menu

Halter Marek – Wspomnienia. Część pierwsza

Marek Andrzej Halter, ur. w 1937 roku, podczas okupacji hitlerowskiej mieszkał wraz z rodzicami, Marianną i Ryszardem oraz starszym bratem Jerzym (ur. w 1934r.) w Warszawie przy ul. Grzybowskiej. W połowie stycznia 1943 roku rodzina przygarnęła dziewczynkę, Danutę, oswobodzoną przez Ryszarda Haltera z transportu wiezionych w nieznane  dzieci, prawdopodobnie sierot wojennych. Prezentujemy pierwszą część spisanych po latach przez Pana Marka Haltera wspomnień, w których szczegółowo opisuje swoje przeżycia z Powstania Warszawskiego oraz wygnania do obozu w Pruszkowie, gdzie rodzina została rozdzielona – Ryszard Halter został wysłany do obozu pracy w Pölitz, reszta jej członków – do miejscowości Końskie. Zamieszczamy także nagranie, w którym Andrzej Halter opowiada o tych wydarzeniach związanych z pobytem w obozie Dulag 121, które, jako najbardziej dotkliwe, najwyraźniej zapisały się w Jego pamięci.

Marek Halter z rodzicami Marianną i Ryszardem, bratem Jerzym oraz kuzynką Danutą. 1941 rok, Bielany. Fot z pryw. arch.

Powstanie

Nadszedł wtorek 1 sierpnia. Dzień był upalny jak całe lato do tej pory. W tym momencie byłem na podwórku i coś z kolegami robiliśmy na młyńskich kamieniach. Tata pracował na pierwszą zmianę i według dotychczasowego rozkładu dnia powinien wrócić dopiero koło 19.00. O 17.00 zawyły syreny alarmowe. Przez podwórko przebiegły starsze dziewczęta z okrzykiem: „Wojsko Polskie”.

Zgodnie z obowiązującym domowym regulaminem na dźwięk syren ruszyłem z tą wiadomością na górę. Po drodze na schodach spotkałem Danusię, jak zbiegała po mnie. Wpadliśmy do mieszkania. Danusia zaczęła płakać, że Taty jeszcze nie ma. W tym momencie wszedł. Gdy na Żoliborzu padły pierwsze strzały, Tata wiedział już, że Powstanie się rozpoczęło i natychmiast wyszedł z pracy. Wracał długo pieszo, bo musiał unikać patroli i miejsc strzelaniny. Od razu wszystko, co najpotrzebniejsze, spakowaliśmy do walizek. Złapaliśmy nasze chlebaki i kocyki i zbiegliśmy na parter do pani Liwskiej. Danusia miała ze sobą dodatkowo lalkę od Dzidzi. Wszyscy czekali już tylko na nas. Dorośli zaczęli się naradzać, co robić. Tata zadecydował, że trzeba nabrać wody we wszystkie naczynia i zejść do piwnicy, gdzie były przygotowane wzdłuż korytarzy ławki, a dodatkowo prawie w każdej z piwnic przypisanych do poszczególnych mieszkań stały prycze do położenia się. Państwo Kościńscy powiedzieli, że u nich też jest miejsce, więc mogą kogoś przyjąć.

Na chwilę wyszedłem na klatkę schodową. Stanąłem w wyjściu i zobaczyłem jak „chłopaki” z opaskami na rękawach wyjeżdżają tym wielkim samochodem, który wczoraj przywiózł mąkę do piekarni. Samochodzik pana Matejaka stał pod ścianą koło kamieni, wszystkie wozy z wczoraj upieczonym chlebem były przykryte plandekami obciągniętymi sznurami.

Zeszliśmy do piwnicy, tylko Mama poszła na górę, aby nabrać wodę. Tata został z nami, jako dowódca klatki. Danusia poprosiła Mamę, żeby zniosła kurę do piwnicy. Kura z wdzięczności zaraz zniosła jajko na kocyku Danusi i rozgdakała się, co wywołało ogólną wesołość. Tylko kanarek został w kuchni na oknie. Mama zeszła i powiedziała, że są podziurawione szyby i potłuczone lustro, a po mieszkaniu poruszała się na czworakach. Ściany na klatce od połowy drugiego piętra miały też poobijany tynk przez kule. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem słowo „Powstanie”.

Wszyscy panowie z klatki ustalili, że na piętra i po podwórku należy chodzić tylko nisko schyleni pod ścianami, gdy się ściemni i w ciemnych ubraniach. Wszyscy dobrze znają podwórka, więc nie wolno zapalać światła na zewnątrz, a w domach okna powinny być dokładnie zaciemnione. Nawet okienka od piwnic. Panie i dzieci będą siedzieć w piwnicy. W korytarzu piwnicznym też był zlew z kranem. Do ubikacji trzeba było chodzić na parter, do pani Liwskiej albo do pani Płużyczkowej.

Przez cały czas rozmów dorosłych siedzieliśmy w milczeniu we troje: Danusia, Jerzyk i ja, na najniższej pryczy. Danusia tuliła lalkę. Gdy Mama z Tatą przyszli do nas po rozmowach w korytarzu, już spaliśmy. Danusia natychmiast się obudziła. Była pora kolacji, więc dostaliśmy kawę i po dwa kawałki chleba z masłem i marmoladą. Mama przejrzała jeszcze raz walizki i nasze chlebaki. Było już ciemno. Tata wybrał się do mieszkania. Po paru minutach usłyszeliśmy hałas tłuczonego szkła. To Tata zamiatał klatkę z resztek potłuczonych szyb, żeby nikt się nie kaleczył, chodząc na czworakach po klatce.

Wieczorem z pierwszego podwórka przyszedł Wujek Janek i powiedział, że u nich będzie bezpieczniej, bo piwnice mają kleinowskie sklepienia. Co znaczyło to określenie wtedy nie wiedziałem, ale podobno faktycznie było tam bezpieczniej.

Sklepienia takie są lekko łukowe, oparte na żelaznych belkach stropowych i w związku z tym zdecydowanie wytrzymalsze na bombardowanie. Ten rodzaj sklepień zaczął wchodzić w życie w okresie międzywojennym.

W piwnicach też mają prycze i wodę, a do ubikacji można chodzić do tych państwa, którzy mieszkają przy sklepach. Ostrzał na podwórkach nie sięga niżej drugiego piętra, więc można wychodzić na świeże powietrze na podwórko także w dzień.

Na drugi dzień Jerzyk i ja wyszliśmy z Tatą na pierwsze podwórko. W okienkach nad wrotami pierwszej bramy prowadzącymi na ulicę widać było fragment powiewającej biało-czerwonej flagi. Tata powiedział z dumą: „to Mama szyła tę flagę”. Zgarbieni, chyłkiem, szybko przebiegliśmy w tamtym kierunku. Pan Dozorca z biało-czerwoną opaską i literami AK pilnował furtki we wrotach bramy, żeby ktoś samowolnie nie wyszedł na ulicę. Wrota były od strony bramy zastawione do samej góry ułożonymi poziomo, równo, płytami chodnikowymi. Widząc je, zorientowałem się, po co były przywiezione jeszcze przed naszym wyjazdem na letnisko i składowane w pierwszym podwórku pod ścianami. Na ulicy słychać było co chwila serie z rozpylaczy i pojedyncze strzały. Niekiedy była długa, głośniejsza seria. To strzelał gdzieś ciężki karabin maszynowy (cekaem). Od czasu do czasu wybuchały granaty. Tata nas instruował, jak się zachowywać i jak odróżniać różne rodzaje strzałów i wybuchów.

Koniecznie chciałem wyjrzeć na ulicę. Po krótkiej rozmowie z Tatą pan Dozorca spojrzał w rurę od piecyka wystawioną przez otwór we wrotach. Podobno w tej rurze były odpowiednio ustawione lusterka. Zdjął dwie grube belki zamykające furtkę bramy od środka i pozwolił nam wyjrzeć i popatrzeć w stronę Towarowej. Szliśmy na czworakach. Wrota były cofnięte w stosunku ściany kamienicy. Na chodniku w poprzek wejścia pomiędzy krawędziami ścian bramy biegła namalowana gruba czerwona linia. Trzeba było wysunąć głowę poza tę linie. Tata pilnował, abyśmy nie wychylili się za daleko. Trzymał mnie za ramię. Głowę miałem tuż nad chodnikiem. Jednym okiem widziałem facjatki budynku elektrowni. Nagle na tle ramy jednej z nich zobaczyłem nikłe rozbłyski i usłyszałam krótkie ta-ta-ta. Po chwili to samo z następnej. Odpowiedziały im pojedyncze strzały, chyba z przeciwnej strony ulicy, ale ich nie widziałem. Zobaczyłem duży obłok kurzu i usłyszałem głośne, przeciągłe buum. Prawie natychmiast coś uderzyło w ścianę domu naprzeciw naszej bramy. Posypało się z niej trochę tynku. Tata wycofał nas. Zapytałem Tatę o to „buum” i ten tynk. Odpowiedział, że to był ciężki granat, a w ścianę uderzył odłamek. I jeszcze coś:  „widzisz, jak daleko granat się rozerwał, a odłamki przyleciały aż do nas. Dlatego należy zawsze się chować, bo nie wiadomo, gdzie one polecą”.

Z dumą opowiedziałem Danusi i kilkorgu dzieciakom o fladze i o tym, co widziałem za bramą. W piwnicy rozmawiano, czy w ogóle się ruszać, bo tu przecież mamy magazyn kartofli, cebuli, oleju i papierosów przygotowywany od wiosny.

Drugiego dnia dowiedzieliśmy się, że szkoła Jerzyka na Chłodnej wyleciała w powietrze. To wysadzili się Niemcy, którzy zrobili w niej koszary latem 1943 roku. Dlatego Jerzyk i Bożenka Muszyńska musieli zmienić szkołę i do czwartej klasy  zaczęli chodzić na Ogrodową.

Niemcy, będący z natury tchórzami (inaczej nie mordowaliby bezbronnych ludzi – kobiet i dzieci) ze strachu przed Powstańcami woleli popełnić zbiorowe samobójstwo niż poddać się. To zresztą w późniejszym czasie znacznie ułatwiło Powstańcom zdobycie Nord Wachy.

Przenieśliśmy się więc do piwnicy we frontowej kamienicy koło Wujka Janka. Dostaliśmy miejsce w zaułku korytarza. Prycze były trzypiętrowe, więc my, dzieci, zainstalowaliśmy się razem na środkowej. Pod nami położyła się pani, która spodziewała się dziecka. Przyszła z Woli. Nad nami leżał straszy pan, który cały czas pojękiwał. Na nasze szczęście w pobliżu nas pod sufitem była żarówka, która się stale świeciła. Pod tą żarówką pod ścianą stała jakaś pani, która bez przerwy się modliła i machała na boki drewnianym krzyżem. Też przyszła z Woli. Miała dziwne, wielkie, wystraszone oczy.

Chyba następnego dnia przyszedł z kolegami Mirek, syn Wujka Janka. Pełnili nocny dyżur na dachu, gdy spadła na spadochronie flara. Tak to nazywali (według danych źródłowych było to w nocy z 4 na 5 sierpnia). Przynieśli spadochron do piwnicy, żeby wszystkim pokazać. Każdy chciał go dotknąć.

Pani pod nami zaczęła coś głośno mówić, a potem krzyczeć. Mama i kilka innych kobiet zajęły się nią. Nas wygoniono na podwórko pod balkon zasłaniający od góry wejście klatki schodowej żebyśmy nie przeszkadzali. Była noc. Siedzieliśmy tam, aż zrobiło się widno. Pilnowała nas jedna ze starszych dziewczyn z pierwszego podwórka. Gdy wróciliśmy, zmarznięci, żeby położyć się spać, pani pod nami już trzymała w ramionach dziecko. Pan nad nami leżał cicho i nie ruszał się. Po kilku godzinach znowu, tym razem w dzień, zostaliśmy wyprowadzeni „na spacer, na świeże powietrze” pod balkon. Było to miejsce bezpieczne, bo tam podobno nie mógł wpaść żaden pocisk. Gdy wróciliśmy, pana nad nami nie było, na jego pryczy siedziały dwie dziewczynki, które przyszły z Woli. Pan zmarł w czasie, gdy rodziło się pod nami dziecko.

***

Woda na barykadę

Trzeba było zanieść wodę w niewielkich bańkach od mleka na stanowisko cekaemu ustawionego na barykadzie w poprzek Grzybowskiej zaraz za Wronią.

Należało przejść przez mały otwór wykuty w ścianie wychodzący na podwórko parterowego domu stojącego na rogu Grzybowskiej i Wroniej, tam gdzie był skład opału i pasz dla koni. Następnie przebiec kilkanaście metrów za niewielki budynek i tam dalej bańkę z wodą odbierał już powstaniec. I wreszcie wrócić w taki sam sposób, wczołgując się na brzuchu do otworu w ścianie. Przejście było bardzo ciasne i tak niskie, że dorosły człowiek nie mógł się zmieścić. Na dodatek tuż nad otworem w mur uderzały pociski wystrzeliwane przez „gołębiarza”. Musieli zatem pójść mali chłopcy, każdy z niewielką bańką wody. Mama bohatersko mnie puściła, Tata stał przy otworze i miał nas wypuszczać. Ważne było, aby wyczołgać się przez otwór na drugą stronę, zsuwając się na ręce z wysokości równej wysokości krzesła. Podekscytowany, stałem trzeci w kolejce. Przede mną był chłopiec z innego domu, którego nie znałem. Miał niemiecki hełm z biało-czerwoną opaską i był bardzo odważny.

Może miał 10 – 11 lat. Za mną stali dwaj chłopcy z domu Grzybowska 71. Pierwszy chłopak wysunął się zgodnie z instrukcją Taty. Tata, klęcząc, podał mu bańkę. Tuż nad otworem uderzył pocisk karabinowy. Następny chłopak, ten w hełmie, uwierzył w jego moc i bezpośrednio po wyjściu z otworu podniósł się. Dostał pocisk w bok hełmu, upadł i więcej się nie ruszył. Hełm potoczył się dalej. Tata wycofał nas. W korytarzu, w pobliżu otworu, stała Danusia. Gdy mnie zobaczyła, rzuciła mi się na szyję, ściskając i całując. Próbowałem ją unieść, ale była za ciężka. Tak objęci wróciliśmy do piwnicy. Byłem spokojny, choć spięty, tak jakbym oglądał tylko okropny obrazek. Przecież już dwa lata wcześniej widziałem wielu zabijanych Żydów, a później Powstanie w Getcie i powieszonych na balkonie. Ogarnęło mnie ponure otępienie, tak że nic nie widziałem i nie słyszałem. Po pewnym czasie poczułem głaskanie po policzku. To Danusia próbowała przywrócić mnie do rzeczywistości. Wieczorem w narożniku trawnika stanął krzyż na niskiej mogiłce. Pierwszy w naszym domu.

Dorosła córka państwa Cieślaków, właścicieli sklepu z zieleniną, wyszła po coś na podwórko. Przy tym „bezpiecznym” wejściu do klatki akurat nastąpił wybuch i odłamek ranił ją w dolną szczękę.

***

U państwa Bobińskich

Jerzyk nie chciał zejść z pryczy, chyba że się stamtąd wyprowadzimy. Przenieśliśmy się do państwa Bobińskich, którzy mieszkali na parterze w piętrowym domu przedzielającym podwórka. Wchodziło się do nich z drugiej bramy, po kilku schodkach, z maleńkiego korytarzyka. Okna od mieszkania wychodziły na obie strony. Okno od pierwszego podwórka, od strony mieszkania, było założone do góry płytami chodnikowymi prawie na całą wysokość. Podobnie zastawione zostało okno w kuchni od drugiego podwórka. Pozostawiono tylko szczelinę, którą dało się wyglądać.

W pokoju paliło się cały czas światło. Tata postawił na stole małe radio, które sam zbudował. „Prawdziwe” radio trzeba było oddać Niemcom na początku wojny. Małe, czerwone radyjko działało na baterię, którą Tata bardzo oszczędzał, słuchając tylko od czasu do czasu, dość cicho, różnych komunikatów zaczynających się sygnałem „bum – bum – bum – bum”, po którym następowała pieśń zaczynająca się od słów „Z dymem pożarów”. Spaliśmy w tym pokoju na podłodze, poprzecznie, na siennikach. Przy tej przeprowadzce gdzieś zawieruszyła się kura i już nikt jej nie widział. Danusia była z tego powodu bardzo smutna, ale pocieszała się, że może zjadło ją jakieś bardzo głodne dziecko.

Na drugi lub trzeci dzień pobytu w tym mieszkaniu Tata nagle poderwał się z krzesła przy radiu i krzyknął „zginęliśmy”. Rzucił radio na podłogę, aż się rozleciało. Zachowanie Taty było tak dziwne (bo przecież zawsze był opanowany i spokojny), że znieruchomieliśmy. Pan Bobiński po chwili zapytał, co się stało. Wtedy Tata powiedział:

– „Stalin ogłosił, że nie dopuści, aby „Czarna Sotnia Sosnkowskiego” opanowała Warszawę”.

W kilka dni po wybuchu Powstania w bramie, tuż przy wejściu do mieszkania państwa Bobińskich, zaczęto budować barykadę z wąskim przejściem. Składała się z bardzo starannie ułożonych podwórkowych płyt chodnikowych i bruku z drugiego podwórka zdjętego w pobliżu bramy do trzeciego podwórka, w miejscu, w którym zaczęto kopać studnię w przewidywaniu, że w każdej chwili zabraknie wody w kranach.

Już ukazywał się wilgotny piasek, gdy nagle w ciągu dnia nadleciał samolot i rzucił bombę, która wpadła wprost do studni. Nie wybuchła. Zaczęto kopać w innym miejscu. Niedługo od państwa Bobińskich przenieśliśmy się znowu. Tylko się wyprowadziliśmy z ich mieszkania, do pokoju przez sufit wpadł pocisk artyleryjski, który na szczęście nie wybuchł. Zaraz zajęli się nim powstańcy i rozbroili.

***

Tata i papierosy

Jak sięgnę pamięcią, Tata zawsze palił papierosy. Podobno od szesnastego roku życia. Starał się nie palić w domu, chyba że ktoś przyszedł i też chciał zapalić. Miał kilka papierośnic z monogramami, ale do pracy nosił papierosy w metalowym pudełku po tytoniu Kapitańskim. Na jego wieczku był obrazek marynarza z fajką w zębach.

W tym pudełku mieściło się 100 sztuk papierosów z munsztukami. Munsztuki  były to cienkie, tekturowe rurki ustnikowe. Przy obecnych papierosach ich role spełniają fifki szklane lub drewniane.

Papierosy te ładowaliśmy tytoniem sami, posługując się „maszynką” z tłoczkiem. Była to otwierana wzdłuż rurka. Po nasypaniu do niej tytoniu i zamknięciu zakładało się pusty papieros tzw. gilzę bibułką na rurkę i tłoczkiem przepychało tytoń. Praca ta należała do nas, to znaczy Danusi, Jerzyka i mnie. Przed Powstaniem codziennie ładowaliśmy Tacie pełne pudełko papierosów. Pudełko było po tytoniu kapitańskim. Gdy wybuchło Powstanie, w naszej piwnicy było kilkanaście dużych pudeł z tytoniem i gilzami. W pierwszych dniach ładowaliśmy jeszcze całe pudełko. Tata część ich rozdawał „chłopakom”.

Któregoś dnia wieczorem, jeszcze u państwa Bobińskich, gdy Mama chciała dać Tacie papierosy, Tata odsunął je i powiedział: „nie będę więcej palić”. Od tej pory do końca życia nie zapalił. Papierosy, które później wysyłaliśmy mu do obozu, wymieniał u Niemców na chleb lub na kartki żywnościowe.

***

W piwnicy u pana Szwarca

Tym razem przenieśliśmy się na koniec drugiego podwórka, do ostatniej klatki schodowej, prawej oficyny, bezpośrednio przy bramie, do trzeciego podwórka. Z tej klatki na parterze pod ścianą przy schodach było wejście do piekarni, a po przeciwnej stronie do magla. Przy samym wejściu do klatki schodziło się do trzech piwnic i lodowni. W lodowni już nie szczekał Lord, natomiast na całej powierzchni podłogi gęsto siedzieli uciekinierzy z Woli. Lodownia była wielką halą, słabo oświetloną kilkoma żarówkami i miała niewielkie okienka, a także pochylnię do wrzucania lodu.

Zamieszkaliśmy w piwnicy pana Szwarca. Była dość duża i przedzielona wzdłuż drewnianą ścianą. Za tą ścianą znajdowała się prycza. Na niej cały czas leżał pan Szwarc, niewidoczny od wejścia. Gdzie była jego żona i córki nigdy się nie dowiedziałem. Natomiast pan Szwarc, będąc Niemcem, ukrywał się od drugiego dnia Powstania.

