menu

Wiśniewska Janina – Sanitariuszka AK we Włochach

Wiśniewska Janina – Sanitariuszka AK we Włochach

Janina Eugenia Wiśniewska, ur. w 1927 roku, w czasie okupacji mieszkała wraz z rodziną przy ul. Puławskiej. Jej ojciec został zamordowany przez Gestapo w 1942 roku. Janina Wiśniewska uczęszczała na tajne komplety do szkoły im. Adolfa Dygasińskiego. W 1943 roku wstąpiła do sekcji sanitarnej Armii Krajowej we Włochach, gdzie przyjęła pseudonim „Emilia”. Jako łączniczka brała udział w przenoszeniu meldunków na terenie Włoch, a po odwołaniu wybuchu Powstania we Włochach, pracowała jako sanitariuszka w szpitalu wojennym. Ponieważ posiadała warszawski meldunek została aresztowana i przewieziona do obozu Dulag 121, skąd udało jej się uciec. Pani Janina Wiśniewska swoje wspomnienia uwieczniła w paru listach przekazanych nam w 2014 roku. Poniżej publikujemy tekst, na który składają się ułożone chronologicznie fragmenty przekazanych relacji. W miarę możliwości zachowujemy ich oryginalną formę.

Życie pod okupacją niemiecką

Nazywam się Janina Eugenia Wiśniewska. Urodziłam się w Warszawie 6 września 1927 roku przy ul. Puławskiej 11. Mieszkałam w Warszawie od urodzenia do Powstania Warszawskiego.  Chodziłam do Szkoły Powszechnej nr 98 przy alei Szucha nr 9 – od klasy piątej, pod okupacją niemiecką. Tata został aresztowany przez gestapo 28 stycznia 1942 roku, gdy byłam w siódmej klasie Szkoły Powszechnej. Była wielka bieda okupacyjna, ojca nie było.  Potem, 28 kwietnia 1942 roku, wraz z 223. osobami został rozstrzelany w Magdalence koło Warszawy. Niemcy wezwali Mamę na gestapo w alei Szucha i powiedzieli Jej, że umarł na serce. Dobrze, że Mama mimo strasznego bólu zapamiętała choć datę „tej rzekomej śmierci”. Data była ważna przy ekshumacji.

We wrześniu 1942 roku po szkole powszechnej zapisałam się do szkoły dla wychowawczyń przedszkoli. Inne oddziały gimnazjalne były przez Niemców zlikwidowane. Gdy przyszłam na początku roku szkolnego do tej szkoły, pokazałam koleżankom zdjęcia z dziecięcych lat, z pierwszej czy drugiej grupy przedszkola. Zdjęcia te spaliły się w czasie Powstania Warszawskiego. Gdy następnego dnia koleżanka Irena W. przyniosła swoje zdjęcia z okresu przedszkolnego, zaczęłam reagować na widok jej zdjęć: „To jest moje zdjęcie, wzięłaś mi moje zdjęcie. O tu jestem, w tej sukience.” Ona zaprzeczyła. Nie wierzyłam Jej. Dopiero w domu zobaczyłam, że ja mam takie samo zdjęcie! Następnego dnia uścisnęłyśmy się – okazało się, że jesteśmy koleżankami z przedszkola przy ulicy Marszałkowskiej 15. Teraz nie ma tego domu – stoi inny. Więc my,  „dwie duże koleżanki” z ulicy Bagateli 10-12, gdzie była nasza szkoła dla wychowawczyń przedszkola, poszłyśmy do naszego dawnego przedszkola. Może panie wychowawczynie, po siedmiu latach w szkole powszechnej, nas poznają, jeżeli one jeszcze tam pracują? One jeszcze tam były! Poznały nas! My się bardzo ucieszyłyśmy! I tak zaczęła się historia z przedszkolem.

Pani prof. Leokadia Derulska – wychowawczyni naszej starszej grupy przedszkolnej, po usłyszeniu z jakiej szkoły przyszłyśmy i o tym, że ja straciłam Tatusia na Pawiaku i w gestapo, zaproponowała nam w sekrecie, czy chciałybyśmy się uczyć na tajnych kompletach gimnazjalnych. Skoczyłam do góry. Bardzo tego chciałam, ale nikt mi wcześniej nie proponował. Koleżanka ze szkoły też chciała, ale się wycofała. Więc pani prof. Derulska powiedział mi, żebym przyszła jutro do przedszkola, bo akurat będzie dyrektor tych tajnych kompletów gimnazjalnych. Ja od razu po wyjściu z przedszkola poszłam do kościoła Zbawiciela, to był kościół Szkoły Powszechnej nr 98 z alei Szucha nr 9, i modliłam się serdecznie, żeby nie było przeszkód i żeby dyrektor mnie przyjął. Bo właściwie nie bardzo lubiłam tą szkołę dla wychowawczyń przedszkoli. Chodziło mi głównie o legitymację. Gorzej tylko było, gdy pomyślałam o szkole krawiectwa, czy rachunkowości. Planowałam, że kiedyś, po skończeniu uczelni będę uczyć dzieci z pierwszej czy drugiej klasy szkoły powszechnej.

No i przyszłam następnego dnia. Akurat to był początek roku na tajnych kompletach gimnazjalnych. Rozmawiałam z dyrektorem tajnego gimnazjum, prof. Januszem Lubicz–Borowskim. Ja, duża, wysoka, siedziałam na krzesełku jakiegoś przedszkolaka, a dyrektor gimnazjum cały czas chodził po pokoju bardzo szybko – tak, że właściwie Jego twarzy dobrze nie widziałam – i mówił o odpowiedzialności. O tym, że gdy mnie razem z innymi koleżankami, kolegami, czy nauczycielami złapią Niemcy, to nas aresztują. Długo mówił, chodził i chodził, i w końcu zatrzymał się i powiedział mi, że jeżeli chcę, mimo tych całych zagrożeń ze strony Niemców, to żebym przyszła jutro na ulicę Chmielną, chyba pod 13, i tam się spotkam z innymi koleżankami i kolegami.  Ja prawie nic nie słyszałam – wiedziałam tylko, że jestem przyjęta do I klasy tajnego gimnazjum i że grozi mi niebezpieczeństwo ze strony Niemców, ale wiadomość, że jestem przyjęta, była najważniejsza. Jednocześnie wiedziałam, że przyjęcie do tajnego gimnazjum zawdzięczam pani prof. Derulskiej. Byłam jej niezwykle wdzięczna.

Przyszłam na Chmielną 13 i tam zastałam całą grupę dziewcząt i chłopców i panią Halinę Wiśniewską (nie była moją krewną). Było wspaniale! Byłam w I klasie tajnego gimnazjum! Serce mi wyło z radości! Pani Halina Wiśniewska pytała o nasze imiona i nazwiska. Mieliśmy zapamiętać tylko swoje imiona, nazwisk nie. Najgorzej było z moim nazwiskiem, bo było takie samo jak nauczycielki. Wszystkie nazwiska zapamiętała, ale mojego jakoś nie. Dopiero potem śmiała się, że pewnie dlatego, że nasze nazwiska są takie same, mojego nie zapamiętała.  Z kolei moje imię było takie jak koleżanki. Trzeba było zmienić imię, ale czyje?! Zmieniono mi, na Ninka i tak zostało na długie lata – aż do dziś. […] I tak zaczęła się nasza szkoła. Nosiła nazwę gimnazjum i liceum im. Adolfa Dygasińskiego w Warszawie. Później, po wojnie, dowiedziałam się, że była to filia szkoły Władysława IV na Pradze.

Było nas 13.: Janka K., Hanka, Zosia, Teresa, Zdzicha, ja- Ninka W. Jurek Ł., Ludwik Ż., Napoleon, Ignaś, Kazik, Roman, Mirek.

To była wspaniała szkoła.

Każdy przedmiot, albo po dwa, był gdzie indziej, u kogoś innego, na innej ulicy. Do mieszkań wchodziliśmy i wychodziliśmy oddzielnie i cicho. Stukało się do drzwi i na pytanie „kto?” odpowiadało podanym „hasłem”, wtedy drzwi się otwierały.  Czasami groziło jakieś niebezpieczeństwo, musieliśmy się wtedy „przenosić”.

