menu

Kościół św. Wojciecha na Woli – punkt zborny

Punkt zborny, tzw. obóz przejściowy w kościele św. Wojciecha (właściwie kościół św. Stanisława w parafii św. Wojciecha) przy ul. Wolskiej 76 funkcjonował od początku sierpnia do października 1944 roku. Na teren kościoła i przykościelnej parafii trafiali w drodze do obozu przejściowego w Pruszkowie mieszkańcy Woli, Starego Miasta, Śródmieścia, Powiśla, Czerniakowa, Żoliborza, a sporadycznie także Mokotowa. Odbywała się tam wstępna segregacja warszawiaków, mająca na celu głównie wyszukiwanie powstańców i osób niespełniających „norm rasowych”. Kobiety, osoby starsze i dzieci kierowano najpierw do kościoła, a później do obozu w Pruszkowie. Część zdrowych i silnych mężczyzn zatrzymywano i kierowano do różnych, często niebezpiecznych prac, m.in. rozbierania barykad, robót fortyfikacyjnych, jako żywe tarcze oraz do załadunku grabionego przez niemieckie oddziały mienia, zaś podejrzanych o udział w Powstaniu przenoszono do więzienia na plebanii przy ul. Sokołowskiej 4, gdzie stacjonował oddział Gestapo. Tam poddawano ich brutalnym przesłuchiwaniom, a czasem rozstrzeliwano. Na terenie kościoła żołnierze niemieccy dokonywali grabieży, dopuszczali się gwałtów oraz wykonywali egzekucje na cywilnych mieszkańcach Warszawy, w których zginęło ponad 400 osób.

Warszawiacy przed kościołem św. Wojciecha, początek sierpnia. Zbiory: Bundesarchiv, Bild 101I-695-0423-15 / Leher / CC-BY-SA 3.0

Historia

Według zeznań proboszcza parafii, księdza Wacława Murawskiego Niemcy spędzili pierwsze grupy mieszkańców z okolic ulicy Wolskiej (od Płockiej do ulicy Bema) już 2 sierpnia 1944 r. Tego samego dnia na plebanii parafii przy ul. Sokołowskiej 4 pojawiła się niemiecka żandarmeria, która przez najbliższe dni miała decydować o losie zgromadzonej w kościele ludności. 3 i 4 sierpnia trafiły tam kolejne grupy mieszkańców, tym razem z ulicy Wolskiej i ulic poprzecznych (od Młynarskiej do Bema). 5 sierpnia władzę na terenie punktu zbornego objęli funkcjonariusze Gestapo. Komendantem punktu zbornego był najprawdopodobniej Oberleutant Gestapo Neuman, a zastępcą Leutnant Bem, którzy sprawowali jednocześnie dowództwo nad grupami Verbrennungskommando, zajmującymi się paleniem zwłok zamordowanych w czasie Rzezi Woli warszawiaków. Wtedy, od 5 sierpnia, na teren kościoła zaczęły trafiać większe grupy wypędzonych z domów warszawiaków. 13 sierpnia 1944 r. SS Hauptsturmführer A. Feucht raportował dowódcy policji bezpieczeństwa w Krakowie („Exodus” t. 3*):

Przez obóz zbiorczy koło kościoła na ulicy Wolskiej w czasie od 6 do 10 sierpnia 1944 przepuszczono około 90 000 osób, w tym pełne 20 000 mężczyzn, reszta to kobiety i dzieci. […] 20 reichsdeutschów, 350 volksdeutschów i Deutschstämmige, około 30 obcokrajowców, około 400 Rosjan, Białorusinów itd.

Ksiądz Murawski, który w swoim zeznaniu złożonym Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich (OKBZN) pojemność kościoła szacował na 5 tysięcy osób, relacjonował**:

9 sierpnia, po przybyciu do kościoła, zobaczyłem, iż było tam około pięć tysięcy osób. Byli to ludzie z ulic Elektoralnej, Chłodnej, Leszna i innych, przebywał wtedy w kościele ksiądz Jachimowski, kapelan, o którym także ślad zaginął. W prezbiterium leżały położnice, było kilka niemowląt, chorzy leżeli na posadzce.

