menu

Dzikowski – „Szkice z domu obłąkanych” („Tygodnik Ilustrowany” 1911)

Dzikowski – „Szkice z domu obłąkanych” („Tygodnik Ilustrowany” 1911)

W 1911 roku w „Tygodniku Ilustrowanym” (nr 47 i 49) ukazał się poruszający reportaż dziennikarza i powieściopisarza Stanisława Dzikowskiego „Szkice z domu obłąkanych” poświęcony pacjentom szpitala dla nerwowo chorych w Tworkach. Nie było to jednak zwykłe sprawozdanie z odwiedzin w jednym z największych szpitali kraju Przywiślańskiego. Dzikowski odwiedzał placówki psychiatryczne w szczególnym momencie – niedługo po zakończeniu wydarzeń Rewolucji 1905 roku, kiedy przez zabór rosyjski przetoczyła się fala strajków brutalnie spacyfikowana przez władze carskie. Zdaniem autora „Szkiców” dla wielu jej uczestników rewolucja była doświadczeniem traumatycznym, które na wielu z nich sprowadziło obłęd. Dzikowski odwiedza tworkowski szpital, rozmawia z lekarzami i bacznie przygląda się napotkanym pacjentom, szukając potwierdzenia dla swojej tezy.

Stanisław Dzikowski
Szkice z domu obłąkanych

I.
Fala rewolucyjna

Wśród walki o lepsze jutro, wśród zmagań się o nową treść życia, wciąż jeszcze, jako złowrogi odblask przeszłości, widnieje krwawa łuna pożogi rewolucyjnej. Jeden niepozorny odruch myśli, jedno na wpół świadome skojarzenie wystarcza, aby powołać do życia długi łańcuch wspomnień straszliwych.

I oto stajemy znowu oko w oko z zagadnieniami uporczywemi, które na próżno usiłujemy rozwiązać. Rzeczywistość przerasta siły naszego pojmowania, niemal w oczach naszych przyobleka zasłonę tajemniczą, której zerwać nie zdoła najśmielsza nawet wyobraźnia. Zasypani tysiącem doświadczeń przerażających, nieprzewidzianych i nieprzeniknionych, tracimy niemal zupełnie zdolność wszelakiej syntezy, przygnieceni nadmierną różnorodnością materyału, na próżno usiłujemy stworzyć formę, która objęłaby wszystkie sprzeczności i zawikłania.

Zjawisko to, spotykane w historii, zwłaszcza na tle wstrząśnień gwałtownych, prowadzi do zasady ogólnie uznanej, że istotne zrozumienie danej epoki w jej przyczynach i skutkach należeć będzie zawsze do epoki następnej, która z perspektywy oddalenia potrafi sformułować wyrok sprawiedliwy.

„Tygodnik Ilustrowany” 1911, nr 47

Niemniej jednak gromadzenia dokumentów współczesnych, chociażby sobie przeciwnych, jest nie tylko zadaniem prawdziwie pięknem, ale i obowiązkiem, którego wypełnienie rozstrzyga o rozwoju naszego poznania. Tragiczne wspomnienia epoki minionej domagają się analizy spokojnej, wytrwałej i bezlitosnej, jak skalpel badacza – domagają się oświetlenia każdego najdrobniejszego nawet przejawu, choćby należał on pozornie do jak najodleglejszej dziedziny. Okres „rewolucyjny” jest wciąż jeszcze niezasklepioną raną naszego społeczeństwa, niemal na każdym kroku odkrywamy jego przerażające ślady.

Kiedy w roku tym zwiedzałem nasze zakłady dla umysłowo chorych, znalazłem tam nie tylko wielu obłąkanych, których przyniosła tutaj fala rewolucyjna, ale przekonałem się nawet, że w tych murach ponurych widmo lat ostatnich żyje wciąż jeszcze jako niesłabnący objaw silnego wstrząśnienia psychicznego. To odkrycie właśnie jest powodem skreślenia niektórych moich spostrzeżeń w formie szkiców niniejszych.

Aby jednak z góry uniknąć możliwych nieporozumień, pragnę ustalić przede wszystkiem, że obrazy tutaj rzucone nie mogą mieć nic wspólnego z tak zwaną „tendencyą publicystyczną”, będą zaś tylko mniej czy więcej udatnem odtworzeniem tego, co istnieje w rzeczywistości. Psychiatra francuski, dr Jacques Rubinovitch, w książce swojej: „Aliénés et anormaux”, przyrównywa obłęd do „cyklonu”, który, przechodząc z jednego brzegu mózgu na drugi, druzgocze neurony i wywołuje ciężkie obrażenia na korze mózgowej. Rewolucya była także cyklonem, który niejednokrotnie uderzał o mózgi całego społeczeństwa. Cóż więc dziwnego, że tam, gdzie znalazła słabszą odporność, poczyniła spustoszenia straszliwe.