Któregoś dnia, to był chyba 1942 albo 1943 rok, w czasie lekcji historii z profesorem Januszem Lubicz-Borowskim (jego nazwisko poznaliśmy znacznie później) na Puławskiej 11 był alarm lotniczy – jeździło auto niemieckie i głośno nadawało „alarm” – ale nie mogliśmy wyjść z mieszkania do piwnicy tego domu. Do II piętra mieszkali volksdeutsche, którzy wyrzucili Polaków z ich mieszkań, a my znajdowaliśmy się na III piętrze, więc nie było mowy, aby taka gromada uczniów i profesor zeszli do schronu. I profesor, żeby nas uspokoić,  opowiadał o tym, że w Starożytnym Rzymie żył pewien profesor, który szalenie bał się burzy i piorunów, więc ze strachu chował się pod mały stolik, bo alarmów wtedy oczywiście nie było i Niemców też nie. Słuchaliśmy. W końcu alarm odwołano.

U Jurka Ł. w mieszkaniu przy ulicy Hożej odbywały się m.in. lekcje niemieckiego. Poza dzielnicą niemiecką, która zaczynała się od Placu Unii Lubelskiej często nie było światła elektrycznego i podczas zajęć musieliśmy używać lamp karbidowych. Kiedyś, na którejś lekcji niemieckiego, lampa karbidowa przestawała palić się i my nie wiedzieliśmy, że przez oddychanie nosem mamy koło dziurek nosa czarne „zabarwienie”. Lekcja się szybciej tego dnia skończyła i nauczycielka wyszła, a my młodzi, bardzo młodzi, „trochę się poobijaliśmy” o szafę i inne meble i w końcu po tych zabawach wesoło wyszliśmy na ulicę. Dopiero na ulicy – był wieczór, lekcje były popołudniu – przy latarniach widać było, że mamy czarne plamy wokół nosa. To było dla nas śmieszne, ale i niebezpieczne – kilka osób z czarnymi plamami koło nosa – to był znak, że byliśmy gdzieś razem w jednym miejscu. Zaczęliśmy wycierać te plamy przy nosie.

I były też lekcje geografii w dozorcówce – stróżówce na ulicy Pięknej. Tam jest teraz gimnazjum, a w czasie okupacji była chyba szkoła zawodowa. Tam była geografia z panią prof. Haliną Wiśniewską. Miejsca dla nas było mało, ale mieliśmy choć tyle. Geografia z Chmielnej została przeniesiona na ul. Piękną do stróżówki, chyba ze względów bezpieczeństwa. A matematyka była przy Marszałkowskiej 15 w przedszkolu z panią prof. Leokadią Derulską. Pani prof. Derulska skończyła matematykę na Uniwersytecie Warszawskim.  W przedszkolu były jeszcze jakieś inne lekcje – nie pamiętam jakie.

W naszym mieszkaniu przy Puławskiej 11 był m.in. język polski. Jak przychodziłam ze szkoły dla wychowawczyń przedszkoli na tajne lekcje w moim mieszkaniu, moja Mama zostawiała mi kotlety, czyli  placki ziemniaczane, na talerzyku – w moim domu, jak z resztą w wielu innych domach nie było prawdziwych kotletów, nie było u nas w domu Tatusia, a jeżeli by był to i tak bardzo mało byłoby prawdziwych kotletów. Jedliśmy od czasu do czasu mięso końskie. Gromada uczniów zjawiała się przede mną, więc zjadali mi te placki ziemniaczane – każdy po pół, albo 1/3. Tak, wszyscy byliśmy głodni! To była przecież wojna. Musiał dla mnie wystarczyć jeden cały „kotlet”. To wszystko było ze śmiechem, ja w ogóle nie zauważałam, że za mało zjadłam. Moja Mama nawet nie wiedziała, że ja wtedy tak mało jadłam. Byłam bardzo szczupła.

Ponieważ w czwartek była historia na tajnych kompletach gimnazjalnych z profesorem J. Lubicz-Borowskim, nie mogłam być w każdy czwartek w mojej szkole dla wychowawczyń przedszkoli. Kiedyś wezwała mnie dyrektorka szkoły z pytaniem, dlaczego ja właśnie w czwartki opuszczam lekcje. Nie mogłam Jej powiedzieć, choć miałam do Niej zaufanie, ale bałam się, że mogłaby mnie zwolnić ze szkoły. Ona chciała mieć wykształcone wychowawczynie. Być może sama czegoś się domyśliła.

A przed Wigilią Bożego Narodzenia była wspaniała uroczystość na Bagateli nr 15, róg Placu Unii Lubelskiej, na którymś piętrze, wysoko. Okna wychodziły na Plac Unii Lubelskiej. W środku w kilku pokojach zgromadziliśmy się my, młodzi, nasi profesorowie i niektórzy z naszych rodziców. Chyba coś tam mieliśmy do jedzenia – tego nie pamiętam. Była choinka. Ważne były uczniowskie przemówienia. Ja wtedy mówiłam na pamięć, o wojnie i o wszystkich podobnych rzeczach…Napisał mi to przemówienie któryś z profesorów. Wszystko to wzruszało prawie „do łez”. Wszystkim się bardzo podobało. Było kilka takich przemówień mówionych przez uczniów. Dziś nie pamiętam, kto jeszcze mówił. Były brawa! Najważniejsza była muzyka grana na fortepianie, m.in. hymn Polski, „Jeszcze Polska…” grany trochę ciszej i kilka innych utworów, m.in. coś Chopina… To wszystko było tak wzruszające… A profesor (Janusz Lubicz-Borowski) cały czas stał przylepiony do drzwi wejściowych i nadsłuchiwał, czy Niemcy nie idą z dołu na górę… Przyjęcie było na którymś piętrze, a na dole, na Placu Unii Lubelskiej, spacerowali Niemcy. To zarazem było wspaniałe i jednocześnie straszne – gdyby ktoś usłyszał, albo doniósł, aresztowano by nas. Wchodzenie i wychodzenie na tę uroczystość, podobnie jak na lekcje, odbywało się było dwojgiem drzwi – pojedynczo, każdy z nas wchodził i wychodził oddzielnie i cicho.

Te wszystkie niebezpieczeństwa, to wszystko, co nas wokoło otaczało,  to było bardzo ważne. Wystarczy wspomnieć o aresztowaniu naszego kolegi z tajnych kompletów, Napoleona Wereszko – to było jego imię, a nie pseudonim – oraz jego rodziców w ich mieszkaniu. Niemcy zabrali ich razem na gestapo przy alei Szucha. Potem  jego rodziców wysłali na Pawiak, a następnie gdzieś do obozu koncentracyjnego, nie wiadomo gdzie. Napoleona po śledztwie na alei Szucha przenieśli na ul. Skaryszewską – tam, w budynku szkoły (do dziś jest tam szkoła) młodzież czekała na decyzję Niemców w sprawie wywózki na roboty do Niemiec. Ktoś namówił Napoleona, żeby mocno nacierał ręką powieki, że niby ma jaglice… Lekarz, który tam był, stwierdził, że ma chore oczy i zwolnili Napoleona do domu. Ale rodziców już w domu nie było.

My nie wiedzieliśmy, gdzie jest Napoleon, gdzie go trzymają, gdzie go szukać. Lekcji nie było w tych miejscach, gdzie poprzednio, bo a nuż by Niemcy dowiedzieli się czegoś od Napoleona i by nas aresztowali. Gdy się dowiedzieliśmy, gdzie jest Napoleon, poszliśmy pod tę szkołę, przechodziliśmy po drugiej stronie ulicy Skaryszewskiej i wołaliśmy, ale tak żeby nie było wiadomo, kto to woła: „Napoleon, Napoleon!!!” On na siłę z tego tłumu młodzieży wydostał się do okna i nas zobaczył. Bardzo to przeżyliśmy. On tam zamknięty, a my tu po drugiej stronie ulicy – wolni. Niemcy, którymi była ta szkoła obstawiona, oglądali się bardzo nerwowo – co to za znak – „Napoleon”? No to za nazwa? Nie wiedzieli, że jeden z tych aresztowanych chłopców tak się nazywa.

Niedawno dowiedziałam się, że jedna z naszych koleżanek ze szkoły dla wychowawczyń przedszkoli, Krysia Ś., była złapana na ulicy w łapance i też wywieziona na ulicę Skaryszewską do tej samej szkoły. Jakoś po pewnym czasie ją z tej szkoły zwolnili. Nie wiem jakich sposobów użyła, żeby się stamtąd wydostać. Może miała legitymację szkolną?