W okresie między początkiem sierpnia a październikiem 1944 r. do punktu zbornego w kościele św. Wojciecha trafiali mieszkańcy Woli, Starego Miasta, Śródmieścia, Powiśla, Czerniakowa, Żoliborza, a sporadycznie także Mokotowa.

Ludność cywilna we wnętrzu kościoła św. Wojciecha, źródło: Bundesarchiv, Bild 101I-695-0423-20 / Leher / CC-BY-SA 3.0
Warunki i segregacja

Przy kościele św. Wojciecha odbywała się wstępna segregacja warszawiaków, mająca na celu głównie wyszukiwanie wśród tłumu powstańców i osób niespełniających „norm rasowych”. Kobiety, osoby starsze i dzieci kierowano do kościoła, w którym panowały ciężkie warunki sanitarne – potworny ścisk, brak wody, żywności oraz sanitariatów. Uwięzieni w kościele warszawiacy wypisywali na jego ścianach swoje imiona i nazwiska, aby poinformować bliskich o swoim losie. Teresa Bartkowska z d. Gołębiowska, 9-letnia dziewczynka wysiedlona pod koniec sierpnia  z Marymontu we wspomnieniach przekazanych Muzeum Dulag 121 tak opisała jego wnętrze:

Kościół przedstawiał opłakany widok. Na ołtarzach poprzewracane świeczniki, figurki, zdarte obrusy. Pod chórem pełno ludzkich odchodów. Posiedziałyśmy tam przy bocznym ołtarzu, zostawiłyśmy   woreczek z solą. Panował tu chłód i smród. Nie wiem jak długo trwał nasz odpoczynek, po czym pognano nas dalej.

7-letnia Elżbieta Dankowska-Walas, która w kościele znalazła się po upadku Starego Miasta, we wspomnieniach przekazanych Muzeum Warszawy w ramach projektu „Wypędzeni z Warszawy 1944. Losy dzieci” relacjonowała:

W tym kościele to był jeden wielki jęk – tam było mnóstwo rannych, na noszach. Okropny jęk, przygnębiające wrażenie, ludzie po prostu umierali. Pamiętam, że chciało mi się siusiu i mama wzięła mnie za rękę i zaprowadziła za ołtarz – tam było mnóstwo fekaliów, bo ludzie nie mieli sumienia załatwiać się na środku… Nie można było wyjść. Pamiętam tych rannych, ktoś strasznie jęczał, jakiś pan, chyba bez nogi. Tam było po prostu potwornie.

Mężczyzn, szczególnie młodych, czekał inny los. Trzymano ich na terenie przykościelnym, na cmentarzu lub w tzw. dolnym kościele. Pracownik Szpitala Wolskiego Edward Kowalski, który na terenie kościoła św. Wojciecha przebywał od 2 września do października 1944 roku, w zeznaniu złożonym przed OKBZN wspominał:

Normalnie proces odbywał się następująco: przed kościół pędzono wszystkich i tak szli tutaj młodzi i starzy, chorzy i ranni, dzieci z poszczególnych dzielnic i poszczególnych bloków, tak jak padały ulica po ulicy. […] Przed kościołem stali już specjaliści np. Muller [podoficer SS – dop. red.] (zwłaszcza w pierwszym okresie), którzy wybierali sobie młodych ludzi, którzy wyglądem przypominali im powstańców. To samo robili z ludźmi, których podejrzewali o pochodzenie żydowskie. […] Gdy pochód wszedł na teren kościoła, oddzielano mężczyzn od kobiet, dzieci i starców. Mężczyźni zostawali na zewnątrz, a reszta szła do środka kościoła.

Zdrowych i silnych mężczyzn zatrzymywano w dolnym kościele lub w budynku przy ulicy Sokołowskiej 5 naprzeciwko plebanii, a następnie wykorzystywano do różnych, często niebezpiecznych prac, m.in. rozbierania barykad i uprzątania ulic, robót fortyfikacyjnych, jako żywe tarcze oraz jako robotników wykorzystywanych do załadunku grabionego przez niemieckie oddziały mienia. Około 100 mężczyzn trafiło do tzw. Verbrennungskommando Warschau, oddziałów, które od 8 sierpnia zajmowały się paleniem zwłok zamordowanych i zacieraniem śladów niemieckich zbrodni na Woli i na Starym Mieście. Mieczysław Edward Gurbiel, ok. 20 sierpnia przymusowo wcielony do grupy Verbrennungskommando, zeznawał przed OKBZN:

[…] zaprowadzono [nas] na ul. Wolską przed kościół św. Wojciecha. Wyszedł do nas sierżant SD, jak się później dowiedziałem, nazwiskiem Bem i dwóch SD-manów, po czym Bem wybrał z naszej grupy trzydziestu mężczyzn i mnie w ich liczbie. Pozostałych popędzono ulicą Wolską. Naszą grupę wprowadzono na podwórze kościoła. Przez tłumacza SD-man, czy też gestapowiec, powiedział nam, iż Niemcy darowują nam życie, lecz będziemy ciężko pracować. Zabrano nas na ul. Sokołowską i przeprowadzono do czerwonego budynku naprzeciwko plebanii, na trzecie piętro. […]  Na drzwiach pokoju, gdzie nas umieszczono, Bem napisał kredą „Verbrennungskommando 30 mężczyzn” (po niemiecku). Gdy przybyłem na ulicę Sokołowską, na drugim piętrze budynku już była grupa mężczyzn, podobno zatrzymanych poprzedniego dnia. Nazajutrz na trzecim piętrze były już dwie grupy Verbrennungskommando, pomieszczone w kilku pokojach. Ilu było w nich mężczyzn, dokładnie nie wiem.

W czasie segregacji niemiecka policja polityczna wyszukiwała też ukrywających się w tłumie powstańców oraz Żydów. Podejrzanych o udział w Powstaniu przenoszono do więzienia zorganizowanego na plebanii kościoła przy ul. Sokołowskiej 4, gdzie stacjonował oddział Gestapo. Tam poddawano ich brutalnym przesłuchiwaniom, a następnie rozstrzeliwano. Za pracę wywiadowczą i egzekucje odpowiedzialny był oddział policji bezpieczeństwa przy grupie bojowej Reinefarth (Einsatzkommando der Sicherheitspolizei bei Kampfgruppe Reinefarth), którym dowodził SS-Hauptsturmführer Alfred Spilker, funkcjonariusz niemieckiej policji bezpieczeństwa, który od 1942 roku w ramach działań wywiadowczych rozpracowywał i infiltrował kierownicze ośrodki polskiej konspiracji. Znamy jego nazwisko, gdyż razem z SS-Hauptsturmführerem Adolfem Feuchtem przekazywali codzienne meldunki wywiadowcze o sytuacji w Warszawie, nastrojach ludności cywilnej i działaniach powstańców do Krakowa, do swojego bezpośredniego przełożonego dowódcy Sicherheitspolizei i SD dla Generalnego Gubernatorstwa Waltera Bierkampa.

Stefania Chmielewska, która wraz z sześcioma innymi osobami trafiła na plebanię kościoła 30 sierpnia, zeznawała przed OKBZN:

Zaprowadzono nas do komendanta, nazwiska którego nie mogłam ustalić. Był to mężczyzna w wieku lat około 40, wysoki, dobrze zbudowany, blondyn  o niebieskich oczach o mętnym wyrazie. Chodził ze szpicrutą. […] kazano nam składać zeznania do protokołów. Pytano nas, skąd jesteśmy,  gdzie przebywaliśmy, jakie są nasze poglądy na powstanie. W pokoju, oprócz komendanta,  znajdowało się jeszcze dwóch gestapowców – jeden zadawał pytania, drugi pisał na  maszynie. Komendant w czasie przesłuchania często wychodził na korytarz i do innych  pokojów. Gdy wyszedł, zaraz słyszałam jęki i krzyki. Na korytarzu klęczała twarzą do ściany  grupa kilku młodych mężczyzn do połowy obnażonych i dziewczyna w łachmanach.  Mężczyźni mieli ręce związane w tył drutem kolczastym. Na ciele mieli ślady pobicia, sińce  i krew. Gdy po przesłuchaniu wyprowadzono nas na korytarz, ustawiono nas naprzeciwko klęczących. Komendant obserwował nasze miny. Widziałam, jak komendant, wychodząc  na korytarz, bił mężczyzn szpicrutą. Widziałam, stojąc już na korytarzu, jak z pokoju  komendanta (gdzie nas uprzednio badano) gestapowcy wyprowadzili mężczyznę strasznie  pobitego. Odprowadzono go do magazynu stojącego na podwórku plebanii. Magazyn miał okna otwarte, widziałam za kratami twarze młodych mężczyzn i kobiet. Przy nas komendant  pytał młodą dziewczynę okrywającą się łachmanami, czemu poszła do powstania. […] Komendant porozumiewał  się przez tłumacza, [ale] odniosłam wrażenie, że rozumie po polsku.