***

Kiedy po raz pierwszy przybyłem do Tworek, aby zwiedzić to dziwaczne społeczeństwo obłąkanych, zaprowadzono mnie od razu na tak zwany „oddział gwałtowny”. Otworzyły się drzwi i po chwili, otoczeni dozorcami, znajdujemy się na Sali olbrzymiej pomiędzy kilkudziesięcioma obłąkanymi, których podniecenie wzrasta, szczególnie na widok mojej postaci. Co chwila dozorcy odsuwają łagodnie, ale stanowczo jednego z chorych, który pragnie zawrzeć ze mną bliższą znajomość. Ich twarze przerażające objawiają ciekawość i zainteresowanie, połączone tak często z uśmiechem lekceważącym, pełnym nieukrywanej wyższości. Obłąkani odnoszą się niejednokrotnie z prawdziwą pogardą do ludzi zdrowych – i nie dzieje się to bynajmniej na tle jakiejś manii wielkości, wypływa raczej z odrębnej ich psychiki, ba!, nawet z przejawów jakiegoś zastanawiającego zmysłu solidarności wydziedziczonych, który wyrażał się najlepiej najlepiej w ironicznym wykrzykniku jednego z obłąkanych:
– Dziwna to rzecz, że zdrowych ludzi zamykają, a waryaci udają doktorów!

„Tygodnik Ilustrowany” 1911, nr 47

Są jednak i tacy, którzy z uśmiechem uniżonym łaszą się koło nas, jak dzikie, poskromione zwierzęta. Jeszcze inni zachowują otępiałość zupełną lub, pogrążeni w rozmyślaniach, wytężających całą ich chorą świadomość, rzucają tylko kiedy niekiedy w kierunku naszym spojrzenia nieprzytomne. Czasami ktoś wpada w podniecenie gwałtowne i wyrzuca z siebie szybko najordynarniejsze przekleństwa. Ale na to nikt tutaj uwagi nie zwraca.

W tem pierwszem przelotnem spojrzeniu trudno jest z początku wyodrębnić typ jakikolwiek. Te postacie przesuwają się, jakby w kalejdoskopie migotliwym, niebawem zacierają się ich rysy szczególne, ich odrębności, pozostaje tylko niespokojne wrażenie oszołomienia, zmęczenie po widziadłach straszliwych.

Tylko jedna twarz utkwiła mi wtedy w pamięci na zawsze. Po raz pierwszy bowiem zobaczyłem i usłyszałem człowieka, którego wyrzuciła tutaj fala rewolucyjna. W małym pokoiku, jak zwierz rozjuszony, miota się krępy, przysadzisty mężczyzna.
– Jest dzisiaj niespokojny – objaśnia mnie dozorca – trzeba go było zostawić w celi.
Przez otwór w drzwiach można go obserwować dokładnie. Dla niewprawnego dyletanta twarz jego nie zawiera najmniejszych nawet znamion obłędu. Jest to twarz normalna, przeciętna, pospolita, jaką zwykliśmy spotykać zwłaszcza wśród zamożniejszych robotników i rzemieślników. Małe wąsiki, wykręcone kokieteryjnie w cienkie szydełka, przedział we włosach i cała postać barczysta nadają mu raczej pozór dzielnego zucha, który zwykł był przywodzić swoim towarzyszom zarówno w robocie, jak i na hulankach niedzielnych. Cały jego obłęd tkwi w oczach, w tych maleńkich rysich oczkach, których spojrzenia z zadziwiającą szybkością padają na wszystkie strony. Zdają się one szukać czegoś uporczywie i niestrudzenie – czasami zatrzymują się w jednym punkcie, jak gdyby nareszcie coś odkryły, i wtedy pod wąsikami przewija się uśmiech szaleńca, uśmiech przewrotny człowieka, który w swem zatraceniu znajduje źródło maniackiej rozkoszy.
Wtem zoczył nas i jednym szybkim ruchem skoczył do drzwi. Przez mgnienie oka przypatruje mi się badawczo, a potem woła z szyderstwem:
– Co to? Przyprowadziliście nowego szpicla? Ty socyal-demokrata jesteś, a ze szpiclami chodzisz. Zabić mnie chcesz za to, że do waszej partii należeć nie chcę. Szpicli na mnie sprowadzasz, wziąć mnie chcecie, ale poczekaj, psiakrew, spotkamy się jeszcze… tylko was teraz tutaj za dużo.