Tego bowiem dnia rano, jego sąsiad z II piętra, stale pijany Wacek Kamiński chodzący teraz z opaską AL, aresztował go i pod pistoletem chciał wyprowadzić na ulicę na rozstrzelanie. Tata spotkał ich na podwórku i po bardzo ostrej, wymianie brzydkich słów, przy wsparciu innych mieszkańców odebrał Wackowi aresztanta, aby go oddać pod sąd AK. Jak dalej potoczyły się wypadki, Tata nigdy nie mówił. Dopiero gdy przeprowadziliśmy się do piwnicy pana Szwarca, zorientowałem się, że mieszka za ścianą. Nikt nam nie powiedział, że mamy na ten temat milczeć, ale my, że tak się należy zachowywać, wiedzieliśmy podświadomie.

Wieczorami, kiedy było już ciemno i zmniejszało się natężenie strzelania, Tata chodził do naszej piwnicy i przynosił worek kartofli, cebuli i kilka butelek oleju i octu. Mama od pierwszego momentu, gdy tam zamieszkaliśmy, zaczęła przygotowywać jedzenie, w dużych ilościach, na elektrycznej, dwufajerkowej kuchence. Była to „powstaniowa sałatka”. Składała się z kartofli, wcześniej ugotowanych w mundurkach, pokrojonych w plastry, i także pokrojonej w grube plastry cebuli, smażonych na patelni na czarnym oleju. Na koniec wszystko było skrapiane octem „dla dodania smaku”.

Za pierwszym razem, gdy tylko zapach cebuli wyszedł poza drzwi naszej piwnicy, w ciszy ustawiła się za nimi kolejka dzieci z lodowni w różnym wieku, z miseczkami, garnuszkami albo kawałkiem papieru na dłoni. Od tej pory Mama cały czas zajmowała się sałatką, a ja z Danusią pomagaliśmy, przynosząc w małych bańkach wodę z parteru od pani Maglarki lub krojąc cebulę, która bardzo szczypała w oczy i kręciła w nosie. Mama tłumaczyła, że to dobrze, bo niczym się nie zarazimy. Jerzyk od razu znalazł w lodowni nowych kolegów, z którymi stale grał w „kat, sędzia, policjant, złodziej”.

Stołowników przybywało. Kilka kobiet z lodowni przychodziło Mamie pomagać. Zrobiły sobie nawet miejsca poza naszą piwnicą, gdzie myły kartofle, obierały je po ugotowaniu albo obierały i kroiły cebulę. Babcia na końcu lodowni zorganizowała zbiorowe modlitwy, ale bez śpiewów. Słowa ich dochodziły do nas, ale bardzo cicho, bo Babcia wszystkim wytłumaczyła, że ludzie są zmęczeni i muszą dużo odpoczywać i spać.

***

Palenie dokumentów

Tata przyniósł z naszej piwnicy grubą teczkę owiniętą w ceratę. Pachniała ziemią, bo była zakopana. Schowano w niej różne dokumenty i zdjęcia. Zaczęliśmy całą zwartość kolejno oglądać i odkładać na bok. Z płaskich metalowych pudełek wyjęliśmy medale i wojskowe krzyże. Po przejrzeniu Tata wszystko, razem z teczką, zaniósł do pieca piekarniczego i tam spalił. Na moje pytanie dlaczego, powiedział, żeby wróg jak najmniej się dowiedział o nas i innych ludziach. Zapytałem, czy nie można tego schować do czasu, gdy skończy się wojna. Tata pokiwał głową i powiedział: „a jeżeli będziemy musieli stąd pójść dalej?”.

Jeszcze wieczorem poszedłem z Tatą do naszego mieszkania, które już było stale otwarte. W mieszkaniu wszystko oświetlaliśmy latarką tak, żeby nie było widać z daleka. Lustra w obu szafach w pokojach Babci i naszym były powybijane. To, co mieliśmy zabrać, Tata, klęcząc, wyjmował z szafy za pomocą kija z widełkami. Zabraliśmy trochę ubrań. Ja niosłem ciężki tobołek, Tata miał dwie walizki. Gdy przyszliśmy, Mama, choć bardzo zmęczona po całym dniu gotowania jedzenia, od razu poukładała przyniesione rzeczy w walizkach. Nam kazała ubrać się w świeże ubrania i tak położyliśmy się spać. Po resztę Tata miał pójść następnego dnia.

***

Ucieczka z Grzybowskiej

Następny dzień zaczął się nam bardzo wcześnie, koło czwartej rano. Było to 15 sierpnia. Obudziły nas bliskie strzały i wybuchy granatów. To na barykadzie w drugiej bramie „chłopcy” z okien piętrowego, poprzecznego budynku walczyli z Ukraińcami, którzy weszli już na pierwsze podwórze. Złapaliśmy nasze chlebaki, „chomąta”, i w ścisku wybiegliśmy z klatki schodowej na podwórze, a stamtąd do stajni w trzecim podwórku. Zdążyłem się jeszcze obejrzeć na nasze okna. W tym momencie kolejno do każdego z nich wpadły pociski. Zakurzyło się, posypały się cegły, dom obniżył się o piętro. Zrozumiałem, że nie mamy gdzie wracać.

Ze stajni przebiegliśmy ciasnym korytarzem urządzonym z worków wypełnionych mąką, następnie przez wybity w ścianie otwór wydostaliśmy się do jakiegoś mieszkania, a z niego przez klatkę schodową na podwórko. Ściany domów stojących wokół podwórka były mocno okopcone, najbardziej nad oknami. Czuć było spaleniznę. Ktoś powiedział: – „wychodzimy na Łucką”.

Przez bramę wyszliśmy na ulicę, skręciliśmy pod murem w lewo. Dom z prawej strony był nieco wysunięty na chodnik i osłaniał nas od strony Towarowej. Po kilkudziesięciu krokach stanęliśmy przy płytkim okopie ciągnącym się w poprzek jezdni. Od Towarowej ściana okopu była podwyższona przez ułożone płyty chodnikowe i kawały asfaltu. Na wierzchu leżał świeżo narzucony piach. Na dnie okopu też był piach. Okopem, jeden za drugim, czołgali się ludzie na czworakach, na łokciach. Większość ciągnęła za sobą jakieś tobołki i walizki. U wejścia do okopu stała tablica z napisem „uwaga, ostrzał”. Kolejności wchodzenia do okopu pilnowali dwaj Powstańcy z opaskami AK i jedna dziewczyna w panterce z opaską AK i drugą białą z czerwonym krzyżem. Na krótko przyłączył się do nich Tata i też każdemu mówił, jak się czołgać i żeby nikt się nie podnosił.

***

Przejście przez Łucką

Tata ustawił nas w kolejności: ja, Mama, Danusia, Jerzyk. Tata był ostatni. Babcia została trochę w tyle, bo szła z Wujkiem Jankiem, Ciocią Stefą i Wacią trzymającą na ręku kilkumiesięcznego Krzysia. Tata co chwila głośno wszystkim przypominał, że nie wolno się podnieść. Dopiero po przejściu przez jezdnię i wejściu do bramy naprzeciw. Poza tym była cisza, aby było słychać wszystkie polecenia i wołania o pomoc. Przede mną stała kobieta z niemowlakiem w dużej chustce. Mama pomogła jej tak zawiązać chustkę, że dziecko wisiało jej na szyi i mogła się swobodnie czołgać opierając się na łokciach. Po dłuższym oczekiwaniu uklękła i ruszyła do okopu. Ja za nią, za mną Mama i Danusia. Gdy byliśmy w połowie drogi, kobieta przede mną nagle podniosła się z łokci i wyprostowała na kolanach. W tym momencie usłyszałem terkot cekaemu. Kobieta upadła. Tata zawołał: „wszyscy do tyłu”.

Mama powiedziała do mnie, że się wycofujemy. Bez słowa ruszyłem rakiem. Jeszcze byłem w okopie, gdy obok mnie rzucił się na ziemię jeden z Powstańców i podczołgał do kobiety. Złapał ją za nogi, które owinął paskiem i zaczął ciągnąć. Gdy dociągnął do krańca okopu, złapał ją też drugi i odnieśli za załom muru przy Wroniej. W tym samym czasie do okopu wskoczyła sanitariuszka z saperką i zaczęła wyrzucać z okopu piach pobrudzony krwią. Z drugiego końca okopu wpełzła druga sanitariuszka i pociągnęła chustę z niemowlęciem. Jeszcze była w okopie, gdy Tata zakomenderował:

– „idziemy”.

Znowu ruszyłem do przodu i wprawiony w czołganiu w lesie dość szybko znalazłem się na drugim końcu okopu. Wstałem dopiero w bramie. Tuż za mną byli już Mama, Danusia, Jerzyk i Tata.

***

Idziemy na Złotą

Tylko poprawiliśmy chlebaki i „chomąta” i ruszyliśmy do przodu. Tym razem pierwszy szedł Tata z walizkami, potem Jerzyk, Danusia i ja. Mama szła ostatnia z czarną torbą. Szliśmy szybko. My z Danusią chwilami podbiegaliśmy, żeby nadążyć. Za nami ciągnął się sznur ludzi. Ktoś skierował nas do jakiejś klatki schodowej. Zeszliśmy do piwnic. W korytarzach ledwo oświetlonych świecami umocowanymi do ścian, siedziało mnóstwo ludzi. Panował straszny zaduch, aż zbierało mi się na wymioty. Na szczęście szybko wyszliśmy na drugie podwórko jakiegoś domu. Tata powiedział, że jesteśmy na Pańskiej i tu niedaleko ma kolegę. Podeszliśmy jeszcze kawałek piwnicami.

Przechodziliśmy przez wykute w ścianach otwory. Zatrzymaliśmy się w jakiejś bramie, żeby odpocząć. Tata poszedł szukać kolegi. Kolegi nie znalazł, bo w jego dom dzień wcześniej uderzyła „krowa”. Gdy wrócił, przeniósł nas na klatkę schodową. Schody były drewniane. Usiedliśmy kolejno jedno nad drugim, opierając się o ścianę. Na górze, na podeście półpiętra, siedziała Mama. Najniżej Tata. Co pewien czas wychodził zobaczyć, co się dzieje. Mama wyjęła z torby trochę usmażonych jeszcze wczoraj kartofli i przydzieliła nam równe porcje. Dostaliśmy też po pół kubeczka słodkiej kawy. Zaczęło się ściemniać. Po schodach nikt nie chodził, powietrze było rześkie tylko czuło się spaleniznę i lekki dym. Mama pozwoliła zdjąć chomąta i otulić się kocami.

Obudziliśmy się wcześnie rano, wszystko szybko zwinęliśmy i wyszliśmy na ulicę. Wzdłuż ścian mijanych domów szedł długi, niekończący się szereg ludzi. Poszliśmy z nimi. Wyszliśmy na miejsce, gdzie zbiegają się ulice Złota, Twarda i Żelazna. Z daleka słychać samoloty. Zbliżają się. Zatrzymujemy się w jakiejś bramie. Nagle słychać wycie silnika samolotowego. Wychylam się, żeby go zobaczyć. Tuż nad naszym domem podrywa się w górę. Leci prawie pionowo do góry, po czym przechyla się przez skrzydło i zaczyna nurkować, ale trochę w innym kierunku. Wydaje mi się, że nad miejscem, gdzie byliśmy wczoraj. Widzę, jak odrywa się od niego bomba. Po chwili słychać detonację. Za nim nadlatuje drugi, ale zrzuca bombę gdzieś dalej. Dopiero wtedy Mama wciąga mnie do bramy, dostaję burę, że się wychyliłem. Był to jedyny raz w czasie wojny, gdy widziałem samolot zrzucający bombę. Po chwili po bombardowaniu słyszymy blisko sześć ryków „krowy”. Jeszcze „krowa” ryczy, a już wybuchają jej pociski. Też dość daleko. Cisza. Tata daje komendę: „kolejno biegiem pod tamten dom”.

Przebiegamy przez skwerek. Zebraliśmy się razem po drugiej stronie pod balkonem dużego domu. To ulica Złota. Część ludzi poszła jedną stroną ulicy, część Żelazną w stronę Alej Jerozolimskich. My ruszyliśmy tą stroną, gdzie stanęliśmy, do domu, w którym mieszkał Wujek Ziut – na Złotą 65a. Po drodze widzimy ludzi idących z pełnymi naczyniami wody. Tata mówi, że to dobrze, bo to znaczy, że blisko jest studnia.

***

Na Złotej

Wchodzimy do bramy, mijamy ją, przechodzimy koło okrągłego klombu obudowanego murkiem. Wchodzimy do drugiej bramy. Tata zostawia nas i walizki w bramie i idzie do Wujostwa. Mieszkają w oficynie drugiego podwórka na drugim piętrze. Po jakimś czasie wraca z wiadomością, że poprzedniego dnia poszli na drugą stronę Alej Jerozolimskich. Mieszkanie zamknięte na głucho. Obok pozostała sąsiadka. Nie ma zamiaru schodzić do piwnicy, nawet w czasie nalotu.

Trzeba gdzieś zamieszkać. Wchodzimy do klatki schodowej z bramy między podwórkami, na pierwsze piętro do jakiegoś otwartego mieszkania. Są w nim ludzie, którzy tak jak my uciekli ze swoich domów. Wszystko poprzewracane, poodsuwane, kilka barłogów. Usiedliśmy na jakimś zwiniętym dywanie. Mama z Tatą naradzają się, gdy do mieszkania z hałasem wtacza się kilku pijanych młodych ludzi z biało-czerwonymi opaskami na rękawach. Na opaskach czarne litery AL. Za nimi także rozkrzyczane dwie dziewczyny. Czuć od nich zapach wódki. Krzyczą, żebyśmy się stąd wynosili, bo tu będzie ich kwatera. Jeden, stojący koło Taty wyciąga pistolet. Tata błyskawicznie chwyta go za rękę i mocno wykręca. Pistolet upada na podłogę. Tata go chwyta, repetuje, a spod marynarki wyciąga drugi, swój, niklowany. Widzę go pierwszy raz. Wszyscy milkną. Tata każe im się ustawić przodem do ściany z rękami do góry. Do wszystkich mówi, że wyprowadzamy się stąd, tylko powoli. Zbieramy się ze wszystkim, także ci ludzie, którzy byli przed nami. Gdy wszyscy wyszli, Tata jeszcze coś im powiedział donośnym głosem i ze „zdobycznym” pistoletem wyszedł za nami.

Przechodzimy do frontowej kamienicy, także na pierwsze piętro. Gdy weszliśmy do otwartego mieszkania, w drzwiach powitała nas Babcia, Ciocia Stefa i Wacia. Wujek Janek już poszedł po wodę. Przyszli tu jeszcze wczoraj późnym wieczorem i zajęli ostatni wolny pokój z oknem na podwórze. My zajęliśmy kąt w przedpokoju, w którym leżały zwinięte dywany i materace. Jeszcze nikt tego kąta nie zajął.

Kąt był naprzeciw stale otwartych lub co najmniej uchylonych drzwi na klatkę. Wprawdzie przechodziło obok nas dużo ludzi, ale za to dochodziło świeże powietrze, bo także stale były uchylone drzwi do klatki kuchennej na drugi końcu długiego, załamanego przedpokoju. Przeciąg cały czas nawiewał do nas powietrze z naszej klatki. W jej oknach nie było już żadnej szyby. Poza tym mieliśmy blisko do schodów prowadzących do piwnicy. Z tej strony znajdowały się jeszcze dwa pokoje i kuchnia. Wszystkie z oknami na podwórko. Od strony wejścia kuchennego za kuchnią, był jeszcze jeden pokój, również z oknem na podwórko. Na przeciwnej ścianie przedpokoju drzwi do dwóch wielkich pokoi z oknami od ulicy i łazienka oraz oddzielna ubikacja, z której wydobywał się straszliwy smród. W każdym pokoju tłoczyło się pełno ludzi. W kuchni kilka kobiet próbowało coś gotować na węglowej kuchni. Mężczyźni stale chodzili w kolejkę po wodę, do studni w domu obok albo do pompy po przeciwnej stronie ulicy niedaleko warsztatów samochodowych Skoda.

***

Ławki w piwnicy

W dniu, w którym przyszliśmy, po południu usłyszeliśmy samoloty. Wszyscy ruszyli do piwnicy, my też. Stanęliśmy w kąciku, który tworzył załom muru niedaleko wyjścia. W pobliżu nas stała świeczka umocowana w płaskiej puszce przybitej wysoko, aby ktoś jej przypadkiem nie strącił. Już nie było prądu. Piwniczny korytarz był pełen ludzi. W drzwiach poszczególnych piwnic, najczęściej otwartych, siedzieli ich właściciele, mieszkańcy tego domu, którzy tam mieli swoje łóżka, czasem stoły i ławki. Gdy samoloty przeleciały i słychać było, że zrzuciły bomby, wtedy waliły „krowy”. Ich pociski okropnie wyły. Wszyscy powoli zaczęli wychodzić. Mniej więcej tak wyglądał każdy dzień. Później bomby spadały coraz bliżej, a i „krowy” zaczęły ostrzeliwać coraz bliższe budynki. W tym względnym rytmie doszliśmy do takiej wprawy, że schodziliśmy do piwnicy na pół godziny przed nalotem i wychodziliśmy po drugim ostrzale. Po południu sytuacja przedstawiała się podobnie.

W „naszym” piwnicznym kąciku Tata zrobił grubą ławkę. Ktoś znalazł gdzieś duże gwoździe, ktoś inny piłę. Poprzynoszono deski i Tata z kilkoma panami pozbijali ławki, które stanęły wzdłuż ścian, aby ludzie mogli siedzieć, nie stać. Gdy zbiegaliśmy do piwnicy, każdy miał swoje siedzące miejsce.

***

Pasta

Kilkanaście dni po naszym przybyciu na Złotą gruchnęła wieść, że Powstańcy zdobyli PASTĘ. W piwnicy i w mieszkaniu wszyscy opowiadali o tym, jakby Powstanie zwyciężyło. Ponieważ oboje z Danusią nie rozumieliśmy tej nazwy, Tata wieczorem przed położeniem się spać, za pomocą wypalonych zapałek i kilku drobnych przedmiotów wyjaśnił, co to jest centrala telefoniczna i PASTA. Gdy skończył, okazało się, że wokół nas zebrało się kilkanaścioro dorosłych i dzieci, którzy też się przysłuchiwali wykładowi Taty. Potem dorośli jeszcze długo dyskutowali z Tatą i między sobą na temat Powstania i co będzie po jego zakończeniu. Ale tego już nie słuchaliśmy, tylko wtuleni w siebie usnęliśmy na barłogach.

***

Wacek Kamiński i akcje AL

Pod nami na parterze mieszkał pan dr. med. Kazimierz Dobiecki. Miał żonę Żydówkę i córkę w wieku Danki. Wszyscy w całym domu o tym wiedzieli, lecz nikt Niemcom nie doniósł. W czasie Powstania jego mieszkanie też było chronione, ponieważ jeden pokój od podwórka był przygotowany jako sala operacyjna. Okna od ulicy zabezpieczono workami z piaskiem prawie do samej góry. Tylko małe szczeliny pozostawały pod górną krawędzią, po to, aby było wietrzenie.

Kilka dni po osiedleniu się w kącie przedpokoju przyszedł AL-owiec z wiadomością, że idą na akcję za Aleje Jerozolimskie po masło. Każdy, kto pójdzie z nimi i przyniesie skrzynkę masła, dostanie w nagrodę kostkę. Tata nie chciał mieć z nimi nic wspólnego, więc zszedł ze mną do pana doktora Dobieckiego. Pani Dobiecka zajęła się mną, pokazując pokoje od ulicy, natomiast pan Doktor coś z Tatą uzgodnił i napisał zwolnienie od ciężkich prac. Gdy AL-owcy przyszli po tragarzy, Tata pokazał zwolnienie i nie poszedł.

Zwolnienie lekarskie Ryszarda Haltera. Źródło: pryw. arch.

Na drugi dzień pojawił się u nas, pijany jak zwykle Wacek Kamiński, AL-owiec z naszego domu przy Grzybowskiej. Wydał Mamie rozkaz, aby przyszyła mu nowe dystynkcje z tasiemki. Mama spokojnie powiedziała, że jak przyniesie igłę i odpowiednie nici, a także dobrze przycięte tasiemki to je przyszyje. Poszedł i więcej z tą sprawą nie wrócił. Natomiast dwa dni później przyszedł z wielkim, ciężkim workiem na plecach, zataczając się. Oczywiście pijany.

