wystarczą nasze kocyki i palta. Gdy Rodzice są po kąpieli, Mama robi porządną przepierkę w gorącej wodzie w umywalce, Tata wygasza kolejno wszystkie piece, żeby przypadkiem nie doszło do zaczadzenia. Zasypiamy z mocnym postanowieniem, że wstajemy jutro wcześnie rano.

***

Wielkanoc

Jest pierwszy kwietnia, pierwszy dzień Wielkiej Nocy. Budzimy się dużo później niż chcieliśmy, ale Tata żartuje, że to na prima aprilis bo przecież jest pierwszy kwietnia. Wczorajsze pranie wyschło. Ubieramy się, Tata daje hasło do dzielenia się jajkiem. Do kościoła idziemy na dziesiątą bo przecież jesteśmy zaproszeni do Dziadków na Żeromskiego. W kościele jest dużo ludzi. Wchodzimy na pierwszy balkon, stajemy niedaleko organów. Na zakończenie wszyscy śpiewają „Boże coś Polskę”. Po zakończeniu pieśni Tata podchodzi do dość tęgiego pana organisty i coś rozmawia. To jest pan Martyna. Później Tata mówi, że podobny do swojego brata piłkarza – obrońcy, którego znał przed wojną.

Wychodzimy z kościoła gdy już jest pusto i wracamy do domu. Mama bierze czarną torbę, a Tata walizkę. Podobno umówili się, że je przyniosą. Droga wydaje się jakaś krótsza. Gdy wchodzimy Dziadkowie witają nas jakbyśmy wrócili z frontu. Od razu dzielimy się jajkiem i siadamy do stołu. Jest dużo chleba, trochę kiełbasy i po dwa kawałki ciasta. Potem jeszcze do prawdziwej herbaty zjadamy po dwa kawałki chleba z metką. To coś podobnego do naszej pasztetowej, ale znajdują się w niej niewielkie kawałki kartofli. Oczywiście jesteśmy zadowoleni, chwalimy wszystko co dostaliśmy. Zaczynają się rozmowy, Tata opowiada o chorobie Mamy. Babcia  robi wyrzuty, że nie zawiadomił ich, bo przyszłaby i opiekowała się Mamą. Na to Tata, że na jej chore nogi i serce jest za daleko. Babcia odpowiada, że przecież jest warszawianką i dałaby sobie radę. Nie ważnie, że od dzieciństwa mieszka w Łodzi.

Tata rozmawia z Dziadkiem o maszynie, a Mama idzie na strych z Babcią naładować torbę. Wkręcam się z Mamą bo przecież bardzo lubię szperać w rupieciach. Okazuje się, że Babcia poznajdowała dziesiątki potrzebnych w gospodarstwie rzeczy. Co prawda „każdy pies z innej wsi” ale „dopóki nie będziemy mogli kupić sobie porcelany Rosenthala i platerów Frageta, to i z tego też da się jeść”. Trochę dostała od pani Pełzowskiej.

Babcia załadowała jeszcze do walizki trzy komplety bielizny pościelowej i dała dwa normalne koce. Te koce od razu zrolowaliśmy i zrobiliśmy z nich „chomąta”. Były większe niż nasze, ale można je było założyć i nieść. Dla nas to pestka. Mama jeszcze poszła do pani Pełzowskiej podziękować za dary i wybraliśmy się w drogą powrotną. Tata wziął w jedna rękę torbę, w druga walizkę. My nieśliśmy koce. Mamie nie wolno było nic dźwigać. Tak z przystankami doszliśmy do domu z ciężką torbą pełną „skarbów”. W drzwiach zastaliśmy kartkę, że mamy jutro po południu przyjść do pani Janki na ciasto.

***

W drugi dzień świąt budzimy się skropieni przez Tatę. Zjadamy śniadanie i idziemy do kościoła, tym razem na dwunastą. Jest bardzo dużo ludzi nie tylko na dole, ale także obu balkonach. Gdy kończy się msza św. znowu wszyscy śpiewają „Boże coś Polskę” ale na zakończenie  „…ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Kościół huczy. Widzę, że duża większość ludzi, śpiewa pełnymi, silnymi głosami. Tata też. Ta pieśń na zakończenie sumy staje się tradycją. Jak długo mieszkaliśmy w Łodzi zawsze tak było nawet po aresztowaniu księdza Włodzimierza Ławrynowicza w 1947 roku.