Historya tego człowieka to jeden z najbardziej charakterystycznych przykładów, jakie przytoczyć można. Obłąkany maniak był niegdyś murarzem i mieszkał na Woli, to jest w samym ośrodku fermentu rewolucyjnego. Wypadki, następujące błyskawicznie po sobie, rozwijają w nim w wysokim stopniu skłonności do manii prześladowczej. Z początku należy do partyi rewolucyjnej, niebawem jednak w jego umyśle rodzi się niepokój i przerażenie. Ustawiczne emocye, przeżycia niemal dnia każdego, strzelanina, strajki, aresztowania i demonstracye – to wszystko wyprowadza go z równowagi i tworzy grunt coraz to podatniejszy dla postępów obłędu, zwłaszcza, że obawy jego posiadają przecież wszelkie cechy prawdopodobieństwa. W tym stanie okropnym przeżywa chwilę udręczeń przerażających, niepokoi go każdy szelest, każdy szmer doprowadza do szaleńczego przestrachu, każdej chwili oczekuje aresztowania i rewizyi. W końcu, nieszczęsnym obłędem wiedziony, wpada na pomysł, który ma się stać jego zgubą ostateczną, zatraceniem bez wyjścia. Oto, aby ujść przed prześladowcami, których już widzi na swoim tropie, zjawia się w policyi i zaczyna „sypać”, jak się to mówi w technicznym języku. Wydział „ochrany” przyjmuje jego zeznania i robi z nich użytek, zwłaszcza, że niezupełnie przyćmiony umysł jego umie opowiadaniom tym nadać wszelkie cechy prawdopodobieństwa. Następują aresztowania osób wskazanych, a chorobliwy maniak zostaje prowokatorem i „sypie” w dalszym ciągu, prawdopodobnie winnych, jak i niewinnych. Sytuacya jednak nie poprawia się ani na chwilę. Chorobliwy prowokator oczekuje teraz wyroku śmierci od towarzyszów, których zdradził niedawno. Rozpaczliwa niepewność rozwija w nim manię prześladowczą do najwyższych granic i coraz to bardziej mąci wszystkie władze umysłowe. W tem położeniu beznadziejnem zdobywa się jeszcze raz na krok stanowczy i, jakby ostatnim błyskiem świadomości wiedziony, ucieka za granicę. Ale i tam szuka na próżno punktu oparcia. Gasnąca świadomość nie może już stawić czoła nieszczęsnemu szaleństwu, które zdobywa ostatnie komórki mózgowe. Chorobliwa fantazya zaludnia znowu świat cały prześladowcami. Następuje odwrót, ucieczka do kraju. Maniak oddaje się znowu w ręce „ochrany” i zaczyna denuncyować. Ale obłęd zbyt wielkie uczynił już postępy, jego rewelacye wydają się podajrzenemi – policya postanawia go aresztować. I kiedy przychodzą po niego strażnicy, szaleństwo wznosi się o jeden stopień wyżej: z prześladowanego maniaka staje się prześladowcą prześladowców (les persécutes persécuteurs). Wyrwawszy szablę jednemu z żołnierzy, broni się rozpaczliwie i z trudem ulega. Oddany psychiatrom w Tworkach na ekspertyzę, zostaje uznany za maniaka, którego obłęd rozwinął się w tak wysokim stopniu wskutek pobudek zewnętrznych.

Inny znowu obłąkany stanowi w kategorii powyższej typ niezmiernie interesujący ze względu na swe dziwaczne upodobania. Oto człowiek, pochodzący z ludu, pod wpływem czasów rewolucyjnych przeobraża się w natchnionego obrońcę uciśnionych i apostoła maluczkich. Przy lada sposobności wygłasza mowy natchnione, w których zajmuje przeważnie stanowisko krańcowo socyalistyczne i bezwyznaniowe. Zarazem uważa się jakby za wielkiego inkwizytora, którego powołaniem jest śledzić wszelkie nadużycia, krzywdy i niesprawiedliwości. Bardzo też często w sposób zupełnie niedwuznaczny zwraca się do osób wysoko postawionych z odpowiedniem upomnieniem, starając się skierować je na drogę poprawy i pokuty. W końcu jego obłędna idea domaga się od niego czynu, który też spełnia, rzucając się z nożem w ręku na biskupa Jaczewskiego w Lublinie.