W cytowanym już zeznaniu Mieczysław Edward Gurbiel, który od ok. 20 sierpnia do października 1944 r. jako członek grupy Verbrennungskommando był tam zakwaterowany, wspominał:

Od chwili zatrudnienia mnie na plebanii widziałem, iż na pierwsze piętro doprowadzano grupami mężczyzn i kobiety, często z opaskami AK, na przesłuchanie. Badania odbywały się w kilku pokojach. Po nich prawie zawsze w pokoju nr 13 pozostawały ślady krwi, a także porozrzucane meble. Z tego też pokoju w czasie badań często słyszałem krzyki i jęki katowanych. […] Sprzątając sąsiedni pokój, widziałem w pokoju nr 13 przez uchylone drzwi leżącego na ziemi na brzuchu mężczyznę, którego badający bił żelaznym prętem po plecach. […] Widziałem przez okno, jak przywieziono na plebanię trzy Żydówki, w czasie badania rozebrano je i bito. Badanych trzymano w areszcie przy ul. Sokołowskiej na pierwszym piętrze domu, gdzie mieszkała grupa Verbrennungskommando. Tutaj nie zatrzymywano długo doprowadzonych. Po badaniach wywożono ich samochodem w nieznanym kierunku. Koledzy i ja przypuszczaliśmy, iż wywożono ich na rozstrzelanie. Samochód, którym ich wywożono, po krótkim czasie wracał próżny. Daty nie pamiętam. Przywieziono na plebanię grupę Żydów biednie ubranych, z tłumoczkami. Po paru godzinach wywożono ich samochodami ciężarowymi, rzeczy musieli zostawić.

Warszawiacy, którym udało się uniknąć tragicznego losu, w strzeżonych konwojach pędzeni byli pieszo do obozu przejściowego Dulag 121 bądź na dworzec zachodni, skąd transportami kolejowymi wieziono ich do Pruszkowa. Pierwszy konwój wyruszył z kościoła św. Wojciecha do dulagu 6 sierpnia po południu. Były to głównie kobiety, dzieci i osoby starsze. Kolumna wysiedlonych w liczbie około 3 tysięcy wyruszyła z Warszawy pod wieczór, aby po całonocnym marszu przez Włochy, Ursus i Piastów dotrzeć do Pruszkowa rankiem 7 sierpnia. Jeszcze tego samo dnia kolejne grupy kierowane były na Dworzec Zachodni, skąd pociągami przewożone były do obozu Dulag 121. Edward Kowalski, przebywający na terenie punktu zbornego od 2 września do połowy października zaznacza, że w tym czasie do obozu w Pruszkowie transporty wysiedlonych odchodziły dwa razy dziennie.

Ludność cywilna we wnętrzu kościoła św. Wojciecha, źródło: Bundesarchiv, Bild 101I-695-0423-21 / Leher / CC-BY-SA 3.0
Pomoc medyczna

Duża część warszawiaków spędzonych do kościoła św. Wojciecha wymagała natychmiastowej opieki lekarskiej. Według relacji świadków jako pierwszy w niesienie pomocy zaangażował się już na początku sierpnia dr Rawa (prawdopodobnie ur. 1902 r. Stefan Rawa wymieniony w oficjalnym „Urzędowym Spisie Lekarzy” wydanym przez Ministerstwo Opieki Społecznej na rok 1939, zamieszkały przy ulicy Chmielnej doktor chorób wewnętrznych). Maria Radajewska, w liście z 5 stycznia 1946 nadesłanym do Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce wymieniła go jako osobę, która „opiekowała się szpitalikiem w kościele”. Proboszcz parafii, ksiądz Wacław Murawski, zaznaczał jednak w składanych zeznaniach, że: „Dr Rawa, przypadkowo przebywający w kościele, nie mając środków sanitarnych i lekarstw, niewiele mógł poradzić”.