Gdy wychodzimy, z rozmów ludzi między sobą dowiaduję się, że duża większość to warszawiacy. Wielu tu przyjeżdża z innych krańców Łodzi. Wracamy w zamyśleniu do domu. Ale w domu wracają nam humory. Mama ustawia swoje kuchenne „skarby” w kredensie, Tata zakłada poszwy na koce. Duże będą dla Rodziców, a małe dla nas. No i oczywiście prześcieradła. Poszwy na nasze koce Mama podwija i przyszywa, żebyśmy w nocy ich nie wykopali. Po obiedzie, koło czwartej idziemy na górę. Zakładamy mundury harcerskie, ale bez pasów.

Mieszkanie pani Janki jest takie samo jak nasze tylko umeblowane. Takie zastali. Jest nawet pianino. Pani Janka przedstawia nam jeszcze dwie panie, które u niej mieszkają – panią Zosię i panią Stasię. Obie mieszkają w pokoju drugim i trzecim. Pokój pierwszy jest zarezerwowany dla pani, która jedzie do Polski. Jest ze Lwowa i była na Syberii. Pani Janka z panem Stachem zajmują pokój piąty, a Wiesia ma swoje łóżko w pokoju czwartym, tym z balkonem i pianinem. W nim jest też duży okrągły stół.

Dorośli rozmawiają między sobą, a my rozmawiamy z Wiesią. Ma jasne włosy, jest niższa ode mnie, choć ma tyle lat co Jerzyk i chodzi już do czwartej klasy, do szkoły na Gdańską. Uczy się grać na pianinie, z zabawek ma jedną lalkę i układankę magnetyczną. Jest trochę roztrzepana. Lubi grać w inteligencję, ma też chińczyka i trochę książek z bajkami. Jerzyk rozmawia z nią jakby po raz pierwszy widział dziewczynę a ona rozmawia przede wszystkim z nim, no bo przecież ja jestem jeszcze smarkaczem a oni równolatkami. To wyraźnie wyczuwam. Siedzimy tam za dwie godziny. Gdy wychodzimy pan Stacho mówi, że porozmawia o takich pasach z panem Lipskim. Z całej tej wizyty Jerzyk zapamiętał tylko temat pasów.

Pani Stasia prowadzi cały dom pani Janki z gotowaniem, ponieważ pani Janka załatwia dużo urzędowych spraw, a pan Stacho siedzi w zakładzie i robi damskie pantofle. Pani Zosia zajmuje się przygotowaniem cukierni, którą chce otworzyć na Zawadzkiej za Zachodnią. W drzwiach zastajemy kartkę, że jutro przyjdzie pomocnik pana Szklarza, żeby umówić kiedy mogą zdjąć dokładne wymiary na szyby. Gdy po powrocie Mama pyta mnie o Wiesię, mówię jej że jest miła, ale jeszcze nie wie co chce, dobrze byłoby aby nauczyła się szyć, a przy grach to będzie oszukiwać.

***

Mama odkryła, że co pewien czas nie działa w domu hydrofor, zawsze wtedy gdy najpierw pan dozorca Kulesza wchodzi do jego włazu. Później chodzi po lokatorach i zbiera po parę drobnych na hydraulika, żeby naprawił. Mama ma świetny podgląd z naszego kuchennego okna i widzi, że po zbiórce pieniędzy pan Kulesza wchodzi do włazu i zakłada pas transmisyjny. Słychać, że hydrofor pracuje i po pewnym czasie jest w kranach woda.

W ogóle był uczynnym i pracowity człowiekiem, ale czasem lubił sobie wypić „ćwiartkę” bez żoninej kontroli. Mama weszła z nim w swoisty „kontrakt”. Jeżeli będzie chciał się napić, przyjdzie do Mamy i dostanie na „ząb”, ale nie będzie „bawił się z hydroforem”. Od tej pory nigdy nie zabrakło wody, a Mama stała się nawet jego powiernicą. Niestety po dwóch czy trzech latach miał wypadek na ulicy i zmarł. Po pół roku z panią Kuleszową zamieszkał jakiś inny pan dozorca. Był sumienny i uczciwy a gdy ktoś nieznajomy z ulicy zapytał go gdzie tu mieszka zegarmistrz zawsze odpowiadał, że nie wie, bo jest krótko. Później zawsze informował Rodziców o takim incydencie.