Bez słowa usiadł koło naszych barłogów w przedpokoju na środku przejścia. Z worka wytrzasnął górę kolorowych torebek i czegoś, co przypominało kształtem zapakowane tabliczki czekolady. Zaczął od torebek. Otworzył jedną, zajrzał, zaklął paskudnie i wysypał trociny. To samo z drugą, trzecią i tak dalej aż do ostatniej. Nic tylko trociny. Wściekły, zaczął rozdzierać opakowania „tabliczek czekolady”. W każdym była deseczka. Tego było dla niego za dużo, poderwał się, kopnął worek, który owinął mu się koło nogi. Runął jak długi. W tym momencie wypadł mu pistolet zza pasa. Babcia delikatnym, ledwo zauważalnym, zręcznym ruchem nogi dyskretnie kopnęła go pod nasz materac. Wacek poderwał się i uciekł, klnąc okropnie. Babcia od razu oddała pistolet Tacie. Wszyscy, którzy widzieli tę scenę, zanosili się od śmiechu. Okazało się, że AL-owcy „zrobili skok” na sklep czy magazyn starej, znanej firmy Pluton. Kiedy inni wynosili towar z zaplecza, Wacek zbierał wszystko z wystawy. Wtedy poznałem słowo atrapa. Do końca Powstania nikt nic o Wacku nie słyszał. A deseczki i trociny poszły do palenia w kuchni. Natomiast „placówka” AL, która nas wyrzuciła z mieszkania nad drugą bramą, cały czas wieczorami urządzała pijatyki z wrzaskami albo spała. Widzieliśmy to wszystko z odległości 10 m, z naszych okien.

***

Państwo Głuchowscy

Zaraz pierwszego dnia, po południu podczas pobytu w piwnicy Jerzyk wybrał się na rozpoznanie i natychmiast zaprzyjaźnił ze starszym o dwa lata chłopcem Bogdanem Głuchowskim. Państwo Głuchowscy byli mieszkańcami tego domu i mieli własną piwnicę bezpośrednio przed zakrętem korytarza. Przy jej drzwiach pan Eugeniusz siadywał na krzesełku i tubalnym głosem komentował różne sytuacje. Pani Jadwiga zajmowała się raczej domowymi sprawami w piwnicy. Rodzice szybko nawiązali z nimi kontakt. Tata z panem Geniem prowadzili dyskusje polityczne przez długość korytarza. Często do nich włączały się inne osoby. To powodowało, że mimowolni słuchacze nie myśleli tylko o swoim tragicznym losie. Znajomość zadzierzgnięta w piwnicy ciągnęła się jeszcze przez wiele lat po wojnie.

***

Tata i organki

Któregoś dnia, gdy już mieliśmy wyjść z piwnicy, a Tata wyszedł zobaczyć, jak przedstawia się sytuacja, nadleciał „nie planowany” samolot i rzucił bombę koło nas. Podmuch zgasił wszystkie świece i zatrzasnął drzwi. Zrobiło się strasznie. Nastąpiła cisza, słychać było tylko przyspieszone oddechy ludzi. Ponieważ poprzedniego dnia przyszli ludzie z zawalonego domu, których cudem odkopano, choć nikt nic nie mówił, zaczęła narastać atmosfera napięcia.

W naszym kącie stanąłem na ławce nad siedzącą Danusią, oparłem się o ścianę rękami tak, aby ją chronić od zadeptania. Nade mną tak samo stanęła Mama. Jerzyk był u Bogdana. Nagle w tej ciszy od strony drzwi odezwały się organki. To Tata wchodził do piwnicy, grając swą ukochaną melodię „Jak długo Wisła wody….”. Usłyszałem, jak cała piwnica westchnęła. Zaraz zabłysnęły zapałki i pozapalały się świeczki. Wszyscy zaczęli jednocześnie mówić. Zrobił się wielki harmider. Tata poinformował nas, że bomba trafiła w jezdnię i nic nikomu się nie stało. Czy to była prawda, nie wiem.

***

Śmierć Heńka

Na chwilę przyszedł do nas Heniek Niwiński, mąż Waci, z kolegą. Obaj mieli opaski AK. Po krótkim czasie wyszli, ale mieli wrócić na noc. W kilkanaście minut później bardzo blisko walnęła „krowa”. Tata zostawiając nas, wyskoczył tak szybko, że nawet Mama się nie zorientowała. Po dłuższym czasie przyszedł wolno ze spuszczoną głową i coś powiedział do Mamy. Mama wywołała Wujka Janka. Po chwili wszyscy wzięli Wacię i wyszli. Została tylko ciocia Stefa z Krzysiem. Gdy wrócili, Wacia szła wyprostowana, jakby nic nie widziała. Prowadził ją Wujek i Tata.

Heniek z kolegą, gdy wyszli od nas, przeszli na druga stronę, weszli do budynku, w który walnęła ta krowa. Zginęli od podmuchu wybuchu, trzymając się w objęciach. Nie mieli żadnej rany. Wacia do wieczora siedziała nieruchomo z Krzysiem na kolanach. Przyszedł z dołu pan doktor Dobiecki i zrobił jej jakiś zastrzyk. Rano, gdy wszyscy schodzili do piwnicy, powiedziała, że nigdzie się nie rusza. Co będzie, to będzie.

***

Śmierć Danusi

Na środku naszego podwórka był klomb otoczony murkiem, który sięgał mi do pasa. Na klombie nic nie rosło, ale po środku stała kapliczka. Na murku, po każdym przedpołudniowym nalocie siadał straszy pan i nożem oskrobywał z sierści przyniesione skądś końskie golenie. Początkowo wyglądało to okropnie, ale po kilku dniach przyzwyczailiśmy się do tego widoku. Zawsze, gdy zakończył pracę, bardzo starannie wszystko sprzątał i odchodził do drugiej bramy. Czasem ktoś się do niego przysiadał i wtedy dość długo rozmawiali. My z Danusią obserwowaliśmy te sceny z okna naszego mieszkania. Najlepiej było widać z drugiego pokoju, tego obok Wujostwa. Mieszkało tam kilka kobiet, do których mówiliśmy „ciociu”. Po jednym z przedpołudniowych nalotów Tata przyniósł wiadro wody. Postawił je na kuchni. Gdy woda trochę się ogrzała jedna „ciocia” zaprosiła Danusię do siebie, aby ją umyć. Jerzyk poszedł do piwnicy, do Bogdana Głuchowskiego.

Po pewnym czasie „ciocia” wyszła blada i coś powiedziała do Mamy. Mama pociągnęła Tatę za rękaw i weszli do pokoju, Babcia objęła mnie rękami za głowę. Po chwili wyszedł Tata milczący, z surową twarzą i zaciśniętymi ustami. Wziął Danusi kocyk. Zrozumiałem, że stało się coś najstraszniejszego. Po chwili wyszli razem z pokoju, Mama, Tata i „ciocia”. Tata niósł przed sobą przytulając do piersi długi kształt owinięty dokładnie w kocyk. Ktoś szeroko otworzył drzwi na klatkę. Babcia mocniej mnie ścisnęła, usiedliśmy w kącie na materacach. Zapytałem, co z Danusią, Babcia cicho powiedziała, że poszła do mamy do aniołów. W tym momencie przypomniało mi się, jak Tata ją przyniósł na Grzybowską i powiedział: „to jest wasza siostra”.

Nagle zrobiło mi się zimno i zdrętwiała mi głowa tak samo jak podczas egzekucji Żydów. Po chwili poczułem, że jestem gdzieś wysoko i widzę, jak Danusia idzie jasnym korytarzem sama. Na końcu tego korytarza w jasności stoi jej mama i wyciąga do niej ręce. Danusia podchodzi, obejmują się.

Obraz znikł, a ja zapadłem w odrętwienie. Nic nie widziałem, nie słyszałem, nie myślałem. Nie wiem, jak długo to trwało. Obudziłem się, leżąc na stole u pana doktora Dobieckiego. Otworzyłem szeroko oczy i chyba coś powiedziałem. Obok widziałem Mamę i Tatę. Pan Doktor powiedział, że wszystko będzie dobrze. Muszę trochę poleżeć.

Jeszcze leżałem na stole, gdy pani Dobiecka przyniosła mi dobrze ciepłą herbatę z cukrem. Po jakimś czasie Tata wziął mnie na ręce i zaniósł na nasze legowisko. Przyszedł za nami pan Doktor i sprawdził, czy jestem dobrze ułożony. Leżę i słyszę, jak cicho ludzie rozmawiają na temat Danusi i mój. Zastanawiają się, skąd się wziął ten odłamek, który uderzył ją i zabił. Przecież wtedy nie było słychać w pobliżu żadnego wybuchu.

Po wojnie, zwłaszcza gdy chodziłem do trzeciej klasy, kilkakrotnie rozmawiałem z Mamą i Babcią o Danusi. Mama od razu poprosiła mnie, abym tego tematu nie poruszał z Tatą, ponieważ Tata bardzo kochał Danusię i bardzo przeżywa i do tej pory przeżywa jej śmierć. Nawet z Mamą nie chce o niej rozmawiać. Zawsze marzył o tym, aby mieć córkę (o tym wiedziałem już wcześniej). Gdy ją przyniósł do domu, to tak jakby ją urodził, bo dał jej życie niosąc przez całą Warszawę, narażając życie swoje, Danusi i nasze. Przecież Niemcy w każdej chwili mogli ich zastrzelić i przyjść po nas z takim samym zamiarem.

Babcia, która zawsze była dla mnie autorytetem w sprawach wiary orzekła, że Pan Bóg okazał jej miłosierdzie, zabierając do siebie, ponieważ Danusia bardzo cierpiała z powodu utraty mamy i panicznie bała się Niemców. Dlatego dał jej śmierć natychmiastowa i lekką. Ta wersja przemówiła do mnie i jej się trzymam do tej pory.

Byliśmy już tak zmęczeni i przyzwyczajeni do huku pękających pocisków, że nikt takich rzeczy nie zauważał. Na popołudniowe bombardowanie nie zeszliśmy do piwnicy. To samo następnego dnia. Tylko leżeliśmy na barłogach. Widziałem, jak ludzie koło nas przechodzili, ale wszystko było mi obojętne. Gdy się obudziłem, było już po popołudniowym bombardowaniu, a ludzie wracali z piwnicy. Okazuje się, że całą rodziną zasnęliśmy tak mocnym snem, że nie słyszeliśmy, jak po przeciwnej stronie ulicy od bomb zawalił się dom. Pan Doktor przyszedł i zrobił mi zastrzyk w rękę powyżej łokcia. Znowu usnąłem. Gdy się obudziłem, usłyszałem, że muszę leżeć. Rozmawiałem z Mamą i Babcią o Danusi. Ale byłem spokojny. Zapytałem, gdzie została pochowana. Nikt nic mi nie odpowiedział na ten temat. I nie wiem tego do tej pory. Chlebak Danusi też gdzieś zniknął.

***

Sanitariuszka i niemowlę

Mogłem już wstać. Poszedłem do tego pokoju i wyglądam przez okno. Czekam, może przyleci odłamek i mnie zabije? „Ciocia” wyprowadza mnie z pokoju. Na drugi dzień to samo. I na trzeci. Tego dnia tak samo obojętnie patrzę, jak pan skrobie końską nogę. Nagle od strony naszej, frontowej bramy wbiega w panterce sanitariuszka i trzyma na rękach becik z niemowlakiem. Kładzie go koło tego pana i wybiega.

Chyba jeszcze nie zdążyła wybiec z podwórka, gdy podbiega do dziecka jakaś młoda pani z drugiej bramy z takim samym dzieckiem na ręku, bierze leżące niemowlę na drugą rękę, całuje i wraca do drugiej bramy. Co dalej, nie wiem, bo znowu przyszła „ciocia” i zabrała mnie z okna. Nigdy więcej nie widziałem tej pani z dwoma niemowlętami na rękach.

***

Czytanie u pani Dobieckiej

Znowu mamy zejść do piwnicy. Nie chcę, ale Mama mnie przekonuje, że trzeba. Siadam na naszej ławce, zostawiając miejsce przy murku dla Danusi. Po dłuższej chwili mam wrażenie, jakby ona była koło mnie. Patrzę w tę stronę, ale widzę tylko cień ściany. Po wyjściu z piwnicy idziemy do pana Doktora. Pani Dobiecka wyjmuje jakąś książkę i mówi, że słyszała, że ładnie czytam. Zaczynam czytać, ale głos mi się łamie, bo przychodzi mi na myśl Danusia, jak jej czytywałem. Przepraszam bardzo panią i wyjaśniam, o co chodzi. Dostaję tym razem bardzo gorzką herbatę, a Pani zaprasza mnie na jutro na czytanie. I tak przez kilka dni. Jakoś mi mijają takie napady, ale smutek pozostaje. Do tej pory.

***

Żywność

Jest coraz trudniej z jedzeniem. Woda jeszcze w pompie jest, ale któregoś dnia na zakłady Skody spadają bomby i już nie ma pompy. Trzeba chodzić dalej do wykopanej studni. Woda stamtąd jest bura i cuchnie. Co drugi dzień Mama przelewa wodę z naszych chlebakowych butelek do czajnika, dolewa z wiaderka, gotuje, wyparza butelki i napełnia dobrze ciepłą wodą. Także co kilka dni sprawdza, czy w sucharach nie zaległy się robaki. Poszedłem do kuchni i widzę, jak Mama przez gazę przesiewa trochę maki. Na gazie zostają długie, białe, wielonogie robaki. Mama wrzuca je do ognia, a z mąki zagniata podpłomyki. Kasza na obiad pachnie stęchlizną. Mama bardzo długo ją gotuje, ale to nic nie pomaga. Jerzyk nie może jej jeść, dostaje wymiotów. Czasem dostaje coś do zjedzenia od pani Jadwigi Głuchowskiej, ale oni też już nie mają dużo. Ktoś przynosi worek ziaren jęczmienia. Ktoś inny znajduje młynek do kawy i wszyscy kolejno mielimy ziarna na mąkę. Początkowo wychodzi ona nieco brązowa, później już biała. Bardziej przypomina kaszę manną. Ale jest trochę świeżej żywności. Też są z niej dobre podpłomyki.

Innym razem ktoś zdobył worek owsa. Mama wałkuje ziarna i robi z tego coś w rodzaju płatków owsianych. W to wałkowanie włączają się Tata i dwaj panowie, bo do tego trzeba dużo siły. Z płatków Mama robi podpłomyki. Dają się zjeść, gdy są ciepłe, bo wtedy są miękkie. Gdy ostygną, twardnieją.

***

Człowiek w wannie

Jerzyk siedział w piwnicy i o czymś rozmawiał z Bogdanem Głuchowskim. Było już po przedpołudniowym nalocie i serii „krowy”. Tata wziął mnie i poszliśmy obaj po wodę do dalszej kamienicy po przeciwnej stronie. Tata miał dwa wiadra, a ja bańkę, taką, w jakiej Mama woziła z Mińska dla Taty pierogi z jagodami. Wracaliśmy już z wodą, gdy nagle usłyszeliśmy wycie samolotu.

Bomby uderzyły we frontową kamienicę trochę po skosie, po przeciwnej stronie. Nagle zobaczyliśmy, jak z kurzu po gruzach zjeżdża wanna, w której klęczy nagi człowiek, trzymając się jej krawędzi. Wanna zatrzymała się, gdy wjechała do bramy domu naprzeciwko. Choć sytuacja wyglądała komicznie, to nikt się nie śmiał. Ktoś od razu okrył go jakąś płachtą, a po chwili z bramy, w której staliśmy wybiegli mężczyźni z kilofami i łopatami, żeby odkopywać ludzi spod gruzów.

Wróciliśmy do naszego domu, tylko rozlało się trochę wody. Gdy siedzieliśmy w piwnicy, czekając na popołudniowy nalot, ktoś opowiadał, że ten człowiek w wannie poszedł w chwili ciszy do swojego mieszkania. Stwierdził, że w kotle łazienkowym jest trochę wody. Wypuścił ją do wanny i zaczął się myć, wtedy nadleciał samolot. Ci mężczyźni z naszej piwnicy, którzy brali udział w odgruzowaniu, zaczęli powoli wracać bardzo zmęczeni i ubrudzeni. Dokopali się do wejścia piwnicznego, ale korytarze też były zawalone. Góra gruzu sięgała drugiego pietra i wybiegała na środek jezdni. Podobno zasypanych zostało kilkaset osób. Dom był wielki, pięciopiętrowy, dwupodwórzowy, a dodatkowo było w nim wielu uciekinierów. Coraz częściej ludzie w piwnicy mówią o wyjściu z Warszawy.

***

Wypędzenie

 

Wyjście

Było to 9 września. Bardzo rano Mama wymieniła nam wodę w butelkach. Założyliśmy świeże skarpetki, podkolanówki. Zamiast lewej gumy – podwiązki, mam mój zegarek, który dostałem do poduszki. Tata jeszcze na Grzybowskiej założył do niego długi pasek.

Jeszcze stoimy w bramie, gdy Tata szczegółowo mówi, jak mamy się zachowywać, zanim dojdziemy do Niemców i po spotkaniu z nimi. Także instruuje nas, co robić, gdy któreś z Rodziców zostanie ranne lub zginie. Mówi teraz, bo później nie będzie na to ani czasu, ani warunków. Ja jestem przygotowany na śmierć. Wiem, że to nie boli i że spotkam się z Danusią. Wiele osób przysłuchuje się temu, co Tata mówi do nas.

Wychodzimy. Idziemy całą rodziną, to znaczy oprócz nas Babcia, Ciocia Stefa, Wujek Janek, Wacia z Krzysiem i jeszcze kilkadziesiąt osób. Ważne, aby wyjść przed porannym nalotem, to znaczy przed 10:00. My z Jerzykiem mamy chlebaki i „chomąta”, Mama czarną torbę. Drugą ręką trzyma mnie za rękę. Tata niesie na ramieniu dwie walizki spięte paskiem, trzyma za rękę Jerzyka. Wychodzimy przed bramę na ul. Złotą. Pytam Mamę, gdzie jest Danusia, mając na myśli jej grób, bo już wiem, że nie żyje. Mama odpowiada, że u mamy, u aniołów.

Więcej nie pytam. Ogarnia mnie apatia. Myślenie mam wyłączone, idę, reagując tylko na polecenia Mamy. Odzywa się rzadko. Ja też nic nie mówię. Po co. Nie mówię nic, ale widząc na gruzach krzyże, domyślam się, że jeden z nich może być Danusi. Idziemy kawałek Złotą, skręcamy w Żelazną. Tędy niedawno uciekaliśmy z Grzybowskiej. Pomimo rozbitych domów poznaję skwerek. Dalej idziemy środkiem jezdni, wydeptanymi ścieżkami. W pewnym momencie staję na górce gruzu, która ugina mi się pod nogą. Spod niej bucha okropny fetor. Stanąłem na jakieś ledwo przysypane zwłoki. Mama lekko mnie pociąga. Nic nie mówimy, idziemy dalej. Skręcamy w Chłodną. Poznaję, bo przechodzimy obok Nord Wachy.

Nieco dalej po obu stronach stoją szkopy w hełmach z bronią gotową do strzału. Kierujemy się do Wolskiej. Przecinamy Towarową idziemy obok naszego Ogniska. Dom jest wypalony. Co chwila w oddali słychać pojedyncze nieregularne strzały. Szkopy nas zatrzymują przy jakimś zwalonym murze, na którym siadam i staram się odpocząć. Słychać nadlatujące samoloty, ale mijają nas wysoko. Siedzimy spokojnie. Przecież szkopów bombardować nie będą. Koło mnie siedzą na murze wszyscy, którzy się zmieścili. Inni siadają na ziemi. Słychać, że samoloty bombardują gdzieś daleko. Siedzimy tak bardzo długo. Samoloty przelatują nad nami, wracając. Znowu idziemy, przechodzimy obok kościoła św. Wojciecha. Tata mówi, że tu był chrzczony. Kościół jest nieco zrujnowany, przez otwarte drzwi widać pełno ludzi. Dookoła na dziedzińcu też. Cały czas po obu stronach w odległości kilkunastu kroków od siebie stoją szkopy. Teraz już bez hełmów, z gołymi głowami, podwiniętymi rękawami z rozpylaczami gotowymi do strzału. Od czasu do czasu dochodzą do nas odgłosy bliskich pojedynczych strzałów lub krótkich serii. To zabijają tych, co się przewrócili, bo już nie mieli siły wstać.

