menu

Kahl Teresa z d. Wojtczak – Relacja z przeżyć obozowych

Kahl Teresa z d. Wojtczak – Relacja z przeżyć obozowych

20-letnia Teresa Wojtczak (po mężu Kahl), mieszkanka Ochoty, po pobycie na „Zieleniaku” i w obozie Dulag 121 znalazła się w kobiecym obozie koncentracyjnym Ravensbrück. W swojej relacji opisuje koleje swoich obozowych losów – morderczą pracę w Ravensbrück, pracę w fabryce w Klein Machnow, marsz śmierci i pobyt w podobozie KL Neuengamme w Wöbbelin.

Relacja Teresy Kahl z d. Wojtczak z przeżyć obozowych

Ja, Teresa Kahl, ur. 28.01.1924 w Warszawie, zostałam wypędzona z Warszawy (Ochota) już szóstego dnia powstania w sierpniu 1944 r. Formacje SS i ich ruskich pomocników wśród gwałtów i mordów wygnały mnie wraz z matką i siostrą z domu przy ul. Siewierskiej/Grójeckiej na targowisko Zieleniak, a dom spaliły. Po dwóch dniach i nocach tam spędzonych wraz z tysiącami współmieszkańców pognano nas do Dulagu 121 w Pruszkowie. Stamtąd po następnych paru dniach załadowano nas do towarowych wagonów i pociąg ruszył w nieznane. Trasa wiodła przez Lipsk do Bergen-Belsen, gdzie transportu nie przyjęto. I tak po paru dniach wylądowaliśmy w KL Ravensbrück. Wśród wrzasków SS-manek i SS-manów po wyładowaniu nas z wagonów wpędzono nas przez bramę z napisem „Arbeit macht frrei” do obozu. Po tzw. kąpieli (prysznic albo bardzo zimny albo wrzący) ścięto nam włosy, odebrano wszystko (rewizja osobista) i ubrano w więzienne łachy – sukienki z wyciętymi krzyżami „X” i drewniane chodaki. Odtąd nie byłyśmy już ludźmi, tylko numerami. Ja byłam „Schutzhhäftling nr 58633, siostra 58632 a matka 58634. Zakwaterowano nas w barakach najpierw po pięć na jednej pryczy, potem na bloku nr 27 po dwie. Jedzenie było fatalne. Na obiad zupa z jakichś liści, rano i wieczór „kawa” i na dzień kawałek chleba.

Po odbyciu kwarantanny zostałyśmy zapędzone do roboty. Polegała ona na zasypywaniu jeziora gruzem i ziemią. Ładowałyśmy ten materiał na wielkie taczki i pchałyśmy je na brzeg. Brakowało siły do tej pracy, tym bardziej, że podłoże było grząskie. Cały czas poganiały nas dozorczynie, tak że nie można było zipnąć. Dlatego ucieszył nas fakt, że pod koniec września 1944 przybyli „kupcy”, czyli przedstawiciele niemieckiego przemysłu, aby zatrudnić nas w swych fabrykach. Testem przydatności do pracy był bieg dookoła baraku. Szczęśliwie wszystkie trzy zostałyśmy zakwalifikowane.

W dniu 24 września przewieziono nas do nowego miejsca przeznaczenia. Była to fabryka Boscha części do samolotów „Dreilinden”, położona w Klein Machnow w pobliżu Berlina.  Od tego momentu jako podporządkowane KL Sachcenhausen otrzymałyśmy nowe numery: 6372, 6373, 6374. Hala produkcyjna mieściła wieleset stanowisk pracy, a pod ziemią były pomieszczenia sypialne. Tu zagnano nas znów do ciężkiej pracy. Trzeba było przez 12 godzin dziennie stać przy obrabiarkach i wykonywać wyśrubowaną normę odpowiednich detali. Brak umiejętności oraz duża urazowość dawały się mocno we znaki, tym bardziej, że z powodu niedożywienia rany na rękach nie chciały się goić. Pracowałyśmy na dwie zmiany, dzienną i nocną, śpiąc na przemian na tej samej trzypiętrowej pryczy.