***

Szklenie okien

Rodzice od razu omawiają sprawę wstawiania szyb. W pierwszej kolejności zrobi się pokój trzeci. Jest najmniejszy, więc najłatwiej będzie go ogrzać. Tam od razu wstawi się nasze łóżka, Rodzice jeszcze przez trochę będą spać w pierwszym.

Taty niema w domu bo poszedł do pracy. Przychodzi pomocnik, jest wysoki i potężny. Mama pozwala mu dokonać pomiarów. Żeby zmierzyć oberlufty musi wejść na stół, na którym stawia taboret. Bardzo przeprasza, że nabrudził, ale od razu powie szefowi o wszystkim. Mama wychodzi z nim, żeby wszystko uzgodnić z szefem. Najważniejsze są ceny. Gdy wraca, jest zadowolona bo na razie takich szyb nie ma, będą za kilka dni. Do tej pory Tata zarobi jakieś pieniądze.

Po dwóch dniach pod wieczór przychodzi pomocnik i uzgadnia, że jutro przyjdzie pan Szklarz i założą górne szyby. Koło dziewiątej przychodzą z różnymi narzędziami. Pomocnik niesie na plecach taką skrzynkę jaką mieli szklarze w Warszawie. W niej są szyby do oberluftów. Najpierw zdejmują wszystkie trzy pisząc coś na ramach. Potem kładą na stole grubą derkę a na niej pierwsze okno. Wyjmują z ramy resztki szyb, które zostały, czyszczą ze starego kitu, skrobią i wyjmują gwoździki bez łebków. Przyglądam się, a pan Szklarz mówi mi co i po co robi. Potem dodaje, że jeszcze jestem za mały aby robić takie rzeczy, ale gdy dorosnę a zapamiętam, to te wiadomości mogą mi się przydać. Miał rację.

Następnie układa w ramie cienki wałeczek bardzo miękkiego kitu. Na nim kładzie szybę. Szyba rozpłaszcza wałeczek, a on jeszcze dociska uważnie we wszystkich miejscach. Następne dookoła wbija kilka gwoździków bez łebków, dociska je do szyby i kładzie już grubszy wałek nieco twardszego kitu. Nożem z ułamanym końcem przejeżdża po tym wałku. Kit wchodzi gdzie trzeba. Jedna szyba już jest wstawiona. Pomocnik bardzo starannie maluje kit białą, olejną farbą. Zdejmują ostrożnie oberluft ze stołu, potem derkę, którą wytrząsają do wiadra ze śmieciami. Podsuwają stół do okna, stawiają na nim taboret. Pomocnik wchodzi i zakłada oberluft. Gdy pytam dlaczego nie robią od razu trzech, a potem wszystkie trzy zakładają wyjaśnia, że tak jest bezpieczniej, bo ta szyba już na pewno się nie potłucze. Trzeba ją będzie jeszcze umyć, ale to za kilka dni kiedy kit i farba dobrze wyschną. Tak robią jeszcze pozostałe dwa oberlufty. W jednym pokoju górne okna są gotowe. Zamiatają podłogę i zmywają wodą kurz i brud. Mama pyta o cenę, a pan Szklarz mówi, że jeżeli Mama niema to on skredytuje i podaje sumę. Mama na to, że dziś jeszcze tyle ma i płaci. Umawiają się, że jak będą duże szyby do dolnych skrzydeł okien to dadzą znać.