Znowu stoimy. Siadam na ziemi. Za mną robią to samo inni ludzie. Dorośli i dzieci. Siedzimy tak długo, że zaczynam zasypiać. Po jakimś czasie słyszę głos Mamy jakby z oddali. Wstajemy i idziemy dalej. Idę z brzegu, bo w tłumie jest duszno, a jak się potknę, to mnie zadepczą. Trzeba też uważać, żeby się nie potknąć, idąc z brzegu, bo Niemcy mogą przewracającego się zastrzelić. Już minęliśmy kilkanaście takich osób. Idziemy jedną stroną jezdni. Robi się gorąco. To po drugiej stronie palą się domy. Dwupiętrowe i trzypiętrowe. Ogień bucha z okien na wszystkich piętrach. Jakaś przecznica, z daleka widać w niej także palące się domy. Słyszę daleki, przeraźliwy krzyk i widzę, jak między domami szkop z podwiniętymi rękawami wyrywa kobiecie dziecko z rąk i rzuca je w okno, z którego bucha płomień. Stojący obok esesman strzela kobiecie w głowę. Przez chwilę nad nimi widzę Danusię. Spokojnie odmawiam „Wieczne Odpoczywanie”. Wszyscy już są u aniołów. Znowu spoglądam w bok, nad ruinami widzę daleko wieżę kościoła św. Jakuba na Grójeckiej. Wygląda, jakby była nadgryziona. Znowu stoimy, bo z bocznej ulicy wychodzi duża grupa ludzi. Idą cicho tak jak Żydzi na rozstrzelanie w Mińsku. Mimo apatii uprzytamniam sobie, że tak samo wyglądamy my. Sięgam do butelki, wypijam łyk. Po jakiś czasie ruszamy dalej.

Dochodzimy do małego kościółka na Woli. Skręcamy na lewo między jakieś ogrody, działki. Droga jest bardziej polna i wąska. Przechodzimy obok sterty śmieci, zaczepiam o coś nogą. Wytaczacza się główka kapusty. Dziesiątki rąk sięgają po nią, ale ja grałem na bramce. Jestem szybszy, łapię kapustę i się wycofuje. Szkopy zarykują się ze śmiechu. Mama obiera kilka liści i wyrzuca je. Dużo mniejsza kapusta mieści mi się w środkowej kieszeni chlebaka. Mama surowo przykazuje, abym jej nie jadł bo się rozchoruję. Dochodzimy do torów. Zatrzymujemy się. Siadam na szynie. Tata staje na tej szynie i uważnie się rozgląda. Mówi, że możemy usiąść, bo ten tor jest ślepy. Wszyscy siadają, gdzie kto może.

Rozglądam się. Za nami wielki tłum ludzi. Przed nami taki sam. Poprzez ten tłum Tata widzi, że co pewien czas podjeżdża pociąg – elektryczniak, taki sam, jakim jeździliśmy do Mińska. Ludzie wspinają się do niego, bo nie stoimy na peronie, tylko nisko na torach. Pociąg odjeżdża.

***

Pruszków

Od czasu do czasu popijam mały łyk wody. Siedzimy tak długo, aż jest już zupełnie ciemno. W pewnym momencie podchodzą do nas szkopy w hełmach i rycząc, zaganiają nas do pociągu. Ludzie pomagają sobie wzajemnie wejść do wagonu. Tata podsadza najpierw Mamę, potem podaje Mamie nas, torbę i walizki. Podsadza jeszcze kilka osób. Sam wsiada, wciąga jeszcze kilka osób. Szkop stojący w wagonie przy drzwiach odpycha Tatę, który ostro odzywa się do niego po niemiecku. Szkop patrzy przerażony, jakby zobaczył smoka. Nie wchodzimy do przedziałów, bo Tata mówi, że tym pociągiem można dojechać nie dalej niż do Żyrardowa. W pociągu zapalają się światła.

Ruszamy, jedziemy szybko, bez zatrzymywania się. Gdy pociąg staje, otwierają się drzwi, szkop zaczyna wypychać ludzi. Wszyscy wyskakują w dół, na tor biegnący równolegle obok naszego. Za nim w słabym świetle wagonów widać biały, pomazany mur. Gdy jest nasza kolejka do wyskoczenia Tata mówi: – „poczekajcie, wyjrzę”. Szkop milczy. W tym momencie, gdy Tata wychyla się, żeby spojrzeć, co się dzieje, po torze, na który mamy wyskoczyć, przejeżdża z dużą prędkością i łoskotem parowóz. Czuję uderzenie kolbą w plecy i wypadając tuż za parowozem słyszę donośny głos Taty: „pod mur!”.

Padam na nogi i ręce na coś miękkiego i śliskiego. Podrywam się, przebiegam przez tor. Po drodze ślizgam się chyba na kimś, kogo przed chwilą rozjechał parowóz. Przywieram możliwie płasko do muru i tak stoję. Po kilku sekundach jest przy mnie Jerzyk, Mama z torbą i Tata z walizkami. Ruszamy w lewo wzdłuż muru. Dookoła słychać krzyki, wołania o pomoc, jęki i głośne płacze. Idziemy jedno za drugim ścieżką przy murze, dotykając go. Przed nami i za nami idą inni. Po jakimś czasie wchodzimy przez dużą bramę na duży plac. Na placu mnóstwo ludzi, muszę uważać, żeby się nie zgubić. Mama znowu trzyma mnie za rękę. Jerzyk jest z Tatą. Teren jest słabo oświetlony. Przed nami wielkie, murowane hale. Przesuwamy się w ich kierunku razem z tłumem. Przez wielkie drzwi wchodzimy do środka. Potykam się o szyny w podłodze. Idziemy jeszcze trochę i wchodzimy po szerokich schodach na piętro. Jest coraz mniej ludzi. Robi się luźno. Widać, gdzie jesteśmy, bo na dworze w pobliżu okna stoi zapalona latarnia.

Zatrzymujemy się przy metalowych długich korytach, nad którymi są krany. Tata odkręca jeden z nich, ale woda nie leci. My stoimy, Tata idzie wzdłuż koryta i sprawdza wszystkie krany. Nie ma w nich wody. Lokuje nas i Mamy torbę w korycie. Mówi, że tu nikt na nas nie nadepnie. Kładziemy się z chlebakami pod głowami i przykrywamy naszymi kocykami. Na podłodze pod nami Tata układa walizki, na których siadają razem z Mamą. Jest mi zimno w plecy od koryta, ale przysypiam mimo hałasu, dużego gwaru i gryzącego robactwa. Na zewnątrz daleko nadal słychać krzyki chyba porozjeżdżanych ludzi i od czasu do czasu strzały.

Zasypiam. Budzę się, gdy jest widno. Jerzyk jeszcze śpi. Wyglądam z koryta na dół. Na walizkach siedzi tylko Mama. Tata poszedł się rozejrzeć. Widzę, jak daleko chodzą młode kobiety z białymi opaskami na ręku. Na opasce czerwony krzyż. Już wiem, że to sanitariuszki. Noszą ze sobą bańki z czymś do picia, bo niektórym ludziom coś nalewają, innym przystawiają bańki do ust. Jedna podchodzi do nas. Podaję jej kubek, nalewa do pełna czarną kawę i mówi, abym wolno pił. Niedługo przyjdzie jeszcze raz. Jerzyk budzi się i zaczyna coś marudzić. Pani Sanitariuszka nalewa mu też pełny kubek, ale on próbuje i narzeka, że kawa zimna i gorzka. Mama rzadko podnosiła głos, ale mu teraz ostro zwróciła mu uwagę, żeby pił, gdy ma co. Wraca Tata. Siada na walizkach obok Mamy i opowiada, gdzie był, co widział i że też się napił. Może tu będziemy do jutra. Udało mu się porozmawiać z jakimś szkopem. Młodych mężczyzn wywożą do obozów koncentracyjnych lub obozów pracy, starców, kobiety i dzieci wywożą, nie wiadomo gdzie. Co kilka dni te same pociągi wracają puste.

Po jakimś czasie wraca ta sama pani Sanitariuszka, przynosi w koszyku podpłomyki. Mają wielkość mojej dłoni. Dostajemy z Jerzykiem po dwa. Potwierdza słowa Taty o wywózkach, ale mówi, że jeszcze jutro tu zostajemy, bo najpierw muszą opróżnić inne hale. A ona może przyjdzie do nas wieczorem. Tata zabiera Jerzyka na długi spacer. Gdy wracają, wychodzę z Mamą. Staram się uważnie obserwować wszystko i zapamiętać. Musimy chodzić na raty, bo na hali jest bardzo dużo ludzi i ktoś stale musi pilnować naszych miejsc i tobołków. We wszystkich korytach „mieszkają” dzieci, a pod nimi ich rodzice. Chodząc, trzeba uważać, aby nie nadepnąć kogoś leżącego.

Kiedy rano wyszliśmy na zewnątrz, wydało mi się, że oddycham bardzo czystym powietrzem, taki był zaduch w hali, mimo wybitych szyb w oknach. W nocy padał deszcz. We wszystkich dziurach na jezdniach stała woda. Ludzie w niej coś prali albo ją przecedzali przez szmatki do różnych naczyń. W jednej z kałuż, która wydała się czyściejsza, Mama zamoczyła ściereczkę i starannie wytarła mi twarz i umyła ręce do łokci. Sama podobnie się umyła. W pobliżu muru starszy mężczyzna koło niewielkiej kałuży rozpalił mały ogień, postawił obok niego dwie cegły, umieścił na nich dekiel od menażki, takiej jak mieliśmy na Grzybowskiej. Potem z kałuży starannie wybrał ziemię i kamyki i wsypał do niej mąkę. Przyglądaliśmy się temu z małej odległości. Nagle na powierzchnię wody wypłynęło kilkanaście długich, białych robaków. Mężczyzna nie wiedział, co ma robić. Mama podeszła do niego, bez słowa zdjęła z ognia dekiel, wygarnęła nim wszystkie robaki i dużo wody. Zagniotła ciasto na podpłomyki. Mężczyzna za to pocałował Mamę w rękę. Potem Mama jeszcze mu powiedziała, żeby następnym razem zagniatał ciasto na betonie, dolewając trochę wody, wtedy lepiej się zagniecie. Poszliśmy dalej w kierunku kuchni wydającej jakąś zupę, ale nie staliśmy w kolejce bo była strasznie długa, a my wykończeni kompletnie.

Przyszła do nas ta sama pani Sanitariuszka z jakaś młodą panią. Przyniosły zupę dla wszystkich ludzi skupionych wokół koryt. Wystarczyło po troszku dla dzieci. Tata chciał iść z nimi po drugą porcję, ale powiedziały, że to bardzo niebezpieczne. Ta druga pani została przy nas. Mama powiedziała mi, żebym oddał jej „zdobyczną” kapustę na zupę dla wszystkich. Oczywiście od razu oddałem. Później Mama mi powiedziała, że gdybyśmy tej kapusty nie oddali to i tak, zanim mielibyśmy gdzie ją ugotować, zepsułaby się.

Pod wieczór Mama wyjęła nici i igłę i sprawdziła wszystkie guziki przy kieszeniach naszych bluz. Uważnie, tak aby nikt nie widział, Jerzykowi i mnie włożyła do każdej kieszeni po kilka banknotów o małych nominałach (1, 2, 5 i 10 zł) i lekko zaszyła.

Później okazało się, że były także „grubsze” pieniądze. W każdej chwili nitkę można było rozerwać. Na moje pytanie, dlaczego to robi, wyjaśniła, że dorośli mogą być rewidowani, więc lepiej żeby pieniądze były u nas. A gdyby nas rozdzielili, to też zawsze możemy sobie coś kupić

Banknoty ukryte w bluzach Marka i Jerzego. Źródło: pryw. arch.

Wymieniliśmy także wszystko, co mieliśmy na sobie, prócz spodni i bluz. Do walizek poszły rzeczy brudne. Reszta czystych powędrowała do maminej torby. Tata miał ze sobą małą teczkę.

***

W pociągu

Pani, która wieczorem przyszła z panią Sanitariuszką, rano przyniosła wiadomość, że wieczorem załadowano ludźmi jeden pociąg, który odjechał w nocy. Musimy być stale przygotowani do wyjazdu. Wypiliśmy naszą wodę z butelek. Pani przyniosła świeżą. Tylko zdążyliśmy się oporządzić, gdy weszli, rycząc jak zwykle, żandarmi. Nie wiedząc, co będzie dalej, Tata pożegnał się z nami. Mama powiedziała, żeby Jerzyk poszedł za rękę z tą panią, ale on odmówił. Wtedy ja nieśmiało powiedziałem, że pójdę z nią. Gdy tylko wyszliśmy z hali, szkopy zaraz zaczęły kierować mężczyzn w jedną stronę, do miejsca, które gęsto obstawiało wojsko. My poszliśmy do towarowego pociągu.

Wagony były wysokie. Mamę podsadziła „moja” pani, potem torbę i Jerzyka i mnie jako ostatniego. Gdy mnie podsadzała bardzo mocno pocałowała w czoło. Stałem już w wagonie, gdy zobaczyłem, że jej nie ma. Nie wsiadła. W wagonie już była Babcia, Wacia z Krzysiem, Ciocia Stefa i Wujek Janek, który od razu w rogu wagonu zaczął zgarniać miał węglowy z podłogi na jedną górkę. To był bardzo dobry pomysł, bo w ten sposób powstało miejsce, gdzie można było się na nim załatwić. Wujek po każdym wyrzucał brudny miał za wagon. Wagon był odkryty, ale miał wysokie ściany tak, że Wujek nie mógł nic zobaczyć. Wujek nie został zabrany do obozu, bo był siwy i bardzo źle wyglądał.

Usiedliśmy na podłodze przy przedniej ścianie. Wyciągnęliśmy nogi przed siebie. Tak było wygodniej i więcej miejsca. Każdy wagon po załadowaniu ludźmi był z łoskotem zamykamy od zewnątrz. Już nie można było wyjść. Po przeciwnej stronie toru stali żandarmi z rozpylaczami gotowi strzelać do każdego, kto się choćby wychylił zza górnej krawędzi ściany. Siedzieliśmy tak przez kilka godzin. Jedyne, co pamiętam z tego oczekiwania, to to, że powiedziałem cicho do Mamy, że dobrze, że nie są to wagony do wapna, bo pewnie nas gdzieś wypuszczą. Mama tylko przygarnęła mnie mocno.

Ruszyliśmy. Jechaliśmy wolno. Koła stukały tuk-tuk, tuk-tuk. Co pewien czas zatrzymywaliśmy się. Było na tyle luźno, że obaj z Jerzykiem ułożyliśmy się wzdłuż ściany, pod głowy wzięliśmy chlebaki. Mama przykryła nas kocykami. Babcia zaintonowała „Pod Twą obronę”, ale ludzie bali się głośno śpiewać. Potem zaczęła odmawiać różaniec. Wtedy dołączyło się sporo osób. Zaczęło się powoli ściemniać. Pod kołami grzechoczą zwrotnice. Zatrzymujemy się. Po chwili obok wolno przejeżdżał pociąg. Wujek z kilkoma mężczyznami postanowili wyjrzeć. Powiedział głośno, że to jakiś pasażerski. W tym momencie do naszego wagonu zaczęły spadać paczuszki i puszki. W paczuszkach były jakieś kanapki. Wujek jeszcze raz wyjrzał i powiedział: „Węgrzy”. Jechali w tę samą stronę co my, czyli wyjeżdżali z Warszawy. Wujek później opowiadał, że widział, jak paczki przerzucali do wszystkich wagonów. Przy tym „bombardowaniu” dostałem puszką w głowę. Na szczęście puszka była mała i uderzyła mnie płasko. Tylko rozbolała mnie głowa. Ale złapał ją ktoś inny. Było to w okolicy stacji Żyrardów.

Po jakimś czasie znowu wolno ruszyliśmy. Zrobiło się zupełnie ciemno, poukładaliśmy się możliwie blisko siebie i posnęliśmy. W nocy zaczął padać deszcz. Nieduży. Wyjąłem swój kubeczek i zacząłem łapać wodę. Nałapałem tyle, że wystarczyło na dwa łyki. Rano, gdy mijaliśmy jakąś stację, Wujek wyjrzał i stwierdził, że jedziemy w kierunku Krakowa. Ktoś rzekł, że do Oświęcimia. Zapanowała smutna, groźna cisza. Tylko stukały koła. Wypiłem trochę wody, zjadłem suchara. Jerzyk przesypywał miał węglowy z jednej górki na drugą. Znowu położyłem się spać. Spałem twardo, śniła mi się Danusia. Powiedziała do mnie „niedługo wysiadamy”.

Musiałem głośno mówić lub krzyczeć przez sen, bo obudziła mnie Mama. Opowiedziałem jej sen, ale Mama milczała. Babcia siedząca obok i odmawiająca różaniec zauważyła, że Danusia nas bardzo kochała i na pewno ma dla nas dobrą wiadomość.

***

Końskie

Druga noc w pociągu minęła mi spokojnie. Jerzyk też cicho siedział i tylko nadal przesypywał miał w inne miejsca. Dwie – trzy godziny po przebudzeniu, wypiciu nieco wody i zjedzeniu następnego suchara poczułem, że pociąg zwolnił, zaczął trząść na zwrotnicach, aż wreszcie się zatrzymał. Po chwili rozległy się wrzaski szkopów i hałas odsuwanych po obu strona drzwi. Usłyszeliśmy powtarzane wielokrotnie krzyki „raus”.

Po jednej stronie wagonu była rampa. Stali na niej żandarmi i cywilni ludzie z łopatami i miotłami. Po przeciwnej było nisko i tuż obok wagonu szeroka ścieżka. Widać było drzewa i krzaki, takie jak przy bocznicy w Mińsku. Ludzie zaczęli wyskakiwać z wagonów i byli kierowani przez żandarmów do końca pociągu. Ścieżka prowadziła wzdłuż całego pociągu. Przy wyjściu z każdego wagonu stał żandarm, ale z karabinem na pasie. Bardzo szybko wszyscy zaczęli wysiadać. Gdy my, spod ściany, doszliśmy do wyjścia, byliśmy jednymi z ostatnich. Wtedy z rampy weszli do wagonu cywile i zaczęli go sprzątać. Wujek, gdy wysiadał, powiedział do Mamy, że pewnie potrzebują transportu dla wojska. Gdy doszliśmy do końca pociągu, zobaczyliśmy na rampie ustawione małe działka, kuchnie polowe, pozamykane metalowe, dwukołowe przyczepki i dużo wojska. Szliśmy dalej w długiej kolumnie ledwo mieszczącej się na szerokiej ścieżce. Skończyły się drzewa, zaczęły się pola uprawne, trochę rżyska, a później kartofle. Na początku naszej rodziny szła Wacia z Krzysiem, potem Ciocia Stefa, Babcia, Wujek, Jerzyk, ja i Mama. Z daleka zobaczyliśmy chatę, którą wszyscy mijali i kolumna szła dalej. Przy chacie stały dwie kobiety.

Jedna z nich natychmiast złapała Wacię z Krzysiem i pociągnęła do chaty. Za nią, druga poprowadziła nas. Weszliśmy do dużej izby. Pod ścianami, jedne na drugich, leżały dobrze wypchane sienniki. Gdy wchodziliśmy, Wacia, stojąc, już coś piła z kubka, a młoda dziewczyna, może 14-letnia poiła łyżeczką Krzysia. Po chwili wszyscy usiedliśmy pod ścianami. Tylko sienniki zostały rozłożone pojedynczo. Za nami weszło jeszcze kilkanaście osób z dziećmi w naszym wieku lub nieco mniejszymi. My z Jerzykiem dostaliśmy do wypicia jakieś lekko słone picie. Inne dzieci też. Położyłem się na sienniku i poczułem jakieś dziwne odprężenie. Zrobiło mi się ciepło, przypomniała się Danusia, chciałem ją zobaczyć we śnie. Usnąłem. Tym razem przyśniła mi się jasna chmura nad domem w Warszawie, która powoli zmieniła się na chwilę w Matkę Boską Częstochowską.

Obudziła mnie Mama, mówiąc, że pójdziemy pod studnię nieco się umyć. Jerzyk spał. Poszliśmy do drewnianego cebrzyka, w którym było już trochę zimnej, czystej wody. Zacząłem się rozbierać z bluzy i koszuli, gdy przybiegła kobieta, przynosząc wrzątek. Wlała go do zimnej wody, sprawdziła, czy nie jest za gorąca i poszła. Jak dobrze było zanurzyć ręce w ciepłej wodzie i poczuć, jak Mama polewa mi plecy. Gdy już mnie wytarła czystą ścierką, zdjąłem spodnie i skarpety, pilnując zegarka na nodze. Mama zasłaniając mnie trochę, umyła mi resztę ciała. Jakoś nieprzyjemnie było zakładać brudne ubranie na czyste ciało, ale nie było innego wyjścia. Gdy się umyłem, jakaś kobieta zawołała mnie do kuchni (było ich w kuchni bardzo dużo) i dostałem czubatą łyżkę tłuczonych, lekko osolonych kartofli. Do popicia była jakaś „herbata”, w której pływały kawałki skórek owoców.