W zakładzie dla obłąkanych jego wzorowe zachowanie się, pracowitość i sumienność wysoka zjednały mu dobrą opinię, a nawet i wolność, z której umie korzystać w sposób rozumny i taktowny.
W zapatrywaniach jego zaszły powoli zmiany zasadnicze.
Podczas swoich przemówień, które wygłasza tak często, zaznaczył już niejednokrotnie, że nastała doba pracy ewolucyjnej, która musi zastąpić dawny program rewolucyjny. Mimo to jednak posłannictwa swego nie porzucił, śledzi nadużycia i żąda ich ukarania.
– W tym kierunku nawet – opowiadał mi jeden z doktorów – wyrobił już sobie zmysł znakomity. Nieraz, wychodząc z mieszkania, spotykam go na schodach. Po twarzy wybladłej, na której uwidocznia się silne wzruszenie, poznaję natychmiast, że odkrył coś nowego. I rzeczywiście nie mylę się nigdy: jesteśmy na tropie jakiegoś nadużycia, którego sprawców demaskuje z zadziwiającą łatwością.

Jako zdecydowany radykał i ateista, stara się zawsze nawiązać stosunki z pokrewnymi mu duchem działaczami. Jego mała biblioteczka, składająca się głównie z dzieł treści społecznej, świadczy dobrze o jego smaku i zamiłowaniach kolekcyonera. Braki jego umysłu spostrzec można z trudnością i to w dłuższej rozmowie. Jego argumentacyi, stawianiu wniosków i łączeniu myśli niewiele można zarzucić. Nawet w swych małych zboczeniach i anormalnościach zachowuje logikę, której trudno odmówić nieraz słusznych podstaw. Z biegiem lat umysł jego uspokaja się coraz bardziej i powraca do równowagi. Wspomnienie przeszłości niedalekiej jest tylko narkotycznym trunkiem, którym upaja się z lubością jego nieszkodliwa megalomania. Pogrążony w swoich rozmyślaniach i planach daleko idących, ten malarz pokojowy należy do tego rodzaju obłąkanych, których psychopatyczny egoizm stanowi tarczę ochronną przeciwko cierpieniom wszelakim. Zadowolony z siebie i ze swoich czynów, zdaje się kroczyć przez życie z głową dumnie wzniesioną. Zamiłowania inkwizytorskie są dla niego źródłem przyjemności i potwierdzają tylko, jak ważną rolę spełnia w świecie. Kiedy w dniu pierwszego maja wywiesił czerwoną chorągiew, miało to znaczyć przede wszystkiem:
– Patrzcie, jakiego wielkiego dzieła dokonałem!

Są jednak i mniej szczęśliwi od niego, dla których ta draperya rewolucyjna to widmo przeklęte, które, budząc ostatnią iskierkę przygasłej świadomości, rozpala straszliwy obłęd ze zdwojoną siłą.

„Tygodnik Ilustrowany” 1911, nr 47

 

II.

W lasku sosnowym, który przytyka z jednej strony do pawilonów szpitalnych, z drugiej zaś strony łączy się z tak zwaną „fermą”, można w dni pogodne, zwłaszcza w niedzielę spotkać niektórych pensyonarzy spokojnego oddziału, którzy używają tutaj swobody i czystego, zdrowego powietrza. Pozostawieni samym sobie, zachowują się tak różnie, jak różnym jest ich obłęd. Jedni wiodą rozmowy i dysputy ożywione, drudzy, podobni do dzieci spacerem uszczęśliwionych, zdają się pragnąć przede wszystkiem ruchu fizycznego. Oto chodzą szybko, czasami nawet biegają, śmiejąc się wesoło; tylko melancholicy, ci najnieszczęśliwsi może ze wszystkich, zatopieni w rozmyślaniach ponurych, siedzą bez ruchu i nie zwracają najmniejszej uwagi na to, co się dzieje wokoło nich.

Przechodząc tamtędy, spotykałem nieraz chorego, który zwrócił moją uwagę już wtedy, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy w sali szpitalnej. W tej bowiem właśnie chwili – po mozaice twarzy obłędem wykrzywionych, po gestach szaleńczych i dziwacznych – oblicze tego człowieka uderzyło mnie czemś szczególnem, nieprzewidzianem. Była to bowiem znowu twarz zwykła, normalna. Zdarzają się bowiem i takie. Znużona wrażliwość wita je z dziwną radością, jako miejsce wytchnienia i odpoczynku na oceanie obłędu. Niebawem jednak świadomość nasza odzyskuje z powrotem swoje zdolności inkwizytorskie i zaczynamy badać tę twarz szczególną, pytając mimo woli:
– Czy naprawdę jest normalna?