***

Szkoła

Pożyczam od Wiesi jakieś książki, aby potrenować czytanie. Kilka dni później Mama idzie do szkoły dowiedzieć się o warunki przyjęcia nas. Pójdziemy na Gdańską bo to najbliżej. Oczywiście przyjmą nas, tylko muszą przeprowadzić coś w rodzaju egzaminu. Jednak przez rok nie mieliśmy żadnej nauki, zwłaszcza ja bo w ogóle jeszcze do szkoły nie chodziłem. Po drodze Mama wstępuje do pana Szklarza, który chciał wysłać do nas pomocnika, że ma odpowiednie szyby. Ponieważ jutro idziemy zapisywać się do szkoły, oni zaraz przyjdą i wstawią dolne szyby w naszym pokoju, żebyśmy już mogli się spokojnie uczyć. Przychodzą razem z Mamą, robią wszystko jak z oberluftami, tylko przy zdejmowaniu i zakładaniu nie muszą wchodzić na stół. Gdy przychodzi Tata wszystkie szyby w naszym pokoju są wstawione podłoga sprzątnięta, a panów już nie ma. Stół ustawiamy na przejściowych drzwiach, a przy ścianie piecowej łóżka. Jerzyk chce spać bliżej okna. Jeszcze tylko dwa krzesła i mamy pokój gotowy. Wcześnie wieczorem jeszcze kąpiel. Wprawdzie idziemy na wpół do dziesiątej (na dużą przerwę), ale rano lepiej jeszcze potrenować czytanie. Przychodzimy do pokoju nauczycielskiego na drugim piętrze. Za chwilę dzwonek. Ja mam być zapisany do II klasy. Podchodzi do mnie pan Wasilewski (warszawiak), przedstawia się, ja jemu też. To mu się podoba. Pyta mnie czy umiem czytać, odpowiadam: „tak”. Podaje mi zamknięty elementarz. Otwieram go na przedostatniej stronie i płynnie czytam.
– A jak ci idzie z literami drukowanymi ?
– chyba dobrze
Podaje mi otwartą książkę. Czytam swobodnie choć trochę wolniej.
– A do ilu liczysz ?
– Mogę do stu albo więcej
– Dodawać umiesz ?
– Oczywiście i odejmować. Mnożyć i dzielić też
– A ile jest 6 x 6 ?
– 36, a 7 x 7  to 49, a 8 x 8 to 48
Widzi, że zaczynam się niecierpliwić. Od razu zaprowadza mnie do klasy i przedstawia: „Mamy nowego kolegę z Warszawy”. Sadza mnie blisko drzwi między wysokimi chłopakami. Jednocześnie informuje, że za kilkanaście dni będzie przeprowadzka to usiądę bliżej tablicy bo jestem niski. Zaprasza mnie do tablicy i prosi żebym napisał swoje imię i nazwisko. Pierwszy raz piszę kredą na tablicy. Trochę koślawo ale udało się. Jestem zdenerwowany. Podaje mi książkę. Wtedy mnie zamurowało. Byłem tak spięty, że ledwie wydukałem wyznaczony urywek. Zapewnia klasę, że bardzo dobrze czytam bo przed chwilą sprawdzał, zanim mnie przyjął.

Sala była duża. Przy stołach stojących wzdłuż sali na ławkach siedziało na gęsto bardzo dużo dzieciaków w różnym wieku. Nie miałem ze sobą żadnych przyborów do pisania więc siedziałem, patrzyłem i słuchałem. Pan napisał na tablicy w słupku kilka prostych działań na dodawanie i poprosił jakąś dużą dziewczynę, żeby rozwiązała pierwszy rządek. Zaczęła się zastanawiać, a ja głośno powiedziałem wynik. Pan uśmiechnął się i powiedział, że orientuje się, że ja wiem ale to ona powinna policzyć, a to nazywa się podpowiadanie i nie należy tak postępować.