Tak najedzony dawno nie byłem. Zachciało mi się spać. Poszliśmy z Mamą na siennik, ja się położyłem i zaraz usnąłem. Mama próbowała dobudzić Jerzyka na mycie. Nic mnie nie obchodziło. Wieczorem, gdy było ciemno na dworze, a w izbie paliła się naftowa lampa, dostałem jeszcze raz pić. Tym razem była to woda pomieszana z mlekiem i do tego suchy, miękki kawałek świeżego chleba. Jerzyk próbował coś mi opowiadać, ale ja usnąłem. W nocy nagle obudziły nas wrzaski szkopów. Stali w drzwiach i świecili po oczach wielkimi latarkami. Było mi wszystko obojętne. Na całej podłodze, jeden przy drugim leżeli ludzie. Niemcy nie wchodzili. Po chwili klnąc, poszli.

***

Początek poszukiwań Taty

Następnego dnia za radą naszej pani Gospodyni idziemy z Mamą do RGO dowiedzieć się, jak poszukiwać Taty. Przed wyruszeniem do miasta Mama rozpruwa Jerzykowi kieszenie i wyjmuje z nich wszystkie pieniądze. Jerzyk przez chwilę się buntuje, dlaczego z jego kieszeni, a nie moich, ale Mama każe mu być cicho.

Rada Główna Opiekuńcza istniała w Generalnej Guberni latach 1940 – 45. Działała za zgodą Niemców, którzy wykorzystywali ją do wyłapywania „wrogich elementów”. Wspierała ludność cywilną Polski na wzór analogicznej organizacji utworzonej podczas pierwszej wojny światowej. Oficjalnie współpracowała z PCK oraz placówkami pomocy przy parafiach i klasztorach. Zajmowała się nie tylko stroną bytową ludności, ale także poszukiwaniem osób zaginionych w łapankach, wywiezionych na roboty lub do obozów pracy. Spełniała bardzo ważną rolę w opiece nad sierotami. Przez placówki RGO przewinęło się bardzo dużo Żydów.

Ponieważ poszczególne jej gałęzie i placówki były często kontrolowane przez Niemców i infiltrowane przez folksdojczów, starała się nie mieć żadnych kontaktów z organizacjami bojowymi. Ujawnienie takich kontaktów groziłoby natychmiastową delegalizacją całej RGO i w konsekwencji pozbawianiem pomocy najbiedniejszej części około miliona Polaków rocznie.

Idziemy do RGO, to tak daleko jak z Grzybowskiej do wujka Ziuta na Złotą. Wchodzimy do dużej sali, w której na stołach są poustawiane skrzynki jak w bibliotece do wyszukiwania książek. Na nich znajdują się kartki z literami alfabetu. Obok, przy innych stołach, siedzą panie, informujące, co i jak napisać na kartkach pocztowych z wydrukowanym, fioletowym znaczkiem pocztowym Hitlera. Każda osoba poszukująca może wysłać bezpłatnie cztery kartki. Później, za kilka dni, należy szukać w skrzynkach pod właściwą literą, czy jest jakaś odpowiedź. Stoję koło Mamy, gdy pisze kartki. Jerzyk chodzi po sali. Gdy Mama skończyła pisać i oddała kartki do wysłania, odnajdujemy Jerzyka i wracamy do domu. Może za tydzień przyjdzie jakaś wiadomość.

Wracamy, Mama od razu opowiada wszystkim, jak się załatwia sprawy w RGO. Wujek Janek z ciocią też poszli i rozesłali kartki. Przecież prócz Waci wszystkie ich dzieci pojechały do obozów. Od początku Powstania tylko raz na Złotą wpadła na chwilę Zosia. Mimo że pani przy stoliku powiedziała, że trzeba czekać co najmniej tydzień na jakąś wiadomość, chodzimy codziennie do miasta. Idzie się około 40 minut. Jerzyk zaczyna urywać się do chłopaków, którzy przyjechali z Warszawy. Nasi gospodarze mają prawie dorosłe córki, które pomagają w gospodarstwie, jedna jest stale przy Waci i Krzysiu. Syn gospodarzy ma 13 – 14 lat i też ma stale zajęcia w obejściu. Babcia i Ciocia Stefa, na ile mogą, pomagają w kuchni, Wujek Janek też pomaga w gospodarstwie. Kilka razy koło naszej zagrody przechodzą patrole niemieckie, ale tylko popatrzą i idą dalej.

***

Kotka opiekuje się Krzysiem

Od pierwszego momentu, gdy Wacia z Krzysiem zamieszkała w kącie izby, często, zwłaszcza gdy Krzyś płakał, w okolicy pojawiała się duża, szara kotka. Chwilę się im przyglądała, po czym postawiwszy do góry ogon odchodziła. Krzyś był już na tyle duży (miał pół roku), że siedział oparty w narożniku izby wyłożonym workiem ze słomą, aby nie dotykał plecami bezpośrednio ścian. Nogi też miał czymś przykryte. W którymś momencie Waci nie było w pobliżu, gdy zapłakał. Nie wiadomo skąd przybiegła do niego kotka, położyła mu się na nogach. Krzyś przestał płakać i zajął się kotką. Dotykał jej głowy, ciągnął za uszy, ogon i łapy. Patrzyłem na to ze swojego posłania z odległości może jednego metra. Kotka cierpliwie znosiła jego zabawy, do czasu, gdy zaczął ładować jej palec do oka. Wtedy delikatnie odtrąciła łapą jego rękę. Gdy Krzyś powtórzył próbę dotknięcia jej oka, ponownie pacnęła go łapą i odeszła. Krzyś rozpłakał się głośno, przyszła Wacia. Kotka obserwowała wszystko, stojąc w progu. Gdy zobaczyła Wacię, wyszła na podwórko. Opowiedziałem Waci, co widziałem. Od tej pory zawsze, gdy Krzyś płakał, pojawiała się kotka. Niekiedy, gdy Wacia była w kuchni lub przy studni, kotka tak długo kręciła się koło niej, że Wacia, chcąc nie chcąc, musiała zająć się dzieckiem.

Ze mną kotka też zawarła bliższą znajomość i pozwalała się głaskać. Czasem rzucałem jej na podłogę jakaś grudkę lub kłębuszek sznurka. Wtedy atakowała go, przewracała się na grzbiet i podrzucała łapami. Kiedyś na podwórku zobaczyłem, jak koło stodoły coś atakuje, przenosi kawałek dalej, czai się i atakuje znowu. Podszedłem bardzo blisko i zobaczyłem, że tak „bawi się” z myszą. Biedna mysz stale próbowała schować się w norce, ale gdy tam dochodziła, kotka łapała ją znowu i odnosiła nieco dalej. Mysz już słaniała się na łapkach. Wtedy, gdy kotka za którymś razem zamierzała ją złapać, chwyciłem kotkę za skórę na grzbiecie i pozwoliłem myszy uciec. Dopiero wtedy kotkę puściłem. Ofuknęła mnie groźnie, zadarła ogon i szybkim, dumnym krokiem na sztywnych łapach odeszła. Od tej pory nasza przyjaźń się skończyła. Kotka tolerowała moją obecność w pobliżu Krzysia, ale nie pozwalała mi się do niego dotknąć. Zaraz atakowała pazurami moje nogi i wydawała ostre gniewne pomruki.

***

Spotkanie znajomych

Idę z Mamą do miasta. Już jesteśmy na jakiejś wąskiej ulicy, gdy nagle słyszymy na drugiej stronie okrzyki radości. Zatrzymujemy się i nagle Mama – wołając: „Jadzia !!!” – przebiega ulicę, ja biegnę za nią. Jadzia stoi i ściska się z jakimś panem. To Mamy koleżanka z Woli i jej niedawno, przed powstaniem, poślubiony mąż. Obydwoje są obandażowani i mają usztywnione ręce. Jedno lewą, drugie prawą. Gdy w pierwszych dniach Powstania Ukraińcy urządzali rzeź Woli, postawili ich obok siebie pod murem razem z mnóstwem innych ludzi i rozstrzelali. Jadzia dostała pocisk w jeden bok, a stający obok niej mąż w drugi. Obydwoje stracili przytomność. Każde z nich zostało uratowane spod sterty trupów. Nie wiedzą, kto i jak ich wyciągnął i opatrzył. Gdy doszli do siebie, ranni, obandażowani, przekonani, że to drugie nie żyje, zostali wywiezieni do Końskich. I tam jakimś cudem ocaleni, spotkali się. Jak potoczyły się ich dalsze losy, nie wiem.

***

Zupa w RGO

Jerzyk przybiegł do nas z wiadomością, że niedaleko w majątku, za murem, stoją kuchnie polowe i RGO wydaje zupę. Chłopaki, a my razem z nimi pobiegliśmy tam. Wzięliśmy tylko swoje kubeczki i łyżki. Mamie nic nie powiedzieliśmy. Stanęliśmy w długiej kolejce, dostaliśmy po kubku zupy. Nic szczególnego, ale można się było najeść. Gdy wszyscy zjedliśmy, postanowiliśmy pójść po repetę. Dostaliśmy. Za trzecim razem, sądząc, że już nie dostaniemy, dla niepoznaki zamieniliśmy się marynarkami, a niektórzy czapkami. Dostaliśmy. Ja już miałem dość. Byłem najedzony, aż mi się odbijało. Oni jeszcze raz spróbowali szczęścia i dostali. Gdy dochodziłem do domu, poczułem w brzuchu „rewolucję”. Tylko krzyknąłem Mamie, że idę w kartofle. Ledwo zdążyłem. Po pewnym czasie obok kucnął któryś z chłopaków. Po chwili znad krzaków kartofli wystawało kilka głów chłopaków i oczywiście Jerzyka. Gdy skruszeni i zmordowani wróciliśmy do domu, Mama tylko zauważyła, że nas przestrzegała przed dużą ilością jedzenia, bo zbyt długo głodowaliśmy i żołądki nasze odzwyczaiły się od pracy.

Więcej nie poszliśmy za mur do RGO. Później dowiedzieliśmy się, że wydający zupę doskonale nas rozpoznawali i czekali tylko, ile razy jeszcze będziemy wracać i jak się przebierzemy.

***

Kartka od Taty

Po kilku dniach w skrzynce w RGO znaleźliśmy kartkę od Taty. Podał adres obóz Pölitz koło Szczecina. Już wiemy, że żyje. Na odwrocie napisał jeszcze kilka słów i poprosił, że jeżeli możemy, to żebyśmy przysyłali mu papierosy. To było o tyle zaskakujące, że przecież w czasie Powstania, jeszcze na Grzybowskiej, przestał palić. Na miejscu w RGO Mama dostała „służbowe”, małe, tekturowe pudełko i zorganizowała papierosy. Dodatkowo, żeby nie latały po pudełku włożyła mój „szalik” – pasek koca. Zgodnie z poleceniem pani pracującej w RGO napisała na kartce, co jest w pudełku i włożyła ją do pudełka razem z drugą kartką z adresem. Wszystko zostało zapakowane i zaklejone przez jedną z urzędujących pań. Gdy wróciliśmy, Ciocia Stefa też już miała wiadomość o Zosi, Mirku i Helence. Dorośli po naradzie ustalili, że za kilka dni wyjedziemy do Łowicza. Przez ten czas może jeszcze przyjdą jakieś wiadomości od Marysi, Tadeusza i Janka.

***

Wyjazd do lasu po drzewo

Jerzyk przybiegł do Mamy z prośbą o zezwolenie na pojechanie do lasu po drzewo z synem pani Gospodyni. Ja też chciałem, ale ponieważ Jerzyk stanowczo protestował, Mama poszła zapytać się pani Gospodyni, czy i ja mogę się z nimi zabrać. Pani Gospodyni i jej syn wyrazili zgodę, więc pojechaliśmy we trzech. Jechaliśmy wozem drabiniastym, przy czym ja siedziałem na końcu wozu z nogami spuszczonymi między kołkami drabin. Do lasu widocznego jako czarna ściana na horyzoncie jechało się polną drogą przez prawie godzinę.

Gdy minęliśmy pierwsze drzewa w lesie, nagle pojawił się młody człowiek z przyprawionymi wąsami. Odeszli z synem Gospodarzy na bok i przez chwilę rozmawiali. Nam nie wolno było zejść z wozu. Zza drzewa wyszedł drugi, podobnie ubrany, także z wąsami umocowanymi na gumce, założonej na tył głowy. Pozwolił nam zejść i zaprowadził dalej w las, tak że nie widziałem wozu. Po jakimś czasie pokazał się jeszcze jeden młody człowiek z chustką założoną na twarz tak, że widać mu było tylko oczy. Powiedział nam, że nie wolno nikomu o nich powiedzieć, nawet Mamie. Grzecznie usiedliśmy na grubym. długim pniu, który był podparty belkami i obsypany ziemią pokrytą mchem. Podobne widziałem daleko w lesie w Mińsku, ale nic się nie odezwałem. Domyślałem się, że są to partyzanci. Po dłuższym czasie, wróciliśmy do wozu. Leżało na nim dużo gałęzi. Wróciliśmy akurat na obiad. Oczywiście nic nie mówiliśmy, a Mama o nic nie pytała. Po wojnie ktoś (nie pamiętam kto) opowiedział nam, że ten wyjazd do lasu był dlatego, bo poprzedzającej nocy została zabita krowa i trzeba było zawieźć mięso partyzantom.

Dwa dni później nad ranem obudził nas hałas jadących bud wiozących żandarmów w kierunku lasu. Wszyscy się obudzili. Poderwałem się z siennika, ale Wujek Janek kazał mi się nie pokazywać w oknie. Kątem oka zobaczyłem, jak za budami jechało kilka samochodów z czerwonym krzyżem. Gdy samochody przejechały, nisko nad nami przeleciało kilkanaście samolotów z bombami pod kadłubami. Po chwili usłyszeliśmy wybuchy bomb i silną strzelaninę z karabinów i cekaemów. Tego dnia dorośli podjęli decyzję, że wyjeżdżamy do Łowicza.

***

Jedziemy do Łowicza

Zaraz rano Mama sama poszła do miasta do RGO. Wysłała stamtąd kartkę do Taty i załatwiła zezwolenie na wyjazd. Długo rozmawiała z panią Gospodynią. To samo zrobiła Ciocia Stefa. Następnego dnia raniutko dostaliśmy jeszcze ciepłą wodę do butelek i chlebaki wypchane chlebem. Pan Gospodarz już był na dworcu i dał nam bilety do Skierniewic. Dowiedział się, kiedy odjeżdża pociąg. Czekaliśmy długo.

Wreszcie przyjechał. Krótki parowóz ciągnął kilka wagonów. Wszystkie miały dużo drzwi, jedne obok drugich, a stopnie ciągnęły się przez całą długość wagonu. Był okropny tłok i zaduch. Stałem w wagonie, mając brzuchy ludzi przy twarzy. Wszyscy mówili bardzo cicho.

Tak jechaliśmy do popołudnia. Zatrzymywaliśmy się na każdej stacji. Ktoś wysiadał, ktoś wsiadał. Kilkakrotnie któryś z mężczyzn stojący akurat przy drzwiach uchylał je, przytrzymując, i wtedy kolejno mogliśmy się wysiusiać. Nawet niektóre panie wychodziły na stopień i załatwiały się.

Tak dojechaliśmy do Skierniewic. Wszyscy, to znaczy my z Mamą i Babcią, Wacia z Krzysiem i Ciocia Stefa z Wujkiem Jankiem. Wysiedliśmy na zadaszonym peronie naprzeciw budynku dworca. Było bardzo dużo ludzi. Na drugim torze stał pociąg wojskowy. Wujek od razu poszedł się dowiedzieć, skąd będzie odjeżdżał pociąg do Łowicza. Okazało się, że z naszego peronu, tylko najpierw odjedzie pociąg wojskowy. Kiedy? Nikt nie wiedział. Na peronie było kilka ławek, ale wszystkie zajęte.

Usiedliśmy na ziemi w pobliżu jednej z nich, opierając się o słup podtrzymujący dach nad peronem. Naprzeciw nas stał wagon towarowy z niskimi bokami. Na nim widać było kuchnię polową, którą obsługiwał stary, gruby Niemiec. Mieszał coś w jednym z kotłów wielką chochlą. W pewnym momencie zawołał do Mamy: „Muter!” i pokazał, że da nam kawy. Mama zwróciła się do mnie, żebyśmy wzięli kubki i poszli. Jerzyk poszedł, a ja powiedziałem głośno: „Nie chcę od szkopa”.

Jedna z kart pocztowych poszukiwania Ryszarda Haltera. Źródło: pryw. arch.

Mama zaczęła mnie przekonywać, żebym poszedł, ale ja się uparłem. Wyjąłem swoją butelkę z wodą i z niej się napiłem. Pani siedząca niedaleko na ławce zapytała Mamę, czy my jesteśmy z Warszawy. Mama potaknęła głową. Ona na to, wstając, że też jest z Warszawy i jedzie do Łowicza. A dzieci niech na trochę usiądą na ławce. Zmieniając się co jakiś czas, wszyscy trochę odpoczniemy. Kilka osób też wstało, dali miejsce Babci i Waci i tak co parę minut ktoś wstawał, ktoś siadał. Odjechał pociąg z wojskiem. Podjechał osobowy do Łowicza. Przed parowozem były dwa niskie wagony prowadzone jako ochrona przed minami. Jeszcze w ruchu zaczęli na nie wskakiwać mężczyźni. Wagony pasażerskie były takie same jak te, którymi jechaliśmy z Końskich. Ludzie rzucili się do wsiadania. Rozległy się krzyki i nawoływania.

Jakoś udało się nam wsiąść, przy czym bardzo pomogła nam ta pani z Warszawy. Tak samo był potworny tłok i zaduch. Do Łowicza dojechaliśmy, gdy już się zaczynało ściemniać. W Łowiczu (chyba na ulicy Szewskiej) mieszkała jakaś kuzynka pani Szałowskiej, naszej sąsiadki z Grzybowskiej. Pani z dworca poszła z nami kawałek, po czym pokazała, jak iść dalej. Do domu tej kuzynki doszliśmy jeszcze na długo przed godziną policyjną. W sieni zobaczyłem schody prowadzące na piętro. Usiadłem natychmiast na pierwszym schodku, oparłem się o ścianę i usnąłem, nie zdejmując „chomąta” i chlebaka.

Gdy się obudziłem, było widno. Leżałem na otomanie, na półpiętrze. Z przeciwnej strony „na waleta” spał Jerzyk. Byliśmy przykryci naszymi kocykami. Z dołu słychać było cichą rozmowę, rozpoznałem głos Mamy i Wujka Janka. Popatrzyłem wokół. Na dole, na „moim” schodku siedziała oparta o ścianę Babcia. Pachniało gorącą kawą.

Po pewnym czasie przyszła Mama. Wzięła nas na dół, obmyła nam trochę twarze i ręce. Usiedliśmy w sieni do stołu na śniadanie. Dostaliśmy po dużym kubku gorącej kawy i po dwa duże kawałki chleba z marmoladą. Podczas śniadania Mama poinformowała nas, że wszyscy dorośli muszą pójść do urzędu zameldować się, a my zostajemy z paniami. Mamy być bardzo grzeczni i cicho, bo tu mieszkają chorzy. Nie wolno nam wejść nawet do kuchni. Jeżeli będziemy coś potrzebowali, to mamy zapukać i czekać, aż ktoś wyjdzie i zapyta, co chcemy. Jeżeli będziemy chcieli się załatwić, to też najpierw trzeba zapytać, czy można wyjść do ubikacji na podwórku.

Koło południa Mama wróciła i poinformowała nas, że dostaliśmy przydział na wieś i jutro wcześnie rano musimy wyjść, żeby zdążyć dojść przed zmrokiem. A to jest bardzo daleko. Tylko zrobiło się widno, wyszliśmy. Byliśmy po śniadaniu. Doszliśmy do stacji, ale minęliśmy ją. Ruszyliśmy cała grupką najpierw ulicą, niedługo potem wyszliśmy na szosę. Z rozmowy dorosłych dowiedziałem się, że my z Babcią idziemy do wsi, która nazywa się Przemysłów, a Wacia z Ciocią Stefą i Wujkiem Jankiem idą do Chąśna.