I oto spostrzegamy szczegół pozornie drobny, który jednak niebawem urasta do rozmiarów olbrzymich. Ten człowiek przysłonił swe oczy czarnymi okularami. Na pozór nadaje mu to wygląd jakiegoś nauczyciela wiejskiego, albo może człowieka, który popsuł sobie wzrok, ślęcząc wieczorami nad przepisywaniem aktów olbrzymich. Ciekawość moja była tak silna, że zapytałem dozorcę:
– Czy ten pan ma chore oczy?
– Nie, tylko tak sobie nosi okulary.
I kiedy nie spuszczam z niego wzroku, w tej samej chwili odwraca głowę, a z czarnych okularów pada błysk jakiś niespodziewany, który z tą twarzą smutną i łagodną w zasadniczej pozostaje sprzeczności. Nie ulega już wątpliwości: te ciemne zasłony muszą ukrywać jakąś tajemnicę!

Lecz skoro zobaczyłem go znowu w niedzielny poranek, jak, ubrany w czarne, niezgrabnie skrojone ubranie i miękki kapelusz, spacerując po lasku, niby gość, który przyjechał tutaj odwiedzić kogoś z rodziny, pierwsze przypuszczenie powraca mimo wszystko znowu. Nieznacznym ruchem pokazuję go doktorowi i pytam cicho:
– Kto to być może ten człowiek?
– A jakżeż się panu wydaje?
– Hm… – odpowiadam – na pierwszy rzut oka jakiś pisarz gminny, może nauczyciel ludowy, może drobny urzędniczek lub coś podobnego.
Ale doktór uderza mnie pobłażliwie po ramieniu i mówi ze szczególnym uśmieszkiem:
– Mój drogi panie, nie tak dawno jeszcze ten spokojny człowiek, w dzień czaił się po rowach, a w nocy rozbijał na szosach podróżnych. Mówiąc po prostu, ma pan przed sobą jednego z najniebezpieczniejszych bandytów. Zanim jeszcze zdołałem wyrazić swoje zdumienie, człowiek ten zbliżył się do nas i, zwracając się do doktora, zapytał spokojnie:
– Panie doktorze! Kiedy przyjdą dla mnie pieniądze.
– Prawdopodobnie jutro…
I po chwili doktór, rzucając mi szybkie spojrzenie, które ma zwrócić moją uwagę, dodaje:
– Jutro przyjdzie do nas dużo pieniędzy, boję się nawet, aby ich czasem kto nie…
Chory wzdryga się lekko, w czarnych okularach zapala się błyskawica przelotna.
– To już sam wyjdę naprzeciw… – odpowiada powoli, z naciskiem.
W tej chwili przychodzi mi niespodziewany pomysł do głowy i wtrącam nagle:
– Pożyczyłbym panu brauninga, ale nie wiem, czyby się pan potrafił z nim obchodzić?

Nie widziałem jeszcze nigdy w życiu, aby kilka słów mogło na czyjejś twarzy wywołać zmianę tak straszliwą. Patrzymy, a oto przed nami w błyskawicowem mgnieniu jednej chwili dzieje się coś przerażającego. Oto uśmiech szyderczy pożera po prostu z zadziwiającą szybkością łagodną melancholię całej jego twarzy. Konwulsyjne drgnienia muskułów przebiegają przez oba policzki, niby zygzaki piorunów. Przesilenie okropne, które zniekształca jego rysy, dochodzi do najwyższego napięcia i zdaje się wyobrażać gwałtowną przemianę całej istoty wewnętrznej. A u prawej ręki drgają już palce nerwowo, jak gdyby szukały cyngla od brauninga. Wreszcie, nie mogąc powstrzymać już burzy, która porywa go niepohamowanym pędem, obłąkany bandyta wybucha śmiechem straszliwym, nabrzmiałym pogardą i butą zuchwałą.
– Niech-no pan dobrodziej pokaże. Spróbuje się…

Nie mogę oczu oderwać od tej twarzy, bo widzę w niej rysy nowego, nieznanego jeszcze człowieka, który na jedno, jedyne słowo, jak na zaklęcie magiczne, rozdarł tajemniczą zasłonę i ukazał mi się w całym blasku swej grozy. Lecz po chwili szalone napięcie ustaje, zniekształcone oblicze powraca do równowagi, oczy kryją się znowu wstydliwie za ciemnymi okularami, a uśmiech, pełen melancholijnego wdzięku, przewija się swawolnie koło ust. Na czole widać zmarszczki, a wraz ze zmęczeniem cicha zaduma ściele się na twarzy wolno – wolniuteńko…
Doktór bierze mnie pod rękę i, pociągnąwszy w drugą stronę, mówi tonem pobłażliwym:
– A widzi pan, co to za ptak!