Kiedyś wybraliśmy się z  panią prof. Haliną Wiśniewską na wycieczkę na Koło po jakieś glony na przyrodę. Pani prof. Halina Wiśniewska mieszkała na Kole przy ulicy Obozowej nr 100 – to była willa Jej rodziców. Dużo godzin spędziliśmy w lesie, na łące. Goniliśmy się, było wspaniale! Czuliśmy odprężenie. Potem miał być powrót do domu. Ale – do godziny policyjnej – 20. – zostało mało czasu. Nie zdążylibyśmy dostać się do Śródmieścia. Trzeba było nam wszystkim zatrzymać się u pani profesor. Tak dużo osób!  Telefonowaliśmy do Śródmieścia do swoich rodzin z informacją, że musimy zostać na Kole.  Po kilka dziewcząt spało razem, a Jurek Ł. i Ludwik Ż. mieli spać na słomiance-wycieraczce. W ogóle wszystko było jakoś „fajnie”! Rano śniadanie i „marsz” do domów. Tak to było – coś, co się planowało, a potem inaczej było. Wszyscy byliśmy bardzo młodzi.

W pierwszym kwartale 1943 roku wstąpiłam do Armii Krajowej – sekcji sanitarnej we Włochach. Wprowadzającą mnie do Armii Krajowej była Teresa Wróblewska ps. „Marek” – mieszkająca we Włochach. Dostałam pseudonim „Emilia”. Dowódcą sanitarnym AK we Włochach był dr Aleksander Stefan Śnigurowicz ps. „Marcin”, komendantką Wanda Niska ps. „Nina”, patrolową Lucia Szydłowska ps. „Seweryn”. Koleżanki-sanitariuszki ze szkolenia sanitarnego to m.in.: Zofia Badowska ps. „Atom”, Basia Perchlak ps. „Afrodyta”, Irena Kowalska „Joanna”, Teresa Wróblewska ps. „Marek”, Marysia Bursiak ps. „Aurelia”, ja, Janina Eugenia Wróblewska ps. „Emilia” i inne. Było nas 4 grupy po 10 sanitariuszek. Przysięgę złożyłam w mieszkaniu pp. Wróblewskich w obecności p. Jana Aleksandra Wróblewskiego ps. „Waromir” i  p. Tadeusza Szpakowskiego (pseudonimu nie pamiętam). Mieszkali oni we Włochach, przy ul. Sieradzkiej 9.

Od razu włączyłam się do pracy konspiracyjnej. Początkowo wykonywałam różne polecenia jako łączniczka, zlecane mi przez pana Wróblewskiego Jana Aleksandra oraz  Wróblewskiego Jana ps. „Maj” i pana, którego nazywano (może to był pseudonim) „Inżynier”. Meldunki przekazywałam w mieszkaniu państwa Wróblewskich panu „Inżynierowi”. Ze mną meldunki opracowywała też Teresa Wróblewska, która pisała na maszynie. Miałam zlecone stać na ulicy na Starych Włochach, „od niechcenia” obserwować przejeżdżające niemieckie samochody i notować w jakim kierunku jadą, czy są rozbrojeni, czy samochody są prawie zakryte, czy są duże czy małe, czy jadą z żołnierzami, czy żołnierze ci śpiewają. Pisałam ołówkiem kopiowym na ręku. Potem, po niedługim czasie stania, szłam do mieszkania panów Jana Aleksandra Wróblewskiego i Jana Wróblewskiego i przez „Inżyniera”  przekazywałam im swoje obserwacje.

Następnie skierowano mnie na szkolenie sanitarne Armii Krajowej, które odbywało się w mieszkaniu koleżanek AK i w Ośrodku Zdrowia w pałacu Koelichenów (we Włochach obecnie mieści się tam Biblioteka). Przyszedł też wtedy Janek Kosiński. Dowódcą sanitarnym był dr Stefan Aleksander Śnigurowicz. Po odbyciu szkolenia sanitarnego AK udało mi się według zlecenia moich władz sanitarnych AK odbyć dodatkowe szkolenie sanitarne i praktykę w szpitalu Maltańskim w Warszawie. Pani Halina Wiśniewska, nauczycielka z kompletów gimnazjalnych, w tajemnicy skontaktowała się z lekarzem z tego szpitala i przyjęto mnie do odbycia praktyki.

Zostałam powołana przez łącznika z Włoch w celu stawienia się we Włochach do mającego nastąpić Powstania Warszawskiego. Nie było mnie wtedy w miejscu zamieszkania w Warszawie, przy ul. Puławskiej 11. Dopiero po przyjściu do domu, dowiedziałam się, że zostałam powołana. To była cicha tajemnica. We Włochach zostałam zakwaterowana u koleżanek z Armii Krajowej z rozkazem nieopuszczania Włoch i czekania na dalsze rozkazy. Ze mną była również wezwana z Warszawy Marysia Bursiak.

Zapiski z czasu Powstania

29 lipca 1944 roku – sobota

Ciche przygotowanie Powstania w całej Warszawie. Organizowane jest powszechne powołanie mężczyzn i kobiet biorących udział na wykładach i tych, którzy wciągnięci byli przedtem pod przysięgą. Ponieważ Powstanie Warszawskie dnia 29 lipca 1944 w Warszawie nie wybuchło, zostałam wezwana do opracowywania meldunków.

30 lipca 1944 roku – niedziela

Stolica poddenerwowana, Niemcy uciekają z Warszawy. Volksdeutsche wystraszeni umykają z rzeczami, gdzie kto może. Po 2 lub 3 tysiące złotych płacą, aby dostać polski dowód. Z Włoch można było jechać do Warszawy. Miałam przepustkę do domu. Boże, jak to przyjemnie być powołanym do służby wojskowej i mieć przepustkę. Przyjechałam do Warszawy. Tak dziwnie przyjemnie. Człowiek wchodzi sobie do domu, wita się, myśli „może to ostatni dzień w domu?”. Przyszła Wanda, Janka. Porozmawiałyśmy. Lekcji nie ma na kompletach, bo wakacje. Wszystko poprzekręcane. Powrót do Włoch odbył się z Marysią Bursiak. We Włochach słychać: „Powstanie dopiero za 2 tygodnie! Lepiej jechać do domów, do Warszawy”. Jednak czekamy. Nie ma rozprzysiężenia – nie wolno nigdzie jechać. Co Bóg da, to będzie. Podobno jest dużo broni i amunicji. Chłopcy wycieńczeni. Wszyscy powołani. Sytuacja ogólna bardzo dobra. Zwycięstwo przed nami. Boże, kiedyż nastąpi ta chwila, w której serca nasze, serca polskie będą mogły powitać naszych żołnierzy, nasze polskie władze?

31 lipca 1944 roku – poniedziałek

Ranek nic nowego nie przyniósł. Noc spokojna. Wszyscy czuwamy. Placówka wiadoma. Tylko potrzebna chwila ruszenia i hasło. W Warszawie w powietrzu coś się czuje. Źle lub dobrze. Polacy patrzą prosto w oczy Niemcom. W domu spokojnie. Bardzo wielu chłopców jest już zakwaterowanych i spokojnie czekają na to, co będzie dalej. Boże dopomóż. My, młodzi, już wysiedzieć nie możemy.

Rankiem w domu przy ul. Puławskiej spakowałam swoje rzeczy i poszłam na przystanek kolejki na ul. Nowogrodzką, która miała odjechać do Włoch. Spotkałam Wandę. Było to nasze ostatnie spotkanie w Warszawie. Miałam nadzieję, że się jeszcze kiedykolwiek zobaczymy. Wanda nie zabrała się do tramwaju, tak więc nawet się nie pożegnaliśmy. W kolejce do Włoch słyszę, że w całej Warszawie były rozbijane sklepy i składy niemieckie.  Kolejka do samych Włoch nie dojeżdża. Od Szczęśliwic szłam na piechotę. Chwila Powstania zbliża się.