Niedługo za nami usłyszeliśmy warkot samochodu. To jechała ciężarówka z kotłem na holtzgas. Wyprzedziła nas i zatrzymała się. Z szoferki wyskoczył młody człowiek w oficerkach i płaszczu i zapytał, gdzie idziemy. Mama odpowiedziała, na co on, że kawałek nas może podwieźć. Wacia z Krzysiem wsiadła do szoferki, a my wszyscy z tym mężczyzną na skrzynię. Od razu ulokowałem się przy ściance oddzielającej piec od skrzyni. Ścianka była ciepła. Gdy wszyscy jakoś się usadowili, samochód ruszył. Było mi ciepło, więc trochę przysnąłem. W pewnym momencie samochód się zatrzymał. Mężczyzna powiedział, że jesteśmy w Mastkach. My z Babcią musimy wysiąść i iść dalej przez tę wieś. Następna to Przemysłów.

Wysiedliśmy, ciężarówka zawróciła. Wieś była jakby wymarła, nikogo nie było widać, nawet psy nie szczekały. Poszliśmy we wskazanym kierunku. Wieś się skończyła. Za ostatnią chałupą stała przy drodze kapliczka. Zatrzymaliśmy się na chwilę dla odpoczynku i żeby się pomodlić. Gdy się przeżegnaliśmy i odwróciliśmy, za nami stała kobieta, której przedtem nie widzieliśmy. Była owinięta w dużą, kolorową, ładną chustę. Też się przeżegnała. Babcia zapytała ją, jak daleko do Przemysłowa. Okazało się, że tylko 2 km. Poszliśmy dalej, kobieta ruszyła w przeciwnym kierunku. Gdy tak powoli szliśmy, a właściwie wlekliśmy się, przystając co pewien czas, Babcia zaczęła odmawiać różaniec. Trzymałem się ucha maminej torby. Po pewnym czasie, idąc, zacząłem przysypiać.

Już w Łodzi rozmawiałem z Babcią na temat tej kobiety, którą spotkaliśmy koło kapliczki na drodze do Przemysłowa. Babcia była  przekonana była to Matka Boska. Ja do dziś też.

Przemysłów

Nie wiem kiedy weszliśmy do Przemysłowa i jak daleko doszliśmy. W pewnym momencie usłyszałem kobiecy głos, który mnie trochę rozbudził a skierowany był do Mamy: „Pani, a dokąd idziecie z tymi dzieciakami”. Mama odpowiedziała:-„Nie wiem”.

Obudziłem się na dobre. Zmierzchało. Zobaczyłem chatę, w której ścianach nie było okien, tylko po środku otwarte drzwi. W nich, na progu siedziała kobieta: „A chodźcie tu do nas, jakoś się pomieścimy. I wy bobko też”.

Powoli weszliśmy na nieogrodzone podwórze i dalej za kobietą do sieni. W sieni było ciepło. W dużej kuchni, nad którą wisiała naftowa lampa palił się ogień, a na płycie stały sagany. Babcia powiedziała:„ Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” i pobłogosławiła dom i wszystkich mieszkańców. Pani Gospodyni, bo nią była ta kobieta zapytała ciepłym serdecznym głosem: „Czego najpierw chcecie”. Mama na to: „Umyć się”

Zrobił się ruch. Wtedy zobaczyłem, że stoi jeszcze mężczyzna – pan Gospodarz i dwie młode kobiety ich córki. Pan Gospodarz wziął od razu wiadra i wyszedł drugimi drzwiami do studni po wodę, pani Gospodyni powiedziała żebyśmy usiedli na zydlach i z córką zaczęły wyciągać drewnianą balię.

„Frania, zajmij się dzieciakami”.

Frania od razu posadziła mnie na zydlu w kącie koło kuchni, Jerzyka w drugim. Zdjąłem czapkę, chomąto, chlebak i kurtkę. Oparłem się w narożniku między ścianą i kuchnię. Było mi ciepło i nie musiałem nigdzie iść. Zapadłem w płytki, czujny sen.

Obudził mnie cichy głos Mamy: „Mareczku, chodź, umyjesz się”. Czułem się bezpiecznie. Po chwili rozebrany do naga siedziałem w balii, w ciepłej wodzie. Zacząłem się przeciągać. Usłyszałem kobiecy głos: „jak niemowlak w kąpieli”.

Mama najpierw zaczęła mnie strzyc. Obcinała mi włosy jakimiś dziwnymi nożycami przy samej skórze. Trochę bolało. Frania wzięła od niej nożyce i dokończyła strzyżenie. Obcinane włosy natychmiast wrzucała do ognia. Druga córka, Józia wsadziła całe moje ubranie do dużego sagana. Tylko przez chwilę Mama jeszcze robiła coś przy kurtce. W tym samym czasie pan Gospodarz rozpalił ogień w piecu chlebowym po przeciwnej stronie sieni. Po starannym wyszorowaniu zostałem cały wytarty do sucha grubą, czystą ścierką i owinięty w pasiastą, ciepłą, miłą w dotyku zapaskę, zawiązaną pod szyją. Frania posadziła mnie znowu na zydelku w kącie koło kuchni i podała kubek z ciepłym mlekiem. Ledwie miałem siłę go utrzymać. Pomogła mi trochę się napić i zostawiła w spokoju. Jeszcze przez chwilę słyszałem jak Jerzyk coś protestuje. Ale to już mnie nie obchodziło. Znowu usnąłem. Jak długo spałem, nie wiem. Znowu obudził mnie głos Mamy: „chodź na kolację”.

Usiedliśmy wszyscy wokół dużej ławy. Jerzyk też był „ubrany” w zapaskę, Mama i Babcia miały na sobie białe koszule nocne do ziemi i narzucone były dużymi chustami, na głowach miały chustki założone tak, że zasłaniały czoło. Na ławie, po środku stała duża, gliniana miska wypełniona dymiącymi, nieokraszonymi kartoflami, a przed każdym mała gliniana miseczka z maślanką, obok której leżała drewniana łyżka. Braliśmy łyżką kartofle z miski i także łyżką popijaliśmy maślankę. Jaka to była wspaniała uczta. Maślanka miał najcudowniejszy w świecie smak.

Po kolacji wszyscy wstaliśmy i weszliśmy do izby, w której było nieco chłodniej. Babcia uklękła przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej wiszącym nad łóżkiem Gospodarzy. Wszyscy łącznie z Gospodarzami zrobiliśmy to samo i odmówiliśmy pacierz. Frania wzięła mnie na ręce i zaniosła do komory, w której pod drzwiami wiodącymi do sieni już było przygotowane na podłodze posłanie ze słomy. Zasnąłem natychmiast.

***

Obudziły mnie głosy rozmowy i stukanie za ścianą. Rozpoznałem głos Mamy. Mówiła cicho i spokojnie. Nie rozumiałem słów. Było mi ciepło i wygodnie. Otworzyłem oczy, było ciemno. Na ścianach zobaczyłem na różnych wysokościach kilka poziomych jasnych kresek. Powoli, aby nie robić hałasu odwróciłem głowę w prawo. Także wolno sprawdziłem miejsca obok siebie. Leżałem sam. Po prawej, nisko, na wysokości podłogi jaśniało pasmo. Domyśliłem się, że jest to szczelina pod drzwiami. Postanowiłem wstać. Okręcony zapaską, sprawdziłem, że nie ma mojego ubrania. Z trudem przypominałem sobie co było wieczorem. Sięgnąłem do głowy, stwierdziłem, że mam ostrzyżone na jeża włosy. Wygrzebałem się z pościeli, na bosaka podszedłem do drzwi, sięgnąłem do klamki, ale zamiast niej wyczułem zamek taki jak na Kędzieraku u babci Wocialowej w komórce.

Wszedłem do białej izby, w której wczoraj wieczorem wszyscy modliliśmy się. Podszedłem do zamkniętych drugich drzwi, które miały normalną klamkę. Wyszedłem do sieni. Tu znajdowali się wszyscy domownicy. Powiedziałem: „dzień dobry”, a Frania zawołała wesoło: „wstał nasz synek” .

Wszyscy się roześmieli. Mnie też było sympatycznie, ale jakoś nie umiałem się śmiać. Zobaczyłem Mamę w białej chustce na głowie. Spod niej wystawały krótkie kosmyki włosów. Babcia też miała białą chustkę, ale założoną na czoło tak jak pani Gospodyni. Pan Gospodarz siedział w kącie na jakimś dziwnym stołku – warsztacie. Skrobał nieznanym mi narzędziem niedużą, umocowaną deskę. Obok niego stały moje sandałki. Jerzyk siedział na zydlu w swoim kącie przy kuchni i jadł kawałek chleba polany śmietaną.

Mama, narzucona zapaską, siedziała blisko oszklonych drzwi prowadzących na ganek i cerowała nasze skarpety grubą ciemnopomarańczową wełną. Od razu wstała i podała mi moje ubranie. Było jakieś czyste i uprasowane. Wziąłem je, cofnąłem się do białej izby i szybko się ubrałem. Na śniadanie dostałem także pajdę chleba ze śmietaną i kubek kawy z mlekiem.

Pan Gospodarz poprosił mnie abym stanął na desce prawą stopą. Obrysował mi ją śrubokrętem. Po chwili zrobiliśmy to samo z lewą. Jeszcze przez pewien czas strugał deski i wygładzał je kawałkiem szyby. Dobrał kawałki skóry i poprzybijał je do desek. W ten sposób dostałem nowe, wspaniałe obuwie. Musiałem tylko nauczyć się w nim chodzić, bo było nieco za duże no i miało sztywne podeszwy.  Jeszcze tego samego dnia  Mama, Babcia i Jerzyk też dostali drewniaki, tylko z wierzchu obite grubą kolorową tkaniną. W tym czasie przyszła Józia i z dużej chustki wysypała na podłogę górę kłębuszków wełny w różnych kolorach, które dostała dla nas od innych dziewcząt i gospodyń we wsi. Jednym z nich zajął się natychmiast kot i zaczął go turlać po całej sieni. Gdy pan Gospodarz zaczął strugać deski na buty dla Jerzyka, poszliśmy z panią Gospodynią zgłosić się do „opiekuna”.

„Opiekun” była to nieformalna nazwa gospodarza, który miał rozdzielać uciekinierów z Warszawy po różnych gospodarstwach. Był najbogatszym gospodarzem we wsi. Mieszkał w trzeciej chacie od nas.

Weszliśmy całą gromadą przez sień do kuchni. Mężczyzna popatrzył na nas uważnie. Pani Gospodyni od razu go poinformowała, że będziemy mieszkać u niej, tylko on musi nas zarejestrować. Po chwili przyszła jego żona, bardzo niesympatyczna kobieta. Za nią stanął, trzymając się jej fartucha gapowaty chłopak mojego wzrostu. „Opiekun” wziął jakąś dużą księgę położył ją na stole, następnie wyjął z kredensu kałamarz z atramentem. Usiadł i zaczął pisać. Robił to bardzo wolno i niezdarnie, głośno sylabizując. Zupełnie tak jak dzieci, które dopiero uczą się pisać od kilku dni. Musiał przepisać coś z Mamy kenkarty i przepustki. Po chwili przerwał, trochę pomyślał i powiedział, że Babcia i Jerzyk muszą pójść do innego gospodarza. Pisanie trwało bardzo długo. Gdy zapisał Mamę i mnie, pani Gospodyni powiedziała, że musi pójść na chwilę do domu bo gotuje obiad i zabrała mnie ze sobą. Mama jeszcze długo była u „opiekuna”, ponieważ pisanie szło mu bardzo opornie.

Przyszła na obiad, a Babcia z Jerzykiem zaraz po obiedzie poszli do Bieńków. Było to jedyne gospodarstwo po przeciwnej stronie drogi, trzecie lub czwarte od początku wsi. Babcia z Jerzykiem zamieszkała w niewielkiej komorze obok kuchni. Komora graniczyła przez ścianę z oborą, co dawało nieco specyficzny zapach podobny do tego u babci Wocialowej na Kędzieraku. Gospodarze z dziećmi mieszkali w dużej izbie po przeciwnej stronie sieni. Na podłodze izby było gliniane klepisko, takie jak w stodołach. Dookoła pod ścianami stało kilka łóżek. W rogu izby znajdowała się kuchnia z okapem, tak jak wszystkie kuchnie w izbach w tej wsi. Koło kuchni były drzwi do ciemnej komory. Nigdy tam nie zaglądałem. Dzieci było chyba pięcioro. Najstarszy syn miał koło 12 lat, więc Jerzyk od razu zaprzyjaźnił się z nim i razem chodzili po gospodarstwie. Często wychodzili w pole i zbierali naboje lub inne żelastwo jeszcze z 1939 r. Ja, gdy tam przychodziłem bawiłem się z młodszymi dziećmi gospodarzy i tymi, które do nich przyszły, głównie w „pomidora”, albo chodziliśmy w kółku i śpiewaliśmy „Stary niedźwiedź mocno śpi.”. Było przy tym sporo krzyku, ale jakoś nikomu nie przeszkadzało. Babcia często zostawała w dzień na swojej kwaterze i jak mogła tak pomagała gospodyni. Miała z tym duży kłopot bo reumatyzm powykręcał jej palce tak, że nie mogła nawet prawidłowo utrzymać łyżki.

Po zameldowaniu się u „opiekuna”, przy obiedzie pani Gospodyni oświadczyła, że to do niczego nie podobne, żeby dzieci nie były przy matce i Jerzyk, choć zapisany u Bieńków ma być z nami a „bobko” też przecież może tu przychodzić na dzień, bo już jest stara i Bieńkom nic nie pomoże. Gdy Babcia chciała się włączyć do jakichś prac domowych pani Gospodyni powiedział ciepło: „wy bobko jużeście się napracowali w życiu i macie powykręcane ręce. To tylko módlcie się za nas”. W ten sposób praktycznie zamieszkaliśmy wszyscy u państwa Kostrzewów. Babcia na noc chodziła na swoją kwaterę. Na wypadek kontroli stało tam też łóżko dla Jerzyka.

***

Po obiedzie, na życzenie Mamy poszliśmy wszyscy zwiedzić nasze gospodarstwo. Było niewielkie i w ogóle nieogrodzone. W podwórku, naprzeciw chałupy stał murowany pobielany budynek, w którym była obora na dwie krowy, (ale stała tylko jedna), pusty chlew bo Niemcy zabrali wszystkie świnie, kurnik, w którym mieszkały cztery kury i kogut i pierwsza z brzegu – stajnia na dwa konie, ale był tylko jeden bo drugiego zabrali Niemcy. Stajnia miała dużo szersze wejście niż obora i bardzo niski próg. Gdy Mama weszła od razu odezwała się do konia głosem takim jak do dziecka. Koń obejrzał się na Mamę i prychnął. Mama pogłaskała go po zadzie coś mówiąc, a następnie podeszła blisko, pogłaskała po pysku i podrapała za uszami. Patrzyliśmy na Mamę wszyscy jakby odprawiała jakieś czary. Na koniec podała mu na dłoni kawałek chleba, a koń znowu prychnął jakby dziękując. Wyszliśmy ze stajni dalej oglądać gospodarstwo.

W głębi podwórka stała stodoła, a przy niej szopa bez drzwi na drzewo. Za stodołą znajdował się kierat. Nie było sławojki, ale jej rolę w oborze spełniało wydzielone miejsce – deska, do załatwiania się. Ważne, że było ciepło. Z jednej strony sąsiadowaliśmy ze Śledziami, zaś z drugiej z naszych okien widzieliśmy dużą czerwoną ścianę obory następnych sąsiadów z płotkiem od strony drogi. W połowie drogi, między naszą chatą a czerwoną ścianą, znajdowała się nasza studnia na korbę. Gdy wróciliśmy do domu pan Gospodarz nie mógł się nadziwić, że Mama tak umie postępować z koniem.

Mama tylko wyjaśniła, że wychowała się z końmi, bo jej dziadek i tata mieli ich dużo. Po drugiej strony wiejskiej drogi rosło kilka dużych topoli. Już wtedy znałem te drzewa. Tylko miały bardzo dziwnie poprzycinane grube gałęzie. Na moje pytanie dlaczego, pan Gospodarz powiedział, że zostały one obcięte gdy odleciały ptaki, a teraz palimy nimi pod kuchnią. W pobliżu topoli, naprzeciw zjazdu na nasze podwórko znajdowały się kopce z zakopcowanymi ziemniakami na zimę.

***

Nasza chata

Franię jakoś od razu bardzo polubiłem i nabrałem do niej śmiałości. Może dlatego, że była najmłodsza (18 lat), a może dlatego, że zawsze ruchliwa często podśpiewywała i uśmiechała się do mnie, gdy tylko na mnie spojrzała. Idąc za przykładem Mamy poprosiłem ją, aby w wolnej chwili pokazała mi wnętrze całej chaty.

Oprowadziła mnie, pokazując wszystkie sprzęty mówiąc. do czego służą. W pewnym momencie pan Gospodarz włączył się do rozmowy i wtedy go zapytałem o te jasne, poziome kreski na ścianach w komorze. Od razu weszliśmy i pokazałem mu je. Są to szpary, z których odpadła glina uszczelniająca belki. Umówiliśmy się, że jak tylko będzie cieplej na dworze to ja powtykam w szpary patyki z miotły, a pan Gospodarz przygotuje odpowiednią glinę i będziemy je zaklejać.

Kilka dni później zaraz po śniadaniu pan Gospodarz wziął mnie do niewykończonej izby. Tam ze skrzynki wybrał trochę gliny, przesiał ją do niewielkiej miski, następnie zmieszał z niegaszonym wapnem i powoli zaczął wlewać ciepłą wodę. Wtedy stojąc z daleka (aby przypadkiem nie prysnęło mi w oczy), zobaczyłem jak się lasuje wapno. Trwało tu dłuższą chwilę. Następnie do tego wsypał trochę długo przyciętej sieczki i włożył trochę świeżego gnoju, który przyniósł z obory. Wytłumaczył mi, że tak się robi ,aby glina dobrze na długo stwardniała i wtedy nie wymyje jej woda deszczowa. Zaprawa jeszcze trochę postała, żeby wszystko „przegryzło się” i po ubraniu się ciepło wyszliśmy na dwór. Pan Gospodarz starym nożem wypełniał szczeliny, a ja musiałem wrócić do komory, żeby dokładnie pokazywać patykami, co jeszcze zakleić.

Pracowaliśmy do obiadu. Przy obiedzie pochwalił mnie za pomoc przy ważnej pracy mówiąc, że ma bardzo zdolnego czeladnika. Wyjaśnił mi, że można też uszczelniać tylko pakułami, ale w nich mogą zalegnąć się robaki, a w tej zaprawie nie będą się trzymać, bo jest wapno. Nie wiem, czy to tylko ja miałem takie odczucie, ale Dziewczyny też mówiły, że zrobiło się w komorze cieplej.

***

Pierwsze prace

Zanim położyliśmy się spać, Mama tak długo jak było potrzebne światło w kuchni, zaczęła robić na czterech drutach skarpety dla nas z tych kłębuszków, które przyniosła Józia. Sięgały daleko za kolana, tak że wyglądały jak grube pończochy. Śmieszyło nas to, że są w takie poprzeczne paski, ale były ciepłe i doskonale nadawały się do drewniaków.

Kilka dni po zamieszkaniu, wieczorem Dziewczęta to znaczy Józia i Frania zaczęły robić masło. Najpierw było „klepanie” śmietany w kierzance. Pierwszy raz widziałem takie urządzenie, więc koniecznie chciałem i ja „poklepać”. Nie trwało to długo, bo jednak była to dla mnie ciężka praca. Ale liczył się fakt dobrych chęci. Józia przez ten czas utarła marchewkę i podczas wyrabiania masła w misce powoli dolewała sok z marchwi. Na zakończenie została uformowana podłużna gomółka, która powędrowała w przykrytej misce do komory. Na kolację z Jerzykiem dostaliśmy po kawałku chleba z masłem i popiliśmy ciepłym mlekiem. Maślanka miała być na następny dzień na obiad do kartofli. Józia miała iść do Łowicza sprzedać to masło i biały ser uformowany w spory krążek z dołkiem w środku. Pierwszy raz widziałem taki kształt sera, bo u na w Warszawie i w Mińsku ser miał kształt serca. Do sprzedania był jeszcze kawałek tkaniny w kolorowe paski na zapaskę. Mama zaproponowała, że pójdzie z Józia do Łowicza, bo ma przecież takie wspaniałe modne buty. Od razu wyśle kartkę do Taty do obozu.

Do przejścia w jedną stronę było 12 km. Wyszły bardzo rano. Gdy wstaliśmy Mamy i Józi już nie było. Po śniadaniu Jerzyk poszedł do Babci, do syna Bieńków. Ja chodziłem z panem Gospodarzem i przyglądałem się wszystkiemu, co robi. Zadawałem mnóstwo pytań, bo chciałem się wszystkiego nauczyć i spróbować. Poznałem sieczkarnię, koło do ostrzenia siekier i cep. Gdy chciałem nim ruszyć uderzyłem się głowę. Pan Gospodarz powiedział, żebym się tym nie przejmował, bo każdy tak zaczyna. Jak tylko znajdzie schowany mały, dziecięcy cep to mnie nauczy nim pracować. Swoją chęcią poznawania wszystkiego zyskałem sobie jego sympatię.