W drugiej połowie kwietnia 1945 wobec zbliżającego się od wschodu frontu zarządzono ewakuację podobozu. Przewieziono nas do macierzystego Sachsenhausen, aby po paru dniach pchnąć wszystkich więźniów i więźniarki w tzw. marsz śmierci – w kierunku zachodnim. Nastąpił koszmar kilkunastodniowego marszu przez Meklemburgię. Pędzone przez SS-mańską załogę kuśtykałyśmy w swoich drewniakach prawie bez odpoczynku idąc lasami i polami, śpiąc w przygodnych stodołach. Kto nie miał siły iść i zostawał z tyłu, zostawał zabity strzałem w tył głowy przez straż tylną. Jeszcze musiałyśmy taszczyć bagaże prominentów. W ten sposób te więźniarki, które miały jeszcze trochę siły w mojej kilkudziesięcioosobowej grupie, dotarły 2 maja rano do rejonu Ludwigslust. Strażnicy zamknęli nas w jakimś małym obozie, którym okazał się być podobóz KL Neuengamme, Wöbbelin i uciekli. Myślałyśmy, że teraz nas wysadzą w powietrze. Ale na szczęście po paru godzinach bramy otworzyły się i wjechał łazik wojsk amerykańskich. Była to szpica zwiadowcza 82. Dywizji Powietrzno – Desantowej USA.

Byłyśmy wreszcie wolne, koszmar się skończył. Okazało się, że znajdowałyśmy się jedynie w części obozu Wöbbelin, w pozostałej przebywali więźniowie różnych narodowości, ewakuowani z innych podobozów KL Neuengamme, ale za to o jednakowym wyglądzie: krańcowo wyczerpani. Wokół leżały setki zwłok nieszczęśników. Władze okupacyjne (USA) wzięły nas wszystkich pod opiekę. Wywieziono nas z tego strasznego miejsca do obozu DP w Sternbucholz, poprzednio zamieszkałego przez rodziny niemieckich lotników. Dostarczono paczki żywnościowe UNRRA. Niestety wygłodzone doszczętnie organizmy nie przyjmowały takich pokarmów. Większość więźniarskiej braci zachorowała na ostry nieżyt żołądka i jelit. Między innymi tak się stało z moją mamą, która mimo przeniesienia do lazaretu po tygodniu zmarła i została pochowana na cmentarzu w Wöbbelin. Ci, co siłą woli potrafili wstrzymać się od nieodpowiednich pokarmów, gotując sobie jedynie płatki owsiane, stopniowo przyzwyczaili się do normalnego jedzenia.

Około 15. maja obóz zwinięto, przewożąc nas do Schwarzenbecku, gdyż tereny przypadły strefie radzieckiej. Po pogrzebie matki, obie z siostrą stworzyłyśmy z kilkoma byłymi więźniami kacetu grupę 9-osobową, pomagając sobie wzajemnie. Znajdował się w niej również mój przyszły mąż, Janusz Kahl, były więzień KL Neuengamme, który ostatnie 40 dni niedoli spędził w podobozie Wöbbelin przy jego budowie. Przez kilka miesięcy dochodziliśmy do zdrowia, dozując ostrożnie jakość i ilość pokarmów. Królowały wśród nich kartofle i rozgotowana wołowina (nie zawsze legalnie zdobywana). Po około pół roku doszliśmy już do siebie, przybierając na wadze: ja z 37 kg do 70, mąż z 43 do 90!. Było to oczywiście nienaturalne, gdyż organizm chłonął bez opamiętania podawane kalorie. Dopiero później stopniowo waga się obniżała, wracając do przedobozowej normy.

Następnymi etapami pobytu w obozach dla dipissów były obozy koło Hamburga: wielki obóz w Wentorfie, mały w Glinde, potem w Geesthacht, a następnie znów w Wentorfie. W międzyczasie wstąpiłam w związek małżeński z kolegą obozowym.

Po roku pobytu w obozach dla dipisów postanowiłam wraz z siostrą i mężem powrócić do kraju, tym bardziej, że nasze rodziny poza mamą szczęśliwie przeżyły wojenne horrory i nawiązały z nami kontakt. Niestety nasz pobyt w obozie koncentracyjnym pozostawił trwałe ślady w naszych organizmach, składając się na tzw. KZ–syndrom. Nasze inwalidztwo ogranicza możliwości zarobkowania i jest przyczyną wielu późniejszych chorób i dolegliwości. Ale mimo wszystko cieszę się, że udało mi się wyjść z życiem z tego koszmaru, stworzonego bądź co bądź przez ludzi dla innych ludzi. Choć byliśmy w ich ustach jedynie „bydłem” i „psami”, to jednak nasze człowieczeństwo wzięło górę nad ich zwierzęcą ideologią.

Powiązane hasła

”None