Prowizoryczne ambulatorium zorganizował w prezbiterium kościoła najprawdopodobniej dopiero 2 września magister farmacji i pracownik Szpitala Wolskiego, wspomniany już Edward Kowalski (1914-1967). Do kościoła św. Wojciecha trafił, wraz z ośmioma sanitariuszkami AK i felczerem po upadku Starego Miasta, gdzie pełnił służbę jako lekarz w I Szpitalu Wojskowym AK. Grupa pod przewodnictwem Kowalskiego samorzutnie zorganizowała punkt opatrunkowy – oczyściła prezbiterium, przygotowała kołdry i koce zdobyte od wysiedlonych, a także uruchomili skromną kuchnię przygotowującą posiłki dla chorych. Edward Kowalski o swojej roli w punkcie zbornym opowiadał w cytowanym już zeznaniu złożonym przed OKBZN:

Kolejność pracy wynikała z sytuacji: nadchodził transport – starałem się za wszelką cenę  wciągnąć mężczyzn do kościoła. Mówiłem, że ranny, że chory, wymyślałem różne preteksty albo bez pretekstu wciągałem ludzi przed ołtarz. Później, gdy Niemcy przyzwyczaili się do mnie i mojego uwijania się wszędzie, gdzie mnie potrzeba było i nie potrzeba, wyprosiłem pozwolenie kontaktu z moim macierzystym Szpitalem Wolskim przy ul. Płockiej 26. Od tego momentu miałem nie tylko środki opatrunkowe i lekarstwa, ale i możność przenoszenia oficjalnie oraz szmuglowania ciężko rannych. Było to bardzo ważne, gdyż szpital miał prawo ewakuować swoich chorych z pominięciem selekcji w Pruszkowie. W ten sposób wielu młodych powstańców uniknęło obozu. Następnie szedłem do kościoła i tam czekała codzienna robota. Opatrzeć rannych, rozdać potrzebne lekarstwa chorym, uspokoić ich po rozstaniu z mężczyznami i kazać im się mądrze przygotować i spakować do dalszej drogi.

Edward Kowalski ratował nie tylko powstańców. Jedną z uratowanych przez niego osób był Bogdan Duda, portier zatrudniony w Szpitalu Wolskim, który jako jeden z 4 mężczyzn przeżył egzekucję 5 sierpnia w podwórku domu przy ulicy Krochmalnej 90, o czym ten wspominał w zeznaniu złożonym 4 I 1946 przed Warszawską Komisją Badania Zbrodni Niemieckich.

Pomocy warszawiakom udzielali także inni pracownicy Szpitala Wolskiego. Jednym z nich był to młody lekarz, doktor Zbigniew Woźniewski (1914-1969), kierujący pracą Szpitala Wolskiego podczas Powstania, a w późniejszym okresie kierownik filii Szpitala Wolskiego w Pszczelinie. Doktor Woźniewski przybył na teren punktu zbornego w kościele św. Wojciecha 7 września. Niemcom przedstawił się jako lekarz naczelny Szpitala Wolskiego, który przybył na inspekcję stanu sanitarnego kościoła. Zgodę na przeprowadzenie inspekcji wydał Alfred Spilker, dowódca oddziału policji bezpieczeństwa działającego przy kościele św. Wojciecha. Doktor Woźniewski wytypował ośmiu mężczyzn, którzy rzekomo wymagali natychmiastowej hospitalizacji, a następnie udało mu się uzyskać oficjalną zgodę na odtransportowanie ich do Szpitala Wolskiego. W kolejnych dniach dr Woźniewski ponawiał swoje wizyty w kościele, dzięki czemu udało mu się uratować więcej osób. 23 września w brawurowej akcji zdołał uwolnić dwudziestu jeńców, akowców z Czerniakowa. Siedmiu z nich osobiście wywiózł z kościoła, zaś pozostałych trzynastu na polecenie doktora Woźniewskiego wyprowadziła pielęgniarka Barbara Wardzianka. Wśród osób zaangażowanych w transportowanie chorych z kościoła św. Wojciecha do Szpitala Wolskiego byli także: studentka medycyny Janina Pecynianka (ur. 1918) i internistka Barbara Kampioni-Manteuffel (1906-1988).