***

Skrzyneczka

Któregoś dnia, gdy z panem Gospodarzem coś robiliśmy w niewykończonej izbie, wszedłem na drabinę opartą zwykle obok tyłu pieca chlebowego. Stojąc na ostatnim szczeblu drabiny, zobaczyłem na belce skrzyneczkę, którą Mama wyniosła w swojej torbie z Powstania. Skrzyneczka przyrzucona jakimiś szmatkami była przewiązana sznurkiem tak, że nie można było jej otworzyć bez rozwiazywania. Uznałem, że skoro tam jest, nie należy jej ruszać i nic nikomu o niej nie mówić. O jej zawartości dowiedziałem się dopiero w Łodzi, gdy mieliśmy już własne mieszkanie.

Skrzynka, w której pod szkiełkami zegarkowymi ukryty był pistolet Marianny Halter. Źródło: pryw. arch.

***

Kotlety

Mama z Józią wróciły z Łowicza po naszym obiedzie. Józia od drzwi zawołała: „no z taką handlarką to możemy dorobić się majątku”.

Od razu zaczęła opowiadać, jak Mama potrafi zachwalać towar i jak szybko wszystko sprzedały po wyższej cenie niż było ustalone. Dlatego przyniosły z miasta oprócz różnych potrzebnych drobiazgów do gospodarstwa pokaźny kawałek mięsa. Mama zastrzegła sobie: „jutro zrobię kotlety na dwa dni”.

Do wieczora jeszcze uzgodniła z panem Gospodarzem, że trzeba wstawić do sieni mały równy, czysty pniak i przygotować najmniejszą siekierkę, bo jedyna maszynka do mięsa we wsi jest u gospodyni w ostatniej chacie. Każe ona sobie za wypożyczenie maszynki dawać kawałek mięsa. Rano obudziło mnie jakieś dziwne szuranie. Gdy wszedłem do sieni zobaczyłem jak Mama ostrzy niedużą siekierkę, a pan Gospodarz kręci kołem do ostrzenia aż pani Frania się dziwiła że: „jaki ociec są potulny”.

Pniaczek stał w rogu sieni przy drzwiach do komory. Pani Gospodyni wymyła go do czysta i czekała, co będzie dalej. Gdy wszystko było gotowe Mama przysunęła sobie zydel do pniaczka i usiadła na nim. Położyła mięso na pniaczku i bardzo szybkimi ruchami zaczęła je siekać, co pewien czas przewracając i nagarniając do środka. Frania zaczęła podglądać, jak Mama trzyma siekierkę, że tak szybko nią „dziabie”. Mama przeprowadziła „szkolenie” i na trochę dała jej „podziabać”. Uzgodniły, że następnym razem muszą w mieście kupić tasak. Gdy Mama wzięła się do przyrządzania i smażenia kotletów, wszystkie trzy kobiety przyglądały się, jak to Mama robi i co dokłada. Nie mogły wyjść z podziwu, co to będą za „gomółki” i że można dołożyć taką ilość gotowanych kartofli.

Pierwsza porcja była gotowa nieco przed dwunastą, a zatem jeszcze nie nadeszła pora obiadu. Pan Gospodarz zażartował, że jeżeli nie dostanie teraz kotleta, to nigdy więcej nie pomoże przy gotowaniu. Na takie dictum usiedliśmy do obiadu wcześniej. Uczta była wyśmienita. Później Mama dyktowała cały przepis, a Dziewczęta zapisywały w swoich zeszytach, bo przecież każda z nich, gdy wyjdzie za mąż, musi mieć własną „książkę kucharską”.

***

Pieczenie chleba

Niedługo po naszym przybyciu było pieczenie chleba. Zaczęło się od tego, że poszedłem z panem Gospodarzem do stodoły. Tam on wszedł na drabinę i zaczął zrzucać z góry duże polana porąbanego drewna i grube, pocięte gałęzie. Ja musiałem stać z daleka, żeby nie zostać uderzony przez spadające kłody. Jeszcze pan Gospodarz stał na górze gdy wziąłem dwa bardzo ciężkie polana i zaniosłem do domu. Gdy wróciłem po następne, pan Gospodarz już zszedł. Układałem mu drewna na podstawione ręce. Sam wziąłem dwa następne. Tak obróciliśmy kilka razy. Wszystkie polana zostały ułożone po obu stronach kuchni, żeby wyschły przez noc. W tym czasie została wystawiana duża dzieża i Frania zaczęła ją myć w środku. Później wytarła czystą ścierką. Po pewnym czasie pani Gospodyni wsypała do dzieży mąkę i wlała trochę wody z mlekiem. Przez ten czas Józia starła kilkanaście kartofli i odcisnęła z nich krochmal. Wlała go do glinianego garnka z zakwasem i dolała trochę wody. Wszystko dokładnie wymieszała i wlała do mąki w dzieży. Kartofle zostały schowane do komory „żeby jutro zrobić z nich babę”. Zaczęło się wyrabianie. Kolejno pani Gospodyni, Józia i Frania, schylone miesiły ciasto. Trwało to bardzo długo. Pan Gospodarz podkładał drwa do kuchni, żeby było dobrze ciepło. Mama postanowiła coś pomóc, więc najpierw przygotowała wszystko do kolacji, a potem przyniosła z niewykończonej izby słomiane formy do chleba, żeby je wytrzeć wilgotną ścierką i wysuszyć. To należało robić bardzo ostrożnie, żeby nie pozadzierać słomy. Prawie wszystkie były okrągłe, a tylko jedna podłużna, podobna do metalowej brytfanki takiej jakiej Mama używała do pieczenia ciasta tylko sporo większa. Wszystkie formy „poszły” do „duchówki” w kuchni, żeby dobrze wyschły.

Wygniatanie ciasta trwało bardzo długo. Gdy się zakończyło, dzieża została nakryta białą gruba płachtą, przesunięta w kąt koło kuchni i obłożona ciepłymi drwami, które przedtem suszyły się. Wtedy usiedliśmy do kolacji. Trwała bardzo krótko, bo pani Gospodyni i Dziewczyny były bardzo zmęczone i bolały je plecy od ciągłego schylania się. Mama „wygonila” je spać, a sama wszystko posprzątała i zmyła. Pan Gospodarz miał „trzymać straż” przy ogniu w kuchni i podkładać małe kawałki drewna, żeby na rano było już ciepło. Położyliśmy się spać szybko i cicho.

Rano, zanim się obudziliśmy Mama z panem Gospodarzem wysprzątała i wyczyściła piec chlebowy wewnątrz i został rozpalony w nim pierwszy, mały ogień, żeby piec zaczął się powoli ogrzewać. Gdy wstaliśmy już wszyscy byli na nogach i zjedli śniadanie. Dziewczyny jeszcze raz przerabiały chleb w dzieży gdy przyszła Babcia. My dwaj zjedliśmy z Babcią śniadanie, pan Gospodarz rozpalił w piecu duży ogień. Babcia znająca wiejskie zwyczaje jeszcze z czasów swojego dzieciństwa gdy mieszkali we dworze, na prośbę pani Gospodyni przeżegnała dzieżę i razem we dwie odmówiły krótką modlitwę. Gdy ciasto w dzieży urosło do samej krawędzi, a piec już dostatecznie się nagrzał pani Gospodyni wyjęła bryłę ciasta i położyła na drewnianej łopacie, którą o otwarte drzwi od pieca opierał pan Gospodarz. Łopata była podobna do tych, w piekarni na Grzybowskiej. Pani Gospodyni szybko na łopacie uformowała wielki bochen. Pan Gospodarz wsunął go do pieca i zręcznym ruchem zsunął. Przez ten czas pani Gospodyni przygotowała drugą bryłę wszystko powtórzyło się. Potem jeszcze była trzecia i czwarta. Drzwi od pieca zostały zamknięte. Babcia zaczęła odmawiać różaniec.

Po dłuższym czasie powiedziała, żeby sprawdzić czy jeszcze trzeba chleb potrzymać. Pani Gospodyni tak jak to robiła Mama z ciastem na Grzybowskiej, wetknęła w najbliższy bochenek patyk, pomacała i powiedziała, że jeszcze „jedna zdrowaśka” i będą wyjmować. Gdy minął potrzebny czas, pan Gospodarz otworzył szeroko drzwi od pieca i szybko wyjął przy pomocy łopaty wszystkie cztery bochny chleba, układając je na długiej, szerokiej, czystej desce położonej na dwóch zydlach. Włożył do pieca kilka drew, które szybko rozpalił. Trzeba było znowu podgrzać piec.

Gdy już był dostatecznie gorący, zmiótł wszystkie węgle do rynny w środku pieca, aby spadły do dużego popielnika pod piecem. Dziewczyny wyjęły z „duchówki” słomiane formy i zaczęły nakładać do nich ciasto z dzieży równo układając w całej formie. Pan Gospodarz znowu na łopacie wsunął wszystkie cztery formy i zamknął piec. Frania przyniosła z komory wczoraj utarte kartofle, dosypała trochę maki dokładnie wyrobiła i włożyła do podłużnej słomianej formy. Wetknęła jeszcze do środka kilka plasterków wędzonego boczku. Tę formę pan Gospodarz też włożył do pieca, między formy z chlebem. Babcia znowu odmawiała różaniec. Po jakimś czasie oznajmiła, że można wyjmować babę. Baba została wyjęta i postawiona do ostygnięcia w komorze, a pan Gospodarz orzekł, że „dziś mamy królewski obiad”. Niedługo potem wyjęto chleby w formach a piec zamknięty do wolnego studzenia. Stygł do wieczora.

Zaczęło się sprzątanie, czyszczenie dzieży i zamiatanie. Trzeba było przygotować obiad. Mama powiedziała, żeby Dziewczyny tylko umyły w środku dzieżę bo tego nie umie. Resztę posprząta sama, a państwo Gospodarze niech pójdą do izby odpocząć.

Gdy chleby na tyle ostygły, że można je było poprzekładać, usiedliśmy do obiadu. Był żur i kartoflana baba. Wspaniała. Miała smak podobny jak placki kartoflane tylko jeszcze dochodził do tego zapach wędzonego boczku. Najedliśmy się solidnie, Mama pilnowała, żebyśmy obaj z Jerzykiem nie przejedli się z łakomstwa. Jeszcze pół baby zostało na następny dzień. Chleby trzeba było schować w specjalnie na ten cel przeznaczonej skrzyni stojącej w niewykończonej izbie, blisko ściany komory.

Skrzynia była nieduża. Miała wieko w kształcie dachu przykrytego blachą. Chodziło o to aby myszy nie mogły po niej chodzić i dostać się do środka. Blacha powodowała, że się po niej zsuwały. Skrzynia stała na trzech starych jednakowej wysokości wielkości saganach ustawionych na płaskich kamieniach. Wtedy myszy też nie mogły się dostać od dołu. W środku skrzyni znajdowała się deska, która stała na klockach ustawionych tak, że chleby miały miejsce. W ten sposób powstała w środku półka, która dała się wyjmować. To wszystko powiedział mi pan Gospodarz. Później jeszcze chyba przez dwa dni zanudzałem Franię o różne sprawy związane z pieczeniem chleba. Dlaczego dodaje się sok z tartych kartofli – a no dlatego, żeby chleb był cały czas świeży. Pod kuchnią pali się przez całą noc, – bo chodzi o to, żeby ciasto cały czas rosło a ono nie lubi zimna. Babcia cały czas odmawiała różaniec bo to jest nie tylko modlitwa, ale także odmierzanie czasu.

***

Pani Jadwiga Głuchowska

               Gdy Mama poszła w któryś piątek do Łowicza, spotkała tam przypadkiem panią Głuchowską, tę, która w Warszawie mieszkała na Złotej w tej samej piwnicy, w której i my siedzieliśmy. To z jej mężem, panem Eugeniuszem często głośno dyskutował w piwnicy Tata. Wtedy ludzie nie myśleli cały czas o swoim losie. Został także wywieziony z Pruszkowa do jakiegoś obozu, a ona z synem Bogdanem (nieco starszym od Jerzyka) mieszkała w Mysłakowie odległym od Łowicza o 5 km. Umówiły się, że zajrzymy kiedyś do nich. To „kiedyś” było w następny piątek. Był bardzo ładny ciepły dzień, więc wcześnie rano wyszliśmy, tylko Mama uprzedziła państwa Gospodarzy, że jeżeli nie przyjdziemy to żeby się nie martwili bo może tam zanocujemy.

Szliśmy długo i niezbyt szybko. Mieliśmy do przejścia 17 km najpierw do stacji w Łowiczu , a później od niej do Mysłakowa. Gdy doszliśmy do Łowicza wypiliśmy w dworcowym bufecie herbatę i zjedliśmy to co nam przygotowała pani Gospodyni na drogę. Poszliśmy dalej za Łowicz jeszcze 5 km. Do Mysłakowa doszliśmy akurat na obiad. Pani Jadwiga z Bogdanem mieszkała u dość zamożnych gospodarzy. Wprawdzie na obiad był żurek z kartoflami i kawałek mięsa, ale jedliśmy przy normalnym stole, na normalnych talerzach. Od razu ich pani gospodyni zapowiedziała, że przenocujemy u nich bo teraz jesteśmy zdrożeni, a jutro czeka nas kawał powrotnej drogi na piechotę. Było to coś nowego, więc nawet się ucieszyliśmy. Tym bardziej, że mieliśmy spać w normalnym łóżku. Bogdan oprowadził nas po okolicy, przy okazji wplątałem się w niemieckie zasieki koło toru na nasypie. Jakoś udał mi się z nich wydostać o własnych siłach. Potem Bogdan pokazał nam swoje „wojenne zbiory”. Miał kilkadziesiąt naboi i łusek. Jerzykowi dał rozbrojony zapalnik od miny przeciwczołgowej, który Jerzyk przechowywał do swoich ostatnich dni. Położyliśmy się wcześnie i mimo, że Jerzyk rozmawiał jeszcze z Bogdanem ja usnąłem. Rano po śniadaniu ruszyliśmy do domu. Znowu na dworcu w Łowiczu wypiliśmy herbatę i wróciliśmy do Przemysłowa. Po drodze Mama uprzedziła nas abyśmy nie mówili nic jak u pani Jadwigi jest dobrze, i że jedliśmy przy normalnym stole, bo naszym państwu Gospodarzom będzie przykro, a przecież przyjęli nas z dobrego serca mimo, że sami mają niewiele. Dużo później w Łodzi dowiedziałem się, że wtedy Mama sprzedała pani Jadwidze swój złoty pierścionek z zielonym oczkiem i czterema brylancikami ten, który dostała od Taty na moje urodziny.

Nigdy nie sprzedała swojego srebrnego, zaręczynowego pierścionka z małym brylancikiem, który tak bardzo lubiłem przekręcać dla zabawy Mamie na palcu, a który Mama jakimś cudem wyniosła z Powstania.

Od tej pory Mama mogła więcej własnych pieniędzy dokładać do zakupów w Łowiczu.

***

Pani Moldzyńska

Przyszła do nas pani Anielcia „od Bonifacki” to znaczy córka nieżyjącego już Bonifacego Woźniaka i od imienia męża jego żona we wsi nazywana Bonifacką. Taki zwyczaj. Pani Anielcia była w wieku naszych Dziewczyn. Powiedziała, że zamieszkała u nich też pani z Warszawy z córką taką jak ja i z synem w wieku Jerzyka. Po obiedzie wybraliśmy się do nich. Było blisko bo w trzecim gospodarstwie też nie bogatym. Zapoznaliśmy się. Nazywali się Moldzyńscy. Sympatyczna dziewczynka miała na imię Monika a chłopiec Andrzej. Od razu zaprzyjaźniliśmy się. Przed Powstaniem mieszkali na Mokotowie. Ich tatę aresztowali Niemcy na kilka dni przed Powstaniem i nie mieli o nim żadnej wieści. Wyszli tak jak my przez Pruszków. Bywałem tam dość często. Monika lubiła rysować, więc często próbowaliśmy naszych umiejętności, ale nie było na czym. Naszym „warsztatem” rysunkowym stała się gliniana podłoga wokół kuchni, a jako narzędzie rysujące służyły – zwęglone końce patyków z drewna opałowego. Kiedyś Mama poszła z panią Moldzyńską do Łowicza i przyniosły kilkanaście kartek białego papieru, zeszyty w kratkę i ołówki. Wtedy mogliśmy już rysować i pisać oczywiście bardzo oszczędnie.

Jerzyk często rozmawiał z Andrzejem, ale Andrzej jakoś nie bardzo chciał chodzić z nim do chłopców ze wsi. Czasem Monika przychodziła do nas, wtedy razem zwijaliśmy przędzę na kłębki. Mama z panią Moldzyńską często coś szyły, bo oni tak jak my nie mieli żadnego ubrania.

Po wojnie, gdy Tata już pracował w łódzkiej PWPW Mama spotkała kiedyś panią Moldzyńską na Zielonym Rynku i zaprosiła ją do nas. Wtedy Tata jej załatwił pracę w PWPW. Razem z Wytwórnią wrócili do Warszawy. Tata ich nigdy z obozu nie wrócił.

***

Obróbka lnu

Przyszła kolej na prace przy obróbce lnu. W Warszawie mieliśmy kolorową książkę Marii Konopnickiej „Jak to ze lnem było”. Frania chętnie mnie zabierała do wszystkich prac i bardzo się dziwiła, że wszystko wiem co należy robić. Tylko nie wiedziałem tego praktycznie. Gdy przyszło międlenie lnu na stojącym urządzeniu składającym się z trzech deseczek, pierwszą moją czynnością było włożenie w nie palca. Wtedy praca dla mnie oczywiście skończyła się śmiechem i zimnym okładem. Później było lepiej. Wtedy też zrozumiałem dlaczego mówi się, „kręcić się jak paździórko” gdy zobaczyłem kręcące się na wietrze drobne łuski z lnianej słomy.

Zaczęło się przędzenie lnu. Przez kilka dni Józia i Frania chodziły z kołowrotkami do innych chat. Kolej przyszła na nas. W sieni, na zydlach usiadło kilka dziewcząt ze swoimi kołowrotkami. Zaczęły prząść nici. Dla mnie był to fascynujący widok. Coś takiego oglądałem po raz pierwszy, więc zacząłem o wszystko wypytywać. Co jak się nazywa, do czego służy. Frania wykazywała wręcz anielską cierpliwość. Któraś z prządek zaintonowała jakąś piosenkę, inne podchwyciły. Tak przy pracy odbywał się koncert. To też było dla mnie nowością zresztą bardzo interesującą. Koniecznie chciałem się włączyć we wszystkie prace.

Po krótkiej naradzie między pannami wypadło, że najprościej będzie gdy zajmę się przewijaniem nici ze szpulek na motowidło –  dwa dość grube kije połączone w literę T. Noga była zakończona widełkami. Ze szpulki założonej na gruby, twardy, metalowy pręt przewijało się nici raz na jeden koniec poprzeczki i jedno ramię widełek, raz na drugi. Motowidło leżało wygodnie na wysokim stołku. Praca był nieco monotonna, ale za to byłem w otoczeniu dorosłych, mogłem przysłuchiwać się ich rozmowom i śpiewom. Szybko nauczyłem się tych piosenek i chętnie dołączałem do chóru. Często też dziewczęta wypytywały mnie o przeżycia z wojny i Powstania. Nici w pasmach zdjęte z motowidła szły do gotowania w jakimś „sosie”, następnie do wysuszenia zakładane były na ramki nawijarki. Wysuszone albo wieszało się wysoko w komorze, albo od razu były zwijane na kłębki.

***

Kartka, surdut, żyletki

Było już kilkanaście kłębków i pasm. Należało pójść do Łowicza i je sprzedać. Mama do tych marszów przygotowała się odpowiednio. Ze starego worka na mąkę, który podziurawiły myszy uszyła rodzaj plecaka, który też można było nosić jako torbę. Szerokie pasy zrobiła na szydełku z resztek włóczki przestrzegając zasad kolorystycznych obowiązujących po środku wsi.

Na krańcach wsi obowiązywała inna szerokość kolorowych pasków i ich kolejność. Jak wyjaśniła Frani szerokie pasy także są ochroną przed zimnem. Dziury po myszach załatała ścinkami wełniaków. Przyszyła je równo i starannie. Pani Gospodyni orzekła, że będzie od Mamy go pożyczać, idąc do miasta, do fotografii. Plecak miał jeszcze przypinaną klapę, którą można było przełożyć z przodu gdy wiał zimny wiatr w twarz. Idąc z plecakiem Mama miała wolne ręce przez co mniej się męczyła i mogła iść szybciej.