1 sierpnia 1944 roku – wtorek

Deszcz. Szaro i dżdżysto. Kolejki do Warszawy już w ogóle nie chodzą. Mamy ochotę z Marysią Bursiak iść do Warszawy, bo skoro zacznie się akcja powstańcza za swa tygodnie, to przecież jak mamy siedzieć tak długo w „gościach”? Miałyśmy iść na piechotę do domu, a gdyby coś się działo, Teresa Wróblewska miała nas zawiadomić. Miałyśmy wyruszyć po obiedzie. Tymczasem pan Jan Wróblewski z Teresą Wróblewską zaproponowali nam pracę. Zgłosiłyśmy się. Ja skracałam meldunki, Teresa pisała na maszynie różne raporty. Na tym schodził nam czas – wtem odezwał się dzwonek. Posłaniec przyniósł wiadomość do nas, abyśmy natychmiast zgłosiły się do domu, gdzie miałyśmy zakwaterowanie. Sieć alarmowa. Co znowu? Za 2 tygodnie miało się zacząć. Tymczasem już nas wzywają. Co prawda, pan „Inżynier” Władysław nic zupełnie o niczym nie wiedział. Twierdził, że zaszła pomyłka, że w ostatnich dniach jest bez przerwy sieć alarmowa i na pewno coś do nas mają, ale nic groźnego. Nie spiesząc się więc, nawet bardzo wolno, poszłyśmy z Teresą Wróblewską do domu, gdzie mnie zakwaterowano.

Wchodząc do Luci Szydłowskiej zauważyłam jakieś nerwowe przygotowanie. Myją się z Marysią Bursiak, a zobaczywszy mnie mówią, że o godzinie 5-tej po południu wszystkie musimy być na placówkach. My mamy placówkę przy ul. Mickiewicza. Szybko robię koło siebie niezbędne czynności, pakuję plecak i torbę sanitarną, zakładam buty i grube wełniane skarpety. Tak zapakowane poszłyśmy wszystkich pożegnać u państwa Dębskich, było tam kilku chłopców czekających na rozkaz wyruszenia. My dostałyśmy szybciej wiadomość niż chłopcy. No, ale mniejsza o to. Wszystkie udałyśmy się na naszą placówkę.

Po południu o godzinie 17-tej otrzymałam rozkaz do stawienia się w tajnym punkcie zbiórki we Włochach w pomieszczeniu znajdującym się niedaleko Ośrodka Zdrowia w domu  Koelichenów na ulicy Mickiewicza. Był to dawny zakład fryzjerski niedaleko małego, drewnianego kościółka św. Teresy. W tym punkcie zebrała się duża grupa sanitariuszek. Czekałyśmy na dalsze rozkazy.  Na miejscu w placówce dowiedziałyśmy się naszej komendantki „Niny”, że Powstanie we Włochach jest odwołane do godziny 8 wieczorem. Komendantka życzyła nam wszystkiego dobrego, a odchodząc upomniała nas, byśmy były ostrożne. Zostawiłyśmy paczki, same udałyśmy się do domu, gdzie miałam zakwaterowanie. Do godziny policyjnej, do 8 wieczorem jest jeszcze czas. Można coś zrobić. Zaczęłam kończyć [pakować] plecak z pomocą pani Dębskiej. O godzinie 8. wieczorem byłyśmy już na nowo zebrane. Miałyśmy dostać stemplowane biało-czerwone opaski z czerwonym krzyżem i nasze numery. Wszystko było już w porządku.

Robi się szaro. Nikt wyjścia naszego nie zauważył. Sytuacja spokojna, wszystkie jesteśmy poddenerwowane. A więc nareszcie nasze marzenia ziszczają się. Nareszcie powołali nas już na placówki. Lucia Szydłowska dodaje nam różnych potrzebnych rzeczy, środków opatrunkowych. Zapinamy torby. Naszych rannych opatrzymy i wszystko będzie po naszej myśli. Zaglądamy do własnych toreb. Mamy kenkarty – dowody osobiste. Na cóż nam dowody? Już nam nie będą potrzebne! Odrzucamy więc je od siebie. Odrywam tylko od kenkarty fotografię, niech zostanie dla mnie. Zjadłyśmy kolację. Jest nas cała grupa, byłyśmy wszystkie zebrane. O godzinie 8:30 wieczorem stajemy do ostatniego apelu. A więc znowu – patrole w szeregu zbiórka, spocznij, baczność, do dwóch odlicz, baczność, ćwiczenia z noszami, baczność, w szeregu zbiorka i modlitwa „Pod Twoją obronę”. Patrolowa Lucia Szydłowska wszystkie nas pocałowała i teraz całkowicie gotowe siedzimy na krzesłach i czekamy. Jest po godzinie 8:40 wieczorem.

1 sierpnia 1944 roku

Na apel do naszego punktu przychodzi komendantka Wanda Niska, która mówi, że potrzebuje trzech sanitariuszek-ochotniczek do pracy w charakterze łączniczek. Sanitariuszki poruszyły się. Ja podchodzę do okna i mówię „Pani Komendantko, ja pójdę na ochotniczkę”. Komendantka uśmiecha się. Podchodzę do Baśki Perchlak, jednej z koleżanek, i mówię: „Afrodyta – chodź, pójdziemy, Baśka, zależy Ci, chodź!” I zamiast trzech, poszłyśmy tylko we dwie.

Nikogo na ulicy nie ma, choć zwykle o tej porze ktoś jeszcze się szwenda.  Jest tuż przed 9. wieczorem. Komendantka „Nina” idzie z jedną łączniczką, a my dwie za nimi. Tak dotarłyśmy spokojnie do Ośrodka Zdrowia na ulicę Mickiewicza. Cisza wszędzie. Spokój jest nieoceniony. Przed Ośrodkiem Zdrowia „Nina” mówi hasło i odzew. W Ośrodku Zdrowia mały ruch. Przyciszona rozmowa, ostrożne kroki. Komendantka „Nina” przekazała nas doktorowi, dowódcy sanitarnemu AK Aleksandrowi Stefanowi  Śnigurowiczowi do dyspozycji. Dr „Marcin” Śnigurowicz był w Ośrodku Zdrowia wraz z dużą grupą lekarzy, pielęgniarek i innych osób z Armii Krajowej – w oczekiwaniu na mające nastąpić Powstanie we Włochach. W tym dniu 1 sierpnia 1944 była pierwsza noc mobilizacji Służby Zdrowia AK we Włochach i wyczekiwanie na rozkazy o przystąpieniu do akcji pomocy sanitarnej w momencie wybuchu Powstania we Włochach wspierającego Powstanie Warszawskie. Oczywiście obowiązywała pełna konspiracja, choć od kilku godzin trwało już Powstanie w Warszawie.

1 sierpnia 1944 roku, godzina 17

We Włochach były patrole niemieckie, wszystkie budynki zajmowane przez Niemców były dodatkowo wzmocnione i w ostrym stanie ze względu na wybuch Powstania w Warszawie.

Wchodząc innym wejściem po ciemku nie wiedziałam zupełnie, gdzie jestem, w którym pokoju, gdy z odrętwienia „obudził” mnie głos doktora Śnigurowicza: „Kochani Państwo nas tu tyle być nie może. W razie rewizji może nas być tylko 4 do 5 osób, jako służba Ośrodka Zdrowia. Czy są sanitariuszki-łączniczki?” „Są” – odpowiadamy. A więc jednak po coś jesteśmy, nawet doktorowi Śnigurowiczowi zależy na tym, abyśmy były.  „Jedna pozostanie na dyżurze na dole, druga pójdzie na górę spać, aby potem poprzednią zmienić.” Pozostałam ja. Doktor Dąbrowska dała mi biały fartuch i czepek, co nadawało mi wiele powagi.