Obłąkany bandyta, z którym spotkałem się w owym lasku sosnowym, jest epileptykiem i epileptykiem szczególnego rodzaju. Nie miewa on nigdy wyraźnych ataków, lecz bywa nawiedzany tylko przez tak zwane zaćmienia epileptyczne, podczas których siła jego świadomości słabnie, a zmysł krytyczny nie możne wcale zająć jakiegokolwiek samodzielnego stanowiska wobec świata zewnętrznego. W tych stanach bezradności psychicznej człowiek staje się podobnym do małego dziecka, które bez żadnego protestu, bez skargi jednej pozwala się uprowadzić pierwszemu lepszemu przechodniowi.

Owa bezradność chwilowa była właśnie tragedyą tego człowieka. Jego udział w najrozmaitszych ekspropriacyjach i napadach rozbójniczych jest objawem zupełnie niezrozumiałym na tle całej jego przeszłości. Okres rewolucyjny dzieli jego życie na dwie epoki tak różne, tak sprzeczne ze sobą, że niepodobna uwierzyć, aby ten sam człowiek odgrywał w nich równie ważną rolę. Zaćmienia epileptyczne, na które cierpiał, są właściwością anormalną wprawdzie, ale w zwykłych losu kolejach nie prowadzą ani do zbrodni, ani do obłędu. Ileż to razy spotykamy indywidua, które pomimo swoich dziwactw umysłowych, pomimo najwyraźniejszej nieraz degeneracyi, przechodzą przez życie tylko jako dziwacy lub ekscentryczne oryginały, których nikt nie śmie nawet posądzać o obłęd. Lecz oto nadchodzi okres rewolucyjny, całe społeczeństwo ulega silnemu wstrząśnieniu wewnętrznemu, a wszelkie skłonności anormalne, wszystkie dziwactwa pozorne, podsycane gwałtownie z zewnątrz, rozwijają się z gwałtowną szybkością.

Jedna chwila bezradności psychicznej wystarcza zupełnie, aby w tej atmosferze niezdrowej szczepiły się w duszę miazmaty rozkładu. Drobny przypadek wystarcza, aby spokojny rzemieślnik dostał się w ręce straszliwych doradców. Drobny przypadek wystarcza, aby odkryli jego tajemnicę, spostrzegli, że w niektórych stanach można od tego człowieka żądać wszystkiego. Poznawszy zaś to, nie wahali się już ani chwili – i oto rozpoczyna się systematyczna eksploatacya jego słabości. W przeciągu lat kilku charakter jego zmienia się zasadniczo, a choroba umysłowa na tle epileptycznem rozwija się coraz silniej i w końcu prowadzi go do zbrodni coraz to potworniejszych.

I kiedy myślę o tym dziwnym człowieku, wydaje mi się, że w jego duszy wciąż jeszcze odbywa się walka na tle rozdwojenia osobowości. Jeszcze dziś pomiędzy złowrogim błyskiem jego oczu a melancholijnym uśmiechem ust zaciśniętych leży cała przepaść. Cóż w tem zresztą dziwnego? To, co dla fantastycznej wyobraźni z epoki romantyzmu było nieraz tylko jakąś marą nierzeczywistą, nas już nawet nie wzrusza. Przywykliśmy przecież patrzeć na dusze ludzkie, których wzniosłość lub szlachetność łączy się w jedną organiczną całość z najstraszliwszym upadkiem.

Obłąkanego bandytę nie pora teraz nawracać. Gdyby nawet jakaś siła cudowna zdołała mu przywrócić utraconą świadomość, nie mogłaby jednak wyrwać z jego duszy tego, co w niej zaszczepił okres rewolucyjny.
Są to bowiem dusze podwójnie chore i podwójnem nawiedzone szaleństwem…

„Tygodnik Ilustrowany” 1911, nr 49