Był piątek, dzień targowy. Mama wyszła bardzo rano gdy spaliśmy i jeszcze się nie rozwidniło. Wzięła ze sobą kilka kłębków i kilka pasm nici, osełkę masła i krążek sera. Wróciła późnym popołudniem, gdy już szarzało. Wszyscy czekaliśmy na nią. Przyszła zmęczona, ale zadowolona. Tylko umyła ręce zaraz dostała obiad (kartofle z maślanką). Mocno wypchany plecak położyła na podłodze obok siebie. Siedzieliśmy wokół cicho czekając na opowieści. Po kilku łyżkach Mama milcząc wyjęła z plecaka najpierw kartkę pocztową.

Od razu wiedzieliśmy, że od Taty. Gdy ją odwróciła zobaczyliśmy jego portrecik. Następnie na głos odczytała, że czuje się dobrze, pracuje dużo w pracowni zegarmistrzowskiej, jest mu ciepło, nie jest głodny i dziękuje za papierosy, których otrzymał 100 sztuk.

 

„Portret”  Ryszarda Haltera rysowany w obozie przez współwięźnia – Francuza w końcu listopada 1944 r. na odwrocie kartki pocztowej. Źródło: pryw. arch.

Rysunek wykonał Francuz, kolega z baraku. Tylko nie wiedział jaki krawat narysować więc zrobił gładki. Takie ogólne informacje mogli w pełni zrozumieć tylko bezpośredni adresaci. Był to rodzaj szyfru znany tylko Mamie. Także sposób pisania każdego zdania od nowego wiersza też był umówiony, bo czytało się pierwsze litery z góry na dół co drugi wiersz. To wyjaśnił mi Tata w kilka lat po wojnie.

Babcia wzięła kartkę do ręki, popatrzyła na nią, następnie poszła do białej izby. Uklękła przed obrazem Matki Boskiej i pomodliła się. Do Babci dołączyła pani Gospodyni.

Po skończonym obiedzie, Mama zaczęła wyjmować z plecaka wszystko co przyniosła. Najpierw były różne rzeczy zamówione przez panią Gospodynię, która dziwiła się, że tyle udało się kupić za to co Mama zabrała na sprzedaż. Później Mama wyjęła duże czarne, męskie okrycie i powiedziała; -„to jest surdut, z którego jeden z was będzie miał palto”.

Mama sięgnęła głęboko do plecaka i wyjęła maleńkie pudełeczko żyletek: „a to jest prezent dla pana” rzekła podając panu Gospodarzowi.

Najpierw był bardzo zaskoczony, że Mama o nim pomyślała, potem tylko rękawem przejechał po twarzy i głośno westchnął. Umówili się, że pan Gospodarz odda Mamie kilka swoich zużytych żyletek do prucia surduta. Później słyszałem jak pani Gospodyni czyniła Mamie wyrzuty, że wydała swoje pieniądze na żyletki. Niech je zachowuje, gdy będzie potrzeba na lekarstwa dla dzieciaków lub dla niej. Mama odrzekła, że niewiele mamy, ale skoro oni się z nami dzielą, to i my powinniśmy się z nimi dzielić tym co mamy. Tak mówi Pismo Święte. Potem obie się uściskały i już więcej nie było na ten temat mowy.

Wieczorem przyszła któraś z sąsiadek i mówiła, że: „ta wasza warszawianka to pobożna kobieta, bo gdy maszerowała jak żołnierz do Łowicza, to przy mijaniu nas, na powitanie pozdrawiała Pana Jezusa”.

Pan Gospodarz golił się żyletkami raz na tydzień. Ponieważ miał ich mało, to przed każdym goleniem w niedzielę rano, ostrzył żyletkę w jedynej w domu, nadtłuczonej szklance. Tę szklankę odpowiednio przygotowywał, polewając ją wodą z wiadra od wewnątrz. Gdy woda wyschła powstawała w niej cienka warstwa osadu. Ten osad tworzył rodzaj bardzo drobnej osełki. Szklanka była przechowywana w komorze magazynowej wysoko na półce. Wszystko to opowiedział mi i pokazał pan Gospodarz.

***

Prucie surduta i szycie palta

Pani Gospodyni od razu zawyrokowała, że surdut należy wygotować, „aby jakieś choróbsko się nie przyplątało”. Pół godziny później w największym saganie „gotował się czarny rosół”. Po godzinie surdut został wyjęty i powieszony w kącie sieni na noc do „wykapania” i wysuszenia. Na drugi dzień po południu, Mama przeprowadziła mi szkolenie jak należy pruć go żyletką.

Z chęcią wziąłem się do prucia z dwóch powodów. Po pierwsze miałem zajęcie i mogłem się do czegoś przydać, a po drugie miało to być palto dla mnie. Mama zostawiła mi całą pracę i nie kontrolowała mnie. Natomiast Frania bardzo. Co pewien czas podchodziła do mnie i przyglądała się jak to robię. Nigdy nie widziała jak jest uszyte „miastowe ubranie”. Znała tylko ubrania szyte w ręku przez „krawcową” ze Złakowa. Zadawała Mamie dużo pytań, a Mama cierpliwie jej wyjaśniała. Powiedziała, że jak przystąpi do szycia, to chętnie przeprowadzi jej odpowiednie szkolenie.

Po tygodniu wszystko był sprute łącznie z podszewką. Jeszcze raz zostało wyprane i wyprasowane żelazkiem na węgle. Elektrycznego nie było, bo przecież nie było we wsi prądu. Zaczęło się układanie na mnie poszczególnych kawałków i fastrygowanie. Frania bardzo starannie przyglądał się, a Mama często jej tłumacząc kazała coś przytrzymać lub fastrygować.

Bardzo mi się podobała rola manekina. Pani Gospodyni wtedy podtykała mi do ust kawałki sera żebym „nie zasłabł przy takiej pracy”. Na czas prucia zostałem zwolniony z nawijania nici na motowidło, a podczas prac przy szyciu palta przędła tylko Józia, bo jej siostra „szła do szkoły dla krawcowej”. Gdy podstawowe rzeczy były pofastrygowane Mama zapytała czy we wsi jest maszyna do szycia. Były dwie. Jedna na końcu wsi, ale taka ręczna co się kręciło korbą, –  taka sama jak u nas na Grzybowskiej, którą  Mama wypożyczała pani Szwaczce. Druga, pedałowa była u „opiekunowej”, o której pani Gospodyni mówiła „wiedźma”.

Mama podjęła decyzję, że najpierw pójdzie porozmawiać z „wiedźmą”. Pani Gospodyni natychmiast wyraziła chęć pójścia z Mamą, ale dobrze byłoby, abym poszedł i ja bo będę potrzebny do przymiarek. Zatem wybraliśmy się we troje. Najpierw „wiedźma” zastanawiała się czy Mama w ogóle umie posługiwać się maszyną. Na to pani Gospodyni gniewnie poinformowała ją, że Mama prowadziła w Warszawie szkołę kroju i szycia. Gdy się zgodziła, Mama usiadła, najpierw ustawiła maszynę do swoich nici, podłożyła materiał i w normalnym swoim tempie zaczęła szyć. „Wiedźma” narobiła wrzasku, że Mama popsuje maszynę. Na to pani Gospodyni powiedziała jej, że jeżeli ona do tej pory nie zepsuła maszyny to jawny cud. Ucichła, ale po chwili przyniosła swoje stare, dziurawe prześcieradło, żeby Mama je zreperowała.

Pani Gospodyni popatrzyła na nie i zawyrokowała, że trzeba je najpierw porządnie uprać i uprasować bo inaczej to maszyna się zatnie. Mama przez ten czas szyła dalej moje palto. Po kilku szwach musiałem je przymierzyć. Przymierzyłem też rękawy. Mama powiedziała „dziękuję” i umówiła się, że przyjdziemy pojutrze, bo trzeba wszystko dokładnie uprasować. Wtedy dopiero zobaczyłem chłopaka „wiedźmy”, który stał z rozdziawioną buzią i wszystkiemu przyglądał się. Wróciliśmy. Mama zastanawiała się, że może już nie będzie trzeba szyć na maszynie, ale pani Gospodyni przekonała ją, że nie można tak szybko rezygnować.

Poszliśmy. „Wiedźma” przygotowała kilka starych, ale już upranych i uprasowanych prześcieradeł. Mama od razu zawyrokowała, że jedno trzeba pociąć na łaty. Gdy uzgodniły które, przyszedł chłopak. „Wiedźma” zostawiła go żeby nas pilnował. Od razu zacząłem go zagadywać. Okazało się, że ma trudną mowę, jakby stale brakowało mu powietrza. Zapytałem, do której klasy chodzi. Znowu okazało się, że mimo dziewięciu lat nie chodzi do szkoły bo daleko. Nie umie też czytać, pisać i liczyć. Póki Mama szyła uczyłem go liczyć na palcach. Ostatecznie coś zrozumiał. Przyniósł patyki i zaczęliśmy liczyć na patykach. Mama najpierw załatała jedno prześcieradło, potem pozszywała w moim palcie to co zostało sfastrygowane. „Wiedźma” cały czas przyglądała się nam przez szparę w drzwiach. Gdy Mama skończyła i wychodziliśmy, spytała: „to kiedy znowu przyjdzieta”

– pojutrze.

Tak chodziliśmy do maszyny jeszcze kilka razy. Mama najpierw za każdym razem musiała „odrobić pańszczyznę”, potem dopiero mogła szyć dla nas. Przy okazji uszyła jeszcze dla siebie i dla Józi i Frani bluzki. Ja zacząłem uczyć chłopaka pisać na marginesach gazet. Już nawet zupełnie nieźle zaczął rysować linie po moich literach.

***

Pani Irenka

W czasie gdy chodziliśmy do maszyny do szycia, „opiekun” przyjął do swojego domu młodą warszawiankę, panią Irenkę. Miała nie wygojoną ranę na prawym ramieniu, którą odniosła w czasie Powstania. Ramię przebiła kula, która przeszła na wylot nie uszkadzając kości. Pani Irenka była bardzo słaba, blada i nic nie mogła robić prawą ręka, ale „opiekunowa” ganiała ją jak służącą do różnych prac. Najgorsze było to, że rana się nie goiła i trzeba było zmieniać jej opatrunki. Sama nie mogła tego zrobić. Mama zaproponowała jej, żeby przyszła do nas wieczorem to przyjrzy się jak jej pomóc.

Gdy tylko wróciliśmy do domu po szyciu, Mama porozmawiała z panią Gospodynią, która znalazła kawałki lnianej tkaniny. Znalazły też niewielki saganek z pokrywką, który najpierw długo myły a potem wyparzały wrzątkiem i wygrzewały na sucho na kuchni tak, że trzeba go było przenosić szczypcami. Na koniec nalały do niego wrzątku i długo gotowały pod pokrywką. Także wygrzane zostały na kuchni owe kawałki tkaniny pocięte na wąskie długie paski. Pan Gospodarz według instrukcji Mamy wystrugał i wygładził szkiełkiem kilka długich patyków nieco cieńszych od ołówka. One też zostały wygotowane, wysuszone nad ogniem i zawinięte w jeden z wygotowanych gałganków. Było już po kolacji, gdy przyszła pani Irenka owinięta w jakąś derkę zarzucona na głowę.

Gdy ukazała się drzwiach, natychmiast podskoczyła do niej Józia i objąwszy wpół podprowadziła do zydla stojącego blisko kuchni. Pomogła jej zdjąć derkę, a Frania podała kubek ciepłego mleka. Pani Gospodyni ze słowami: „naści biedactwo, musisz się posilić przed operacją” postawiła przed nią talerzyk z chlebem i sporym kawałkiem sera. Przez chwilę pani Irenka milczała. Patrzyła na nas jakby nie rozumiała słów. Po chwili przetarła oczy rękawem i powiedziała tylko cicho: „Bóg zapłać”. Gdy jadła, Mama z panią Gospodynią naradzały się jak ją usadzić, żeby było wygodnie robić opatrunek, pan Gospodarz dla pewności przyniósł i wlał do największych saganów jeszcze dwa wiadra wody.

Zaczęła się operacja. Mama zażyczyła sobie żebyśmy z Jerzykiem poszli do izby. Jerzyk poszedł a ja postanowiłem, że zostanę, bo się może na coś przydam. Usiadłem dość daleko, żeby nie przeszkadzać. Najpierw trzeba było zdjąć od góry ubranie:- gruby sweter i grubą bluzkę. Pod bluzką było sporo brudnego bandaża, przez który przesiąkła i zastygła krew. Ten bandaż trzeba było najpierw namoczyć lekko polewając przegotowaną wodą, żeby wszystko zmiękło i dało się odkleić. Gdy bandaż był już odwinięty ukazał się przyklejony do rany od przodu i na plecach opatrunek cały także przesiąknięty krwią i ropą. Pani Irenka siedziała cicho i spokojnie. W pewnym momencie zachwiała się. Frania złapała czystą, wilgotną ściereczkę i przyłożyła jej na czoło. Mama na mokro odkleiła obydwa opatrunki. Wokół ran było na grubo krwi i ropy. We dwie z panią Gospodynią zmyły wszystko do czysta wokół rany ciepłą wodą.

Trzeba było jakoś położyć panią Irenkę, bo rozbolały ją plecy. Pan Gospodarz przyniósł stolnicę położył na dwóch zydlach. Ja z izby przyniosłem wałek wełniaka i podłożyłem jej pod głowę. Popatrzyłem jej w oczy. Bardzo błyszczały. Powiedziałem to cicho Babci, a Babcia już głośno powiedziała, że trzeba zaparzyć ziół i dać do wypicia bo przecież ma gorączkę. Tym zajęła się natychmiast Józia. Gdy pani Irenka leżała, Mama wzięła ostrożnie dwa patyczki i polewając raną letnią wodą, trzymając w patyczkach wygotowany wcześniej gałganek powoli zaczęła ścierać krew i ropę z rany. Pani Irence zrobiło się słabo, więc Frania znowu przyłożyła jej na czoło chłodny okład.

Podszedłem i wziąłem delikatnie panią Irenkę za lewą dłoń, tak jak to robiłem z Danusią gdy była chora. Pani Irenka lekko uśmiechnęła się do mnie i przesłała mi w powietrzu całusa. Gdy z rany popłynęła krew zmieszana z ropą, Mama kazała pani Irence zacisnąć zęby, bo teraz będzie mocno bolało i delikatnie zaczęła patyczkami wciskać do rany następny mokry gałganek. Powiedziała, że trzeba założyć sączki. Gdy pani Irenka leżała na plecach, Frania w tym czasie umyła jej ramię, klatkę piersiową, szyję i twarz letnią wodą. Następnie przekręciły ją na lewy bok i cała operacja powtórzyła się z raną z tyłu, oczywiście z myciem możliwie dużego kawałka pleców. Gdy były już założone sączki, Mama zabandażowała wszystko nowym, czystym lnianym bandażem, a stary poszedł do prania i gotowania. Pani Józia przyniosła swój zapasowy serdak i ubrały panią Irenkę, której znowu zrobiło się słabo. Gdy trochę odpoczęła, Babcia napoiła ją ziołami na gorączkę. Bluzka i sweter zostały u nas do prania. Żeby nie zmarzła po drodze dostała jeszcze grubą chustę. Pani Józia ubrała się i poszła odprowadzić ją do domu.

Dość długo nie wracała, ale jak przyszła to zaraz zaczęła opowiadać, że „wiedźma” najpierw krzyknęła, że co tak długo jej nie było. Na to Józia powiedziała, że była cała operacja, a teraz „panienka” musi się położyć bo kolację zjadła u nas. Nie wolno jej budzić, aż sama się obudzi i nie może wychodzić z domu. Trzeba jej tu postawić wiaderko, żeby mogła w nocy zrobić siusiu bez wychodzenia na dwór. Jutro jak przyjdzie do nas to się zobaczy. Może trzeba będzie pojechać do Łowicza do szpitala, do niemieckiego lekarza. Pojedzie z nią Mama.

Gdy „wiedźma” usłyszała o niemieckim lekarzu od razu się uciszyła i nawet dała pani Irence drugą derkę do przykrycia na posłanie w zimnej sieni. Na drugi dzień wieczorem „wiedźma” przyprowadziła panią Irenkę. Powiedziała, że poczeka i zabierze ją do domu, żeby Józia się nie trudziła. Została posadzona na zydlu daleko w kacie, żeby nie przeszkadzała.

Cała operacja powtórzyła się. Rana wyglądała nieco lepiej, ale Mama stwierdziła, że potrzebny jest rivanol. Oczywiście można go kupić tylko w aptece w Łowiczu. Przez czas robienia opatrunku pan Gospodarz w kącie zawiesił na sznurku prześcieradło i postawił balię. Tak została zrobiona „łazienka” żeby „panienka” mogła się solidnie umyć, bo nie może taka brudna pojechać do szpitala. My z panem Gospodarzem na czas mycia pani Irenki zostaliśmy zamknięci w izbie i „pod karą” nie wolno było nam wychodzić, aż zostaniemy zawołani. Babcia znowu przygotowała zioła. Po myciu pani Irenka przed powrotem do domu musiała długo odsiedzieć, żeby się nie przeziębić. Przez ten czas, tylko ona dostała chleb z masłem, kawał sera i gorące mleko.

Następnego dnia przed południem przyszła pani Irenka ze swoim tobołkiem. „Opiekun” skierował ją do innego gospodarza, cztery chałupy za nami. Podobno „wiedźma” zrobiła mu wielką awanturę w domu. Po drugim śniadaniu u nas Józia odprowadziła panią Irenkę do nowych gospodarzy. Wszystko im opowiedziała. Nowi gospodarze byli  to niebogaci, sympatyczni starsi państwo. W piątek Mama pojechała wozem z panem Gospodarzem do Łowicza. Sprzedała trzy zapaski, które uszyła w ręku z tych wełniaków, które były do sprzedania. Dzięki temu dostała za nie podwójną cenę, aż pan Gospodarz się dziwił, że tyle można zarobić na szyciu. W aptece kupiła rivanol, maść, jakieś pigułki, bandaże, gaziki na sączki i cztery małe szklaneczki z dzióbkami – zlewki. Pani Irenka zaczęła dochodzić do zdrowia. Po kilku opatrunkach popłynęła czysta krew bez ropy i na dodatek zaczęła płynąć z rany z tyłu gdy wlewało się wodę od przodu. To znaczyło, że jest już czysto. Gdy Mama nalała do rany rivanolu, też wykapał od tyłu. Po kilku dniach nie chciało już kapać to znaczy, że rana zaczęła się goić od środka. Po następnym tygodniu rana z tyłu zabliźniła się, a po kilku dniach także i od przodu. Całe gojenie trwało „ze trzy niedziele”.

Pani gospodyni pani Irenki opowiedziała nam że gdy, gdy ta doszła do zdrowia i wzmocniła się powiedziała swoim gospodarzom, że właściwie powinna wrócić do Łowicza, żeby pomagać innym warszawiakom. Prosiła również, aby bardzo podziękować też nam. Ona nie może tego zrobić aby jak najmniej ludzi wiedziało, kiedy i gdzie poszła. Gdy to mówiła trochę popłakiwała, ale wyjaśniła, że taki jest czas wojny i każdy kto może powinien ludziom pomagać. Miała nadzieję, może po wojnie do nich choć na trochę przyjedzie. Ale co będzie tylko Pan Bóg to wie – „jest wojna”. Co było z nią dalej, nie wiem.

***

Na temat medycznego przypadku pani Irenki rozmawiałem w latach 70-tych ubiegłego stulecia ze starym felczerem pochodzącym z krańców wschodnich polskich kresów. Miał za sobą wywózkę na Syberię zaraz po 17 września 1939 r, pobyt w łagrze, później całą drogę z Ludowym Wojskiem Polskim jako lekarz frontowy.

Po wysłuchaniu mojej opowieści i przeanalizowaniu medyczno – logicznego rozumowania stwierdził, że był to jeden z tych przypadków zdarzających się zresztą często w medycynie, który należy dołączyć do niewyjaśnionych, a przez ludzi wierzących zaliczanych do kategorii cudów. On sam i na Syberii i na froncie, był świadkiem setek takich niewyjaśnionych przyczyn „wylizania się” z chorób lub ran.

Twierdził, że wola przeżycia ze względu na zaangażowanie emocjonalne chorego uruchamia w człowieku pokłady nieznanych jeszcze nauce sił witalnych, które są w stanie przezwyciężyć wręcz nieprawdopodobne zagrożenia. To potrafi tylko wiara.

***

Powiązane hasła