Głośno przeprosiłem. Zadzwonił dzwonek. Wszyscy wyszli na korytarz, tylko ja podszedłem do tablicy i zacząłem kredą pisać alfabet, a potem różne słowa. Wychodziło coraz równiej. Wtedy zobaczyłem ze Pan mnie obserwuje. Powiedział, że przerwa jest na odpoczynek, a więc dobrze byłoby abym trochę pospacerował po korytarzu. Podziękowałem i wyszedłem. Korytarz był dużą. kwadratową salą z jednym oknem. Dziewczyny ze starszych klas na korytarzu zorganizowały kółko. Wspólnie z młodszymi chodziły raz w jedną, raz w drugą stronę i śpiewały „Mam chusteczkę haftowaną wszystkie cztery rogi” lub „Stary niedźwiedź mocno śpi”. Potem była jeszcze jedna lekcja czytania i pisania. Siedziałem i starałem się uważać. Na zakończenie była gimnastyka na korytarzu. Stanąłem jako ostatni w dwuszeregu. Maszerowaliśmy, robiliśmy trochę wymachów rękami, skłony itp. Na zakończenie maszerowaliśmy w szyku dwójkowym śpiewając piosenkę o Kościuszce, której jedna ze zwrotek miała słowa:

„…pod Połańcem nasz Kościuszko pisze,
pisze długo w noc.
Ciąży głowa, nęci łóżko
Lecz on ducha skupia moc.
I miłości kreśli słowa,
Słowa wielkie niby cud
Teraz będzie Polska nowa,
W wolnej Polsce wolny lud”.

Była to piosenka ze „Śpiewnika Historycznego” Marii Konopnickiej, o czym nam w trzeciej klasie powiedziała pani Wychowawczyni.

Jerzyk trafił IV klasy, tej samej co Wiesia. Ich wychowawczynią jest pani Życińska też warszawianka. Długo że jest w klasie IV bo zdał do piątej ,ale przecież przez prawie rok nie chodził do szkoły. nie mógł przeboleć.

Z Wiesią nigdy się nie uczył, nawet nie wracał razem z nią ze szkoły. Także nigdy nie poszedł spytać po chorobie o lekcje. Wolał biegać do kolegów na Gdańską lub ulicę 11-go Listopada.

***

Gdy wracam po lekcjach do domu, na stole leżą już zeszyty w trzy linie i w kratkę, a także zatemperowane z dwóch stron ołówki zamknięte skuwkami i gumka. Tata po pracy przynosi dwie teczki. Jedną dużą, skórzaną dla Jerzyka, drugą mniejszą z grubego materiału dla mnie. Jest lżejsza. Jestem już wyposażony. Nie mam wprawdzie łyżki i kubka na zupę, ale też idę dopiero po dużej przerwie, na której ją dają. Nawet nie próbuję iść do kuchni. Jest wiele dzieci, które przychodzą do szkoły bez śniadania, niech one zjedzą za mnie.

Pan Wasilewski podchodzi do mnie przed lekcjami i pyta czy już przyzwyczaiłem się do szkoły, i czy mam na czym pisać. Pokazuję moje wyposażenie. Zwraca uwagę, że dobrze byłoby abym przybory do pisania miał w piórniku, na co odpowiadam, że gdy tylko będą w sklepie to oczywiście kupię.

Na razie nie mamy żadnego pisma ani książki do czytania na lekcji, więc będzie nas pytał z czytania w czasie lekcji. Pyta czy jestem gotów czytać dziś na lekcji. Potwierdzam i pytam, czy na przerwie mogę pisać kredą na tablicy, bo nie mam wprawy, a chciałbym się nauczyć. Zgadza się. Rozpoczyna się lekcja i od razu idę czytać jakiś kawałek z przedwojennego „Płomyka”. Tym razem idzie mi bardzo dobrze. Po przeczytaniu kilku zdań wywołuje Lilkę Martynównę, która też dobrze czyta. Potem zaczynają się kłopoty bo starsze dzieci z Łodzi w czasie wojny nie mogły się uczyć. Pan mówi, że by się tym nie denerwowały, bo jest to wynik wojny i na pewno w krótkim czasie sobie poradzą. Dobrze byłoby, aby jeżeli znajdą jakiś choćby kawałek gazety, próbowały go przeczytać. Także plakaty. Na lekcji rachunków przepisujemy słupki z tablicy jako lekcję do domu. Jeszcze zanim kończy się lekcja, mam już wszystkie policzone.

Wracam do domu i zastaję panów szklarzy przy pracy, przy oberluftach w pokoju czwartym i piątym. Po kilku dniach są znowu i wstawiają resztę szyb. Jeszcze przed pierwszym maja, gdy wracam do domu zastaję w czwartym pokoju okrągły, rozsuwany stół. Odtąd ten pokój zwie się STOŁOWY.