Zbrodnie

W czasie drogi do punktu zbornego i już na terenie kościoła żołnierze niemieccy dokonywali grabieży (np. zegarków, biżuterii i innych cennych przedmiotów), dopuszczali się gwałtów oraz wykonywali egzekucje na cywilnych mieszkańcach Warszawy. Informacje o nich odnajdujemy m.in. w meldunkach przesyłanych na bieżąco dowódcy policji bezpieczeństwa i SD  w Krakowie SS-Brigadeführerowi W. Bierkampowi. 13 sierpnia wspomniany już A. Feucht pisał do Krakowa:

Prosi się majora Fischera [SS-Sturmbannführer Kurt Fischer oficer operacyjny sztabu SS-Gruppenführera Heinza Reinefartha] z oddziału operacyjnego o wydanie rozkazu, aby jeńców natychmiast nie rozstrzeliwać, lecz że winni oni być przekazywani policji bezpieczeństwa. Od jeńców oczekuje się ważnych zeznań, które mają znaczenie dla dalszego prowadzenia walki, nie od ludności cywilnej, która całymi dniami siedziała w piwnicach.

Część rozstrzeliwań najprawdopodobniej dokonywana była poza terenem kościoła. W swoich meldunkach A. Feucht i A. Spilker podają liczba rozstrzelanych przez funkcjonariuszy Sipo: w okresie od 6 do 10 sierpnia – 450 rozstrzelanych; 12 sierpnia – 200 rozstrzelanych powstańców (w meldunku figurują jako „bandyci”) i Żydów; 13 sierpnia – 71 rozstrzelanych, 18 sierpnia – 14 rozstrzelanych, 21 sierpnia – 82 rozstrzelanych, 22 sierpnia – 292 rozstrzelanych, 27 sierpnia – 196 rozstrzelanych, 1 września – 381 rozstrzelanych. W meldunkach nie zaznaczono jednak czy zamieszczone powyżej liczby odnoszą się tylko do egzekucji wykonanych na warszawiakach, którzy trafili do punktu zbornego przy kościele św. Wojciecha. Być może więc dane te dotyczą ogólnej liczby osób rozstrzelanych przez funkcjonariuszy ze wspomnianego oddziału Sipo.

Według szacunków Głównej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu Instytutu Pamięci Narodowej w dniach 5-17 sierpnia  na terenie przykościelnym rozstrzelano ok. 400 osób – kobiet, dzieci i mężczyzn. Po wojnie Komisji udało się ustalić tylko 14 nazwisk zamordowanych. Według relacji świadków 20 września Niemcy rozstrzelali na dziedzińcu kościoła cały oddział powstańców z Czerniakowa oraz trzynaście sanitariuszek z AK. Wiadomo również, że pojedyncze mordy na warszawiakach odbywały się w późniejszym okresie, przy segregacji, między innymi, gdy do kościoła św. Wojciecha napływały grupy mieszkańców Starego Miasta. Janina Ordyńska, mieszkanka domu przy ul. Świętojerskiej 16, w zeznaniu złożonym przed OKBZN wspominała:

Dochodząc do kościoła św. Wojciecha eskorta (złożona z Niemców i Ukraińców) zaczęła oddzielać mężczyzn od kobiet. Mężczyzn wpędzono na teren kościoła, kobiety po krótkim postoju przeprowadzono na Dworzec Zachodni, skąd zostałyśmy przewiezione do Pruszkowa. W czasie rozdzielania kobiet i mężczyzn zauważyłam, jak żołnierz niemiecki z naszej eskorty (formacji nie potrafię podać) zastrzelił kobietę, która nie chciała być odłączona od męża.

Punkt zborny w kościele św. Wojciecha funkcjonował do października 1944 roku.

*„Exodus Warszawy. Ludzie i miasto po Powstaniu 1944”, oprac. Józef Kazimierski, Danuta Skorwider, Romuald Śreniawa-Szypiowski, Archiwum Państwowe m.st. Warszawy, PIW 1994.

**Wszystkie zeznania złożone przed OKBZN pochodzą z Repozytorium Ośrodka Badań nad Totalitaryzmami im. Witolda Pileckiego Zapisy Terroru.

 

Powiązane hasła