Od godziny 9 wieczorem do 12 wieczorem była pierwsza zmiana. Byli na niej dr Śnigurowicz, dr Kołakowski, dr Ornoch, siostra Grabowska, ogólnie przezwana „Ciocią” i ja. Przez 3 godziny można było trochę rozmawiać, lecz nikt prawie nic nie mówił. O godzinie 9. z minutami wieczorem ma się rozpocząć. Każda minuta zdaje się, że to wiek, co najmniej. Kiedyż nareszcie odezwą się strzały?  Kiedyż nareszcie choć jeden strzał będzie oddany z polskiej broni? Boże dopomóż tym, którzy strzelać będą. Niechaj kul po próżności nie wysyłają. Mijają minuty za minutami, a we Włochach cisza. Słychać tylko dalekie strzały z Warszawy.  Powstanie rozpoczęło się dziś we wtorek o godzinie 5. po południu.  Tam już trwa walka. Tam ludzie padają od kul. Słychać jęki rannych, naszych polskich żołnierzy, ale również niemieckich.  Boże! Czy ta chwila oczekiwania nigdy się nie skończy? Już godzina 10 wieczorem i nic, dlaczego taka cisza? Dlaczego nasi nie występują? Czy wszystkich zaskoczyli, czy czekali na łatwiejszą sytuację. Czemu nie występują? Strzały coraz rzadsze. Kiedyż nareszcie wpadnie łącznik i powie: walka się rozpoczęła. Niechaj będą w pogotowiu lekarze i sanitariuszki. Cisza. Cisza taka, jak grom! Taka przerażająca cisza. Godzina 11, 11:30 – bez zmiany. Czy w ogóle nic nie będzie? Gdzie są nasi? Co oni teraz robią? Godzina 12. Północ. Ma być zmiana.  Godzina 12:30 w nocy wychodzimy z gabinetu lekarskiego. Idziemy na górę. W salonie  dużym widać tylko cienie mebli. Światła palić nie wolno. W parku – dalej – jeden żołdak niemiecki tłucze się koło pałacyku Koelichenów. Zagląda do okien gabinetowych i świeci latarką. Po co on się tu kręci?  Lekarze ułożyli się na kanapce. Siostra Grabowska poszła gdzieś położyć się na tapczanie. Ja zostałam na dużym fotelu. Dr Kołakowski dał mi dużą poduszkę. Ułożyłam ją wygodnie, okryłam się kurtką i drzemałam. Lekarze też chyba usnęli. Nagle czyjeś walenie w drzwi wejściowe. Co znowu? Usnęliśmy. Była godzina 1:45 w nocy. Znowu walenie. I cisza. Wszyscy na równe nogi i na dół, potem znów na górę… „Kto to?” – pyta doktor Śnigurowicz. „Swoi” – odpowiadają. „Hasło” – zapytuje pan Cześnik. „Granat” – odzew „Grodzisk”. Drzwi się otwierają. Wchodzi dwóch mężczyzn. Chcą rozmawiać tylko z dr. „Marcinem”. My na górze czekamy. Ja znowu zdrzemnęłam się. Nagle ktoś mnie trzęsie za ramię. Budzę się. „Pani „Emilio”, pójdzie Pani na Sieradzką ulicę.” Zupełnie nic nie rozumiem – „Gdzie? Na Sieradzka ulicę, teraz po ciemnej nocy? Po co?” – Pytania jedne za drugimi. „Pani „Emilio”, czy pójdzie Pani sama? Niech się Pani pośpieszy.” Szybko przecieram oczy. Nakładam kurtkę. „Pani Komendantko, melduję posłusznie, że sanitariuszka „Emilia” jest już gotowa do drogi. Czy mogłabym pójść z „Afrodytą” (Baśka Perchlak)”? – cicho wysuwam pytanie. „Jeżeli Pani chce – proszę”. Idziemy budzić „Afrodytę”. Baśka nieprzytomnie rozespana szybko zbiera myśli i mówi: „Jeżeli z „Emilią” – idę”. Schodzimy na dół. Tam czeka na nas dr Śnigurowicz. Tłumaczy, gdzie iść, jak i po co. Potem powtarza „Idźcie ostrożnie i pamiętajcie hasło”. „Rozkaz panie doktorze!” Otrzymałam rozkaz spotkania się z łącznikami i, po powiedzeniu hasła i odzewu, odebrania od nich meldunków. Przed wyjściem z Ośrodka Zdrowia otrzymałam od dr. „Marcina” Śnigurowicza hasło i odzew na dzień 1 i 2 sierpnia 1944 roku.

Gdy drzwi się za nami zamknęły, owiał nas chłód nocy. Zawahałyśmy się: iść – nie iść!? Przecież rozkaz! Idziemy. Wzięłyśmy się pod ręce, silnie się do siebie przytuliłyśmy i już po wyjściu z Pałacyku Koelichenów jesteśmy na ulicy Mickiewicza (obecnie ks. Chrościckiego), zwanej Mikową. Ciemno. Cisza. Zimno. Wiatr z deszczem zacina. Nic nie widać. Pod nogami kałuże wody. Najniebezpieczniejsze było przejście koło dworca pociągów elektrycznych. Na Sieradzką nie jest tak daleko, ale w nocy bez dowodów osobistych… bo nasze zostały… Idziemy tuż po parkanie, żeby nas nikt nie zauważył, gdyby ktoś przechodził. Bo i cóż by było…  Kurtka moja, choć z koca, jest prawie mokra, tak wielki jest deszcz. Buty moje ciężkie walą po chodniku, jak buty sołdackie.

Im bliżej jesteśmy ulicy Sieradzkiej, tym większy nas lęk ogarnia. Jak będzie w chwili kiedy spotkamy mały polski oddział lub kilka osób , jaka będzie nasza radość, kiedy się do nas – po wypowiedzeniu hasła i odzewu – odezwą. Tak długo oczekiwana chwila miała nas spotkać. Powtarzamy sobie : „Granat – Grodzisk”. Pamiętamy hasło i odzew. Już Sieradzka, już jesteśmy pod 9-tką, pod 11-tką i jeszcze dalej pod 13-tką i tak iść dalej nie możemy, bo z drugiej strony ulicy stoi budynek szkolny duży, a w nim wojsko niemieckie.  Podejść blisko nie możemy, bo możemy wpaść na jakąś grupę niemieckich żołnierzy. Stoimy jeszcze chwilę przyciśnięte do parkanu. Potem przykucnęłyśmy i czatujemy. Gdzież jest ten nasz oddział? Żal mnie jakiś ogarnął. Więc nie spotkamy naszych chłopców. Miałyśmy dostarczyć od nich meldunki, aby natychmiast dostarczyć raport do sztabu dr. Śnigurowiczowi. Prawdopodobnie mieli to być chłopcy od strony Woli. Tak siedziałyśmy na piętach co najmniej pół godziny. Deszcz ani na chwilę nie ustawał. Kurtka moja zupełnie przemokła. Cała sukienka też była mokra. Baśka była jeszcze bardziej przemoczona i lżej ubrana. Kałuże wody były tak duże, że do moich butów wlewała się woda. Nie chciałyśmy wracać z niczym. Czekałyśmy.

Nikt nie przyszedł. Tymczasem od strony Warszawy, słychać było strzały. Warszawa tak blisko. Od czasu do czasu ukazywała się „świeca” nad miastem. Widno było wtedy bardzo. Schylałyśmy się w tym momencie bardziej, gdyż z daleka byłyśmy widoczne. Echo nocy niosło huki strzałów. Boże, czy tylko Warszawa będzie walczyć. Jest godzina na pewno 2:30, a we Włochach spokój. Kochana Warszawo! Nie jesteś jak zwykle uśpiona. Zamiast snu kołyszą się kule w błogim uśpieniu. Warszawo, stolico Polski, ileż Ty wycierpisz?!

Trzeba już wracać na placówkę do Pałacu Koelichenów. Wstajemy z półprzysiadu zmarznięte, zmoczone i ruszamy w drogę powrotną. Deszcz ani na chwilę nie przestaje padać. Smutne wracamy do Ośrodka Zdrowia. Co powie lekarz Śnigurowicz? Może nie będzie wierzył, że byłyśmy tam, gdzie nas posłał? Był to bardzo niebezpieczny powrót. Byłyśmy długo, tak długo, jakby nas Niemcy złapali – wtedy nie myślałyśmy o tym!

Wchodząc do Ośrodka Zdrowia zobaczyłyśmy „czarne” otwarte okienko i nagle, podaj „hasło” – po pewnym krótkim czasie odpowiedź „Granat” i odzew „Grodzisk”. Drzwi się otwierają i wchodzimy do środka. Tam czekają na nas dr Śnigurowicz, komendantka „Nina” i siostra Grabowska. Padają pytania „Czemu tak długo? Spotkaliście się? Jak bardzo się martwiliśmy.” My odpowiadamy „Nikogo nie spotkałyśmy, a tak długo – bo czekałyśmy.” Basia Perchlak zostaje, idzie na górę odpocząć. Ja z komendantką Wandą Niską, po krótkim pobycie w Ośrodku Zdrowia (obecnie biblioteka) – dostajemy nowy rozkaz od dr. „Marcina” Śnigurowicza udania się z komendantką do Sztabu Włochowskiego Armii Krajowej na ulicę Moniuszki w celu otrzymania dalszych wytycznych. Mamy iść dalej – do sztabu.