***

Pierwszy maja. Wtorek. Nie idziemy do szkoły. Mamy wolne, ale idziemy z Tatą zobaczyć pochód na Piotrkowskiej. Idą ludzie z czerwonymi sztandarami, śpiewają jakieś pieśni rewolucyjne, których nie znam. Niosą jakieś portrety na kijach i transparenty. Wykrzykują jakieś hasła, skandując. To mnie nie interesuje.

Drugiego maja idziemy do szkoły, ale mamy tylko gimnastykę. Pan uczy nas musztry. Przede wszystkim zwrotów. Nagle wywołuje mnie z końca dwuszeregu i pyta czy umiałabym to zrobić. Mówię, że oczywiście. Podaje mi komendy, a ja wszystko wykonuję bezbłędnie. Pyta o krok defiladowy. Też umiem. Jest nieco zdziwiony. Poleca mi wydać komendy dla dwuszeregu. Staram się naśladować styl Taty, gdy nas trenował przed Powstaniem. Pyta skąd to umiem, odpowiadam, że uczył mnie Tata. Byłem w Powstanie w Warszawie.

Koniec lekcji, wracamy do domu. Mamy przyjść jutro na 8.00 rano do szkoły bo idziemy całą szkołą do kościoła. Jest wielkie święto kościelne i państwowe – Trzeci Maja. Dzieciaki z Warszawy są wszystkie. Łódzkich jest niewiele. Idziemy i śpiewamy „Witaj majowa jutrzenko” i inne pieśni patriotyczne. Także „Rotę”, która jest nieformalnym hymnem i należy śpiewać ją stojąc z odkrytą głową.

W poniedziałek jest okropne zamieszanie, bo przechodzimy do nowej sali, odremontowanej i ze szkolnymi ławkami. Od połowy długości każdego z trzech rzędów ławki są większe dla wyższych dzieciaków. W każdej ławce po środku jest otwór na wstawiany kałamarz. Od przyszłego roku będziemy pisać atramentem.

Pan Wasilewski pomaga nam wybrać miejsca. Siadam w rzędzie pod oknem w drugiej ławce. Obok mnie tego samego wzrostu siada Gąsior (z Warszawy). Przed nami siedzi Kowalczyk i Pawlak. Za Gąsiorem (od strony okna) siada Wilicki. W środkowym rzędzie w pierwszej ławce siedzi Lilka Martynówna i koleżanka, z którą razem wracają kawałek do domu. Mieszka na Śródmiejskiej. Za nimi siedzi Henio Sytner a za nim Rudna. Rząd pod ścianą zajmują przede wszystkim starsze dzieciaki z Łodzi, które przejdą w przyszłym roku na kurs przyspieszony do oddzielnej klasy. Stół nauczycielski stoi przed środkowym rzędem. Za nim są dwie tablice wiszące dość nisko na ścianie.

               Gdy już jesteśmy rozsadzeni, pan Wasilewski żegna się z nami i przedstawia nowego nauczyciela, starszego, wysokiego, siwego pana, który będzie nas uczył polskiego i rachunków. Pan Wasilewski dalej będzie prowadził gimnastykę, a śpiew pani, która ma dopiero przyjść w następnym tygodniu.

***

Koniec wojny

Trzy dni później, w dniu 9 maja już leżymy w łóżkach, gdy nagle wybucha strzelanina, słychać działa, we wszystkie strony latają rakiety wszelkich kolorów. Zastanawiamy się co to może być, gdy zbiega do nas pani Janka ze wszystkimi swoimi lokatorami. Tata spokojnie ubiera się i mówi, że wyjdzie na miasto i coś się dowie. Zostajemy pod opieka pana Stacha. Tata wychodzi i za chwilę zaczynają bić dzwony i wyć syreny fabryczne. Wraca Tata i ogłasza koniec wojny. Powiedział mu o tym oficer na Gdańskiej, ponieważ nikogo nie spotkał wcześniej, a na Gdańskiej, naprzeciw szkoły jest komisariat.

Po wojnie. Wakacje w Nieborowie, 1945 r. Fot z pryw. arch.

Powiązane hasła