Z komendantką „Niną” do sztabu idzie się inaczej. Ostrym krokiem maszerujemy po ulicy Moniuszki. Była ciemna noc i padał ciągle duży deszcz. W sztabie byłyśmy około 3:30- 4.00 nad ranem. Po długiej chwili jesteśmy pod domem, pchamy furtkę, gdy wtem ukazuje się nad furtką rewolwer i pytanie: „Kto idzie?” – „Swoi.”, hasło „Granat” odzew „Grodzisk” itd. Rewolwer opadł, człowiek powstał z nachylenia i otworzyła się furtka. Weszłyśmy, drzwi do mieszkania były otwarte, poszłyśmy dalej. Za chwilę znalazłyśmy się w dużym pokoju jasno oświetlonym. A okna były szczelnie zasłonięte, światło w pokoju jasne. W sztabie było kilku mężczyzn siedzących przy stole. Przychodzili nowi i okazywali w meldunkach ważne wiadomości. Nad tym właśnie stołem, nad mapami siedzieli panowie. Między innymi jeden starszy, tęgi pan. Marszczył brwi. Widać było, że myśli. Cóż on biedny wymyśli? Toczyła się dyskusja. Niewiadome było, co będzie z nami i z wyznaczonym Powstaniem. Rozmowy między panami były bardzo nerwowe. Czekałam z wielkim napięciem. To trwało długo, mnie się wydawało, że bardzo długo. W pewnym momencie starszy pan podniósł się. „No i co – pyta – są raporty?” „Nie ma, panie X” – odpowiada „Nina” –  Łączniczki nie spotkały się z łącznikami.” Uderzył lekko pięścią w stół. Zastanowił się. „Jak można powierzyć ludziom naszym zadanie? Nic nie spełniają.” Od godziny 9. wieczorem nie mam żadnego meldunku. Co mam wymyślić? Będziemy jeszcze czekać.” Godzina 2:30 w nocy, 3:00. Wszyscy czekamy. Chwile bardzo denerwujące. Co dalej będzie? Czy w ogóle u nas będzie jakieś Powstanie? Wszyscy siedzimy w ciszy. Nikt się nie odzywa. Pan X liczy siły, sprzęt, ludzi – myśli, radzi i czeka na raporty.

Za drzwiami słychać czyjś głos i wycieranie nóg. Do pokoju wchodzi młody człowiek. W obydwu rękach trzyma rewolwery. Kiedy zamknęły się drzwi włożył broń za pas i sprężyście stanął przed panem X. Stanął i czeka na pozwolenie mówienia. Kiedy pan X mówi „Proszę”, młody człowiek zdaje meldunek: „Panie X, melduję posłusznie o stanie mojego oddziału. Wszyscy się zgłosili. Nieliczni są tylko uzbrojeni. Bez broni nigdzie nie chcą iść. Nie słuchają wcale moich rozkazów. Co mam robić?” Staje znowu na baczność i czeka. Pan X myśli. Podparł głowę na rękach. Wreszcie mówi: „Nic teraz zrobić nie zdołamy. Wycofać się jeszcze nie możemy, dopóki ranek nas nie zaskoczy. Broni i ludzi jest mało na rozpoczęcie Powstania. Po rozmowie z innymi panami… Daję więc rozkaz, aby żadnych wypadów nie było. Wszyscy mają wycofać się do domów. Wracamy do konspiracji.” Zanim młody człowiek wyjdzie z tym rozkazem, ma tu jeszcze chwilę pozostać, może nadejdą inne meldunki. Młody człowiek, pełen energii, werwy, nadziei, że jego młode siły będą potrzebne – wszystko na nic. Pan X uśmiechnął się. Młody sekretarz pana X pisze rozkazy do powrotu do konspiracji.

W sztabie byłyśmy około 4.  godziny nad ranem. Następnie od komendantki „Niny” otrzymałam nakaz udania się do Ośrodka Zdrowia w pałacyku Koelichenów w celu przekazania rozkazu naszemu dowódcy sanitarnemu dr. „Marcinowi” o nieprzystąpieniu  do Powstania na terenie Włoch, rozejście się z punktów zbiorczych, przejście ponowne do konspiracji i czekanie na dalsze rozkazy.

Była ciemna noc i ciągle mocno padało. Jeszcze jest zupełnie ciemno. Po wyjściu ze sztabu włochowskiego tym razem byłam zupełnie sama. Ogarnęła mnie ciemność i chciało mi się bardzo płakać. Cel, z którym szłam był straszny. Odwołać wszystko – wszyscy mają iść do domów, to było straszne! Byłam samiutka na nocnej ulicy, daleko od Ośrodka Zdrowia, właściwie nie znałam Włoch. Mogłam przecież spotkać patrol niemiecki – a ja bez dowodu osobistego, bez kenkarty… Był to dla mnie dramatyczny rozkaz. Jak iść do dr. „Marcina” Śnigurowicza i powiedzieć mu o nim? Jak trafić do Ośrodka Zdrowia, jak trafić? Przecież na ulicach nie było świateł ze względu na ewentualne bombardowania. Wiedziałam, że pałacyk Koelichenów otoczony jest dość wysokim płotem, a wejście jest bez drzwi. Zaczęłam dotykać poszczególnych desek płotu i w końcu znalazłam „otwarte wejście”, bo furtki w tym płocie nie było. A ciemność i deszcz były wielkie, okna w Ośrodku Zdrowia były szczelnie zasłonięte. Jak powiedzieć dr. „Marcinowi” Śnigurowiczowi tę straszną wiadomość, jak przekazać ten rozkaz? W końcu dotarłam do dr. Śnigurowicza. Był w gabinecie dr Dąbrowskiej.  Zameldowałam: „Panie Dr., sanitariuszka „Emilia” melduje posłusznie, że powtórzy to, co dostała za rozkaz – wszyscy mają wycofać się do domów. Wracamy do konspiracji. Odwołujemy przystąpienie do Powstania Warszawskiego i czekamy na dalsze rozkazy.” Doktor „Marcin” przyjął ten rozkaz. Zamyślił się, wpadł w niemiłe przygnębienie. Potem zaprowadził mnie na I piętro willi Koelichenów.  Kiedy powiedziałam o rozkazie Baśce Perchlak – rozpłakała się. Dostałyśmy na śniadanie czarną kawę. Doczekałyśmy wczesnego rana, odkąd można było chodzić – poszłyśmy do punktu sanitariuszek na ul. Mickiewicza. Powiedziałyśmy im. Były zmartwione. Nikt ich do tej pory nie zawiadomił.

Wszystkie pozostałyśmy w konspiracji do dalszych rozkazów. Wzięłam z ukrycia dowód – kenkartę i szkolną legitymację. Przykleiłam potem do nich moje fotografie. Do swojego domu w Warszawie na Puławską 11 już wrócić nie mogłam, tam były walki. Niemcy robili co tylko chcieli z warszawiakami, nie wypuszczali swobodnie nikogo z Warszawy. Boże, co z moją Mamą, czy ona żyje, czy przeżyje, czy ją jeszcze zobaczę, co z moją siostrą, gdzie ona jest teraz, czy ją znajdę? W Warszawie Powstanie, a ja tu we Włochach, sama, bez domu. Marysia Bursiak też. Co z nami będzie? My, z kenkartami warszawskimi, bez dodatkowej odzieży, bez pieniędzy.

Tymczasem z Lucią Szydłowską poszłyśmy do Dzidki – Jerzego. U niej było dużo naszych chłopców między innymi narzeczony Luci, Wiesław Dębski i inni. Oni mają radiostację. Musiałyśmy zostać we Włochach u koleżanek włochowskich. Pamiętam, że Marysia Bursiak zamieszkała u Wandy Niskiej, a potem u Irki Kocównej.

W kilka dni po wybuchu Powstania Warszawskiego zostałam włączona do organizowania szpitalika wojennego. Codziennie wcześnie rano szłam na dyżur. Pewnego dnia bez śniadania wyszłam z mieszkania Teresy Wróblewskiej, z Sieradzkiej 9. Lekka bluzka z krótkim rękawem, spódnica, skarpetki i łyżwiarskie buty mojego kuzyna, wzięte na mające nastąpić wraz z Powstaniem Warszawskim Powstanie we Włochach – to było moje ubranie tego dnia. Miałam przy sobie jedynie torebkę, w której były moje skarby wyniesione z Warszawy (było ich mało) i dowód osobisty, tzw. kenkarta. Szłam ulicą Sieradzką, potem doszłam do torów pociągowych lecących z Warszawy w stronę Grodziska i dalej. Nie potrzebowałam przechodzić przez tory – szłam równo z nimi w stronę Mikowej, gdzie było wejście do Ośrodka Zdrowia. Potem skręcałam w prawo w stronę włochowskiego kościoła św. Teresy i szłam dalej, do szpitalika wojennego. Przed przejazdem przy torach widziałam, że się coś tam dzieje – łapanka, sprawdzanie dowodów osobistych… Właściwie podeszłam spokojnie do tego miejsca, które miałam minąć. Usłyszałam ostry głos Niemca: „Kenkartę!” Dałam mu kartę fikcyjną ze stemplem, że jestem sanitariuszką – stempel był z ptakiem niemieckim, nie wiem za jaką cenę zdobyto to zaświadczenie, ale wszystkie sanitariuszki Armii Krajowej miały takie zaświadczenie. Wydawało się, że to nas, zameldowanych w Warszawie, uchroni przed złapaniem i wywiezieniem do Pruszkowa. Na widok tego zaświadczenia Niemiec ryknął: „Kenkartę!”. Kiedy dałam mu  ją do ręki, znów okropniej jeszcze ryknął „Warschau Banditen, raus, Warschau Banditen, raus”. Nie było innego wyjścia. Musiałam przedostać się na peron pod eskortą Niemca. Przy peronie stał pociąg elektryczny wypełniony mężczyznami z Powstania Warszawskiego – nie było się tego trudno domyślić – stał na torze, gdzie przejeżdżały pociągi z Warszawy. Niemiec kazał mi wejść do wagonu, do ostatniego przedziału w ostatnim wagonie i usiąść na ławce. W tym ostatnim przedziale była grupa eskortujących Niemców z karabinami w rękach gotowymi do strzału.

Wielu Niemców i ja jedna siedząca na ławce. Do najwyższych granic tym zszokowana, że zamiast zjawić się w ciągu kilku minut od wyjścia od Teresy w szpitaliku, gdzie na mnie czekano, gdzie miałam po zjedzeniu  niezwykle skromnego rozpocząć śniadania rozpocząć mój codzienny dyżur przy chorych. Cała drżałam, było mi zimno – tak, miałam dreszcze ze strachu – że tak nędznie zakończę swój żywot, nikt się nie dowie, co się ze mną stało, kiedy i jak… Siedząc, patrzyłam przez okno pociągu – bo pociąg wkrótce z peronu włochowskiego odjechał. Na ul. Listopada wzdłuż torów zobaczyłam idącą, też pewnie do szpitala na dyżur Wilczyńską, chyba Halinę. Poderwałam się, chciałam pomachać ręką, żeby Jej dać znak, że mnie wywożą z Włoch złapaną  – ale zanim przeniosłam moją rękę przez otwarte okno – usłyszałam znów ryk Niemca „Sitzen!”. Pokazał mi pistolet i powiedział: „Kaput” Wszystko zrozumiałam w mig, jeszcze bardziej drżałam na całym ciele – już muszę być więźniem, który został złapany, zniewolony i nie należę już do siebie, lecz do tych, którzy wiozą mnie w nieznane. Okropnie to przeżyłam, uświadomiłam sobie moją bardzo ciężką sytuację. Ławka stała się dla mnie bardziej twarda, chęć wstania z niej jeszcze większa, zamiar przekazania mojego miejsca pobytu jeszcze silniejsza, a bezsilność wobec tych Niemców była przerażająca. Byłam zamyślona bardzo głęboko i nie tyle rozmyślałam nad sobą i tym, co się może za chwilę ze mną stać, ale nad tym, jak dać znać – jak przekazać wiadomość, że mnie wiozą przecież do obozu w Pruszkowie.  Tymczasem pociąg jechał, nie zatrzymywał się na stacjach przez które przejeżdżał – w końcu zatrzymał się przed jakimś murem, w którym z boku była brama, wejście na jakiś duży teren. Drzwi pociągu otworzyły się nie po stronie peronu, gdzie wygodnie można wyjść z wagonu, ale po stronie, gdzie zejście bez zeskoczenia na złamanie karku, nie było możliwe.

Niemiec kazał mi wyjść z przedziału, dojść do otwartych drzwi wagonu elektrycznego. Spojrzałam w dół. Daleko do ziemi – jak skoczyć? – zastanawiałam się. Wychyliłam się – pod innymi drzwiami były duże skrzynie i ludzie – mężczyźni – bo był to transport głównie mężczyzn – zeskakiwali z wagonu najpierw na skrzynie, potem na ziemię. Pod moimi drzwiami nie było takiej skrzyni. Podszedł do mnie stojący koło pociągu Niemiec w starszym wieku i uniósł rękę, aby mi pomóc zeskoczyć. Przerażenie moje było wielkie, zdenerwowanie aresztowaniem, niechęć do Niemców, a przede wszystkim zastraszenie, że przy jakimś niefortunnym ruchu Niemcy mogą mnie natychmiast zastrzelić, jak mi w wagonie zagrozili. Co zresztą robili – tak, strzelali! Mimo tego strachu podświadomie odrzuciłam ze wstrętem łapę Niemca, który podawał mi ją, abym cało przeszła przez bramę do obozu, jak się okazało – obozu przejściowego w Pruszkowie – i na łeb na szyję zeskoczyłam na ziemię i upadłam na kolana. Podniosłam się ciągle bardzo przerażona, zrezygnowana do najwyższych granic. Myśl, że nikt nie wie, gdzie jestem i nie przekaże tego mojej Mamie, była tak bolesna, że w środku, we mnie, wszystko bolało i wyło. Czułam okropną samotność na tym placyku pełnym mężczyzn, którzy w końcu wysiedli z wagonów i według wskazań Niemców ustawiali się wzdłuż muru, chyba 10-tkami. To była długa kolumna. Jakiś Niemiec pokazał mi wejście do obozu – bramę, żebym tam weszła! Przeszłam jednak tylko bliżej, zaczęłam centymetrowymi kroczkami przesuwać się między murem obozu, a kolumną mężczyzn. Rozglądałam się, jak wystraszone zwierzę, czy Niemiec nie widzi tych moich kroczków i nie strzeli mi w plecy. Mimo zdenerwowania, szukałam w kolumnie mężczyzn, twarzy z rodziny dalszej naszej, albo kogoś znajomego, czy sąsiadów. Przeszłam w ogromnym zdenerwowaniu i lęku aż do końca kolumny i wróciłam tą samą drogą, tymi samymi maleńkimi kroczkami w stronę bramy obozowej, gdy od strony przejazdu, który znajdował się mniej więcej na wprost bramy obozu, weszły chyba 3 osoby. Dwie miały kosze, jedna z nich miała kromki chleba, druga gruszki, trzecia osoba 2 wiadra z wodą i kilka kubków metalowych. To byli mieszkańcy Pruszkowa albo bliskich okolic, z kenkartami, które to poświadczały – już nie podejrzani bandyci z Warszawy. Przeszli przez przejazd. Ci ludzie nie musieli iść do obozu – mogli nam cokolwiek z jedzenia podać. Choć nie było powiedziane, że Niemiec nie zagarnie tych osób razem z transportem ludzi z Warszawy do obozu. Musieli być to odważni, patriotyczni ludzie, bo narażali swoje życie niosąc nam kromkę chleba, czy wodę. Podeszłam do tych osób, nogi moje sparaliżowane strachem ciągle stawiały małe kroczki. Szybsi byli mężczyźni, wzięli wszystkie kromki chleba, gruszki i szybko zanurzali kubki do wiadra z wodą i łapczywie pili, by dać kubek następnym, ale i woda do mnie nie doszła. Za to właścicielka tych wiader spojrzała na mnie jakoś dziwnie – czy to z żalu nade mną, że zaraz wejdę za bramę do obozu, a potem czekać mnie będzie wszystko to, co ten obóz mógł zgotować, czy z litości nad moim młodym wiekiem, czy nad tym, że byłam tak lekko ubrana i nie posiadałam przy sobie prawie żadnego bagażu, nawet chlebaka. Nie miałam jeszcze 17 lat i 170 cm wzrostu. Spojrzenia nasze spoiły się na chwilę bardzo mocno, co jakby zniewoliło mnie. Kobieta odwróciła się nagle, zostawiła mnie w tym miejscu, gdzie rozdawano wodę, a ja przez moment stałam znieruchomiała z wyciągniętą ręką, jakbym ciągle chciała wziąć kubek z wodą i podnieść do ust. I zupełnie nie wiem co się ze mną działo! Z tak wyciągniętą lekko prawą ręką, ze wzrokiem patrzącym przed siebie, szłam za tą kobietą – oddalałam się od bramy obozu, zbliżając się do przejazdu… Wszędzie było bardzo dużo Niemców – przecież to był bardzo duży transport mężczyzn z Warszawy, z Powstania. Przy przejeździe stali Niemcy – obstawione było wszystko wokoło, a ja krok za krokiem za tą kobietą szłam jak we śnie, bez świadomości absolutnej co robię, gdzie idę, co za chwilę może się ze mną stać.

Nie zdawałam sobie właściwie sprawy, że uciekam sprzed bramy obozu – tak autentycznie uciekam – tyle, że o tym nie wiedziałam świadomie, nie planowałam przecież ucieczki, nawet mi do głowy nie przyszło, że mogę próbować uciec.  I w owym niezwykłym półśnie doszłam do przejazdu mając o krok przed sobą tę kobietę, przeszłam przez przejazd ciągle nieświadoma ucieczki, ciągle z wyciągniętą prawą ręką. Podeszłam kilka kroków od przejazdu i nagle obudziłam się – wróciła świadomość i znów wrócił, po stokroć większy, strach. W ułamku sekundy zdałam sobie, już absolutnie, sprawę, że ja właściwie uciekłam. Zobaczyłam po drugiej stronie szosy biegnącej wzdłuż torów kolejowych jakieś domki – zaczęłam biec w tym kierunku, ale ktoś, jakiś męski głos krzyknął „Nie biegnij – będą strzelać”. Znów miałam kroki sparaliżowane, wydawało mi się, że już nigdy nie dojdę do tego domku – to było straszne… Tu wolność, a po drugiej stronie obóz przejściowy w Pruszkowie – obóz śmierci, albo przeżycia. Te dwa światy dosłownie dzieliło niewiele metrów. W końcu, tymi wolnymi krokami doszłam do furtki, pchnęłam ją, przeszłam parę kroków przez ogródek i przez niezamknięte na zamek drzwi – wpadłam do mieszkania. Zamknęłam natychmiast drzwi, przycisnęłam je całym ciałem i twarzą – jakbym była do nich przylepiona. Zaczęłam tłuc drzwi rękami z całej siły i krzyczeć, byłam w okropnym szoku. Jakiś mężczyzna siedzący za stołem, oderwał mnie z dużą siłą i wyprowadził półprzytomną z mieszkania do ogródka, mówiąc, że zaraz po każdym transporcie, obszukują wszystkie domki i szukają tych, co mogli zbiec. Zaprowadził mnie pod płot, kazał się położyć na ziemi, nogi mi zakrył jakimiś szmatami, a reszta ciała z głową znalazła się za opartymi o płot jakimiś drzwiami. Za tymi drzwiami było niewiele miejsca, ledwo się tam wsunęłam. Byłam ciągle w okropnym szoku, ale już nie krzyczałam – byłam posłuszna. Nim oddalił się ode mnie, usłyszałam przy furtce buty Niemców i krzyki, otwieranie drzwi do domku i znów rozmowy i krzyki Niemców. Byłam tylko kilkanaście metrów od nich, tak niepozornie ukryta. Nawet nie drgnęły mi nogi pod tymi szpatami, zamarłam całkowicie. Niemcy nie mieli ze sobą psów, nie zauważyli nic niewłaściwego i wyszli. Ja ciągle leżałam w bezruchu, bez czucia. Ledwie wyszli, po chwili ciszy wpadła druga ekipa Niemców, również słychać było ich podkute buty i krzyki. Znów taki wielki strach, żeby nie odkryli mnie, tak słabo, a jednocześnie tak mądrze ukrytej. Gdy się wszystko uspokoiło ten pan kazał mi natychmiast przyjść pod płotem do sąsiadów i jak najszybciej oddalić się od obozu.

W którymś ogródku spotkałam panią, która też chyba uciekła, albo inną drogą tam w Pruszkowie się znalazła i chciała, tak jak ja, iść do Włoch. Szłyśmy razem. Nie pytałam o nic – ciągle pełna zdenerwowania i zupełnie nie myśląca, zupełnie trzęsąca się, z dreszczami, z przeżyć i głodna – bo nie jadłam przecież ciągle nic od wczoraj. Szłyśmy okrężnymi jakimiś drogami w stronę Reguł – miałam tam kuzynów – jednak przecież drogi nie znałyśmy, przynajmniej ja.  Wszystko to długo trwało – w końcu domyśliłyśmy się, że trzeba gdzieś przetrwać przez noc, bo zbliżała się godzina policyjna. Akurat niedaleko od domków, czy willi zobaczyłyśmy małe pole z zebranymi w stogi zbożem. Postanowiłyśmy kręcić się wokoło tych stogów zboża i tu przespać się i rano iść dalej do tych Reguł, a potem dalej do Włoch. Bo tam był mój dom – jedyne przetrwanie!

Stojące przy swoich domkach kobiety od razu poznały, że chcemy się tu na polu przespać – jedna podeszła do nas i zapytała, czy nie może nam w czymś pomóc, a gdy ze strachu milczałyśmy zapewniała, żebyśmy się nie bały i jeżeli nie mamy gdzie spać, to one nas zabiorą do siebie na noc i nakarmią, żebyśmy tylko miały do nich zaufanie.  Trudno nam było odezwać się, to było wielkie ryzyko – wszędzie byli ofiarni ludzie, ale od czasu do czasu byli też ci współpracujący z Niemcami. Naprawdę z wielkimi oporami poszłyśmy do jakiegoś domku i zostałyśmy nakarmione, potem jedna z nas była poproszona na I piętro, a druga do drugiej lokatorki na parter. Leżałyśmy bez snu do rana – ale leżałyśmy. Rano okazało się, że pani, z którą szłam też nie zasnęła. Jednak nie miałyśmy na 100% zaufania, czy nie sprowadzą nam Niemców, czy policji.

W drodze do tych Reguł kawałek naszej drogi prowadził przez szosę, przy której stał dalej jeden dom w ogrodzie. W tym czasie przejeżdżał niemiecki samochód, ja podbiegłam do płotu, który stał nad rowem i w niesamowitym szoku i strachu przycisnęłam się do tego płotu… Na szczęście byłam posłuszna i jakby na rozkaz tej pani usiadłam w rowie i gdy niemiecki samochód z żołnierzami przejeżdżał koło nas, niby to spokojnie rwałam, tak jak zresztą, tak jak tak pani, trawę. Niemcy na szczęście nie zainteresowali się nami i samochód ich oddalił się, a my znów kontynuowaliśmy nasz marsz do Włoch.

Wstąpiliśmy do mojej rodziny do Reguł, tam dali nam jeść – chwilę odpoczęłyśmy i znów dalej w drogę, bocznymi ścieżkami do Włoch. Myślę, że ta pani mogła znać nieco drogę, albo choćby kierunek, na pewno była przytomniejsza niż ja. Dużo wysiłku i nerwów kosztowało nas przejście między Ursusem i Włochami pod torami pociągów – chciałyśmy się bowiem dostać na drugą stronę Włoch. Do dziś nie wiem, czy się z tą panią pożegnałam, co mówiłam, jak ona wyglądała – ona tylko ze mną była – to tylko zapamiętałam…

Udało mi się dojść do domu Irki Kowalskiej przy ul. Prusa – ledwie weszłam do domu Jej rodziców – ktoś wbiegł do domu i zawiadomił, że kaumucy zbliżają się i znów przez płoty i ogródki dostałam się dalej, na inne ulice Włoch, jak najdalej od kaumuków. Nie znałam tych ulic, przez które biegłam. Biegłam bardzo zszokowana. I nie pamiętam, chyba poszłam do Teresy, albo od razu do szpitalika, albo jeszcze do kogoś. Po dwóch dniach marszu bocznymi drogami sprzed bramy obozu w Pruszkowie wróciłam, by dalej pracować w tym szpitaliku jako sanitariuszka AK dla rannych i chorych mieszkańców Warszawy. Tę ucieczkę uważam za cud. Może pomógł mi mój Tata, rozstrzelany w Magdalence.

Rękopis wspomnień Pani Janiny Wiśniewskiej. Fot. arch. Muzeum Dulag 121
Strony swoich wspomnień Pani Janina Wiśniewska przewiązała ręcznie różową nitką. Fot. arch. Muzeum Dulag 121

 

 

Powiązane hasła

”None